Czy świat przetrwa po likwidacji klasy średniej?

Pandemia i związane z nią lockdowny wyniszczają na całym świecie drobnych i średnich przedsiębiorców. W siłę rosną za to międzynarodowe korporacje, przejmując rynek upadających firm. Czy ludzie mogą się tylko przyglądać postępującej degrengoladzie klasy średniej?

Jerzy Mosoń: Majątek dziesięciu najbogatszych ludzi świata powiększył się w czasie pandemii koronawirusa o 540 mld dol. – twierdzi Organizacja humanitarna Oxfam. Rosną fortuny spekulantów, bankierów i właścicieli firm technologicznych. Z kolegi ciągle ogłaszane lockdowny doprowadziły do zachwiania równowagi między biznesami uzależnionymi od mobilności i kontaktów międzyludzkich a tymi, gdzie wystarczy kontakt on-line.

Nierówne straty
W większości państw, gdzie rządy ogłaszały lockdowny związane z rozprzestrzenianiem się pandemii koronawarirusa największe straty notowały na początku firmy podróżnicze, hotelarze, następnie produkcyjne i handlowe. Najłatwiej było przejść przez kryzys związany z lockdownami tym przedsiębiorcom, którzy nie są uzależnieni od pracy stacjonarnej, ale też w ich biznesie częste podróże nie są koniecznością. Ale straty finansowe nie były równomierne także wśród tych, którzy ucierpieli najbardziej. Niewielkie firmy rodzinne mogły się bronić, pod warunkiem, że rzeczywiście pracownikami w tych biznesach byli członkowie rodzin, a księgowi na tyle sprawni, by skorzystać z oferowanych przez rządy subwencji.

Kazus hotelowy
Powszechnie wiadomo, że jeśli ktoś dysponuje średniej wielkości pensjonatem i nagle stracił źródło dochodów, nie mając zbyt wysokich kosztów operacyjnych to prawdopodobnie po uderzeniu kryzysu będzie w stanie wrócić do dawnego stylu życia, licząc od nowego pełnego sezonu. Tak stało się w przypadku pensjonatów, które szybko latem odzyskały oddech, po zakończeniu pierwszego lockdownu W zdecydowanie gorszej sytuacji są średni gracze oferujący ponad 100 miejsc hotelowych – za mali by przetrwać kryzys i posiadający za bardzo rozbudowaną infrastrukturę oraz kadrę by móc ograniczać koszty. Oni i tym razem stali się oni łakomym kąskiem dla międzynarodych graczy. Skutki niewydolności MŚP wobec zamknięcia gospodarki będzie można jednak policzyć dopiero kilka miesięcy od ustania kryzysu, ponieważ przejęcia wciąż trwają, podobnie jak pojawiają się nowe fale epidemii

Wielcy nie przegrywają
Wydawać by się mogło, że w następstwie ograniczenia ruchu spowodowanego zamknięciem gospodarki upadać będą linie lotnicze. I rzeczywiście Od początku 2020 roku upadło ponad 40 linii lotniczych na świecie. Ale uwaga: w całym 2019 r. taki los spotkał 46 przewoźników, a w 2018 – 56 linii lotniczych – informuje Cirium – ekspercka firma zajmująca się analizą danych nt. podróży lotniczych. Co więcej, pomijając upadek włoskiego przewoźnika Alitalia mającego problemy także przed pandemią nie upadły żadne inne znaczące linie. Zresztą Włosi i tak uratowali te linie przemianowując je w spółkę ITA (Italia Transporto Aero). Sytuacja linii lotniczych pokazuje to, że nawet wobec największych problemów gospodarczych ważne gałęzie gospodarki z punktu widzenia polityków mogą otrzymać skuteczną ochronę. Jeśli ktoś ma wątpliwości może odświeżyć sobie historię dużych banków dotkniętych kryzysem finansowym z lat 2008-2013. I wówczas najwięksi gracze mogli liczyć na wsparcie.

Spekulanci jak zwykle na fali
Rzeczywiście też znów się okazało, że największe firmy są w stanie poradzić sobie z kryzysem samodzielnie, a nawet na nim zyskać. I nie chodzi nawet o bezprośrednich beneficjentów pandemii tj. producenci szczepionek, które warunkowo dopuszczono do obrotu i rozmaitymi restrykcjami zagwarantowano ich miliardowy zbyt. Zyskała cała masa spółek z obszaru Big Data, w tym rzecz jasna najwięksi gracze tacy jak Microsoft stworzony przez miliardera Billa Gatesa. Trudno dziś wyobrazić sobie spotkania biznesowe, w zasadzie jakąkolwiek pracę bez produktów umożliwiających kontakty on-line. Furorę robią firmy kurierskie, bo zamknięta w domach ludność jakoś musiała robić zakupy, choćby wydając ostatnie pieniądze zarobione jeszcze przed kryzysem.

Co nas czeka?
Nikt już nie ma wątpliwości, że im dłużej będzie trwał kryzys zdrowotny i czym większe będą obostrzenia to tym szybciej będzie rozpędzać się inflacja. I choć dziś większość ekonomistów przeraża się tegorocznymi wynikami jej poziomu tj. 6 proc. w Polsce to za kilka miesięcy być może trzeba będzie zmierzyć się z jeszcze większymi wzrostami cen. Problem pogłębi się wraz ze wzrostem bezrobocia, ale prawdziwym dramatem może okazać się wzrost zadłużenia wobec tych, którzy jakimś cudem przewidzieli wybuch pandemii i pomnożyli swoje majątki. Narastające nierówności przemodelują gospodarkę i pogłębią panujące podziały na bogatych i biednych. Momentem przełomowym będzie taki wzrost cen nieruchomości i samochodów, że leasing konsumencki aut i najem nieruchomości stanie się nie tylko bardziej opłacalny od ich zakupu na razy, ale okaże się jedyną możliwością ich posiadania dla ponad 50 proc. populacji.

 Uderzenie w klasę średnią
Dla społeczeństw, gdzie klasa średnia poprzez swą własność i wysoką dochodowość odgrywa znaczącą rolę będzie to duży cios, ale prawdziwe problemy przeżyją te państwa, gdzie liczne klasa średnia wciąż jest bardziej postulatem niż normą tj. Polska. Za zahamowaniem rozwoju klasy średniej pójdą niechybnie ograniczenia wolnościowe, ponieważ prawdziwa władza polityczna to władza pieniądza. Skoro już dziś ludzie zgadzają się na wprowadzenie paszportów covidowych by pójść do kina, pojechać na wycieczkę bądź skorzystać z restauracji to tym bardziej zgodzą się na to by od ich posiadania zależała też praca. Ani się zorientują a oddadzą w ten sposób demokrację liberalną, o którą tak zagorzale walczyli z komunizmem i nazizmem.

Klasa średnia w klasycznym rozumieniu nie przestanie istnieć zupełnie, ale czy w Polsce Ludowej zanikła w 100 proc.? Świat jednak będzie już tylko pozornie demokratyczny.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Kapitał nienawiści

Co mnie zaskoczyło? Widziałem ostatnio sondaż, w którym aż 48 proc. Polaków pozytywnie ocenia „polski ład”. Dla mnie tego rodzaju pośrednie, tematyczne, badania opinii publicznej są niezmiernie ważne, bo mimochodem, a więc w sposób bardziej wiarygodny, jako swego rodzaju efekt uboczny, mogą wskazywać na preferencje polityczne.

Roman Mańka: Ciągle słyszę ze strony dziennikarzy, występujących w ogólnopolskich mediach, lub innych komentatorów polskiej sceny politycznej, że PiS jest w odwrocie, że przeżywa kryzys, że partii Kaczyńskiego spada społeczne poparcie.

Z tego rodzaju wnioskami byłbym bardzo ostrożny.

Jeszcze dzisiaj, w telewizji TVN24, Tomasz Żółciak z dziennika Gazeta Prawna, powiedział, że PiS oscyluje wokół 30 proc. Moim zdaniem, oscyluje wokół 40. Od wyborów parlamentarnych w 2019 roku PiS wcale tak wiele nie stracił, o ile w ogóle coś stracił. Zaś ma zasoby, aby pozyskiwać poparcie.

Niedecydowani nie głosują
Pamiętam, jakie ogromne zdziwienie wywołała teza, którą postawiłem w roku 2021, pod koniec lata, że Konfederacja stanie się trzecią siłą polityczną w Polsce. Wiele osób się wówczas moją opinią zdumiało. Niedawno widziałem sondaż, taki, który jest dla mnie dość miarodajny, bowiem nie pyta o osoby niezdecydowane, w którym stratyfikacja poparcia społecznego dla partii politycznych przedstawiała się następująco: PiS – 38; KO – 24; Polska2025 (Hołownia) – 13; Konfederacja – 12; Lewica – 7; PSL – 2.

