I zero aut

Stworzenie polskiej marki samochodów to marzenie towarzyszące wielu Polakom od dziesięcioleci. Zaprezentowany w zeszłym roku przez spółkę ElectroMobility Poland prototyp samochodu Izera ma być pierwszym od lat seryjnie produkowanym polskim pojazdem i to w nowoczesnej e-wersji. Mrzonki? – Niekoniecznie. Twórcy projektu muszą jednak być ostrożni, bo niektóre ich założenia już teraz stają się nieaktualne.

Jerzy Mosoń: Na temat trudności, jakie napotka pierwszy polski „elektryk” powstały już opasłe tomy. Wiadomo już, że inwestycja jest nieopłacalna, bez sensu, a poza tym niepotrzebna, skoro samochód można kupić u… Niemców. W związku z tym poniższy tekst nie traktuje o wymienionych impossibiliach ani też nie podnosi zarzutu, że fabryka koło Jaworzna mająca produkować Izerę będzie w istocie jedynie montownią. Ma jednak stanowić ostrzeżenie dla osób zaangażowanych w projekt, by ten jak wiele innych nie stał się „pułkownikiem”.

Pułkownik” to zwyczajowe i dość często spotykane określenie ambitnego, polskiego projektu, którego realizacja rozpoczynała się i kończyła na bogatych planach.

Rzeczywiście niektóre argumenty krytykantów pomysłu stworzenia polskiej marki auta są sensowne – będzie drogo, nawet, jeśli częściowo polski producent uniknie kosztów związanych z własnym centrum badawczym. Wygląda jednak na to, że z większości zagrożeń zdają sobie sprawę osoby skupione wokół ElectroMobility Poland – stąd właśnie zamiast tworzyć wszystko od podstaw poszczególne elementy Izery mają być kupione od sprawdzonych dostawców, co pozwoli zaoszczędzić czas, koszty tworzenia myśli technicznej, ale podniesie wydatki na gotowe moduły. Izera nie będzie miała też typowej salonowej sprzedaży, choć nie można wykluczyć, że będzie oferowana przez graczy multibrandowych – to dobra decyzja, bo także ograniczy koszty. Gorzej z promocją, choć można założyć, że dwa, trzy showroomy, plus reklamy w mediach publicznych załatwią sprawę, przynajmniej, jeśli chodzi o rynek polski. Oby jego wielkość wystarczyła, bo pomysłu na zdobywanie świata przez Izerę jeszcze nie poznaliśmy.

Z linii włoskiej do polskiej
Na razie, mimo wszystko jest dobrze. Tym bardziej, że projekt Izery nie odstrasza, choć zawsze mogłoby być lepiej, jak w przypadku Stadionu Narodowego, zwanego przez złośliwych „koszykiem”. Wygląda na to, że Roberto Piatti, który stworzył m.in. piękną Alfę GT i charakterystyczną Pandę, a teraz wymyślił linię Izery starał się pogodzić uniwersalizm nowego auta ze swoim wyobrażeniem o polskim designie.

Bez wątpienia Włosi znają się na projektowaniu, jak mało który naród. Mogliby z nimi konkurować chyba tylko…Polacy. No właśnie, bo jeśli Izera miała być w zamyśle możliwie najbardziej polska z polskich to można było w przypadku designerów podjąć nieco inną decyzję, wszak jeśli chodzi o Polaków projektujących w świecie auta nie mamy się czego ani kogo wstydzić: Kamil Łabanowicz to stylista Audi, a Tadeusz Jelec Jaguara, z kolei Marek Reichman zasłynął jako szef designerów Aston Martina – to zaprojektowanym przez niego autem jeździł agent James Bond. Jeśli dodamy do tego jeszcze paru innych projektantów, na czele ze stylistą BMW Tomaszem Sychą, który błysnął modelem Z4 Coupe możemy zacząć wątpić w słuszność włoskiego kierunku wybranego przez ElectroMobility Poland. Tego jednak już nie da się odkręcić. A co można?

Wyzwanie zasięgu
Po premierze Izery, mającej miejsce w lecie zeszłego roku, niestety tylko online, twórcy projektu zaczęli ujawniać co raz więcej szczegółów dotyczących dwóch pierwszych modeli tego pojazdu: hatchbacka i SUV-a. A to jedna z najciekawszych wypowiedzi:

Stosowany w samochodach elektryczny napęd pozwoli osiągnąć przyspieszenie od 0 do 100 km/h w niecałe osiem sekund. Planujemy wprowadzenie dwóch pojemności baterii. Wszystko po to, żeby najlepiej dopasować oferowany zasięg do potrzeb użytkowników. Samochodami będzie można przejechać do 400 km na jednym ładowaniu. Bez problemu naładujemy je w domowych ładowarkach typu „powerwall” i szybkich stacjach ładowania – obiecywał Łukasz Maliczenko, dyrektor ds. rozwoju technicznego produktu ElectroMobility Poland.

Z powyższej wypowiedzi wynika, że maksymalny, planowany zasięg Izery to 400 km. Czy to dużo/mało? Jednym z podstawowych powodów, dla których „elektryki” nie cieszą się popularnością, obok wysokiej ceny i braku infrastruktury do ładowania jest właśnie mały zasięg. Pierwszym samochodem oferowanym na rodzimym rynku, któremu udało się osiągnąć wynik wydawałoby się akceptowalny dla polskiego kierowcy jest koreański model samochodu elektrycznego koncernu KIA – e-Niro. Według testu przeprowadzonego w 2020 r. przez dziennikarza motoryzacyjnego Marka Wieruszewskiego, można tym autem dojechać z Warszawy do Zakopanego na jednym ładowaniu. To niezły wynik, tym bardziej, że to jeden z najtańszych „elektryków” na rynku. Ale mimo to wciąż bardziej popularna jest jego wersja hybrydowa. Czyli 400-450 km w 2020 r. to jednak za mało dla polskiego kierowcy?

Krótkodystansowiec z przeszłości
Skoro w 2020 r. 450 km zasięgu to mało to na jakiej podstawie pomysłodawcy Izery uważają, że za trzy lata, kiedy już Izera będzie, optymistycznie rzecz ujmując, powszechnie dostępna maksymalny zasięg tego auta tj. 400 km będzie wystarczający? No tak, powstaną wreszcie w Polsce szybkie ładowarki i co jakiś czas w drodze na wypoczynek będzie można zjechać z drogi by doładować auto… Tylko po co kupować Izerę z tak niedużym zasięgiem, jeśli już w 2021 r. można nabyć od naszych południowych sąsiadów Škodę Enyaq zdolną przejechać ponad 500 km? A co z wersjami Izery mającymi mniejsze baterie? Komu będą potrzebne? Do miasta – owszem. To może być hit flotowy, pod warunkiem bardzo niskiej ceny, graniczącej z opłacalnością produkcji. Warto to przemyśleć.

Technologia robi różnicę
Szcześliwie się składa, że projekt Izery mający niestety potencjał wspomnianego „pułkownika” nie ma jeszcze zakontraktowanych kooperantów. Jednym słowem nie wiadomo, jaką, od kogo i za ile Izera dostanie baterię. Być może, zatem jest jeszcze czas by rozejrzeć się na rynku za innowacyjnymi rozwiązaniami. Są już baterie z grafenem, w fazie testów, badań, ale to jest właśnie ten moment by nie przegapić szansy, tym bardziej, że całkiem niedawno to właśnie polscy naukowcy chwalili się wynalezieniem taniej metody pozyskiwania grafenu. Baterie z grafenem dadzą więcej mocy i pozwolą na szybsze ładowanie – to realna przewaga nad konkurencją. Ale za trzy lata nie będą już nowością. Może zatem paliwo wodorowe? To też nie nowość, ale Polska dość szybko może zyskać na tym polu przewagę. Po pierwsze bogate plany w obszarze zielonego wodoru ma LOTOS, a już dzisiaj największym producentem tego pierwiastka w kraju jest Grupa Azoty, która przy odpowiedniej perspektywie wzrostu zapotrzebowania na takie paliwo w kraju mogłaby bezpiecznie planować wzrost i unowocześnienie produkcji. Paliwo wodorowe pozwoliłoby odetchnąć polskim sieciom energetycznym, nie wspominając o elektrowniach, które już teraz funkcjonują na granicy black out’u, a przy konieczności ładowania aut elektrycznych tę granicę łatwo przekroczyć.

Partnerzy w zasięgu ręki
Żeby jednak Izera miała napęd wodorowy potrzeba technologii albo koncernu Toyota, Hyundaia albo Nissana. I tu znów wraca temat wyboru odpowiedniego dostawcy – partnera. Eksperyment Toyoty z paliwem wodorowym okazał się co prawda falstartem (w norweskiej miejscowości Sandavika 10 czerwca 2019 r. doszło do potężnego wybuchu zbiornika z wodorem na stacji tankowania), ale fachowcy wyciągnęli jednak wnioski i nic nie stoi na przeszkodzie by wrócić do pomysłu. Tym bardziej, że Japończycy już teraz inwestują w swe fabryki na Dolnym Śląsku miliardy złotych.

Paliwo wodorowe pozwoli przetrwać energetyce?
Wspólny projekt ElectroMobility Poland z największym koncernem motoryzacyjnym świata oznaczałby wzrost szans powodzenia projektu. A co nie mniej ważne, polska gospodarka zyskałaby nieco czasu na wybudowanie elektrowni atomowej, bez której elektromobilność oparta na dużych, energochłonnych bateriach samochodowych to pomysł samobójczy dla co raz bardziej niewydolnej, polskiej energetyki. Trzeba bowiem stale przypominać, że nawet perspektywa budowy na Bałtyku turbin offshor’owych o wysokiej sprawności nie załatwia tematu ryzyka braku prądu. Trzeba będzie i to już niebawem zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest zabezpieczenie dostaw energii na wypadek niekorzystnych warunków pogodowych. Jeśli zatem w perspektywie kilkunastu lat dojdzie w Polsce do zamknięcia elektrowni węglowych, stanowiących obecnie takie zabezpieczenie, to będą musiały je zastąpić inne, najpewniej jądrowe.

Jeśli do gry wejdzie inna branża
Żeby jednak trochę ostudzić emocje związane z perspektywą budowy Izery w wersji z ogniwami wodorowymi trzeba przypomnieć, jakie podmioty kontrolują ElectroMobility Poland. Spółka należy do czterech koncernów energetycznych: PGE, Energi, Enei oraz Taurona. Oznacza to, że właściciele mogą być bardziej zainteresowani sprzedażą kierowcom Izer swojego głównego produktu, czyli prądu, pomimo ryzyka black out’u, co oznacza perspektywę importu mniej lub bardziej nowoczesnych, sporych baterii i śmierć tematu ogniw wodorowych. No chyba, że w projekt Izery zaangażują się koncerny chemiczne i paliwowe. Wtedy będzie można liczyć na to, że przynajmniej jeden model Izery będzie wyposażony w nowoczesną instalację wodorową.

Sposób zakupu
Na końcu, choć nie jest to sprawa wcale najmniej ważna jest sposób w jaki producent Izery chce sprzedawać swój produkt. Wielokrotnie w wypowiedziach osób związanych z ElectroMobility Poland pojawiały się sugestie dotyczące wynajmu abonamentowego. Wygląda na to, że klienci generalnie nie będą kupować Izer, a jedynie wynajmować te samochody, płacąc miesięczne raty. Mają one być atrakcyjne i zawierać także koszt tankowania – zyskają dodatkowo obecni właściciele spółki, czyli koncerny energetyczne. Ma to swoje plusy i minusy. Bo choć ElectroMobility Poland zapewnia, że tradycyjny zakup również będzie możliwy, to postawienie akcentu na abonament oznacza, że gotówkowa forma pozyskania Izery będzie mniej konkurencyjna. Tymczasem warto mieć świadomość, że polski klient wciąż ceni sobie własność, a nie samą możliwość korzystania z urządzenia. Za trzy lata, przy wyborze auta elektrycznego będzie miał do wyboru nie tylko szeroki wachlarz aut zagranicznych, z różnymi formami ich pozyskania, ale też ofertę atrakcyjną cenowo. Izera, która będzie samochodem złożonym z drogich, bo zakupionych za granicą elementów, autem w którym nawet design nie jest made in Poland może okazać się wyborem zbyt kosztownym dla Kowalskiego. Czy zattem jest przyszłość przed Izerą?

*Skomplikowana sytuacja rynkowa, z jaką mamy do czynienia oznacza to, że osoby skupione wokół projektu polskiego „elektryka” muszą patrzeć na Izerę holistycznie, zwracając uwagę na szereg czynników – począwszy od nowinek technologicznych, na sytuacji energetycznej kraju kończąc. W innym wypadku zamiast seryjnej produkcji samochodu polskiej marki będziemy wspominać Izerę jako tylko pomysł… i zero aut. A jedynym polskim „elektrykiem” pozostanie ten, który po wejściu Polski do Unii Europejskiej zdobywał serca francuskich czy angielskich gospodyń domowych.

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Dla kogo pracuje czas?

Wielu komentatorów porównuje obecną sytuację polityczną w Polsce do okresu rządów AWS-u z przełomu pierwszego i drugiego tysiąclecia. Jednak to nie jest w stu procentach trafna analogia. Istnieje jedna istotna osobliwość, która powoduje różnicę: (otóż) AWS miał z kim przegrać, istniała bardzo silna, jak na polskie warunki, opozycja, w postaci jednej, zwartej formacji SLD. Czy PiS ma w tej chwili z kim przegrać (?), trzeba by się długo zastanawiać

Roman Mańka:  W przestrzeni publicznej krążą od dłuższego czasu dwa warianty rozwoju sytuacji politycznej w Polsce. Scenariusz pierwszy mówi, że pod wpływem walki o władzę, konfliktów interesów oraz wewnętrznych gier i działania sił odśrodkowych, „Zjednoczona Prawica” nie wytrzyma ciśnienia i się rozpadnie; w ten sposób nie dotrwa do kalendarzowego terminu wyborów parlamentarnych, co będzie oznaczało przyspieszoną elekcję.