Moim zdaniem, to badanie bardzo realne. Z góry wyjaśniam, że nie traktuję poważnie sondaży, w których klasyfikuje się osoby niezdecydowane, bo to jest abstrakcja, ucieczka od rzeczywistej, konkretnej sytuacji wyborczej: w realnych wyborach nie można zakreślić pola: niezdecydowany/niezdecydowana. Stąd tego rodzaju ankiety jedynie zafałszowują rzeczywistość.

To co występuje w realnych wyborach, to czynnik działania, mobilności, zdecydowania (o mniejszej lub większej skali). Głosy niezdecydowanych nie są liczone.

Za plecami PiS
Jak wynika z powołanych powyżej badań, rządzący Polską PiS dysponuje poparciem na poziomie 38 proc. Moim zdaniem, to całkowicie realny pułap. Partia Kaczyńskiego może w tej chwili tyle mieć. To by oznaczało, iż od wyborów parlamentarnych do Sejmu w 2019 roku straciła nieco ponad 5 proc. Wątpię, aby straty były większe.

Istotne jest jednak również (może nawet istotniejsze) to, co dzieje się „za plecami” PiS. Koalicja Obywatelska wpadła w rutynę, ta stabilizacja może być destruktywna, nie widać specjalnych szans na dynamikę czy progres. Hołownia wyraźnie stracił świeżość. Tuż za ugrupowaniem nr 3, tak jak przewidywałem ponad pół roku temu, jest Konfederacja z wynikiem 12 proc. To sondaże. Wiem, że wielu zaskoczę, lecz z moich kalkulacji wynika, że gdyby wybory odbyły się dziś, Konfederacja otrzymałaby między 17 a 20 proc. Ta partia wyraźnie zyskuje na pandemii koronawirusa, ponieważ choć prezentuje darwinistyczne, antyhumanistyczne stanowisko, to jednak jest ono przejrzyste, wyraziste i do wielu Polaków trafia.

Fundamentalna zgodność
Co ta sytuacja oznacza? Po pierwsze oznacza to, że PiS posiada zasoby wyborcze, do których może się odwołać (bardziej rezerwy niż zasoby), gdyby przyszło prowadzić wybory w warunkach dużej polaryzacji. O ile przed wejściem Donalda Tuska do polskiej polityki, elektorat Konfederacji (szeroko rozumiany, bo są to bardzo różne grupy) mógł się w jakimś stopniu wahać, co do wyboru pomiędzy PiS, a liberalną opozycją, na co dowodem są ostatnie wybory prezydenckie i poparcie Rafała Trzaskowskiego przez część zwolenników Konfederacji, to już po powrocie Donalda Tuska zdecydowana większość wyborców Konfederacji, gdyby (a gdyby oznacza silną polaryzację) miała hipotetycznie wybierać pomiędzy PiS a KO, wybierze niestety PiS.

Po drugie, PiS zyskał ewentualnego koalicjanta w przyszłym Sejmie, pewnie pozyskiwanego nieoficjalnie albo w sposób rozproszony. Już w obecnej kadencji Sejmu PiS i Konfederacja (albo przynajmniej niektórzy posłowie Konfederacji) głosowali razem.

Mimo pozornych różnić, tym dwóm ugrupowaniom jest nadal blisko. Łączą je sprawy fundamentalne: konserwatyzm, antyeuropejskość (w jednym przypadku jawna, w drugim nieco ukrywana), nienawiść do elit, sympatia do autorytarnego modelu władzy, nietolerancja, antyniemieckość, niechęć do demokracji, itp.

Różnią ich tylko poglądy gospodarcze, ale to też może być wrażenie powierzchowne.

Noma moralność – resentyment
Po trzecie, Konfederacja nie jest jedynym kierunkiem, w którym może iść PiS. Zastanawiałem się wczoraj długo, kto składa się na te 48 proc., które w sondażu Wirtualnej Polski dobrze oceniły „polski ład”. Wynik ten, nawet mnie, człowieka, który uważa, iż PiS ma realnie wyższe poparcie niż to, które z reguły pokazują badania preferencji politycznych, zaskoczył. Zakładam, że 40 z tych 48 proc, (czyli 83 proc.) to zwolennicy PiS; pozostałe 8 proc. (16 proc.) mogą stanowić bardzo różni ludzie, ale większość z nich ma raczej lewicowe czy socjalne poglądy.

Mimo krytyki mediów, negatywnych wypowiedzi polskich ekonomistów, „polski ład” zastał wysoko oceniony przez respondentów, zyskują prawie połowę poparcia badanej populacji. To pokazuje potencjał programu; jeśli jest pozytywnie oceniany w warunkach chaosu oraz totalnie nieprzychylnych komentarzy, awersji, w nieprzychylnym środowisku medialnym, co będzie gdy sytuacja się ustabilizuje, gdy określone grupy społeczne odczują pozytywne  efekty polskiego ładu.

I na koniec jeszcze jedna ważna rzecz. Ludziom wcale nie chodzi żeby cokolwiek uzyskać w sensie ekonomicznym (nie to jest kluczowe), nie jest najważniejsze czy ktoś zarobi stu czy sto pięćdziesiąt złotych; ludziom chodzi o to, aby zabrać tym, którzy mają więcej.

I to jest główne „paliwo”, z którego czerpie PiS i dzięki któremu wygrywa kolejne wybory: resentyment, nienawiść do elit, awersja wobec tych, którym się udało w okresie transformacji. Tak jak u Friedricha Nietzschego, w Genealogii moralności, PiS stworzył nową moralność, wzbudzając w „orłach” poczucie winy, wymuszając rezygnację z posiadanych walorów, a z drugiej strony wmawiając „barankom”, że są orłami.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Stan poza historią

Przesłanką, która charakteryzuje rządy PiS-u jest sekwencja stanów wyjątkowych. Żeby było to dobrze zrozumiane, nie chodzi o stany wyjątkowe jako o konsekwencję konkretnych wydarzeń uzasadnionych historycznie, lecz jako formy czy figury (bardzo przydatne w rządzeniu) wyabstrahowane, wydedukowane z pojęcia konieczności, zaś nie z pojęcia historii.

Roman Mańka: Kluczowy problem to zrozumienie fundamentalnej różnicy pomiędzy koniecznością a historią. Byli w przeszłości filozofowie, którzy chcieli wprowadzić (i wprowadzali), Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Karol Marks, pojęcie konieczności na teren historii. To aberracja i całkowite pomylenie wymiarów: konieczność jest typowa dla logiki, lecz nie dla historii; historią rządzi przypadkowość – można ją opowiadać, stosować różnego rodzaju narracje historyczne, ale nie dedukować.

Władza nadal potrzebuje Boga…
Konieczność w obszarze historii jest czymś podobnym do Boga, ma pokazać, że istnieje przyczyna sprawcza wydarzeń historycznych, która jest logiczna, nieodwracalna i niezależna od człowieka. U Hegla, w Fenomenologii ducha, duch rozwija się i przyjmuje różne postacie (duch subiektywny, duch obiektywny, duch absolutny ); u Marksa komunizm jest logiczną konsekwencją wydedukowaną ze wcześniejszych formacji społeczno-gospodarczych (gospodarki feudalnej i kapitalizmu); chodzi oczywiście o potoczne, stereotypowe rozumienie marksizmu, bo Louis Althusser, który kierował badaniami marksizmu, w ramach nowego odczytania Kapitału Marksa (Lire le Capital) przekonująco zaprzeczył, aby u Marksa historią rządziła konieczność.

Tak więc konieczność na terenie historii ma zastąpić pojęcie Boga, czyli transcendentnej, wykraczającej poza jurysdykcję ludzką siły sprawczej. W gruncie rzeczy charakter niektórych religii oraz teorii naukowych, mieniących się być nowoczesnymi i absolutyzujących pojęcie racjonalności, jest antyhumanistyczny. Gdy wprowadzamy do historii pojęcie Boga lub konieczności (czyli kategorii wydedukowanych, ale nie historycznych), to tak naprawdę, w gruncie rzeczy ograniczamy wolność ludzi, immanentną sprawczość człowieka zastępujemy transcendentną sprawczością jakiejś konieczności.

W sumie obydwie koncepcje są metafizyczne, bo wykraczają nie tylko poza historię, ale też poza fizykę.

Wyjście poza historię
Jednym z filozofów, który wcześniej, zanim pojawili się Hegel i Marks, stosował zasadę konieczności, uzyskiwaną poprzez realizację metody hipotetyczno-dedukcyjnej, był Thomas Hobbes. Jest on postrzegany jako jeden z najbardziej znaczących teoretyków państwa (obok Platona, Arystotelesa, Machiavelliego), apologetów silnej, nieograniczonej, absolutystycznej władzy (Lewiatan) oraz teoretyków umowy społecznej.

U Hobbesa umowa społeczna, a więc w istocie powołanie państwa, nie jest wydarzeniem ani historycznym, ani konkretnym. Działalność naukową Hobbesa, podobnie jak później w przypadku Karola Darwina, motywują przesłanki historyczne i polityczne – konieczność uzasadnienia polityki Karola I (w przypadku Darwina konieczność uzasadnienia polityki kolonialnej poprzez forsowanie wzoru człowieka zachodu jako lepszego od dzikich; i w opozycji do dzikich, których na siłę należy cywilizować, czyli w praktyce eksterminować).

Jednak koncepcję, do których dochodzi Thomas Hobbes, mimo historycznych przesłanek oraz politycznych motywów, nie są historyczne. Umowa społeczna, a więc akt powołania państwa, nigdy w historii nie została zawarta. Jest ona stanem – do którego Hobbes dochodzi nie poprzez historię, lecz poprzez racjonalność, w sposób wydedukowany, abstrakcyjny i ahistoryczny. Umowa społeczna staje się konsekwencją naturalnego stanu człowieka, w którym wszyscy prowadzą wojnę przeciwko wszystkim; w opozycji do stanu cywilizowanego, w którym jednostki ograniczają swoją wolność, cedując wolność oraz prawa, za pomocą umowy społecznej, na rzecz Lewiatana, który ma zapewnić porządek, ład, a także sprawiedliwość.

Hobbes formułuje negatywną koncepcję wolności na podstawie pesymistycznej wizji człowieka, w myśl diagnozy: „homo homini lupus”, która została zaczerpnięta z dzieła Owidiusza „Przemiany” (choć dosłownie te słowa tam nie padły), a któremu renesansowy, hiszpański prawnik, Francisco de Vitoria, odpowiedział: „Enim homini homo lupus est, ut ait Ovidius, sed homo” (a zatem: człowiek człowiekowi nie jest wilkiem, jak twierdził Owidiusz, lecz człowiekiem).

Uniwersalizacja historii i determinizm
Na czym polega błąd Thomasa Hobbesa? Specyficzną sytuację historyczną rozciąga on na całą historię, zmieniając ją w zasadę historii, generalizuje, uniwersalizuje konkretne wydarzenia i wprowadza do historii (podobnie jak później Hegel) konieczność.

Pozornie okoliczności społeczno-polityczne dzisiejszej Wielkiej Brytanii, a więc Anglii, Szkocji, Irlandii z XVII wieku, wołały o silnego przywódcę oraz rządy twardej ręki, ale nie jest to uniwersalna sytuacja historyczna i nie wynika z konieczności. Zresztą ostateczne rozstrzygnięcia, które później, po okresie niepokojów oraz wojen domowych, historycznie miały miejsce w Anglii i następnie Wielkiej Brytanii (Chwalebna Rewolucja, monarchia konstytucyjna), pokazały, że bieg historii zakwestionował konieczność Hobbesa, prowadząc – przynajmniej w zakresie absolutystycznej władzy – do zgoła innych rezultatów niż chciał sam Hobbes.

Wielu historyków filozofii uważa, że Thomas Hobbes stworzył doktrynę państwa totalitarnego, jako naturalną konsekwencję stanu natury, w którym pozostaje człowiek. Władza absolutna w państwie (Lewiatan) jest niepodzielna, nieograniczona i znajduje się poza wszelką kontrolą. W tym miejscu należy wskazać na jedną kluczową rzecz, której dokonał Hobbes: (mianowicie) zmienił on źródło legitymizacji władzy, które nie jest już teologiczne, jak w Średniowieczu, w którym władza pochodziła od Boga, lecz deterministyczne: władza bierze się z historycznej konieczności, z logiki historii (w sumie to obydwa źródła legitymizacji były deterministyczne).

To jest fundamentalna kwestia. Tu leży gówna przesłanka, punkt ciężkości, najważniejszy czynnik, który odróżnia modele totalitarne od systemów demokratycznych, że te pierwsze w dużo większym stopniu, powołują się na konieczność, w sposób racjonalny (żeby to słowo nikogo nie zmyliło, bo akurat w tym przypadku powołane zostało w sensie pejoratywnym). Dyktatorzy, aby uzasadnić swoją władzę potrzebują powołania się na historyczną konieczność i dedukowania, w oparciu o logikę (a nie historię) systemów totalitarnych.

Konieczność jest cechą konstytutywną systemów totalitarnych, dlatego są one, w odróżnieniu od demokracji, ahistoryczne i przede wszystkim, antyhumanistyczne. Dyktatorów prowadzą do władzy struktury, konieczność, zaś prawdziwą demokrację przynoszą ludzie, w ramach wolnego, oddolnego działania.

Granice państwa?
Jak wiadomo z historii, ideę Hobbesa, który tak naprawdę postulował potrzebę niekończącego się stanu wyjątkowego, jako nieuniknionego rezultatu stanu natury, wykorzystywał filozof Realpolitik, Carl Schmitt, do uzasadnienia teorii totalitaryzmu w nazistowskiej III Rzeszy.

Legitymizacja władzy, uznanie jej przez społeczeństwo, staje się najbardziej skuteczna i przekonująca, kiedy stan sztuczny udaje się przedstawić jako rzeczywistość naturalną. Jest to element przemocy symbolicznej, z którego korzysta władza, co opisał francuski antropolog symboliczny oraz socjolog, Pierre Bordieu, na przykładzie choćby przedrewolucyjnej Francji w XVIII wieku: gigantyczną przewagę liczebną posiadali chłopi, a rządzili monarcha absolutny, a następnie arystokracja.

Schmitt, opierając się na Hobbesie, uzasadnia konieczność istnienia totalitarnej władzy (podobnej do monarchii absolutnej) i jest postulatorem stanów wyjątkowych, jako koniecznego (a więc również naturalnego) antidotum na rzeczywistość naturalną. Hobbes nie uważa wojny oraz konfliktów za sytuacje specyficzne czy przejściowe, lecz opisuje je w kategoriach nieodzownego stanu natury, stąd wywodzi, wydedukowuje konieczność powołania autorytarnego państwa, rządzonego przez absolutystyczną władzę. Schmitt podejmuje ten trop i rozwija doktrynę, dochodząc do wniosku, że w ramach każdego państwa toczy się nieustanny konflikt stanowiący dla niego zagrożenie. Teoria państwa Carla Schmitta opisuje państwo jako eliminujące wszelkie różnice oraz neutralizuje (używając eufemizmu) wewnętrzne siły rozsadzające państwo od środka.

U Schmitta stan wyjątkowy przedstawiany jest jako sytuacja szczególna, wyjątkowa, wynikająca z konieczności (niekoniecznie z historii). Czynnikiem zaś który w sposób arbitralny decyduje o wprowadzeniu stanu wojennego, w oparciu o jednostronną ocenę cech sytuacji, do której jednak tylko sam jest uprawniony, jest władca. To on, w opinii Schmitta, wyznacza granicę państwa.

Z rzekomą przejściowością stanu wyjątkowego wiąże się jednak jeden poważny problem: są one bowiem sytuacją specyficzną oraz tymczasową tylko pozornie, a w rzeczywistości stają się rzeczywistością permanentnie konieczną, czymś w rodzaju sekwencji niekończących się stanów nadzwyczajnych.

Adolf Hitler, gdy został führerem, wprowadził w roku 1933 stan wyjątkowy. Dzięki temu pozbył się opozycji oraz uciszył ludzi głoszących wolnościowe poglądy, zdławił swoich przeciwników. Ten stan wyjątkowy, wprowadzony w nazistowskich Niemczech, został odwołany dopiero w 1945 roku, i można zaryzykować tezę, że trwałby aż do dziś, gdyby Hitler nie popełnił samobójstwa, zaś III Rzesza nie przegrała wojny.

Wielka manipulacja
Problem stanów wyjątkowych polega na tym, że mimo iż przedstawiane są one jako stany – par excellence – wyjątkowe, przejściowe, tymczasowe, specyficzne, to w zakamuflowanym sensie teorii totalitarnych, stają się regułą, przedstawianą społeczeństwom jako naturalna konsekwencja stanu naturalnego, który jest zły; konieczność historii lub bezalternatywną opozycję wydedukowaną wg modelu dialektycznego z sytuacji.

W swojej ósmej tezie, zawartej w „O pojęciu historii”, Walter Benjamin, z całą pewnością pośrednia ofiara nazistowskiego systemu, filozof o proweniencji marksistowskiej oraz romantycznej, blisko związany ze szkołą frankfurcką, zamieszcza następujący fragment: „Tradycja uciskanych poucza nas o tym, że stan wyjątkowy, w którym żyjemy jest regułą. Musimy dorobić się takiego pojęcia historii, które temu odpowiada. Wtedy naszym zadaniem będzie wprowadzenie rzeczywistego stanu wyjątkowego; to zaś polepszy naszą pozycję w walce przeciwko faszyzmowi” – konstatuje Beniamin.