Fałszywa analogia AWS
Drugi, alternatywny scenariusz, zakłada zupełnie co innego: jeżeli obóz aktualnie sprawujący władzę (PiS) położy rękę na pomocy finansowej z Unii Europejskiej, czyli Funduszu Odbudowy, to zacznie rozdawać wyborcom pieniądze, uruchamiać różnego rodzaju transfery socjalne i przed terminem kalendarzowych wyborów w 2023 roku, odbuduje swoją polityczną pozycję.

Obydwie wersje rozwoju sytuacji politycznej w Polsce nie wykluczają się, są spójne, a nawet zachodzi między nimi korespondencyjność, w tym sensie, że jeśli “Zjednoczona Prawica” nie rozpadnie się w rezultacie destruktywnych procesów wewnętrznych, będzie miała duże szanse zwyciężyć w kolejnych wyborach parlamentarnych. Kryzys dla PiS może najprędzej przyjść z wewnątrz, ugrupowanie, którego liderem jest Jarosław Kaczyński, przegra jeżeli nie zapanuje nad samym sobą, ale gdy uda mu się przezwyciężyć problemy wewnętrzne oraz wyjść z impasu, może na nowo stać się istotnym graczem politycznym i jednym z głównych faworytów do wygrania kolejnych wyborów.

Sytuacja w porównaniu z okresem, kiedy władzę sprawował AWS, również targany konfliktami, jest podobna, lecz jednocześnie inna. Czynnikiem, który przypomina ówczesne czasy, są specyfikacje wewnętrzne: AWS posiadał jeszcze bardziej skomplikowaną, heterogeniczną wewnętrzną strukturę niż “Zjednoczona Prawica”. W obydwu przypadkach występował podmiot dominujący (NSZZ „Solidarność i PiS) oraz pomniejsze partie polityczne. Jednak stronnictwa funkcjonujące w ramach AWS-u miały dłuższą polityczną tradycję, zaś sama solidarnościowa formacja była dużo bardziej rozwarstwiona i zdecentralizowana. W „Zjednoczonej Prawicy” istnieje PiS i właściwe partie pozorne niedysponujące żadną strukturalną siłą. Sytuacja w Zjednoczonej Prawicy jest dużo bardziej czytelna.

Kolejna subtelność, to kontrast liderów. Przewodniczący AWS, Marian Krzaklewski, był typem antylidera, jego autorytet szybko został zdefraudowany. W przypadku Jarosława Kaczyńskiego, co by o nim nie powiedzieć, mamy do czynienia z przywództwem charyzmatycznym; możemy co najwyżej mówić o osłabieniu, lecz na pewno nie o całkowitej utracie autorytetu.

Destrukcja systemu partyjnego
To co jednak w największym stopniu różni sytuację obecną z tą sprzed dokładnie 20 lat, to to co dzieje się na zewnątrz formacji rządzącej. Jeżeli istnieje coś, co Platon nazwałby eidos, a więc istotą rzeczy, to znajduje się właśnie tu: na zewnątrz „Zjednoczonej Prawicy”. Nie chodzi tylko o okoliczność, że opozycja jest nieporównywalnie słabsza niż ta występująca wobec AWS w 2001 roku, albo, że jest po prostu słaba, nie posiada dobrych przywódców, atrakcyjnych, polityków, wizji, dobrego programu, ani pomysłów. Problem jest dużo głębszy i poważniejszy niżby się komukolwiek wydawało: wiąże się on z tym, że po prostu w Polsce “zawalił się” system partyjny. On był zawsze słaby, w porównaniu z Hiszpanią czy Niemcami, gdzie ugrupowania polityczne liczą po 800 czy 700 tys. członków, polska struktura partyjna wyglądała wyjątkowo słabo, jednak w drugiej dekadzie XXI wieku regres ten (i tak potężny) jeszcze bardziej się pogłębił.

Gdzieś do roku 2005, czyli do końca rządów SLD, może trochę dłużej, najsilniejszymi w Polsce ugrupowaniami politycznymi, były formacje postkomunistyczne: SLD i PSL. One wyciągnęły zasoby strukturalne, finansowe, oraz kadrowe z czasów PRL-u. AWS stał się w najnowszej historii Polski tylko krótkim epizodem, kiedy prawica posiadała, głównie na bazie związku zawodowego NSZZ „Solidarność” jakieś struktury. Generalnie stronie wolnościowej czy demokratycznej nie udało się zbudować silnych stronnictw politycznych. Wszystkie podmioty, jakie pojawiały się w grze, począwszy od lat 90. XX wieku były słabe: UD, UW, KLD, ZCHN, PC, RDR, PSL PL, itd.

2005 rok jest przełomowy o tyle, że wówczas rozpoczęły się dwa istotne procesy socjologiczne: 1) przewartościowanie polaryzacji politycznej (“przebiegunowanie”), stary podział o charakterze historycznym, doorientowujący najważniejszych graczy do powojennej historii Polski,
a więc okresu 45-lecia PRL, został zastąpiony nowym – kulturowym; 2) na ten proces nałożył się proces drugi, można powiedzieć równoległy i z nim korespondujący: zmiany pokoleniowe. W miejsce polaryzacji “postkomuna – solidarność”, ukształtował się nowy podział: PO – PiS.

Jednak w czasie swoich rządów PO nie rozbudowała struktur politycznych
i nie wzmocniła partii w terenie. Bywały sytuacje, że w trakcie wyborów samorządowych, Platforma nie była w stanie wystawić nawet list do rad powiatów, o radach mniejszych miast czy gmin, już nie wspominając. Nawet, jeśli ludzie przystępowali do PO, to z powodów merkantylnych a nie ideowych. Funkcjonował mechanizm scalania koniunkturalnego, a nie aksjologicznego. Świadczy o tym kilka wydarzeń: prawybory prezydenckie w 2010 roku, w których udziału nie wzięło nawet 50 proc. członków, tymczasem można było głosować w sposób elektroniczny (wystarczyło podejść do komputera); identyczna sytuacja miała miejsce trzy lata później, podczas wyborów wewnętrznych lidera PO: również ponad połowa członków nie wzięła udziału w wyborach.

Kryzys upartyjnienia w Polsce oraz upadek systemu partyjnego, dużo lepiej przetrwał PiS, bo postawił na członków ideowych, a także na tak zwany “żelazny” elektorat. Ponadto zbudował (małe bo małe), ale jednak jakieś namiastki struktur w terenie.

Właśnie ten element, plus oczywiście ogromne pieniądze płynące z budżetu państwa oraz ze spółek skarbu państwa, daje PiS-owi przewagę. Jest to efekt mobilności, działania blisko ludzi. Sam w sobie niewystarczający do osiągania sukcesów politycznych, lecz dający pewną podstawę. Miała rację nieżyjąca już Janina Paradowska, kiedy chwilę po zwycięstwie przez Andreja Dudę w wyborach prezydenckich, w 2015 roku, powiedziała na antenie Radia TOK FM coś mniej więcej takiego, że jedyną partią działającą w Polsce jest PiS. O tym samym, tylko trochę inaczej, mówił dziennikarz Wirtualnej Polski, Marcin Makowski, gdy zwracał uwagę na fakt, że w Polsce powiatowej, przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi, wisiały tylko plakaty PiS.

Pozaparlamentarny „wrzód”
Obecnie sytuacja na opozycji jest niezwykle skomplikowana i tak naprawdę na dłuższą metę może sprzyjać PiS. W rezultacie błędów „Zjednoczonej Prawicy”, być może PO albo „Lewica” rozwinęłyby skrzydła i zanotowały przyrosty w sondażach, ale ogranicza je jeden fakt: ograniczeniem jest opozycja pozaparlamentarna, zaś ściśle rzecz określając ruch Szymona Hołowni: “Polska2050”. Obecność tego podmiotu w przestrzeni politycznej, paradoksalnie, zagraża, lecz również pomaga PiS. Być może właśnie dzięki temu nie dojdzie do przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Rosnąca pozycja Hołowni, w przestrzeni opozycji, ale co specyficzne, poza parlamentem, powoduje bowiem, że ugrupowaniom opozycyjnym (PO, „Lewicy” oraz PSL-owi), nie opłaca się wariant skrócenia kadencji Sejmu oraz, co się z tym wiąże, przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Zarówno Platforma, jak i „Lewica” nie musiałyby się stać ich beneficjentem.

Ruch “Polska2050” posiada jeden kluczowy atut, który już w przeszłości,
w przypadku PO, AWS, „Samoobrony”, Tymińskiego, Leppera, czy Kukiza, dawał o sobie znać: (mianowicie) jest ugrupowaniem świeżym i postrzeganym jako antysystemowe czy antyestablishmentowe. W rzeczywistości Hołownia nie jest antsystemowcem, nie ma takiego charakteru, nie niesie z sobą zapowiedzi radykalnej rewolucji, lecz tak jest postrzegany.

Antysystemowość powoduje, iż osoby niezadowolone z jakości polskiej polityki, zawiedzione rządami PiS, ale rónież niską jakością działań opozycji, kierują się właśnie w jego stronę. Decyduje dystans do systemu. Hołownia, podobnie jak niegdyś Lepper czy Kukiz, definiowany jest jako podmiot najdalej, wziąwszy pod uwagę wszystkich pozostałych graczy, oddalony od systemu, i stąd ludzie lgną właśnie do niego. Widać to było nawet w czasie jesiennych protestów w sprawie aborcji oraz praw kobiet. Doszło wówczas do dużego paradoksu: manifestacjom ulicznym, a przede wszystkim poruszanym problemom, towarzyszył nastrój zdecydowanie, jednoznacznie lewicowy, zaś w badaniach preferencji politycznych nie zyskiwało PO czy „Lewica”, ale właśnie Hołownia; decydowała odległość
w stosunku do systemu oraz wizerunek antysystemowości.

To co zachwiało recepcją „Polski2050” wiąże się z nieprzemyślanymi „transferami” z innych ugrupowań politycznych, zwłaszcza z PO. Przeciąganie posłów zaburzyło, korzystny dla Hołowni, wizerunek świeżości i antysystemowości.

Ten błąd nie zmienia jednak sytuacji, że funkcjonowanie „Polski2050” poza parlamentem wpływa negatywnie na zachowania opozycji w parlamencie, utrudnia jej porozumienie, zaś przede wszystkim uniemożliwia przejście do politycznej ofensywy.

Utrata bastionu
W Sejmie krąży scenariusz powołania rządu technicznego czy taktycznego, na zasadzie “wszyscy przeciwko PiS”, z Jarosławem Gowinem jako marszałkiem Sejmu i liderem PSL, Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem jako premierem. Niektórzy eksperci twierdzą, iż byłby to wymarzony wariant rozwoju sytuacji politycznej dla PiS, gdyż cedował odpowiedzialność za trudną sytuację społeczno-gospodarczą w Polsce,
w wyniku pandemii koronawirusa, na inne ugrupowania oraz dawał szanse na zwycięstwo w kolejnych wyborach parlamentarnych.

Tymczasem byłoby dokładnie odwrotnie: ten scenariusz jest najniebezpieczniejszy dla PiS, albowiem oddaje ster rządu w ręce premiera
z PSL, co z kolei, odebrałoby inicjatywę, jak również radykalnie osłabiło dominującą pozycję PiS na wsi. Wyborcy, którzy kiedyś odsunęli się od PSL
i przeszli na stronę PiS, znów powróciliby do ludowców. Na wieś popłynąłby strumień pieniędzy z unijnej pomocy, zaś autorami tego sukcesu byliby polityce PSL. Wieś, z reguły pragmatyczna, a nie jak się błędnie uważa konserwatywna, tego rodzaju działania potrafi docenić. Już w maju 2019 roku, kilka dni po wyborach do Europarlamentu, pisałem, iż z PiS można wygrać, idąc do wyborów dwoma formacjami opozycyjnymi i jeszcze
w kampanii wyborczej, ogłaszając polityka PSL, Władysława Kosiniaka
-Kamysza, jako wspólnego kandydata na premiera. To manewr strategiczny, który miał na celu osłabienie PiS na wsi i w małych miasteczkach, i wybicia im z ręki głównego atutu: masowego poparcia mieszkańców polskiej wsi. Niestety opozycja mnie wówczas nie posłuchała.

Scenariusz rządu z ludowym premierem na czele, tworzony przez wszystkie występujące w polskim Sejmie ugrupowania parlamentarne, oprócz PiS, choć arcyniebezpieczny dla „Zjednoczonej Prawicy”, ma jednak wiele luk. Kto miałby interes, aby tworzyć tego rodzaju rząd? Na pewno PSL, gdyż zyskiwałby od strony politycznej (przewiduję wzrosty w sondażach) oraz koniunkturalnej, tymczasem ludowcy zawsze byli łasi na stanowiska
w rządowej administracji, w infrastrukturze przyległej, w otoczeniu oraz
w spółkach skarbu państwa. Zapewne Platforma Obywatelska byłaby takim wariantem zainteresowana, choć akurat to ugrupowanie nie musiałoby, poza partycypowaniem w koniunkturalnej przestrzeni władzy, politycznie zyskać. W tym przypadku polityczne zdobycze nie rysują się już w sposób tak jednoznacznie oczywisty.