Benjamin dotyka clou problemu. Na tym polega wielka manipulacja teoretyków i zwolenników systemów totalitarnych: na przedstawianiu konieczności zamiast historii; oraz stanu wyjątkowego jako właśnie werbalnie wyjątkowego, podczas gdy w rzeczywistości jest on permanentny.

W opozycji do Schmitta, Walter Benjamin definiuje władcę jako czynnik władzy odpowiedzialny za unikanie stanu wyjątkowego, ograniczenie go jedynie do uzasadnionych okoliczności historycznych, a przede wszystkim powstrzymanie się tak dalece jak jest to tylko możliwe, od przemocy i represji.

Beniamin obnaża doktryny totalitarne poprzez ukazanie ich antyhumanizmu (lekceważenie czynnika ludzkiego) oraz ahistoryczności i opieranie się na rozumowaniu dedukcyjnym, koniecznym, abstrahującym od faktów historycznych. Wprowadzając historię do teorii Carla Schmitt, i pośrednio, Thomasa Hobbesa, Benjamin demaskuje stany wyjątkowe jako część historii (ale nie koniczności) i dzieło przypadku, konkretnych uwarunkowań historycznych, zaprzeczając jednocześnie ich uniwersalizacji w odniesieniu do całej historii, które z zasady powinno mieć charakter przejściowy.

Co symptomatyczne dla systemów totalitarnych, Schmitt uważał władcę, a nie prawdę, za fundament prawa i źródło prawodastwa (skąd my to znamy…?).

Prawda między wierszami
Wielu obserwatorów, a także komentatorów polskiego życia politycznego, często zarzuca przywódcy Zjednoczonej Prawicy, Jarosławowi Kaczyńskiemu, że z teoretyków polityki (państwa czy władzy) czyta jedynie Niccolo Machiavelliego; patrząc jednak i oceniając jego politykę myślę, że stosowne jest się zastanowić, czy nie czyta również dzieł, które wyszły spod pióra innych filozofów polityki, jak choćby Thomasa Hobbesa czy Carla Schmitta, czy jego poczynania nie są tymi treściami inspirowane.

Gdy bowiem popatrzy się na rządy PiS czy mówiąc w szerszym horyzoncie ZP, trudno oprzeć się wrażeniu, iż stanowią one niekończący się (przynajmniej w znaczeniu realnym, niekoniecznie formalnym) stan wyjątkowy, przedstawiany jako nieunikniona, naturalna konsekwencja historycznych wydarzeń, w rozumieniu konieczności, oraz rzeczywistość obiektywną.

Rzekomo rządy PiS miały być dialektycznym rezultatem rzeczywistości historycznej , spisku zrealizowanego przy Okrągłym Stole – „Polski w ruinie” – w opozycji do której, w trybie wręcz natychmiastowym, w momencie przejęcia władzy, w 2015 roku, PiS stworzył diagnozę „Polskę miodem i mlekiem płynącą”, synonim dobrobytu, żeby później ostatecznie w drugiej kadencji swoich rządów doprowadzić znowu do Polski w ruinie.

Reformy systemu wymiaru sprawiedliwości, w praktyce likwidacja wywodzącego się od Monteskiusza trójpodziału władzy i stworzenie ośrodków władzy pozostających właściwie poza prawną czy społeczną kontrolą, arbitralny sposób obsady Trybunału Konstytucyjnego, zostały przedstawione opinii publicznej jako konieczny element walki z szkodzącą obywatelom „sędziowską kastą” i korupcją.

Zaostrzenie kontroli na granicach stanowiło konieczny rezultatu przeciwdziałania terroryzmowi oraz proliferacji różnego rodzaju chorób („pierwotniaków”), które mieli roznosić przenikający do Polski uchodźcy. Zakup operacyjnych systemów szpiegowskich – np. typu Pegasus – jest efektem konieczności walki z terroryzmem oraz zorganizowaną przestępczością; podczas, gdy jak się okazało, w praktyce posłużył represjom wobec opozycji i nieprzychylnym rządom PiS konkretnym obywatelom.

Obfite obdzielanie swoich działaczy różnymi dotacjami, jak również intratnymi wynagrodzeniami w spółkach skarbu państwa jest nieodzowną, integralną częścią koniecznego programu walki z biedą i ubóstwem oraz otwieraniem nowych dróg awansu (dla ludzi o wątpliwych kompetencjach).

Wreszcie, legalny, konstytucyjny stan wyjątkowy przy granicy z Białorusią, choć wprowadzony trochę na wyrost wobec rzeczywistej sytuacji, przedstawiany jest jako konieczna, naturalna obrona niepodległości Polski, walki o jej suwerenność, efekt naturalnego zagrożenia ze strony domniemanych agresorów – Białorusi oraz Rosji – podczas, gdy w rzeczywistości służy ograniczeniu praw obywatelskich, represjom wobec dziennikarzy i okrucieństwa w stosunku do migrantów czy uchodźców.

Cały okres rządów PiS to sekwencja niekończących się stanów wyjątkowych, zazwyczaj realnych, lecz niekoniecznie formalnych, wynikających z jakiejś wyimaginowanej lub przedefiniowanej (wobec konkretnych okoliczności historycznych), naciąganej konieczności.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Przyczajony Tygrys. Ukryty Smok – czyli co planuje Trump?

Mijają kolejne miesiące od wyborów w USA. Były Prezydent Donald Trump już nie stara się podważać ważności głosowania, które wskazało na Joe Bidena, ale tak jak obiecał swoim wyborcom nie składa też broni. O co dziś gra zdetronizowany polityk?

 Jerzy Mosoń: Nie ma wątpliwości, że z ostatnimi wyborami w USA było coś nie tak i nie chodzi tylko o zarzuty dotyczące fałszowania głosów czy też brak jedności wśród Republikanów w kwestii poparcia dla ich kandydata. Po raz pierwszy w historii media poprzez sposób relacjonowania kampanii tak otwarcie „zagłosowały” na swojego kandydata – Joe Bidena.

Duet dziadka i wnuczki kontra twardziel
Od początku kampanii przedwyborczej faworytem większości amerykańskich mediów był polityczny tandem złożony z ujmującego staruszka, Demokraty Joe Bidena i wspierającej go młodej prawniczki Kamalii Harris, budzącej z racji swego egzotycznego pochodzenia oczywiste resentymenty związane z kadencją pierwszego czarnego prezydenta USA Baracka Obamy. Ten swoisty marketingowy duet „dziadka i wnuczki” zdeklasował medialny wizerunek twardego konserwatysty budującego mury – ten fizyczny z Meksykiem, ale także gospodarcze z Chinami i z Iranem.

 Hollywood oddało głos
Po raz kolejny w USA zagłosował też przemysł filmowy stanowiący silną gałąź tamtejszej gospodarki. Tym razem nie było już tak żenująco, gdy kandydowała Hillary Clinton – aktorzy, reżyserzy, producenci odrobili lekcję z poprzedniej przegranej swojej kandydatki i pokazali zupełnie na poważnie, że nie zgodzą się na drugą kadencję konserwatysty.

W swoim filmie „Kevin sam w Nowym Jorku” nie chciał go nawet odtwórca głównej roli słynny świąteczny dzieciak – Macaulay Culkin. Aktor żądał publicznie by wyciąć ze słynnego hitu scenę, w której prawie 20 lat temu wystąpił razem z Donaldem Trumpem. To musiało boleć i było niezwykle skuteczne.

Donald Trump zachował polityczne ambicje, aby znów zostać przywódcą Ameryki.

 Media społecznościowe ocenzurowały kampanię
Trump nie przegrał jednak tylko dlatego, że nie lubi go mały Kevin i spółka. Pierwszą kadencję wygrał przecież, właśnie pomimo nagonki, jaką przeprowadziło na niego środowisko filmowe. Więcej, osiągnął sukces pomimo niechęci wielu Republikanów. Zwyciężył, bo miał to, czego zabrakło mu za drugim razem – pomimo zgromadzonego miliardowego majątku był symbolem oddolnego ruchu walczącego o rozbicie systemu, który w celu maksymalizacji zysków stosunkowo wąskiej grupy osób pozwala na przenoszenie środków produkcji z USA za granicę. Trump kupił wtedy rodaków hasłem „America First”. Ale miał szansę to zrobić, tylko dlatego, że był w stanie wykorzystać media społeczłościowe. Za drugim razem już mu się to nie udało, a symbolem niechęci właścicieli tych medialnych gigantów do Trumpa było pierwsze w historii zawieszenie konta Prezydenta na Twitterze.

Prezydencki portal jednak powstanie
Donald Trump zdaje się dostrzegać przyczyny porażki. Jesienią ogłosił, że zbuduje własną sieć medialną, w tym platformę mediów społecznościowych. Firma byłego prezydenta ma zadebiutować na giełdzie. Ale od początku. Platforma mediów społecznościowych będzie nazywać się „TRUTH Social”. Nowa aplikacja będzie pierwszym projektem w ramach firmy Trump Media and Technology Group (TMTG).

Medialna grupa Trumpa będzie mogła funkcjonować na Nasdaqu dzięki fuzji z Digital World Acquisition Group, która jest spółką SPAC. Cały biznes może mieć wartość nawet 1,7 mld USD – tak przynajmniej twierdzi rzeczniczka byłego prezydenta Liz Harrington.

Biden z mniejszym poparciem niż rywal
Ktoś może powiedzieć, że to wszystko za późno. Że Donald Trump niedługo zniknie z pamięci Amerykanów. Że podobnie jak Joe Biden nie jest już najmłodszym politykiem. Ale za Trumpem przemawia coraz więcej argumentów. Od czasu przegranych wyborów Demokraci nie byli w stanie wykreować nowego silnego lidera swojej partii. Kraj zarządzany przez nową administrację jest ogrywany gospodarczo przez Chiny, co pokazuje chociażby deficyt na rynku półprzewodników uderzający w amerykańskie firmy technologiczne, jak i geopolityczne – przez Rosją, która umiejętnie zarządza kryzysem na rynku paliw. Co więcej, amerykańska stopa inflacji w październiku była najwyższa od 31 lat!

Nie ma się zatem co dziwić, że obecnie Joe Bidena popiera mniej Amerykanów niż Donalda Trumpa w ostatnich miesiącach jego prezydentury. Niekorzystne dla Bidena wyniki badań opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych opublikował w grudniu portal FiveThirtyEight. Według badaczy, sędziwego prezydenta popiera obecnie tylko 36 proc. respondentów.

A co z Kamalą?
Warto jednak pamiętać, że Joe Biden nigdy nie był w pełni samodzielnym prezydentem, choć należałoby powiedzieć kandydatem na prezydenta. Razem z nim, niejako w tandemie walczyła Kamala Harris, której wieszczono zostanie następcą starszego kolegi jeszcze przed upływem pierwszej kadencji. Joe Biden jednak umiejętnie pozbył się rywalki z najbliższego otoczenia. Co prawda w listopadzie 2021 Kamala Harris na półtorej godziny przejęła obowiązki prezydenta USA, w czasie, gdy ten przechodził badania, to jednak przez ostatni rok nie była zbyt widoczna. Nic dziwnego, pani wiceprezydent od razu po objęciu władzy przez Bidena musiała zająć się niewdzięczną walką z nielegalną imigracją, a przecież to na „kolorowej” ludności Stanów Zjednoczonych miała ona budować swą popularność. Co więcej w połowie 2021 r. wokół Harris wybuchł skandal. Odpowiada za to głośny artykuł opublikowany przez „The Washington Post”, w którym prawniczka przedstawiona została jako tyranka. Dziennik dotarł do 18 osób, które skrytykowały jej sposób zarządzania i traktowania ludzi.

Atak na elity?
Gdyby zatem o fotel prezydenta USA znów w szranki miał stanąć Donald Trump to przeciwko sobie nie będzie miał już kryształowej Kamalii Harris, co znacząco ułatwi mu zadanie. Co jeszcze przemawia za Trumpem? Wszystkich kart były prezydent nie ujawnia. Ale kilka razy przed i w czasie prezydentury ujawniał informacje na temat elit, które jego zdaniem zarządzają światem, wypowiadając się o nich krytycznie. Czy wyciągnie przysłowiowego królika z kapelusza, a może użyje karty, która zmieni wszystko?

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów. 

Gdzie jest rzeczywistość…?

Młode dziewczyny z liceum z Paryża śmiały się do rozpuku, gdy ówczesny ich nauczyciel, późniejszy wybitny francuski filozof, Henri Bergson, omawiał słynne paradoksy Zenona z Elei, opowiadając o strzale wystrzelonej z łuku, która stoi w miejscu oraz żółwiu, którego nawet sam Herkules nie jest w stanie dogonić.

Roman Mańka: Dziewczyny tak naprawdę śmiały się same z siebie, gdyż Bergson przekazywał im głęboką prawdę, której nie potrafiły zrozumieć. Martin Heidegger, autor niedokończonego „Bycia i czasu” (1927) używa terminu „przejścia” do scharakteryzowania bycia. Jednak dużo lepszym wyrażeniem byłoby słowo, którym w Starożytności posługiwał się Heraklit: „płynie” – „Panta rhei” („wszystko płynie”), czyli najlepszym opisaniem bycia jest stwierdzenie, że ono płynie.

Język oddziela nas od bycia
Sęk w tym, że my ludzie nie jesteśmy w stanie bycia dotknąć. Tym co pozwala nam opisywać rzeczywistość, lecz jednocześnie, co powoduje, że jej bezpośrednio nie poznajemy, że ją tracimy, w momencie kiedy próbujemy – jak pisze Heidegger – utematyzować czy zdefiniować rzeczy, jest język. Łapiemy, chwytamy to, co pozostaje w naszym języku: byt, ale bycie tracimy, ono nam umyka, ucieka, pozostaje z tyłu. Nigdy nie dotykamy rzeczywistości bezpośrednio, odczytujemy ją poprzez nasze idee, pojęcia, a pomiędzy nie, pomiędzy tę sferę mentalną, wkrada się jeszcze język, który odgradza/oddziela nas od bycia rzeczy.

To właśnie tą osobliwość miał na myśli Platon, gdy w swej dychotomii sformułował opozycję idei (from) do rzeczy. W głębszym sensie u Platona nie ma żadnej opozycji, została ona stworzona jedynie funkcjonalnie, z uwagi na cale analityczne, aby ułatwić wszechstronne zrozumienie rzeczywistości. Z pozoru paradoksalnie, opozycja zapewnia spójność, jedność. Platon łączy dwa spierające się, pozostające ze sobą w konflikcie, stanowiska filozoficzne: 1) Parmenidesa, który uważał, że światem rządzi stabilizacja, że rzeczy są stałe, trwałe i niezmienne („byt jest wieczny, bo niepodobna aby byt powstał z niebytu”); a także 2) Heraklita, rzeczywistość jest zmienna, zaś jedyną jej stałą cechą jest zmienność („wszystko płynie”).

Skąd bierze się to rozwarstwienie? Jakie podłoże ma ten podział? Kto mylił się, a kto głosił prawdę? Ani Parmenides, ani Heraklit nie mówili prawdy. Aczkolwiek, w pewnym zawężonym, pomniejszonym obszarze obydwaj stwierdzali prawdę. Lecz na pewno nie była to prawda wszechstronna.

Rzeczy nieustannie uciekają ideom
Platon zjednoczył obydwa stanowiska i dlatego – poprzez opozycję – osiągnął koherencję, spójność. Tak właśnie wygląda nasze poznanie czym zajmuje się epistemologia. U Platona, podobnie jak u kilku innych filozofów (np. Kanta) epistemologia rodzi konsekwencje ontologiczne. Z tym, że Platon, w odniesieniu do współczesnych teorii, odwrócił epistemologiczną i ontologiczną kolejność: w jego systemie rzeczy biorą się z idei, są jak gdyby pochodną (kopiami) pierwowzoru, a więc idei; nowsze stanowiska, np. Thomasa Hobbesa, wyznaczają raczej kierunek odwrotny, mówiąc, że idee, za pośrednictwem języka, czerpiemy z rzeczy, a właściwie z akcydensów wspólnym podobnym (wielu) rzeczom.

Platon, tak naprawdę przedstawia dwa na pozór odrębne światy, dzięki temu uzyskując jeden spójny, zwarty świat. Idee, wieczne, trwałe oraz niezmienne, stabilne są właściwe dla porządku umysłu, dla naszego rozumu, dla procesów mentalnych; zmienne rzeczy, to świat, porządek zewnętrzny, rzeczywistość.

Wg Platona, to co poznajemy rozumowo – idee (formy) jest niezmienne, trwałe, wieczne, tak jak u Parmenidesa; tymczasem, to co poznajemy zmysłowo, empirycznie jest zmienne, niestabilne, płynie, jak u Heraklita.