Dośrodkowanie z lewej strony
Na pewno żadnego interesu, aby przystąpić do tego rodzaju większości parlamentarnej i egzotycznej koalicji nie ma SLD. W rządzie z ludowym, konserwatywnym premierem „Lewica” nie załatwi żadnych swoich postulatów ideowych, a jedynie zrazi do siebie wyborców. Suma zdobyczy koniunkturalnych, w postaci kilku drugorzędnych ministrów oraz paru wojewodów, też nie tworzy atrakcyjnego obrazu. Tymczasem w wymiarze politycznym, związanym z ewentualnym wzmocnieniem pozycji na polskiej scenie politycznej, jak również wzrostu popularności w badaniach preferencji politycznych, „Lewica”, jeżeli wejdzie w taki wariant, zanotuje straty. Politycy „Lewicy” doskonale zdają sobie sprawę z faktu, iż na dłuższą metę taki scenariusz im się nie opłaca.

Opłacać może się natomiast inny wariant: cichej i niepermenentnej, incydentalnej koalicji z PiS-em. Paradoksalnie, interes „Lewicy” jest zbieżny z interesem PiS. Obydwu formacjom zależy na przeczekaniu obecnej sytuacji. Ani „Lewica” ani PiS (ani nawet PO) nie chciałyby wyborów parlamentarnych w tym momencie. Dla kogo będzie pracował czas?

Tego nie wiadomo. Jednak jeśli PiS przetrwa obecny polityczny kryzys
i położy rękę na europejskiej pomocy, która przyjdzie do Polski w ramach Funduszu Odbudowy, możliwe są różne rzeczy, nawet włączając w to wzrost popularności dla PiS oraz szansę na zwycięstwo w kolejnych wyborach parlamentarnych, w 2023 roku. Jeden z ostatnich sondaży dał „Zjednoczonej Prawicy” poparcie na poziomie 33 proc.; „Polsce2050” nieco ponad 17; PO – 16; „Lewicy” – 9; „Konfederacji” – 7. O podziale mandatów poselskich decyduje rozkład poparcia w okręgach oraz dystanse (odległości) pomiędzy wynikami poszczególnych graczy. Wg tych badań, mimo że PiS otrzymał o 10 proc. mniej niż w ostatnich wyborach do Sejmu, z uwagi na duży rozrzut poparcia pozostałych ugrupowań, ciągle jest blisko bezwzględnej większości.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Lewica powróciła do domu

Od początku ten karkołomny plan opozycji, aby wykorzystać proeuropejski projekt Funduszu Odbudowy, jako okazję na odwołanie rządu PiS, nie wzbudzał mojego zaufania. Po prostu są rzeczy, których się nie robi. Nie można w źle pojętym utylitaryzmie posunąć się zbyt daleko.

Roman Mańka: Poza tym, i to był argument drugi, cała strategia wydawała mi się karkołomna. Bo niby, kto miałby obalić ten rząd? Jaka większość? Kto po nim przejąłby władzę? Wybaczcie Państwo, różne cuda w życiu widziałem, ale rządy PO z nacjonalistami z Konfederacji, są dla mnie wyobrażeniem tak samo mrocznym, co kuriozalnym. W tym Sejmie nie ma szans na powołanie trwałej, stabilnej większości przeciw PiS.

Druga rzecz, jaka przychodzi mi na myśl, to pogląd, że Lewica wreszcie coś zrozumiała, Ogromnym błędem Lewicy, podobnie jak błędem PSL, było wchodzenie i długie tkwienie w układzie z KO. Z tego powodu od 2007 roku, chociaż pewne procesy zaczęły się już wcześniej, lewica nie mogła rozwinąć politycznych skrzydeł. To bowiem PO, a następnie KO narzucała niekorzystną dla Lewicy agendę. Tymczasem w sferze ideologiczno-kulturowej nie ma dla Lewicy potencjału. Być może liderzy czy stratedzy Lewicy wreszcie sobie uświadomili twardy fakt, o którym mówiłem podczas jednej z ostatnich audycji w „Halo Radio”, a który często powtarzał Marks oraz inni marksistowscy filozofowie: (otóż) realne nierówności znajdują się w sferze materialnej, w wymiarze społeczno-ekonomicznym, reszta zaś to ideologia.

Osobiście nie uważam, aby to była prawda, jest to rzecz jasna znaczne uproszczenie, prawa człowieka oraz wartości postmaterialne, też są bardzo ważne, ale co komu po prawach człowieka, gdy na chleb nie ma, gdy brakuje mu od pierwszego do pierwszego.

I z tej perspektywy Lewica zrobiła dziś ważny, przełomowy krok, z którego niewiele osób zdaje sobie sprawę, a który może być w przyszłości dużym problemem również dla PiS. Trzeba zastanowić się, co się w Polsce, na przestrzeni ostatnich ponad 15 lat stało. Lewica opuściła teren praw materialnych, przestała wyraźnie upominać się o kwestie społeczno-ekonomiczne. W to miejsce wszedł PiS i to właśnie stało się jednym
z głównych powodów (nie jedynym, bo były również inne ważne), uzyskania politycznej ofensywy oraz późniejszych zwycięstw.

Kiedyś, gdy Anglia organizowała piłkarskie Mistrzostwa Europu (w 1996 roku), Anglicy górnolotnie ogłosili hasło: „Piłka powraca do domu”. Dziś można powiedzieć: „Lewica powraca do domu”. Dotychczas PiS w przestrzeni społeczno-gospodarczej, a także w wymiarze Polski powiatowej, wsi, a zwłaszcza małych miast, nie miał żadnej alternatywy, był bezkonkurencyjny. Teraz jest szansa, że będzie miał. I to jest klucz do bardziej poważnej zmiany.

Natomiast, z KO Lewicy nie łączy nic. W ramach tego obozu Lewica była autsajderem. Politycy Platformy lekceważyli lewicę. Pozostając tam, na lewicy trwałby impas, Lewica nic by nie zyskała. Widać było to dokładnie, zwłaszcza podczas jesiennych demonstracji w obronie praw kobiet, kiedy agenda oraz nastrój były wyraźnie lewicowe, zaś zyskiwał centroprawicowy Hołowania.

Potencjał społeczny Lewicy mieszka na wsi oraz w Polsce powiatowej. Kiedyś zrozumiał to Aleksander Kwaśniewski. Lecz w dużych miastach Lewica również może wiele „ugrać|”, tu też są nabrzmiałe problemy materialne i postmaterialne.

Pogardę wobec Lewicy i lewicowego elektoratu ze strony KO widać było zwłaszcza podczas głosowania w Sejmie nad wyborem rzecznika praw obywatelskich, kiedy znaczna część polityków KO nie poparła Piotra Ikonowicza. Najciekawsze było w tym wszystkim uzasadnienie tej niechęci, które na łamach Radia TOK FM wygłosiła posłanka KO, Izabela Leszczyna: bo reprezentuje, jest wyczulony, na prawa socjalne. A na jakie ma być wyczulony RPO? Prawa socjalne są fundamentem praw człowieka.

Dochodzi jeszcze jedna kluczowa rzecz: proeuropejskie ugrupowania nigdy nie powinny głosować przeciwko ważnym projektom europejskim. Wyborcy KO, ci mniej zaangażowani, mają prawo czuć poważny dysonans.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami
z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Wyższość „oświeconego” człowieka PO nad „ciemnym” człowiekiem PiS jest pozorna!

Dziennikarze TVN, Gazety Wyborczej i „Oko. Press” łamią zasady, które sami głoszą. Pracownicy tych dwóch wpływowych ośrodków opiniotwórczych często podkreślają tzw. pozytywistyczne rozumienie prawdy, a zatem prawdą jest to i tylko to można publicznie ujawnić, co zostało udowodnione, co nie budzi żadnych wątpliwości i co jest możliwe empirycznie do wykazania.

Roman Mańka: Czy sami postępują wedle tych twardych reguł? Wszystko zależy od tego, kto jest przedmiotem danej sprawy, jeżeli polityk KO lub przedstawiciel establishmentu kulturowego III Rzeczpospolitej, trzeba stosować wobec niego najbardziej rygorystyczne reguły żywcem zaczerpnięte z filozofii i procedur prawa karnego, a wszystkie wątpliwości rozwiewać jednostronnie na jego korzyść (przykład Nowaka); jeśli jednak jest to polityk PiS lub ksiądz, lub biskup, bądź poseł niesubordynowanej, niepokornej lewicy, albo osoba kulturowo związana z prawicą, można oskarżać ją bez ograniczeń i opisywać bez domniemania niewinności, a nawet wręcz odwrotnie – z zastosowaniem domniemania winy, zaś wszystkie wątpliwości rozwiewać na jej niekorzyść.

Gdzie dowody?
Przykładem tego rodzaju asymetrycznego stylu uprawiania dziennikarstwa jest Tomasz Piątek, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, dziś ochoczo afirmowany przez to Czasopismo oraz TVN. Na książkach na temat Macierewicza oraz o. Rydzyka, Piątek zarobi zapewne ogromne pieniądze, nie chcę wchodzić w psychologię, więc nie będę twierdził, że jego motywacje są czysto koniunkturalne czy biznesowe, nie mam na to dowodów, sęk w tym, że Piątek na to co opisuje również nie ma żadnych dowodów, a już na pewno takich dowodów, które można by przedstawiać na zasadach prawa karnego.

Piątek w swych publikacjach wszystko domniema, a nic nie udowadnia, sugeruje, interpretuje, buduje prawdopodobieństwa, opiera się na probabilizmie, lecz niczego tak naprawdę twardo nie stwierdza, przedstawia co najwyżej coś co – przy najkorzystniejszych dla niego intencjach krytyki – można nazwać poszlakami, okoliczności pośrednie, ale nie twarde, niezbite dowody.

Byłemu ministrowi obrony narodowej, Antoniemu Macierewiczowi oraz dyrektorowi Radia Maryja, o. Tadeuszowi Rydzykowi, zarzuca współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi, jednak konkretnych faktów i dowodów nie podaje. Bazuje na nieprecyzyjności, wieloznaczności języka oraz następstwach czasowych i logicznych. Używa np. terminu „łącznik Macierewicza”, którego treść może być wieloznaczna.

Językowe gry…
Słowo „łącznik” nie jest jednoznaczne, sąd nie może ściśle określić jego znaczenia, pojęcie to nie musi nabierać sensu pejoratywnego, można je rozumieć na różne sposoby oraz w różnych wariantach semantycznych. Sądy w Polsce nie rozpoznają spraw w oparciu o wielowymiarowe i głębokie analizy z zakresu filozofii języku czy językoznawstwa.

Każdy kto zna „Tractatus logico-philosophicus” oraz „Dociekania” Ludwiga Wittgensteina wie doskonale, jaka jest pomiędzy obydwoma Działami różnica lub nawet przepaść: w pierwszym wiedeński filozof definiuje słowa jako obrazy przedmiotów, jako reprezentacje przedmiotów, w drugim, uważa, że znaczenie słów definiuje ich użycie, zastosowanie; w pierwszym odwołuje się do znaczeń zgodnych z gramatyką, słownikiem oraz lingwistyką generatywną; w drugim odwołuje się do pragmatyzmu, do praktyki życiowej, do tzw. form życia, czyli do antropologii (słowa rozumiane są w zależności od użycia).

Sądy najczęściej uciekają od prób określenia tej, co trzeba przyznać, trudnej do uchwycenia i dość elastycznej granicy, stąd Piątek co jakiś czas pokazuje wyroki z procesu, w ramach, którego wymiar sprawiedliwości uznał, że mógł użyć danego słowa, albo określić kogoś za pomocą jakiegoś terminu.

Idąc śladem Piątka, równie dobrze i ja mógłbym sformułować pod adresem konkretnej kobiety zdanie, że „robi mężczyznom lody”. Sąd nie będzie mógł uznać, że jest to określenie obraźliwe, jeżeli nie rozpozna tych słów zgodnie z kontekstem, definicją sytuacji oraz życiową praktyką. A w tym przypadku praktyka może być różna, nie musi przeważyć sens zdroworozsądkowy czy kontekstualny.

Pułapka logiki…
Typ dziennikarstwa, jaki uprawia Tomasz Piątek ma charakter typowo metafizyczny. Wnioski oparte są na uproszczeniach oraz następstwach czasowych lub logicznych. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej” i „Halo Radia” wykorzystuje – pewnie intuicyjnie – coś co nazywa się pułapką logiki albo pułapką zdrowego rozsądku. Jakby to co teraz powiem nie wydawało się absurdalne, dowody czy wartościowe wnioski, nie powinny być oparte tylko na logice (tak mówi filozofia nauki i psychologia poznawcza), bo logika i zdrowy rozsądek są w nas, mieszczą się w naszej głowie, tymczasem na zewnątrz jest chaos. To my sami, gdyż tak jesteśmy skonstruowani, narzucamy rzeczywistości logikę, próbujemy ją porządkować, systematyzować, budować sekwencje i schematy; to my łączymy punkty i momenty, które obiektywnie połączeń nie mają.

W wspomnianych „Dociekaniach” Wittgensteina znajduje się bardzo pouczająca kategoria poznawcza o nazwie „widzieć jako”, gdy obraz jest niejednoznaczny, różne rzeczy można zobaczyć na rozmaite sposoby. Jest tam podany przykład rysunku kaczki, nakreślony w sposób tak niejednoznaczny, iż pewni ludzi zobaczą w miejsce kaczki – zająca. Do tego mankamentu poznawczego często odwołuje się psychologiczna szkoła Gestalt: wszystko zależy od naszego spojrzenia, z jakiej perspektywy będziemy daną rzecz postrzegać, zaś perspektywa, jak twierdzili Immanuel Kant oraz Bertrand Russel, jest w nas, nie na zewnątrz („Krytyka teoretycznego rozumu”; „Denotowanie”, „Principia Mathematica”).