Później Immanuel Kant, też idealista, jeszcze bardziej rozbuduje to myślenie, w „Krytyce czystego rozumu”. Źródłem naszego poznanie są zmysły, jednak rzeczywistość poznajemy za pomocą kategorii estetyki transcendentalnej (przestrzeń, czas), które należą do porządku naszego umysłu. Ten ostatni, rozum, do poznania, w trybie symultanicznym, dodaje kategorie, kategoryzuje (porządkuje, systematyzuje) materiał pobierany przez zmysły. Poznajemy rzeczywistość za pomocą narzędzi: zmysłów, lecz poznaniem kieruje rozum. – „Myśli bez zmysłów byłyby ślepe, a zmysły bez myśli ciemne” – pisze Kant.

Trzeba uważać, bo w dążeniu do porządkowania, jak twierdzi Kant, rozum może okazać się kreatywny, komponować, narzucać pewne rzeczy, które w procesie poznawczym ulegają modyfikacji, bo w rzeczywistości wyglądają inaczej. Paradoksalnie, obecność rozumu, praca rozumu, powoduje, że możemy poznawać rzeczywistość, opisywać ją, systematyzować, ale obiektywnie, w formie czystej nigdy jej nie poznajemy; stąd krytyka (tylko częściowa) racjonalizmu Kartezjusza, w filozofii gnoseologicznej Johna Locke.

Systematyzacja, porządkowanie jest już zafałszowaniem, jak powiedziałby Heidegger: utraceniem.

Bycie/prawda prześwituje
Gdzie zatem znajduje się czysta rzeczywistość? Powróćmy do Heideggera, posiłkując się Platonem. Gdy dokonamy podobnego podziału, jak Platon, na idee i rzeczy, to w naszych głowach chwytamy byt, zaś bycie – sens rzeczywistości – jest gdzie indziej, gdyż sensem bycia jest z kolei czasowość, ono płynie.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że byt jest w naszych głowach (idee, pojęcia), zaś bycie (sens rzeczy/rzeczywistości) jest na zewnątrz. W tym miejscu trzeba sięgnąć jeszcze po trzeci element, o którym wspomina Heidegger: język. Język, jak uważa Hobbes i inni, np. Noam Chomsky, jest pośrednikiem pomiędzy sferą zewnętrzną (światem) a mentalną (myślami, pojęciami, bytem). Martin Heidegger widzi, to inaczej, ale różnica jest subtelna: byt znajduje się w języku. – „Język jest domem bytu” – pisze Heidegger.

A gdzie w takim razie znajduje się bycie, czyli rzeczywistość? Pochopna odpowiedź mogłaby sformułować tezę, że na zewnątrz, lecz to nie byłaby odpowiedź precyzyjna i prawidłowa: bycie nie znajduje się na zewnątrz, znajduje się na progu. Próg łączy ze sobą dwie sfery, dwa wymiary: wewnętrzną i zewnętrzną; należy integralnie do domu, jednak styka się również z tym co jest na zewnątrz: z podwórkiem.

Jak pisze Heidegger w Liście o humanizmie: bycie a mówiąc z innej perspektywy – prawda – prawda bycia – jest światłem, czy używając bardziej jeszcze precyzyjnego określenia: prześwitem.

Otóż bycie prześwituje przez nasz język, ale mu umyka.

Nieaktualna fotografia
Jeżeli rozwiniemy metaforę Heideggera, to otrzymamy następujący obraz: byt mieszka w języku, który jest jego domem, wydawałoby się wtedy, że bycie powinno znajdować się na zewnątrz, stać jak gdyby pod drzwiami, lecz bycie ociera się o język, znajduje się na progu, choć tak naprawdę nie posiada lokalizacji, bo wciąż biegnie, płynie, a ta prawda (bycia) do nas prześwituje, właśnie poprzez język. Gdy próbujemy je całe uchwycić w język (utematyzować, zdefiniować), to je tracimy, zastępujemy je znaczeniami, nakładamy znaczenia (kulturę) na czyste bycie/czystą rzeczywistość.

Heidegger nazywa to różnicą ontologiczną. Różnica ontologiczna, to to miejsce, w którym rozchodzi się bycie i byt, to sens rzeczywistości. Jeszcze inaczej ujął to Henri Bergson, uwypuklając rolę pamięci, wyobraźni, dzięki której poznajemy i dzięki, której jesteśmy też wolni, bo możemy spowalniać odpowiedź na bodźce, nie reagować automatycznie, jak zwierzęta, a wybierać pomiędzy różnymi opcjami/wariantami odpowiedzi, bo w pamięci mamy zachowane wzory/idee spośród których wybieramy, a którymi posługuje się i operuje nasza wyobraźnia.

Jak twierdzi Bergson, nasze poznanie polega na wycinaniu bytu z bycia, gromadzeniu bytu w pamięci, i następnie rozpoznawaniu rzeczywistości poprzez byt.

Paradoksy Zenona z Elei, to nic innego tylko ukazanie bytu, czy mówiąc innymi słowy: substancji, jednostek trwałych, a więc tego co znajduje się w naszych głowach, zademonstrowanie w jaki sposób budujemy pojęcia/idee; czy jak napisał Henri Bergson: to uprzestrzennienie (ustrukturalizowanie) czasu. Umysł pragnie rzeczy wiecznych, trwałych, substancji, jak uważał John Locke, nie da się poznać realnie, ani empirycznie dowieść, stanowi ona tylko operację umysłową łączącą zazwyczaj symultanicznie kilka idei prostych, w ideę złożoną, a więc w pewne ramy, podłoże, podstawę.  U Zenona z Elei strzała wystrzelona z łuku stoi w miejscu, a Herkules nigdy nie dogoni uciekającego żółwia – to wymiar umysłu; w rzeczywistości (bycie) wszystko leci, biegnie, płynie.

Byt, to fotografia nieaktualnego bycia…

 

 Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Niech nadzieja zawsze żyje!!! Do Siego Roku!!!

Roman Mańka: Tak naprawdę nie ma ani początku ani końca. Jak pisał Martin Heidegger: diachroniczny obraz historii, to tylko utrata bycia. Tworzymy historię w sposób diachroniczny, czyli linearny – synchronicznie wobec prawdziwej, obiektywnej rzeczywistości, która przez to nałożenie staje się nieosiągalna. Pisząc historię, w ramach dużo szerszego procesu tworzenia kultury, tracimy bycie.

Dzisiaj się nic nie zakończy, a jutro się nic nie zacznie. Zmiany są efektem konwencji, naszego ludzkiego porządku, kultury, którą generujemy (dlatego jesteśmy ludźmi), lecz w wymiarze kosmicznym nie ma żadnego przeskoku, czas płynie nadal wg swojego a nie naszego rytmu.

Pamiętam, jak młode dziewczyny śmiały się z Henri Bergsona, w czasie, kiedy był jeszcze nauczycielem w jednym z paryskich liceów. Opowiadał im o paradoksach Zenona Z Elei: o Herkulesie, który nigdy nie jest w stanie wyprzedzić/dogonić żółwia oraz o strzale wystrzelonej z łuku i stojącej w miejscu. – A to dobre sobie, stojąca strzała i żółw sprinter – dworowały dziewczyny, nie wiedząc, że w istocie, śmieją się same z siebie, i ze swojej ignorancji.

Tymczasem Bergson był wielkim intelektualistą i już wtedy, jak na filozofa w bardzo młodym wieku, przekazywał im coś głębszego, coś bardzo głębokiego. Paradoksy Zenona z Elei, pod pozorem powierzchowności, paradoksalności czy nawet absurdalności i śmiechu, ilustrują rzecz niezwykle poważną: uprzestrzennienie czasu.

W polemice z Kantem, Bergson pisał: to co dajemy rzeczywistości, co jakby wyrzucamy na zewnątrz, albo inaczej, czym pobierane z zewnątrz rzeczy porządkujemy we wnętrzu – to sekwencja; zaś to co pobieramy od rzeczywistości – to dystynkcja.

Mówiąc jeszcze inaczej: łapiemy rzeczywistość w sekwencję, w diachroniczny porządek, ład, w kulturę, w ten sposób ją porządkujemy (porządkujemy od naszej ludzkiej strony, w naszym ludzkim rozumieniu; bo w sensie obiektywnym, bardziej trafne byłoby słowo, że tracimy).

Heidegger twierdził, iż realnie istnieje tylko przeszłość i przyszłość, zaś teraźniejszość to napięcie pomiędzy przeszłością a przyszłością, lecz realnie jej nie ma, nie występuje. Obiektywnie, fizycznie nie można uchwycić teraźniejszości, bo to oznaczałoby zatrzymanie czasu, a czas nieustannie płynie. Chwila teraźniejsza (bycie) w momencie próby utematyzowania, zdefiniowania, staje się już przeszłością.

Prawda to przeskok, przesmyk, prześwit (jakby nazwał to Heidegger) pomiędzy czymś, co umyka naszemu językowi i czymś co łapiemy, chwytamy w język.

Ale w pewnym sensie, wcale nie takim subiektywnym, bo intersubiektywnym, człowiek może zatrzymać czas, ustrukturalizować go, ułożyć w przestrzeń. To co chciał wyjaśnić Henri Bergson młodym paryżankom, omawiając paradoksy Zenona z Elei, to odwieczna opozycja pomiędzy porządkiem ludzkim, a brakiem porządku (choć też porządkiem) w rzeczywistości: umysł człowieka dąży do tego co trwałe, stałe, niezmienne, wieczne; umysł ludzki pragnie stabilizacji; zaś rzeczywistość jest zmienna, nietrwała, ciągle się destabilizuje, a miarą stabilizacji rzeczywistości jest tempo jej destabilizacji.

To ta sama opozycja będąca przedmiotem sporu pomiędzy z jednej strony Parmenidsem, zaś z drugiej Heraklitem, a którą Platon złożył w jeden system, wyróżniając porządek idei (a tak naprawdę form), czyli wymiar myśli, umysłu, głowy i porządek kopii idei – rzeczy – a więc wymiar zmysłów, rzeczywistości.

Do czego sprowadza się dychotomia Platona. Żeby opisać, wyjaśnić relację człowieka do świata, trzeba dokonać podziału rzeczywistości: Jaskinia i to co jest na zewnątrz Jaskini.

Jak pisał Bergson, i to jest wielkie twierdzenie: dzięki pamięci możemy być wolni. Tu jest cała godność wolności człowieka. Za pomocą pamięci w jakimś sensie panujemy nad czasem, obezwładniamy go (oczywiście względnie).

Pamięć pozwala nam zatrzymać czas, przenieść się (w myślach) w przeszłość oraz w przyszłość, przypomnieć sobie dawne chwile, ale i konstruować prognozy przyszłych wydarzeń.

To Bergson przedstawił, zdefiniował, jak ważna jest pamięć w kontakcie z rzeczywistością. Spowalnia odpowiedź na bodźce. Nie reagujemy na bodźce czy różne impulsy rzeczywistości, jak zwierzęta, a wybieramy z zasobów pamięci adekwatny wzór zachowania; nie reagujemy natychmiast, bezpośrednio, automatycznie, mechanicznie, odruchowo, lecz spowalniamy proces: poszukujemy odpowiedzi w pamięci (stożek Bergsona).

Świetnie nawiąże do tego, wiele lat później, na zupełnie innej płaszczyźnie, zajmujący się lingwistyką generatywną, Noam Chomsky, który wymownie opisuje różnicę pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem: gdybyś spotkał głodnego tygrysa, to by Cię zjadł; gdy spotkasz głodnego człowieka, jago reakcja na głód odbędzie się w ramach kultury, będzie spowolniona, rozłożona w czasie.

Pamięć, wyobraźnia, panowanie nad czasem, systematyzowanie go, sekwencjonowanie, strukturalizowanie, panowanie nad rzeczywistością (owo zatrzymanie strzały w paradoksie Zenona z Elei) daje nam wolność. Oczywiście jest to panowanie względne, konwencjonalne, bo nic się dzisiaj nie skończy, ani jutro nie zacznie, ale pozwala nam tworzyć jakiś ludzki porządek, w ramach którego możemy się poruszać.

Z okazji zbliżającego się coraz bardziej, Nowego 2022 Roku, życzę Państwu – indywidualnie, w imieniu własnym oraz Zarządu, jego poszczególnych członków, a także działaczy Fundacji FIBRE, całej naszej rodziny i środowiska – wszystkiego co najlepsze. Jak pisał Arystoteles: najwyższym dobrem jest szczęście, bo szczęście obejmuje wszystkie pozostałe dobra i dlatego w hierarchii dóbr jest najwyższe. Bo gdy człowiek jest szczęśliwy, to jest i zdrowy, i żyje w dobrobycie, i w miłości mu się wiedzie, i osobowo oraz zawodowo może się realizować.

Życzę więc Państwu Szczęścia, Wielkiego Szczęścia!!!

Oby ten nadchodzący Nowy Rok 2022 był zdecydowanie najlepszy z tych wszystkich lat, które przeminęły i w tej chwili przemijają, a każdy następny Rok jeszcze lepszy!!!

Obyście byli Państwo szczęśliwie zakochani, spełnieni, zrealizowani, weseli, uradowani!!! Oby wszystko Wam wychodziło!!!

Obyście byli więźniami swoich pasji oraz idei!!!

Życzliwości ze strony ludzi Wam życzę/i życzymy i miłości ze strony tych, od których miłości się spodziewacie i oczekujecie!!!

Niech się spełnią wszystkie Wasze najskrytsze, największe marzenia, zaś nadzieje nigdy nie zgasną!!! Niech nadzieja nie umiera ostatnia, niech po prostu nigdy nie umiera…!!! Niech nadzieja zawsze żyje!!!

Życzę Państwu wszystkiego co najlepsze!!!

DO SIEGO ROKU!!!

 

 Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Klucz do porażki PiS leży na wsi

Istnieje pogląd, że jeżeli PiS zacznie tracić poparcie, to „pęknięcie”, jak określiła to jedna z politolożek, dr Barbara Brodzińska-Mirowska z UMK w Toruniu, zacznie się od elektoratu umiarkowanego, centrowego. Nie do końca się z tym opisem zgadzam, a nawet jeśli się mniej więcej zgadzam, to użyłbym trochę innego języka.

Roman Mańka: Początek erozji popularności PiS, moim zdaniem, zacznie się na wsi. To jest największy bastion wyborczy partii Kaczyńskiego, w którym – paradoksalnie – prawica najszybciej może stracić poparcie. To będzie pierwszy element: utrata poparcia na wsi, jakby pierwotny tektoniczny obsuw. Ale wtórnie spowoduje drugą konsekwencję: w rezultacie obniżenia poparcia wyborczego na wsi, znacząco może obniżyć się globalny wynik PiS, to z kolei pociągnie za sobą dalsze spadki, i co jeszcze gorsze: dalsze procesy.

Np. osłabienie autorytetu centralnego partyjnego przywództwa. Większą skłonność do działań dewiacyjnych. Dezintegrację oraz frondy wewnątrz formacji. Zazwyczaj, gdy partie dotyka poważny kryzys kryje się za tym więcej niż jeden proces, a całe zjawisko przypomina „korkociąg”, w który podczas lotu wpada samolot. Piloci mogą podejmować różne kroki, lecz bardzo trudno jest wówczas wyprowadzić maszynę z tarapatów.

Pomylenie pojęć
Czy polską wieś można określić jako elektorat umiarkowany, centrowy. Taka żonglerka definiensami byłaby myląca. Ten sam błąd w nazewnictwie (język opisu jest niezmiernie ważny, Thomas Hobbes twierdził, że z prawdą lub fałszem nie mamy do czynienia na poziomie rzeczy, lecz na poziomie słów, języka, etc.) popełniają czołowi polscy dziennikarze, mówiąc, że mieszkańcy polskiej wsi są konserwatywni. Jest to uproszczenie zamazujące obraz, a także nieprawidłowy wniosek analityczny: (bowiem) konserwatyzm wiejskich wyborców nie jest kluczową przesłanką przesądzającą o głosowaniu na PiS. Ten sam wiejski elektora głosował kilka razy, w latach 1993, 1995, 2000, 2001, na Aleksandra Kwaśniewskiego i na SLD; najbardziej miażdżąco lewicowy, antyklerykalny Kwaśniewski zwyciężył z konserwatywnym Wałęsą – właśnie na wsi. A przecież wówczas polska wieś była bardziej konserwatywna niż dziś, bo przecież od tamtego czasu przez Polskę przeszły pewne procesy sekularyzacji, laicyzacji, które dotknęły również prowincję. Tymczasem już wtedy na wsi wygrywali politycy antykościelni, lewicowi, itd.

Ocena sytuacji jest zła: wyborca mieszkający na wsi nie głosuje na PiS z uwagi na konserwatyzm; jest dokładnie przeciwnie, popiera PiS ze względu na pragmatyzm. Po prostu, chłop jest interesowny. Oczekuje, że władza mu coś da. Wiedzieli o tym carowie Aleksander I i Mikołaj I, Aleksander II, ma tego świadomość również PiS.

Nieprzypadkowo, gdy na jesieni 2021 roku Jarosław Kaczyński ogłosił tzw. „piątkę dla zwierząt”, PiS-owi spadło ogólnopolskie poparcie, słupki powędrowały znacząco w dół. Eksperci myśleli wówczas, iż jest to efekt zaostrzenia prawa aborcyjnego, a także protestów, które w odpowiedzi na ten krok TK wybuchły w Polsce. Jednak było inaczej. Czasami tak się dzieje, że nałożą się na siebie dwa (lub więcej czynników), wówczas komentatorzy preferują ten najbardziej spektakularny, albo czasowo bezpośredni, ale nie jest to czynnik przyczynowy, kluczowy. Dobra analiza wymaga precyzyjnej izolacji.