Swego czasu, Robert Kahneman oraz Amos Tverski otrzymali za opisanie sposobu ludzkiego postrzegania i podejmowania decyzji w warunkach ryzyka Nagrodę Nobla, w dziedzinie ekonomii, choć ich praca weszła na doniosłe miejsce również w filozofii nauki oraz psychologi poznawczej jako „teoria perspektyw”.

W uproszczeniu, Kahneman i Tverski opisali proces poznawczy, w ramach którego ludzie chcą wierzyć w to, w co już wcześniej uwierzyli; wybiórczo szukają dowodów, a także przesłanek na to, co już apriorycznie założyli.

Na tym właśnie w dużej mierze opiera się dziennikarstwo Piątka, całej rzeszy jego byłych kolegów z „Gazety Wyborczej” czy TVN, lecz żeby być sprawiedliwym również dziennikarzy „wSieci”, „wPolityce”, „Gazety Polskiej”, którzy zainicjowali w przestrzeni publicznej taki typ dziennikarstwa, wcześniej od Piątka, w sposób jeszcze bardziej wulgarny i byli jego prekursorami.

Słońce jutro nie musi wzejść…
Na czym polega problem? Niestety na tym, że ludzie traktują tego rodzaju metodę pokazywania czasowych, czy logicznych następstw, różnych tworzonych w sposób psychologiczny związków, porządkowanych przez nas wewnętrznie – zewnętrznych relacji, bazowaniu na grze niejednoznacznych słów jako dowody oraz fakty.

Cała ta metafizyka traktowana jest jako coś pewnego, żelaznego, murowanego, tymczasem ani logika, ani nawet 99,9 proc. prawdopodobieństwa nie jest dowodem i nie może być traktowane jako empiryczny fakt. Wybitny szkocki przedstawiciel filozofii empirycznej, David Hume, uważał, że nawet pewność, że jutro wstanie słońce jest czysto metafizyczną spekulacją i nie może być traktowana w kategoriach empirycznych: powtarzalność nie musi zachodzić zawsze i w każdej sytuacji.

Na zasadach wg których Piątek sugeruje Antoniemu Macierewiczowi oraz o. Tadeuszowi Rydzykowi współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi, oskarżony został w 1995 roku nieżyjący już premier Józef Oleksy, który rzekomo miał również pełnić rolę rosyjskiego agenta wywiadu. Tam również były następstwa czasowe, logiczne powiązania, spotkania, nawet podarunki i upominki, które Oleksy miał przyjmować od rosyjskich agentów. Przesłanki prasowego oskarżenia Oleksego wydawały się więc dużo mocniejsze niż te, które przywołuje obecnie Piątek wobec Macierewicza czy Rydzyka, tymczasem sprawa opublikowana przez tygodnik „Wprost”, za czasów pracy w nim dzisiejszych sztandarowych postaci prawicowej publicystyki, Marka Króla oraz Stanisława Janeckiego, okazał się dęta. W podobny sposób prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oskarżali w słynnej publikacji „Życia” – „Wakacje z agentem”, inni bohaterowie polskiej prawicy, Jacek Łęcki oraz Rafał Kasprów, a później ponieśli porażkę w sądzie i nie byli w stanie tego udowodnić.

Piątek w sądach wygrywa, gdyż bazuje na oscylacjach słownych, a także fakcie, że ludzie dostają do wiadomości jedynie sentencję wyroku, zaś nie jego uzasadnienie. To duża manipulacja. Niech Piątek pokaże uzasadnienie, w który będzie otwarcie napisane, że Antoni Macierewicz oraz o. Tadeusz Rydzyk są rosyjskimi agentami,

Bez postawy krytycznej nie ma demokracji!
Wszystko to niestety świadczy o jednym, i to jest wniosek końcowy oraz fundamentalny, ale również bardzo dramatyczny całego wywodu: obydwie grupy, obydwie populacje, zarówna ta tak zwana „oświecona” popierająca PO oraz ta tak zwana „prymitywna”, „zacofana” popierająca PiS mają ogromne problemy z krytycznym myśleniem i reprezentują podobny poziom intelektualny; niestety, używając eufemizmu, dość przeciętny. Mówienie o wyższości jednych na drugimi jest złudzeniem, a także wulgarnym uproszczeniem; (gdyż) po prostu obydwa środowiska opierają się na myśleniu typowo metafizycznym, religijnym, w sensie budowania uzasadnień nieobiektywnych, a psychologicznych, wybiórczym selekcjonowaniu faktów pod z góry postawione tezy: wierzą w to w co już wcześniej uwierzyli i w co chcą nadal wierzyć, niezależnie od ewolucji procesu poznawczego.

Historia zna wiele podobnych przykładów nieuzasadnionego pretensjonalizmu czy nawet paternalizmu. Na początku pierwszych dekad XX wieku, pod wpływem odkryć etnograficznych z końca dziewiętnastego stulecia, lansowano pogląd o rzekomej wyższości „oświeconego” człowieka Zachodu nad tak zwanym „człowiekiem dzikim”, „prymitywnym”. W gruncie rzeczy u podstaw takich twierdzeń stał ewolucjonizm Karola Darwina oraz przeświadczenie o wyższej jakości struktury umysłu zachodnich ludzi. Jednym z dowodów na to miało być zjawisko mistycznego, religijnego totemu.

Aż w końcu na teren antropologii wszedł wybitny filozof strukturalista, Claude Levi-Stauss, i wszystkie te uzurpatorskie, pretensjonalne teorie, na podstawie własnych badań etnograficznych plemion w Brazylii oraz etnologicznych porównań opierających się o tysiące relacji etnograficznych innych antropologów i socjologów – zburzył niczym domek z kart, rozbił całą tą argumentację o domniemanej wyższości człowieka Zachodu w drobny mak.

Ewolucjonizm okazał się pochodną oraz potrzebą imperializmu forsowanego przez państwa kolonialne. Levi-Strauss zdefiniował go jako ideologię mającą uzasadniać imperialne, agresywne działania polityczne i wynikającą z pomieszania porządków: historycznego z funkcjonalnym, biologicznego z kulturowym, a także z uprzednio (z góry) przyjętej perspektywy.

Tak samo totem, okazał się złudzeniem, zaś francuski antropolog odkrył w nim charakter nieemocjonalny czy mistyczny, lecz intelektualny oraz odwołanie się do psychologii, podobne do tego, które w psychoanalizie stosował Sigmund Freud. Mistycyzm oraz religijność totemu była tylko pozorem, zaś głębiej kryły się nieświadome struktury intelektualne oraz wysoka, aczkolwiek intuicyjna znajomość psychologii.

Wg Levi-Straussa wyższe stadium rozwoju Zachodu, nie wynikało z lepszej jakości struktur umysłowych, lecz z relacji ze światem i z jego uwarunkowaniami. Poza tym, wyższość Zachodu jest dyskusyjna. Czy za lepiej rozwiniętego i znajdującego się na wyższym poziomie intelektualnym może uważać się ktoś, kto dąży do ekologicznej katastrofy, wszczyna wojny oraz wyzyskuje innych.

Zachód rozwija się w oparciu o dynamikę przemijania (gdzie kluczową kategorią jest czas), ludy tak zwane prymitywne w oparciu o dynamikę trwania. Są to dwie strategie, które różne społeczeństwa („dzikie” oraz „cywilizowane”) przyjęły w celu przetrwania. Która jest skuteczniejsza, nie jest sprawą oczywistą.

Misja społecznej kontroli
Piszę to wszystko, nie po ta, aby narzucić jakąś jednoznaczną czy jednowymiarową interpretację (takich ja unikam), ale po to by pokazać, jak niewiele rzeczy jest oczywistych. Piszę też, czego nie ukrywam, trochę prowokacyjnie.

Paradoksalne jest to, że niezależnie od tego co wcześniej napisałem, ze stylem dziennikarskim Tomasza Piątka w jakimś stopniu oraz sensie się zgadzam; oczywiście z dużymi zastrzeżeniami. Dziennikarz może wyjść poza reguły postępowania karnego i nie musi sztywno trzymać się – tak jak ma to miejsce w sądzie – domniemania niewinności, wobec polityków funkcjonujących w przestrzeni publicznej, może nawet pójść dalej i zastosować domniemanie winy, nie musi rozstrzygać wątpliwości na ich korzyść.

Zasada domniemania niewinności ma zastosowanie wobec obywateli (w tym również polityków) na sali sądowej, lecz w przestrzeni publicznej, w stosunku do polityków, można, a nawet powinno się stosować regułę ograniczonego zaufania oraz drążyć tematy, zadawać trudne pytania, zaś politycy mają przyjmować aktywne, ambitne linie obrony: (czyli) nie milczeć, a składać w ramach opinii publicznej wyjaśnienia (Jurgen Habermas uważa, że opinia publiczna jest rodzajem zbiorowego Trybunału) i przynajmniej uprawdopodobnić swoją niewinność.

Podstawową rolę jaką spełnia dziennikarstwo w życiu społeczno-politycznym jest funkcja społecznej kontroli, stąd właśnie media określa się jako „IV władzę”, albowiem ich zadanie polega na wnikliwym oraz zaangażowanym kontrolowaniu wszystkich pozostałych poziomów władzy. Dziennikarze więc mogą społeczeństwu powiedzieć więcej niż wymiar sprawiedliwości, zaś prawda procesowa nie mus być prawdą obiektywną czy autentyczną. Dziennikarz, kiedy istnieje taka potrzeba, powinien wyjść poza prawdę procesową.

Dlatego dobrze, że Tomasz Piątek stawia w przestrzeni publicznej kwestię agenturalnej współpracy Antoniego Macierewicza czy o. Tadeusza Rydzyka, jeżeli są niewinni wyjaśnią to, wytłumaczą stawiane zarzuty.

Osobiście nie wierzę w ich agenturalność, a bynajmniej we współpracę świadomą. Żeby świadomie współpracować z Rosjanami są na to za głupi. Rosyjski wywiad do perfekcji opanował sztukę wykorzystywania wewnętrznych konfliktów w poszczególnych krajach postsowieckich, a także nakierowywania ambicji oraz aspiracji ludzi, polityków, w sposób który pozwala realizować strategiczne cele Rosji, poruszając poczynaniami rozmaitych aktorów/marionetek, jak również wpływając na ich działania, w takiej formie, że się co do tego nie zdołają zorientować. Większość „agentów” współpracuje z rosyjskimi służbami specjalnymi nieświadomie.

Prawda leży gdzie indziej
Wartościowe dziennikarstwo nie powinno ograniczać się tylko do wymiaru empirycznego czy procesowego, bo czasami prawda znajduje się poza obszarem dowodów, ale nie faktów – dowody i fakty to nie są pojęcia synonimiczne; poza tym ważne jest o jakie fakty chodzi, w grę mogą wchodzić fakty procesowe, naukowe, psychologiczne, zdroworozsądkowe, biologiczne, fizyczne, pragmatyczne, publicystyczne, instytucjonalne, itd.

Nawet immaterializm i solipsyzm George’a Berkeleya został uznany za empiryzm, tymczasem solipsyzm Wittgensteina i redukcjonizm Russela, tudzież mistycyzm Levi-Straussa, uważane są za wybitnie wyrafinowane operacje intelektualne o podłożu empirycznym, choć od ortodoksyjnego empiryzmu odchodzą.

Tak samo dziennikarz może wyjść, w dążeniu do prawdy, poza narzędzia o charakterze empirycznym i zastosować równie skuteczne, a może nawet skuteczniejsze metody, takie jak np. fenomenologia czy hermeneutyka (Husserl, Heidegger, Gadamer), tylko, że w publikowanym tekście musi to otwarcie przyznać, uprzedzić czytelnika, iż wychodzi w poszukiwaniu prawdy poza typowe instrumenty empiryczne i poza sferę dowodów, które mogłyby zostać uwzględnione w postępowaniu karnym.

Gdy pisałem (wraz z dwoma innymi autorami) książkę „Testament Jaroszewicza. Największa zbrodnia III RP”, postawiłem również takie tezy śledcze, które w oparciu o procedury procesowe czy typowe, klasyczne narzędzia empiryczne są nie do wykazania, odwołałem się więc do hermeneutyki, ale otwarcie i uczciwie o tym zabiegu oraz o tej metodzie i potrzebach jej zastosowania, czytelników uprzedziłem, przedstawiając jej charakterystykę oraz sens.

Prawda to bardzo złożone, skomplikowane zjawisko.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Na początku było… kłamstwo


W świecie Zachodu zaczyna robić się nerwowo. Ludzie nie akceptują już kolejnych lockdownów, które mając fatalny wpływ na gospodarkę nie załatwiają wcale problemu zarazy. Gdzie i kiedy popełniono błąd?

Jerzy Mosoń: Jedną z najważniejszych zasad skutecznego komunikowania masowego jest… mówienie prawdy. To niby prosta rzecz, której uczy się na studiach każdy PR-owiec, rzecznik prasowy, dziennikarz, etc. ale Ci, którzy odpowiadają za komunikację, od lat zachowują się tak, jakby ta zasada była tylko akademickim wymysłem.

Maseczka skuteczna czy nie?
W kilku krajach Zachodu pierwszy błąd związany z komunikowaniem w czasach zarazy dotyczył zasadności noszenia masek ochronnych. Gdy pandemia dotarła do Polski rozmaici fachowcy twierdzili, że maski są niepotrzebne. Później szybko nastąpiła korekta, że owszem maski chronią przed zakażeniem, ale bardziej przydadzą się służbie zdrowia. Jak na dłoni widać było, że tego typu opinie podyktowane są raczej brakiem dostępności masek na polskim rynku, a co za tym idzie potrzebą zagwarantowania ich przede wszystkim lekarzom i pielęgniarkom, a nie profesjonalną opinią. Z drugiej strony, pojawiły się rzeczowe dyskusje, w których przebijała się informacja, że wirus jest zbyt mały by zwykła maska chirurgiczna czy też FP1-FP3 mogła zapewniać bezpieczeństwo człowiekowi. Kłopot w tym, że wszystko, co na ten temat mówili eksperci powodowało chaos informacyjny. A gdy rząd zaczął zmieniać zdanie w kwestii noszenia masek to było oczywiste, że część społeczeństwa się zbuntuje przed tym obowiązkiem.

Pandemia koronawirusa trwa już rok, a wiemy ciągle niewiele.

Jaka jest prawda?
Pomimo tego, że od czasu wybuchu pandemii minęło już kilkanaście miesięcy, w samej Polsce pochłonęła już 50 tys. ofiar nikt nie był w stanie wyjaśnić rzeczowo, jaka jest prawda z tymi maskami – chronią czy nie? A jeśli tak to jakie są przydatne, a które to tylko pic na wodę? Tymczasem sprawa jest bardzo prosta i generalnie każdy obywatel ze średnim bądź technicznym wykształceniem powinien wiedzieć, co daje maska, a czego zapewnić nie może. Wróćmy do historii dawnych epidemii. Jeśli ktoś poświęcił trochę czasu na ten przedmiot to wie, że w dawnych czasach ludzie chronili się maskami szmacianymi kilkuwarstwowymi, często nasączaonymi alkoholem lub mieszankami alkoholu i olejków eterycznych. Na pewno była to lepsza ochrona niż żadna, skoro część osób przeżyło hiszpankę, czarną ospę, dżumę, itp. Jeśli jednak ktoś chciałby mieć pewność, że się nie zarazi to powinien mieć maskę z wyizolowanym obiegiem powietrza. To niemożliwe, podobnie jak zakładanie masek pegaz, które również zapewniłyby lepszą ochronę niż te ogólnodostępne. Ale co tak naprawdę daje certyfikowana maska?

Przepuszczalność jest kluczem
Marketingowcy starają się przekonać kupujących, że ich materiałowe maski mają nawet od 95 – 99,7 proc. skuteczność. To jest oczywiście nieprawda, ponieważ w takiej masce oddychanie byłoby właściwie niemożliwe. Co więcej musiałaby na całej powierzchnii, bardzo ściśle przylegać do policzków, a tak się nie dzieje i to wcale nie tylko w przypadku tych, którzy od dekady hołdują modzie na brodatego drwala. Gdyby uczciwie zmierzyć przepuszczalność materiału wysokiej jakości maski antysmogowej z filtrem FP3 okazałoby się, że daje ona największe możliwości, ale jej skuteczność jest zbyt mała by zatrzymać wirusa. Szkoda, że żaden z ekspertów nigdy tego nie powiedział. Szkoda, że pomimo trwania pandemii od ponad roku wirusolodzy nie przebili się do opinii publicznej z informacjami, że kluczem do zminimalizowania ryzyka zarażenia się jest skrócenie czasu transmisji wirusa oraz ilości patogenu, na jaki narażony jest człowiek. Każdy, prawie każdy ma przecież jakiś układ odpornościowy, który zwalcza niewielkie ilości zarazków. Tych oczywistych, przemilczanych prawd jest niestety znacznie więcej.

Technologie uznane za zbyt groźne?
Gdy cała Azja, już wiosną 2020 r. walczyła skutecznie z koronawirusem za pomocą lamp UV-C, ozonatorów, zamgławiaczy to w państwach Zachodu przetoczyła się kampania ostrzegająca przed zagrożeniami związanymi z niewłaściwym użytkowaniem tego typu urządzeń. Rzeczywiście żarówka UV-C w rękach nieodpowiedzialnej osoby doprowadzi do ciężkiego nowotworu lub wypalenia oczu. Nieodpowiednie użycie ozonatora może śmiertelnie zatruć domowników, a zamgławiacze kosztowałyby samorządy zwyczajnie trochę za dużo… Niemniej można odnieść wrażenie, że komunikaty wysyłane do obywateli w Europie na temat radzenia sobie z patogenem miały w sobie coś w rodzaju braku zaufania do odbiorców. Tak jakby polski rząd komunikował się z dziećmi, a nie z dorosłymi ludźmi. Nawet jeśli w pewnym momencie właściciele punktów usługowych czy hoteli nie tylko „mogli”, ale musieli dezynfekować swoje lokale, za pomocą wymienionych urządzeń to zwykły Kowalski nie otrzymał żadnej rzeczowej instrukcji jak może sobie we własnym zakresie radzić z patogenem.

Wujek dobra rada
Zamiast partnerskiej dyskusji oraz potrzebnych szkoleń pojawiły się telewizyjne wskazówki a la „wujka dobra rada”, które od miesięcy prowadzą do dramatycznych zachowań. Gdy eksperci uznali, że trzeba zadbać o odporność poprzez kondycję fizyczną, lasy i parki zapełniły się biegaczami, również takimi, którzy obuwie sportowe mieli na nogach pierwszy ra w życiu. Wśród biegaczy byli zapewne też zakażeni i nieświadomi tego ludzie, którzy wydychając znacznie większe ilości powietrza aniżeli w przypadku zwykłego spaceru infekowali pozostałych. „Dobre rady” zaowocowały też nowymi morsaami, którzy sami fundowali sobie zapelenie płuc, biorąc lodowatę kąpiele bez przygotowania czy też „alpinistami” zdobywającymi górskie szczyty w bikini bądź samych slipach.

Znak czasu: puste krzesła w restauracjach.

Zakaz leczenia, konieczność szczepienia
Prawdziwy kłopot zrobił się, gdy niektórzy lekarze lub/i naukowcy zaczęli skutecznie leczyć ludzi środkami, które mówiąc oględnie nie zyskały akceptacji szerokiego gremium farmaceutycznego. Jeszcze przed pojawieniem się szczepionek, które choć nieobowiązkowe niebawem będą konieczne pojawiły się leki, w tym słynna amantadyna. Krucjata jaką wytoczono lekarstwom na Covid-19 bez uprzedniego zbadania tych specyfików, ich przydatności, bezpieczeństwa, etc. ostatecznie pogrzebała szanse na to, że obywatele będą ufać władzom w swych państwach. Zresztą media społecznościowe okazały się bardziej systemowe niż jeszcze rok wcześniej ktokolwiek mógł przypuszczać, bo słynni już „niezależni weryfikatorzy” skrupulatnie czyszczą wszelkie niezgodne z oficjalną linią establishmentu informacje dotyczące pandemii, zachowując się czesto jak cenzura w czasach słusznie minionych. Dlatego mało jest dziś dyskusji już nie tylko o amantadynie, ale też prawie nikt nie słyszał o znacznie skuteczniejszej heparynie czy też tapsygarginie, która w czasach naszych pradziadków radziła sobie z silnymi chorobami płuc.

*Wreszcie kwestia szczepionek, które już nie raz ratowały świat przed ciężkimi chorobami. Ale, żeby nikogo nie zanudzać szczegółami warto zadać sobie otwarte pytanie: czy można dziwić się obywatelowi, że nie ufa władzom, iż sprawdziły bezpieczeństwo i skuteczność szczepionki, skoro wcześniej władze te nie potrafiły kupić odpowiednich masek, respiratorów czy też zakontraktować profesjonalnie dostaw tychże szczepionek?

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Lockdown…, czyli mniejsze zło


15 kwietnia 1912 roku, nikt na pokładzie, łącznie z załogą nie uwierzył w perspektywę katastrofy „Titanica”. Dopiero jego konstruktor, Thomas Andrews Junior, który zrozumiał strukturalny mechanizm katastrofy (element po elemencie), uświadomił oficerom okrętu, że „Titanic” pójdzie na dno, w ciągu najbliższych dwóch godzin.

Roman Mańka: Wyobraźmy sobie, że przyjmujemy żądanie „Konfederacji” i otwieramy gospodarkę w środku pandemii koronawirusa. Co się dzieje? Z 18 tys. zakażeń, które notujemy obecnie, w szybkim tempie robi się 36 tys. Następnie, w ciągu kilku kolejnych dni 72 tys, Potem 144, później 288, itd. Jeden człowiek to kilka, a czasami nawet kilkanaście kontaktów w ramach sieci społecznych. Co kilka dni liczba zakażonych osób się podwaja. A państwo nadal nic nie robi, nie reaguje, przestrzeń społeczno-gospodarcza jest otwarta.

Siła matematyki – potęgowanie
W społeczeństwie utrzymuje się wysoki poziom mobilności, co przekłada się na rosnące lawinowo liczby zakażeń oraz nowe mutacje koronawirusa.

Prawa matematyki są nieubłagane. Jeśli każdy z zakażonych będzie miał choćby jeden kontakt, liczba chorych podwoi się.

Odporność polskiej służby zdrowia określa się na maksymalnie 27, 28 tys. Tylu pacjentów struktura polskich szpitali jest w stanie obsłużyć. Jest to krytyczna granica funkcjonalności. Po jej przekroczeniu system opieki zdrowotnej staje się niewydolny. Gwałtownie rośnie śmiertelność. Ludzie zaczynają masowo umierać. Śmierć dosięga chorych w różnych miejscach: w karetkach pogotowia, w trakcie transportu do szpitali, podczas wielogodzinnego oczekiwania w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych, w domach. Zakażeni są pozostawienie bez jakiejkolwiek pomocy.

Koronawirus jest mechanizmem strukturalnym, działa strukturalnie, nie tylko jako przyczyna bezpośrednia, ale również jako głęboka przyczyna metonimiczna, osłabia system, trafia w słabe punkty. Śmiertelność lawinowo rośnie, nie tylko wśród chorych na samego koronawirusa czy w grupach, w których występują choroby współistniejące, lecz również umierają osoby niezakażone koronawirusem, przechodzące inne choroby: nowotworowe czy kardiologiczne, lub nawet błahe choroby, takie jak np. wyrostek robaczkowy.

Bo po prostu nie ma im kto pomóc. Śmierć zbiera ogromne żniwo. Ofiar są setki tysięcy.

Strukturalne oddziaływanie
Co to znaczy przyczyna metonimiczna? Zjawisko to opisali filozofowie strukturaliści. To przyczyna głęboka, ukryta, niebezpośrednia, której bezpośrednio, konkretnie nie widzimy i nie potrafimy zdefiniować. Jako analogię można przywołać patologię alkoholizmu. Co rok w wypadkach giną setki kierowców, w rezultacie spożycia alkoholu, albo dysfunkcji sprawności, które alkohol wywołuje. W epikryzach, w dokumentacji medycznej nie wpisuje się alkoholu jako przyczyny zgonu, ale jest on przyczyną strukturalną, głęboką, metonimiczną. Jest jak katalizator, który intensyfikuje skalę zjawiska. Analogicznie działa koronawirus, zabija nie tylko bezpośrednio, nie tylko wraz z chorobami współistniejącymi, lecz także jako efekt strukturalny, głęboka przyczyna. Uruchamia wiele procesów wtórnych. Masowo umierają osoby, które z koronawirusem nie miały nic wspólnego. Dzieje się tak, gdyż mechanizm koronawirusa, to relacja liczby zakażeń do liczby określającej wytrzymałość służby zdrowia (krytyczny moment funkcjonalności). Horror zaczyna się wtedy, gdy ta granica zostaje przekroczona.

Niezgodność prometejska
Drugim krytycznym momentem jest granica doświadczenia moralnego. Zjawisko to zdefiniował kiedyś Günther Anders, mąż wybitnej badaczki i filozofki, Hannah Arendt, jako „niezgodność prometejską”. Termin odnosi się do coraz większej złożoności przemysłowej oraz technicznej świata. W świecie cyfrowym proces ten działa jeszcze silniej i w sposób bardziej skomplikowany. Chodzi o to, że ludzie nie są w stanie moralnie doświadczyć wielkości abstrakcyjnych, ani też komunikatów, które płyną z mediów. Ludziom wydaje się, że ich to nie dotyczy, że żyją obok, w bezpiecznej niszy. Dziesiątki lub nawet setki tysięcy ofiar są wielkościami zbyt abstrakcyjnymi żeby ludzie mogli doświadczyć ich moralnie. Działa reguła odwrotnie proporcjonalna: (czyli) czym większa liczba ofiar, tym słabsze doświadczenie moralne. Na tej zasadzie naziści oparli holokaust. Dlatego, jeszcze do dziś, mimo przytłaczających, powalających, przygniatających dowodów, tak wiele osób wciąż kwestionuje albo umniejsza mord, który dokonano na Żydach.

Ta swoista moralna obojętność, niezdolność doświadczenie moralnego tysięcy ofiar, które jawią się w naszej świadomości jako wielkości abstrakcyjne, zostaje przerwana wówczas, kiedy śmierć zaczyna dotykać osoby z naszego otoczenia, gdy zaczyna zabijać naszych znajomych, przyjaciół, koleżanki i kolegów z pracy, osoby nam bliskie, członków rodziny. Wtedy zaczynamy doświadczać moralnie ofiary.

W pewnym momencie koronawirus pokonuje granicę doświadczenia moralnego. Zachorowań jest tak dużo że prawie każdy notuje w środowiskach, do których przynależy ofiary. Śmierć zaczyna nas dotykać, staje się czymś bliskim. Informacje o umierających osobach nie docierają już tylko, jakby powiedział Bertrand Russel z opisów, za pomocą deskrypcji (z medialnych przekazów), lecz poprzez bezpośrednie, indywidualne, empiryczne, zmysłowe zaznajomienie. Śmierć jest blisko nas.

Wówczas, niemal automatycznie, zostaje przekroczona trzecia krytyczna granica: granica strachu. Ludzie zaczynają się bać. Nie trzeba wprowadzać żadnych obostrzeń, restrykcji, lockdownów. Ludzie sami zaczynają się izolować, wycofują się z przestrzeni społeczno-gospodarczej, społeczna mobilność spada. Panuje blady strach. Ponieważ ludzie z obawy o własne życie przestają pracować, pojawia się bieda i chaos.

A więc, pojawia się dokładnie identyczny efekt, przed którymi przestrzegają ci, którzy nawołują do całkowitego otwarcia gospodarki. Głód i bieda wystąpi wówczas, gdy zostanie otwarta gospodarka zanim uporamy się z pandemią koronawirusa.

Czy naprawdę stać nas na taki eksperyment? Pamiętam obrazki z Argentyny, kiedy w 2002 roku kraj ten nawiedził potężny kryzys gospodarczy. Napadane sklepy, okradane banki, uliczne bójki o jedzenie, wydzieranie sobie chleba z ręki.

Dopóki nie uporamy się z koronawirusem gospodarka nie ruszy do przodu. Co dwa, trzy tygodnie będziemy mieli do czynienia z nawrotem pandemii i trzeba będzie znów zamykać przestrzeń społeczno-gospodarczą. Tyle tylko, że będzie to kosztowała dziesiątki tysięcy ofiar i katastrofę demograficzną, która już i tak Polski dotyka.

Niekompetencja i nieodpowiedzialność
W opinii Anety Afelt z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego, gdyby rząd twardo egzekwował restrykcje, zaś społeczeństwo zachowało dyscyplinę oraz dystans, można byłoby ocalić ponad 33 proc. osób na dobę. O tyle niższa byłaby śmiertelność. Tylko 11 marca br. zanotowano 351 ofiar. Z szacunków dr Afelt wynika, że w przypadku konsekwentnej postawy rządu, twardego egzekwowania obostrzeń, mogło być o 116 zmarłych mniej. Za śmierć tych ludzi odpowiada niekonsekwencja, niefrasobliwość, oraz krańcowa nieodpowiedzialność obecnego rządu (PiS) oraz nasza dezynwoltura. Przy takim wskaźniku umieralności, w ciągi dziesięciu dni można było uratować ponad tysiąc osób, zaś w ciągu miesiąca trzy tysiące

Pandemia koronawirusa opanowała cały świat.

Podżeganie do zagłady
Tymczasem „Konfederacja”, w trakcie rosnącej dynamiki pandemii, zgłasza postulat pełnego otwarcia gospodarki. Jako uzasadnienie swojego oczekiwania kolportuje przykład dwóch stanów w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej: Kalifornii i Florydy. Z tego porównania ma wynikać, że obostrzenia, lockdowny nic nie dają, a noszenie maseczek, obniżanie mobilności, i zamykanie przestrzeni społeczno-gospodarczej jest bez sensu oraz nie pomaga w zduszeniu pandemii. Politycy „Konfederacji” podają tylko jedną liczbę, ilustrującą podobną wielkość zakażeń w obydwu stanach na milion mieszkańców.

Jeżeli ktoś chciałby wyciągnąć tendencyjne, aprioryczne, arbitralne wnioski pod z góry upatrzoną tezę, mógłby powołać się na przykład o wiele bliższy. W województwie warmińsko-mazurskim od tygodnia obowiązuje lockdown, a mimo to liczba zachorowań na sto tysięcy osób jest ciągle wyższa niż w otwartych województwach. Podobnie rzecz się ma w województwie pomorskim, tam również kilka dni temu wprowadzono obostrzenia, a wielkość zakażeń na sto tysięcy osób jest ciągle wyższa niż w województwach, w których nie funkcjonują tak ostre restrykcje. Był taki moment, że w Polsce od dwóch tygodni otwarte były galerie handlowe, uruchomiono niektóre gałęzie gospodarki, tymczasem w Niemczech utrzymywano lockdown. Efekt był pozornie paradoksalny: mimo lockdownu liczba zachorowań w Niemczech była wyższa niż w Polsce, choć w naszym kraju gospodarka była częściowo otwarta..

Wybiórcze podstawienie przykładów, a także proste porównanie liczb bez definicji sytuacji i strukturalnego kontekstu, niczego nam nie wyjaśni. Jedynie spowoduje fałszywe powzięcie wniosków.

W tak absurdalny sposób można porównywać różne rzeczy: np. temperaturę: 16 stopni Celsjusza pod koniec maja i 16 stopni Celsjusza w grudniu, to takie same liczby, ale zupełnie inne odczucie ciepła; podobnie samochody, z których jeden zwolnił z 160 km/h do 80 km/h i w perspektywie ma dalsze spowalnianie, zaś drugi zwiększył prędkość od zera do 80 km/h i w perspektywie ma dalsze przyspieszanie; pozornie jadą z identyczną prędkością, lecz dynamika prędkości jest już bardzo różna, pierwszy samochód za chwilę zostanie wyprzedzony przez drugi.

Dlatego przykład dwóch amerykańskich stanów, powoływany przez „Konfederację” jest analitycznie bezwartościowy, gdyż pomija wiele istotnych zmiennych: 1) czas pomiaru i cykle pandemii; 2) stopień mobilności społecznej; 3) wskaźnik urbanizacji; 4) cechy morfologiczne społeczeństwa; 5) uwarunkowania kulturowe przekładające się na siłę społecznej dyscypliny; 6) jakość infrastruktury medycznej i wytrzymałość służby zdrowia.

Wskaźnik dynamiki
Pominę już okoliczność, iż „Konfederaci” porównują dwa stany, które dzieli odległość mniej więcej taka sama, jak Ukrainę od Portugalii. Analizowanie przestrzeni oddalonych od siebie o tysiące kilometrów, nie ma sensu, gdyż propagacja pandemii w obydwu przypadkach, jej skala, cykliczność, może być na zupełnie różnych etapach. To jest po prostu niepoważna analiza. Nie wszystko nadaje się do porównania.

Odwołam się jeszcze do marca ubiegłego roku. We Włoszech, w Lombardii obowiązywały dużo bardziej ostre restrykcje niż w Polsce. Mimo to nad Wisłą notowano dużo mniej zakażeń, podczas gdy we Włoszech brakowało miejsc w szpitalach oraz w kostnicach.

(bo) Ważny jest cykl pandemii i moment wprowadzenia lockdownu. Gdy obostrzenia wprowadzi się za późno, pandemia nabiera dynamiki i wówczas potrzeba dużo więcej czasu, aby ją zatrzymać, poza tym ważna jest również konsekwencja w egzekwowaniu restrykcji. Lockdwon daje pierwsze efekty w perspektywie dopiero trzeciego tygodnia po jego wprowadzeniu, a czasami na jego pozytywne skutki trzeba poczekać nawet półtora miesiąca.

Jednak, gdy się go nie wprowadzi nad dynamiką pandemii nikt nie zapanuje. Ten mechanizm jest niezbędny w celu odciążania służby zdrowia, zwalniania nowych miejsc w szpitalach, uzyskiwania łóżek z dostępem do mechanicznej wentylacji.

Autodestrukcja argumentacji
Najśmieszniejszy jest fakt, że „Konfederacja” w swej argumentacji sama sobie zaprzecza. Najpierw przez długi czas próbowali wmówić opinii publicznej, że pandemii koronawirusa nie ma, że to wymysł możnych tego świata, spisek kosmopolitycznych elit, że jest wyolbrzymiana, a lockdown nie działa. Skoro pandemii nie ma lockdown faktycznie nie może działać. Działanie lockdownu byłoby dowodem, że pandemia istnieje. Skąd więc to rozczarowanie i pretensje…?!

Jednym z argumentów polityków „Konfederacji” świadczącym o fakcie, że koronawirus jest fikcją, zaś lockdown nie działa, miałaby być okoliczność nieobecności grypy, zniknięcia zachorowań na grypę.

W ten sposób „Konfederaci” udowodnili coś przeciwnego niż chcieli udowodnić. Niska zachorowalność na grypę świadczy właśnie o niczym innym, tylko o tym, że lockdown działa, zaś wprowadzane restrykcje są skuteczne. Grypa nie rozprzestrzenia się, gdyż zablokowano wiele kanałów jej emisji. Jest to uboczny, pozytywny efekt walki z koronawirusem.

Wymiar empiryczny
Po ponad roku od początku pandemii znamy już wymiar empiryczny, mamy doświadczenia: najlepiej z koronawirusem poradziły sobie państwa azjatyckie (Tajwan, Chiny), które wprowadziły bardzo ostre restrykcje; w Europie coraz lepiej z pandemią radzą sobie Niemcy, które również implementują rozmaite twarde obostrzenia; sukces osiągnął Izrael, również dzięki zdecydowanej, stanowczej i sprawnej polityce.; (tymczasem) kraje, które obrały drogą łagodną, liberalną, próbując ratować gospodarkę, doprowadziły do katastrofy: społecznej i ekonomicznej.

Nie ma innej metody jak lockdown (choć to metoda dramatyczna i nadzwyczajna), najpierw trzeba do spodu wytępić koronawirusa, później można uruchomić gospodarkę; inaczej gospodarka się nie rozpędzi.

Dziś prognoza wzrostu gospodarczego dla Chin, na rok 2021, wynosi 9 proc. PKB; dla państw europejskich, które pochopnie i nieodpowiedzialnie próbowały otwierać gospodarkę, przyjmuje wartości minusowe.

Demokracja i liberalizm okazują się najwspanialszymi modelami życia w normalnych, typowych warunkach, jednak w sytuacjach nadzwyczajnych demokracja i liberalizm niestety nie działają; nadzwyczajne sytuacje wymagają adekwatnych – nadzwyczajnych oraz szczególnych – instrumentów.

Zapomnienie śmierci
Dlaczego społeczeństwo dużo łatwiej przyjmuje postulaty populistyczne niż treści głoszone przez odpowiedzialnych polityków. Chyba najbardziej przekonujące, głębokie wyjaśnienie dał niemiecki filozof, Martin Heidegger (zapewne z uwagi na swoje polityczne poglądy bliski „Konfederacji”). Ludzie uciekają przed śmiercią w świat konsumpcji, starają się zapomnieć o byciu, które jest tylko odcinkiem (czasowość, historyczność).

Ucieczka w świat konsumpcji wynika w największym sensie z lęku przed śmiercią, chęci zapomnienia śmierci.

Heidegger, opierając się na starożytnym micie troski, wyróżnił trzy struktury czasowe egzystencji: 1) faktyczność, ludzie znajdują się zawsze w jakimś świecie, wśród realnych okoliczności, tu i teraz; 2) egzystencjalność, ludzie wybiegają myślami przed siebie, patrzą do przodu i spotykają bolesną, traumatyczną perspektywę śmierci, końca bycia; 3) upadłość, ludzie uciekają w świat konsumpcji, bo gdy są zanurzeni w impecie konsumenckim, gdy znajdują się w ferworze konsumpcji, łatwiej im zapomnieć o śmierci.

Oponent Heideggera, Theodor Adorno, wybitny przedstawiciel Szkoły Frankfurckiej, pisał, że muzyka i świat rozrywki/konsumpcji stanowi ukojenie w cierpieniach tego świata, jest czymś w rodzaju „znieczulenia”, pozwala ludziom łatwiej przejść przez życie, bez refleksji o nieodzownej śmierci. Filozofowie marksistowscy twierdzili, że religia i konsumpcja, aczkolwiek wydają się zupełnie przeciwstawne, to w gruncie rzeczy spełniają podobną funkcję: ukojenia, „znieczulenia”, i zapomnienia śmierci.

Do tego dochodzi jeszcze „niezgodność prometejska” Günthera Andersa, która powoduje, że ludzie zatracają zdolność moralnego doświadczenia dziesiątek tysięcy ofiar. Złożoność techniczna i przemysłowa świata, szum informacyjny wytwarzany przez elektroniczne media, sprawiają wrażenie, że przekazy płynące z mediów nie dzieją się naprawdę albo są czymś bardzo odległym, co nas nie dotyczy.

Ponadto działa znany z psychologii mechanizm wyparcia (obecnie funkcjonuje w sensie zbiorowym). W roku 2002 dwóch izraelsko-amerykańskich psychologów, Daniel Kahneman i Amos Tverski otrzymali Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii, za sformułowanie „teorii perspektyw”, wyjaśniającej proces podejmowania decyzji w warunkach ryzyka. W uproszczeniu wynikało z niej, że ludzie starają się udowodnić to w co już wcześniej uwierzyli i dobierają argumenty, przesłanki w sposób wybiórczy, czyli takie, które pasują do ich tezy, w większym stopniu faworyzując prognozy optymistyczne.

W ramach teorii perspektyw wyróżniono m.in. efekt pewności i efekt izolacji; pierwszy polega na tym, że preferowane są prognozy, które przynoszą pewny zysk; drugi (efekt izolacji) funkcjonuje w ten sposób, że ludzie przejawiają skłonność do upraszczania skomplikowanych problemów.

Dlatego populistyczna, choć pozornie atrakcyjna i fałszywie optymistyczna propozycja „Konfederacji” tak skutecznie trafia do ludzi i wywołuje taki entuzjazm. Ludzie po prostu chcą w to wierzyć. Dodatkowo są już zmęczeni.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Spalili Kaczyńskiemu kandydata na premiera


Kwity” na Obajtka wyciągnął Ziobro, a właściwie układ: Ziobro i Szydło. Wiem to z bardzo sprawdzonych źródeł bliskich PiS.

Roman Mańka: Przez długi czas Obajtek był człowiekiem Szydło. Ale półtora roku temu miała miejsce sytuacja, w której, w sposób dość upokarzający, zlekceważył byłą premier. Szydło przeżyła szok. Od tego momentu prezes „ORLENU” zaczął się dystansować od tandemu Szydło-Ziobro.

Rosnąca pozycja
W polityce takie rzeczy się zdarzają i to być może uszłoby mu na sucho, gdyby jednocześnie dynamicznie nie zaczęła rosnąć jego pozycja. Obajtek poczuł się silny i Szydło oraz Ziobro przestali mu być potrzebni. Zaczął bezpośrednio orientować się na prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Zbiegło się to w czasie z momentem, kiedy w oczach Kaczyńskiego zaczął tracić Mateusz Morawiecki. Przywódca PiS coraz częściej myślał o wymianie premiera. Dla wtajemniczonych w polską politykę nie jest tajemnicą, że Kaczyński „wynajmuje” ludzi do konkretnych ról. W ten sposób postąpił kiedyś z prof. Zytą Gilowską, Januszem Kaczmarkiem, Beatą Szydło, Mateuszem Morawieckim. Później ich “wypluwa”.

Nowy ład
Czas tego ostatniego zaczął się kończyć. Nową zaś „twarzą” PiS miał stać się Daniel Obajtek. On świetnie pasował (lepiej niż Morawiecki) do ducha PiS-u: były wójt, nie bankier, z małej miejscowości, wywodzący się z ludu. Tak jak kiedyś Beata Szydło wpisywał się w mentalność PiS. Miał symbolizować nowy okres w trakcie rządów PiS-u, po uporaniu się z koronawirusem. Miał być „twarzą” „nowego ładu”, programu, którego zadaniem jest odbudowanie PiS. Prawdopodobny był również wariant, że stanie się najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Jarosława Kaczyńskiego w partii. To zaś bardzo mocno krzyżowało plany Ziobro i Szydło.

Kalkulacja polityczna
Dlatego Ziobro wyciągnął z szafy „kwity”, a właściwie nagrania na Obajtka. Raz, że Obajtek zdradził swoich dotychczasowych towarzyszy, zdystansował się od nich. Jednak ważniejsza była kalkulacja polityczna: Szydło i Ziobro ocenili, że Morawiecki jest już słaby, że już im tak mocno nie zagraża, gdyż stracił pozycję, jaką niegdyś cieszył się u prezesa Kaczyńskiego. Tymczasem wymiana Maroawieckiego na Obajtka odświeżyłaby PiS. Na początku Obajtek mógłby stać się silny. Na bazie „nowego ładu” przeprowadzono by przyspieszone wybory parlamentarne, a układ Ziobry i Szydło nie znalazłby się na listach wyborczych.

Materiały na Obajtka wypłynęły z prokuratury kierowanej przez Zbigniewa Ziobro i Bogdana Święczkowskiego.

Ziobro przewidywał, że ze świeżym Obajtkiem, budującym sobie szybko wpływy w głębokim terenie PiS, wśród posłów, działaczy partii, ale również samorządowców (Obajtek sam był kiedyś samorządowcem, a więc dobrze czuł doły), będzie dużo trudniej wygrać niż z Morawieckim.

Dla Szydło i Ziobro dużo lepszy, korzystniejszy jest słaby, zgrany Morawiecki niż świeży i silny Obajtek.

Różnie może być
Czasami takie sytuacje mogą być paradoksalne i przełomowe. Morawiecki stał się – na zasadzie efektu ubocznego – beneficjentem tej rozgrywki. W polityce jest niekiedy podobnie, jak na wojnie, jeżeli się kogoś nie dobije, nie zniszczy do końca, nie doceni, to później zaskakująco oraz niespodziewanie rośnie w siłę.

Morawiecki nie będzie miał łatwo, ale ta sytuacja go wzmocniła i nie można przesądzać do końca jego losu. Jak mawiała Hannah Arend: „polityka, obok religii, to taka dziedzina, gdzie zdarzają się różne cuda”.

Obajtek premierem już na pewno nie zostanie. A Kaczyński w tej chwili nie ma innego kandydata do zastąpienia Morawieckiego. Jeżeli Morawiecki dobrze wykorzysta olbrzymie pieniądze z Unii Europejskiej, a gospodarka ruszy (w Niemczech eksperci zapowiadają konsumpcję po koroonawirusie) różnie to może być.

Wiele będzie zależało od trzech czynników: sytuacji gospodarczej; rozwoju konfliktów wewnątrz PiS; kondycji opozycji i kwestii, czy opozycja znajdzie jakąś wspólną formułę.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Indyk Poppera, a zatruta szczepionka…


Jeżeli dzień, dwa dni lub tydzień po zaszczepieniu ktoś umarł, dla antyszczepionkowców, związanych przede wszystkim z „Konfederacją” jest to dowód, że szczepionki zostały zatrute, źle przygotowane i zabijają.

Roman Mańka: David Hume, jeden z głównych przedstawicieli empiryzmu, miałby inne zdanie. W tak przedstawionym argumencie nie ma nic więcej poza następstwem czasowym, zaś następstwo czasowe nie jest dowodem.

Sekwencje korelacji to nie dowód…
Czy gdy ktoś umrze dzień po wypiciu herbaty mówimy, że zabiła go herbata…?! Nawet gdyby człowiek umarł 10 sekund po wypiciu herbaty, nie można stwierdzić, że herbata była zatruta i go zabiła.

Jednak w teorie rozpowszechniane na całym świecie przez środowiska nacjonalistyczne, całkiem spora część ludzi wierzy. Dlaczego?

Logiczny atomizm
Jest to głębszy problem niżby się wydawało. Ludzie przejawiają skłonność do myślenia metafizycznego. Jak wykazał Bertrand Russel, postrzegają świat przez własną świadomość: dane sensoryczne, które odbieramy, a które są pierwszorzędnymi czynnikami wiedzy, trafiają do naszego umysłu, w którym powstają różnego rodzaju konstrukcje, czyli drugorzędne czynniki wiedzy. Poznajemy świat przez naszą świadomość. Świat dzieli się na zewnętrzny (realny) i postrzegany (mentalny). My widzimy ten postrzegany, odbieramy go przez naszą świadomość, a składa się on z danych sensorycznych pochodzących od zmysłów i naszych logicznych konstrukcji artykułowanych w języku. Echa tej filozofii, mimo że Russel nie był idealistą a empirystą, sięgają do Starożytnej Grecji i Platona, aczkolwiek pewnie dużo bliższym odwołaniem byłby żyjący setki lat później, zaliczany do empiryków George Berkeley i jego immaterializm.

Niedoskonałość gramatyki
Ludzie postrzegają świat poprzez świadomość i język. Tymi dwoma ostatnimi wymiarami rządzi logika. W języku wszystko ma być na swoim miejscu: podmiot, orzeczenie, przymiotnik. Rzeczywistość językowa opisywana jest za pomocą czasów: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Jak zauważył Henri Bergson: to co my dajemy światu, to sekwencja, postrzegamy go w ramach sekwencji, a więc następstwa, z wielu różnych dźwięków tworzymy jedną melodię; to zaś co otrzymujemy ze świata, to dystynkcja. Friedrich Nietzsche zauważył, że gramatyka jest logiczna, opisujemy rzeczywistość w konwencji przyczynowej: następstw; oczekujemy, aby w zdaniu językowym występował podmiot i orzeczenie. Przez tę logikę, jak wskazał Nietzsche, gramatyka staje się metafizyczna. Metafizyka znajduje się nie tylko w religii, lecz również w języku i w naszym życiu.

Pragniemy nie tylko Boga, ale w ogóle podmiotu, przyczyny.

Świadomość nie jest lustrem
I to jest właśnie pułapka, w którą ludzie wpadają. Chcą żeby zewnętrzny świat był taki sam jak język, by rzeczywistością fizyczną rządziły identyczne (logiczne) prawa, co wewnętrzną świadomością. Lecz, niestety, świat jest inny niż nasz umysł. Zdroworozsądkowa teoria lustrzanego odbicia jest błędna. Hipoteza reprezentacji Franzca Brentano zawodzi. Świadomość nie jest wiernym lustrem rzeczywistości. W świadomości mieszają się dane odbierane przez zmysły z konstrukcjami umysłu. Nasz umysł bardziej interpretuje świat niż postrzega. Logika ma zastosowanie do prawd umysłu, ale nie wystarczy żeby opisać rzeczywistość.

Indukcjonizm czasami zawodzi
Myślenie w kategoriach następstw wynika z indukcyjnego opisywania świata. Stad bierze się właśnie atrakcyjność fałszywego argumentu, że jeśli ktoś umarł dzień po otrzymaniu szczepionki, to właśnie ta szczepionka musiała go zabić. Jest to zwulgaryzowane indukcyjne myślenie, według schematu: jeżeli coś następuje po sobie, to istnieje związek przyczynowy; albo jeśli coś zdarzy się trzy razy pod rząd, to musi istnieć reguła.

Dla Indyka myślenie indukcyjne skończyło się tragicznie.

Dla indukcjonistów, Karl Popper, wybitny filozof nauki, twórca metody falsyfikacji, miał taką oto odpowiedź. Przeszła ona do historii filozofii jako „indyk indukcyjny Poppera”.

Indykowi pierwszego dnia przynieśli jedzenie. Po czym indykowi przynieśli jedzenie drugiego dnia. Również trzeciego dnia przynieśli indykowi jedzenie. Następnie czwartego dnia też mu przynieśli. Po czym indyk pomyślał sobie, że piątego dnia też mu przyniosą i zawsze już będą mu przynosić jedzenie. Tymczasem piątego dnia przypadło Święto Dziękczynienia, indykowi przyszli uciąć łeb i zanieśli komuś innemu na talerzu jako jedzenie.

Niczym kot Schrödingera
Nigdy nie zapomnę pewnego epizodu z mojej młodości. Mój kolega miał żal do księdza, bo źle wyrażał się o nim wobec jego dziewczyny. Koniecznie chciał się na księdzu zemścić, zrobić mu na złość. Pewnego wieczoru namówił mnie, aby nocą zakraść się na podwórko plebani, podejść do drzwi i zablokować księdzu przycisk od dzwonka, tak aby permanentnie dzwonił. Kiedy zbliżaliśmy się do plebani, w oknach było ciemno, co wskazywało, że księdza nie ma w domu. Aż tu nagle zapaliła się żarówka umieszczona na zewnątrz, nad drzwiami frontowymi. My w długą. Przeskoczyliśmy dwa razy przez kościelny parkan, a następnie jeszcze z pół kilometra biegliśmy po oranym polu.

Kolega mówi do mnie: „jaki on czujny, był w domu, widział nas, zapalił światło” (…) „co on nie ma co robić tylko całą noc patrzy w ciemne oka i pilnuje”.

Sens zdarzenia zrozumiałem dopiero dwa miesiące później. Był wielki piątek przed Wielkanocą. Stałem wówczas przed Kościołem. Po sąsiedzku jest zlokalizowana plebania. Obydwa budynki przedziela parkan. W pewnym momencie zobaczyłem kota zbliżającego się do domu księdza. Nikogo więcej poza kotem na podwórku nie było. Gdy kot uczynił jeszcze kilka kroków, światło nad drzwiami się zapaliło. Ksiądz był już wówczas w Kościele i nie mógł zapalić światła. Przyczyną zapalającego się światła był po prostu czujnik ruchu, w tamtych czasach jeszcze technika mało znana.

Pułapka logiki…
Może to zabrzmi paradoksalnie, może nawet absurdalnie, ale wszystkich przestrzegam przed logicznym myśleniem, a już na pewno przed redukowaniem dowodzenia do prostej logiki. Logika rządzi naszym umysłem, zaś rzeczywistością rządzi chaos. Jeżeli chcemy odzyskać świat, poznać rzeczywistość musimy dokonać właśnie oczyszczenia świata z logiki, musimy spojrzeć na rzeczywistość nie logicznie a fenomenologicznie, czyli bez nastawień, bez wstępnych tez, bez teorii, bez uprzedzeń, bez tradycji, bez tematyzowania. Musimy dokonać operacji, którą Edmund Husserl nazwał redukcją fenomenologiczną (słynne epoche), zaś Martin Heidegger redukcją ontologii ogólnej do ontologii fundamentalnej.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Słabość systemu partyjnego!


Z sondażu przeprowadzonego przez Instytut Badan Spraw Publicznych, na zlecenie portalu „StanPolityki.pl” wynika, że gdyby wybory odbyły się dziś, wygrałaby je „Polska2050” Szymona Hołowni (31,26 proc.), na drugim miejscu uplasowałby się PiS (26,96), a trzecią lokatę zajęłaby Koalicja Obywatelska z rezultatem 18,85, czwarta byłaby Lewica (9,34).

Roman Mańka: Teraz widać, jak bardzo słaby i niestabilny mamy system partyjny i jak mylili się ci, którzy narzekali na jego „zabetonowanie”. „Zabetonowanie” zewnętrzne nie jest problemem, bo daje stabilność systemu politycznego (a stabilność to cnota, a nie mankament czy wada); problemem jest „zabetonowanie” wewnętrzne, w głębi partii politycznych oraz – jak ja to nazywam – charyzmatyczny, patriarchalny charakter polskich ugrupowań politycznych. Wewnątrz polskich partii nie ma demokracji.

Redefinicja sympatii
Prognozowałem, że to co się stanie w roku 2021, to zmiana pozycji i statusu KO. W układzie dialektycznym jest tak, że gdy trzeci element stanie się drugim, czyli wejdzie w oś dialektyczną (w polaryzację), to zaczyna „połykać” dotychczasowego drugiego; tu trzecie element stał się pierwszym.

To nowa dynamika.

Moim zdaniem, to może być krytyczny moment rekonfiguracji polskiej polityki. Tendencję uchwyconą w tym sondażu uważam za wysoce prawdopodobną. Gdy dotychczasowy trzeci element (Hołownia) zastępuje dotychczasowy drugi (KO), a w tym przypadku wyszedł nawet na pierwsze miejsce, uruchamia się kilka procesów: pierwszy to doorientowywanie negatywne, a więc przesunięcie poparcia na ten obiekt, który ma największe szanse zwyciężyć z obiektem, który wyborcy chcą odsunąć od władzy (prawo tamy) – to już się dzieje, zwłaszcza wśród elektoratów sympatyzujących z formacjami opozycyjnymi; po drugie, wsparcie ze strony elementu klientelistycznego, w polskiej polityce, wśród osób aktywnych dominuje czynnik koniunkturalny, w ten sposób motywowani klientystycznie działacze będą redefiniować swoje sympatie – to już widać, i w ramach tego procesu Hołownia będzie pozyskiwał z każdej strony grupy interesów: i z opozycji, z PiS, najwięcej z KO; po trzecie, konformizm za darmo *zasada: „biegnij na pomoc zwycięzcy” – po prostu część wyborców lubi popierać tę partię, która lideruje sondażom oraz ma szansę wygrać wybory.

Reaktywacja POPiS-u
Co zagraża Hołowni? Wyjście jego partii na pozycję lidera jest trochę przedwczesne. Mam ambiwalentne odczucia, co do utrzymania tej lokaty – może być tak, że Hołownia się jeszcze bardziej wzmocni, lecz może być też tak, że nie dowiezie miejsca lidera do wyborów.

A wybory, przy takiej strukturze sondaży, raczej nie będą przedterminowe. Chyba, że w „Zjednoczonej Prawicy” wybuchnie konflikt, którego nie można będzie zażegnać/opanować. Na marginesie można powiedzieć, że pierwsze miejsce Hołowni w badaniach preferencji politycznych, to dla PiS szansa na dotrwanie do końca kadencji.

Zagrożeniem dla Hołowni jest to, co jest też jego siłą. Pozycja numer jeden w sondażach, jeśli inne ankiety to potwierdzą, oznacza reaktywację (mobilizację) PO-PiSu. Obydwie, dotychczas najbardziej popularne partie, będą zainteresowane, aby „zniszczyć” Hołownię. Widzieliśmy to już w ostatnich wyborach prezydenckich, kiedy PiS i KO dogadały się w sprawie wymiany kandydata – bez przyzwolenia PiS, KO nie udałoby się wymienić Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego. PiS i PO zagrożone zburzeniem dualistycznego układu przez kogoś trzeciego mogą zacząć mocniej współpracować.

System partyjny w Polsce to katastrofa. Jest to jedna z największych dysfunkcji państwa.

Stara jakość
Szybki skok ruchu „Polska2050” na pozycję lidera sondażu/y wskazuje na ogromną słabość polskiego systemu politycznego oraz niską świadomość wyborców. Partia Hołowni nie funkcjonuje nawet w rejestrach partii politycznych. Nie posiada wiarygodnego, kompleksowego programu, ani struktur terenowych. Brak kadr.

Jest produktem czysto wirtualnym, marketingowym. W zasadzie nie proponuje nowej polityki, tak jak deklaruje (to pozory), tylko starą, i to jeszcze w najgorszym wydaniu.

Świadczy to również niestety o niskiej świadomości wyborców. Hołownia nie posiada żadnych atutów przywódczych, które mogłyby go predestynować do roli polityka wielkiego formatu oraz męża stanu. W debatach prezydenckich wypał przeciętnie, charyzmy, zmysłu strategicznego, a także zdolności do kształtowania wizji czy programów też u niego nie widzę.

Ulica nie zawsze mówi prawdę…
Na koniec, sprawdza się to co mówiłem niedawno w „Halo Radio”. Teraz widzimy jak w rzeczywistości społeczno-politycznej silne są pozory (jak w filozofii Platona). Sądząc po niedawnych ulicznych protestach można by było powiedzieć, iż w Polsce mamy do czynienia z lewicową rewolucją, że następuje ogromny przechył w lewo. Jeszcze raz potwierdza się reguła, o której często mówię: ulica nie jest najlepszym barometrem. W maju 1968 roku we Francji protestowało w Paryżu milion osób, a miesiąc później wybory parlamentarne wygrała prawica; lewica doszła tam do władzy dopiero 13 lat później (Mitterrand).

Gdyby podliczyć głosy stron politycznych wg cytowanego sondażu, to centroprawica i prawica ma łącznie (nie licząc KO), co najmniej 63 proc. Taki wniosek byłby jednak zbyt wielkim uproszczeniem, ale wyniki tego sondażu pokazują jednak, że niedawne uliczne protesty nie przekładają się w prosty sposób na sympatie polityczne; nie ma adekwatności, korespondencyjności pomiędzy przestrzenią społeczną a polityczną.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Chłopski rozum nie wystarczy…


Już dziś widać, jak na dłoni, że moja koncepcja szczepień (prowadzonych wg innych parytetów niż prowadzi to rząd) była lepsza. Postulowałem szczepienie wg wskaźnika mobilności, czyli tych osób oraz grup, które są najbardziej aktywne.

Roman Mańka: Byłoby to szczepienie strategiczne, gdyż nastawione na szybkie zablokowanie kanałów oraz sieci propagacji koronawirusa i uzyskania odporności populacyjnej. Niestety rząd, jako kryterium kolejności szczepień, przyjął wiek. Jest to błąd, gdyż w ten sposób pomijane są w szczepieniach osoby najbardziej mobilne, aktywne, tymczasem seniorzy cechują się dużo mniejszą mobilnością i sami się poniekąd izolują.

Myślenie globalne
Celem szczepień powinno być, jak najszybsze uzyskanie odporności populacyjnej, to cel strategiczny, który powoduje, iż w pierwszej kolejności powinny być szczepione osoby aktywne, bez względu na wiek. Gdyby szczepienia wykonywane były wg mojej koncepcji, dużo wcześniej osiągnęlibyśmy odporność populacyjną, na którą składałyby się trzy grupy: 1) zaszczepieni; 2) ozdrowieńcy; 3) osoby w zaawansowanym wieku (seniorzy), którzy sami się izolują.

Dzięki temu dużo szybciej moglibyśmy otworzyć przestrzeń społeczno-gospodarczą

Pomijanie istoty
Ostatnio miałem okazję wysłuchać obszernego wywiadu z mec. Piotrem Schrammem, czołowym w Polsce negacjonistą istnienia pandemii koronawirusa, który bagatelizuje, umniejsza zagrożenie wynikające z epidemii. Niestety jego argumenty są słabe, nie dokonuje on analizy strukturalnej, dynamicznej, i w sposób błędny porównuje dane. Przypomnę jeszcze raz, że porównanie statyczne, unieruchomione, bez kontekstu oraz definicji sytuacji niewiele daje i nic nam nie mówi.

Pan Mecenas powołuje się np. na fakt, że wg danych ministerstwa zdrowia na „czystego” – jak on to określa – koronawirusa, a więc bez chorób współistniejących, zachorowało w skali Polski jedynie 6 tys. osób. Ta okoliczność niczego nie wyjaśnia, a tylko zafałszowuje obraz. (gdyż) Wiadomo, że istotą koronawirusa jest działanie solidarne z chorobami współistniejącymi i obnażanie tzw. słabych punktów, czyli układu odporności. Esencją działania koronawirusa jest dołączanie się do chorób współistniejących; wówczas koronawirus jest najgroźniejszy i wtedy zabija.

Doprowadzając sprawy do absurdu, równie dobrze, idąc trapem mec. Piotra Schramma, mógłbym, w analizach wielkości ofiar II wojny światowej, uwzględniać jedynie „czyste ofiary wojenne”, a więc żołnierzy poległych na froncie, zupełnie pomijając ofiary cywilne. Czy to dałoby nam obraz rozmiarów tragedii II wojny światowej? Oczywiście, że nie.

Koronawirus działa strukturalnie
Drugą cechą, którą można zaliczyć do istoty koronawirusa, obok solidarnego działania z chorobami współistniejącymi, jest przeciążenie systemu służby zdrowia, ma to miejsce po przekroczeniu krytycznej granicy funkcjonalności systemu. Gdy pandemia ten punkt osiąga, dzieje się coś pozornie paradoksalnego, choć przy głębszych analizach strukturalnych, wcale nie jest to paradoksalne: (otóż) z powodu koronawirusa zaczynają umierać osoby, które nie zostały zakażone koronawirusem i nie mają z nim nic wspólnego, np. pacjenci cierpiący na choroby nowotworowe albo na choroby kardiologiczne, lub też na błahe schorzenia takie, jak wyrostek robaczkowy. Po prostu nie ma ich kto ratować, gdyż system służby zdrowia został przeciążony i stał się dysfunkcjonalny.

Koronawirus działa w sposób strukturalny, uruchamiając wiele procesów wtórnych. W ten sposób jest powodem śmierci w miejscach, z których nawet sobie nie zdajemy sprawy, albowiem często działa, jak to (mechanizm), co w filozofii strukturalizmu nazywa się głęboką przyczyną, a więc przyczyną niewidzialną, metonimiczną.

Koronawirus działa strukturalnie.

Nieuwzględnienie zaciągniętego hamulca
W innym miejscu Pan mec. Schramm przywołuje okoliczność, że w skali świata koronawirus zabił ok. 3 mln ludności, zaś z powodu grypy zmarło 4,5 mln. Takie porównanie jest metodologicznie nieuprawnione i prowadzi do błędnych wniosków, że grypa zabija więcej ludzi niż pandemia koronwirusa. Oczywiście są to wnioski absurdalne.

We wszelkich analizach zawsze musimy rozpatrywać wskaźniki statyki (struktury) oraz dynamiki. Jest to podstawowe rozróżnienie w naukach takich, jak fizyka, chemia, biologia, socjologia, statystyka. Bez rozróżnienie czynnika statycznego oraz dynamicznego analizy nie są nic warte. Koronawirus jest niebezpieczny właśnie z uwagi na dużą dynamikę, o wiele większą niż ta, którą posiada grypa. Chodzi o dynamikę gwałtownego przyrostu zachorowań i szybkiego przeciążania służby zdrowia.

Argumenty mec. Schramma są śmiesznie słabe.

To czego nie uwzględnia mec. Schramm to lockdowny, czyli zamknięcia przestrzeni społeczno-gospodarczej. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że te ok 3 mln zachorowań na koronawirusa miało miejsce w warunkach zamykania gospodarek olbrzymiej ilości państw, to wielkość ofiar (3 mln) jest ogromna, a nie tak jak uważa mec. Schramm – mała.

Dlatego proste porównanie liczby zmarłych z powodu koronawirusa, do liczby osób uśmierconych przez grypę, nic nie daje i niczego nie wyjaśnia, bo nie uwzględnia elementu dynamicznego.

W uczciwej, prawidłowej analizie należałoby zapytać: ile osób poniosłoby śmierć z powodu koronawirusa, gdyby nie wprowadzano lockdownów…?! I to jest kluczowe pytanie.

Analogia pożaru lasów
Wyobraźmy sobie dwie przestrzenie, na których rośnie las. Ktoś podpalił jedną i drugą. Na jednej pożar jest gaszony przez staż pożarną, a druga jest pozostawiona sama sobie. Na której przestrzeni spłonie więcej drzew?!

Poza tym, wobec części ofiar grypy (podobnie jak i innych chorób) koronawirus może występować właśnie jako głęboka przyczyna metonimiczna (niewpisywana w akty zgonu), te osoby mogą umierać z powodu grypy, gdyż za przyczyną pandemii koronawirusa przeciążona jest służba zdrowia. Tak się też dzieje.

Zdrowy rozsądek przegrywa z nauką
Wybitny przedstawiciel nauki, jeden z największych filozofów oraz logików i matematyków, a także moralistów, w dziejach świata, Bertrand Russel, zwracał uwagę na jedną fundamentalną rzecz: prawdy nie da osiągnąć się w sposób zdroworozsądkowy (żeby nie powiedzieć „na chłopski rozum”). Prawdę może uchwycić nauka (i to też w ograniczonym, nieabsolutnym zakresie), zaś żeby to uczynić należy rozwarstwić problem, sięgnąć po wyrafinowane, wielowymiarowe, głębokie, strukturalne, dynamiczne analizy.

Zdrowy rozsądek nie wystarczy do wyjaśnienia problemu, gdyż problemy są zazwyczaj złożone, cechują się dużą skomplikowalnością, a zdrowy rozsądek w dążeniu do zrozumienia upraszcza oraz redukuje złożoność problemów.

Ludzi, w potocznej wymianie myśli, chcąc zazwyczaj zrozumieć zjawiska upraszczają je. Język nie jest doskonałym narzędziem opisu oraz definiowania prawdy. Język zafałszowuje.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.