Płytkie poparcie
Kilka lat temu, gdy szefem Centrum Analiz Strategicznych (przy KPRM) był prof. Waldemar Paruch, zlecono szczegółowe, bardzo pogłębione badania struktury wyborów, którzy popierają PiS.

Oczywiście, jak to zazwyczaj bywa, stratyfikacja wyborcza jest rzeczą bardzo złożoną i jej dokładny opis wymagałby zniuansowanego postępowania, a przede wszystkim czasu. Jednakowoż dla celów analitycznych można całe badanie sprowadzić do pewnego, uproszczenia, które pozwoli lepiej zrozumieć problem.

Generalnie PiS popierają dwie grupy. Jeśli chodzi o profil wyborczy czy charakterystykę ideologiczną: pierwsza jest dogmatyczna (duży stopień zaangażowania, intensywności emocjonalnej, ideowej), druga, pragmatyczna (wartości oraz światopogląd odgrywają mniejszą rolę, ważniejszy jest interes).

Jeżeli chodzi o lokalizację: pierwsza grupa mieszka w wielkich miastach i jest nieźle wykształcona (jest to często konserwatywna inteligencja, nauczyciele, lekarze, itp.); druga mieszka na prowincji, czyli na terenie wsi oraz małych miasteczek.

Matematycznie, pierwsze środowisko wyborców PiS, a więc – dogmatyczne – jest, w porównaniu z drugą wyodrębnioną populacją (wiejską) stosunkowo mniej liczne. W elektoracie Zjednoczonej Prawicy wieś dysponuje miażdżącą przewagą. Wyborcy wiejscy głosują na PiS solidarnie, w stosunku 6,5, 7, a nawet 8 głosów na 10 wyborców.

Szczegółowe badania pokazały jednak jedną bardzo poważną osobliwość, będącą dużym zagrożeniem dla PiS. Wprawdzie elektorat wiejski głosuje na ZP solidarnie, z dużą frekwencją – zarówno, jeżeli chodzi o udział w wyborach, jak i frekwencję, częstotliwość oddawanych głosów, to jednak nie są to głosy intensywne; czy używając jeszcze bardziej wymownego wyrażenia: nie są to głosy głębokie.

Innymi słowy mówiąc, wbrew temu co się często w Polsce uważa, wśród populacji wyborczej popierającej PiS, wcale nie przeważa elektorat konserwatywny, lecz pragmatyczny. Grupa pragmatyczna jest dużo bardziej liczna i z punktu widzenia zwycięstw ZP kluczowa, ale nie jest stabilna, nie jest wierna, charakteryzuje się dużo mniejszym potencjałem lojalności.

Dużo bardziej stabilna, w sensie popierania PiS, jest grupa dogmatyczna, czyli ta mniejsza i mieszkająca w wielkich miastach.

Analizy pokazują, że środowisko pragmatyczne, aczkolwiek stanowi najliczniejszy zasób wyborczy PiS, można o wiele łatwiej odebrać.

Niedoceniany gracz
Na polskiej wsi zachodzą obecnie, jeszcze niedostrzegane, polityczne oraz strukturalne zmiany, na które ZP może nie mieć wpływu, nawet przy kontynuacji populistycznej polityki. Pojawili się nowi poważni gracze. Już wybory prezydenckie pokazały, że pewną pozycję, konkurencyjną wobec PiS, zdobyła sobie Konfederacja (zwłaszcza wśród młodych rolników). Do gry wszedł też Hołownia. Ciągle relatywnie silny na wsi jest PSL.

Największe zagrożenie dla PiS (abstrahując od jakości polityki ekonomicznej) może nadejść z zupełnie innej strony. Otóż może pojawić się nowy gracz. Właściwie on już się pojawił, jest na polskiej wsi obecny, zaś prawdziwym problemem dla ZP może się okazać wzrost jego pozycji.

Dynamikę poparcia politycznego na obszarze wsi, a w ślad za tym, wtórnie, również w ramach całej Polski, globalnie, może zmienić, Ogólnopolski Ruch Rolników „AgroUnia”. Na mniejszą skalę, ale w ramach podobnej natury, ugrupowanie Mikołaja Kołodziejczaka, ma szansę odegrać podobną rolę, jak Paweł Kukiz w wyborach prezydenckich w 2015 roku: kluczowego czynnika (lub jednego z kluczowych) dla całej wyborczej struktury. Żeby jednak ten proces został uruchomiony, musi się stać jedna kluczowa rzecz: rolnicy i mieszkańcy wsi muszą w to uwierzyć.

Głosowanie jest zazwyczaj wypadkową dwóch faktorów (w rzeczywistości jest ich jeszcze więcej, ale mniejsza o to): emocjonalnego oraz pragmatycznego. Rzecz jest dość skomplikowana, bo nakłada się na siebie kilka przesłanek. Ale w skrócie wygląda to tak: wyborcy wybierają z grona partii które lubią, do których odczuwają sympatię, z którymi się zgadzają – tą która w największym stopniu daje rękojmię poczucia wpływu. W warunkach polskiego systemu wyborczego mogą być to trzy kryteria: 1) domniemanie (bo zawsze mówimy o domniemaniu, pewnej prognozie) zwycięstwa i przejęcia władzy; 2) domniemanie wejścia w koalicję ze zwycięzcą wyborów; 3) domniemanie przekroczenia progu wyborczego i wejścia do parlamentu.

W przypadku „AgroUnii” pod uwagę może być brany ten trzeci scenariusz. Ruch Mikołaja Kołodziejczaka nie wygra z PiS-em na wsi. W najbliższych wyborach ciągle najwięcej głosów na obszarze polskiej wsi będzie miał PiS, lecz „AgroUnia” może ZP osłabić na tyle, iż ta nie będzie w stanie zwyciężyć w wyborach, lub wygrać w takich rozmiarach, aby rządzić samodzielnie, zaś brak rządów samodzielnych w przypadku PiS, oznacza w ogóle brak rządów.

Klucz do zwycięstwa opozycji
Z punktu widzenia sytuacji na wsi, która wpływa na sytuację polityczną w całej Polsce, nieoczywista jest jeszcze jedna rzecz: (mianowicie) czy zjednoczenie opozycji w jedną formację ma sens?

Właściwe to pytanie zostało źle postawione, gdyż zjednoczenie prawie zawsze ma sens, prawidłowe pytanie jest zaś inne: w jakiej konfiguracji?; i w ilu konfiguracjach? I tu właśnie, w tym punkcie leży klucz do zwycięstwa opozycji z PiS.

Matematyka to bardzo skomplikowana rzecz. Jak wiadomo, w polityce matematyka nie zawsze obowiązuje. A mówiąc poważniej, samo spojrzenie matematyczne nie wystarczy, bo zawęża i w gruncie rzeczy, zafałszowuje analizę. Nie zawsze dodawanie elementów daje więcej niżby wynikało z wartości tych elementów; nie w każdym przypadku dochodzi do zsumowania.

Żeby dobrzy przedstawić problem, trzeba odwołać się do głębszych teorii, a nawet koncepcji filozoficznych, takich jak strukturalizm Claude Levi-Straussa czy psychologicznej szkoły Gestalt (Christian von Wolfgang Ehrenfels, Kurt Lewin, Wolfgang Koehler, Kurt Koffka). Swego czasu z dorobku szkoły Gestalt korzystał znany francuski filozof, fenomenolog i egzystencjalista, Maurice Merleau-Ponty.

O co chodzi? Strukturalizm oraz szkoła Gestalt twierdzą, iż przy postrzeganiu czegoś, a postrzeganie wywołuje również namacalne skutki i czasami jest ważniejsze niż postrzegany przedmiot, bardziej istotne są relacje, połączenia, odniesienia, niż same elementy, które się dodaje, składające się później, po połączeniu, na całość.

W kontekście strukturalizmu oraz psychologii Gestalt fundamentalnym pojęciem jest: postać.

Z twym wiąże się inne kluczowe, właściwie konstytutywne założenie strukturalizmu i szkoły Gestalt, że owa całość nie jest tym samym co tworzące ją elementy i nie da się do nich zredukować. Z filozofią strukturalizmu możemy skojarzyć dwa bardzo istotne pojęcia: 1) emergencji, coś się wynurza, powstaje jakaś całość (słowo „wynurza” jest dużo lepsze), a więc wynurza się jakaś całość, która nie jest tym samym, co tworzące ją elementy; 2) pojęcie synergii, powstała w wyniku dodawania całość daje więcej niż wynikałoby z oddzielnej wartości dodawanych elementów.

W tym momencie należy dodać jeszcze trzecie ważne uwarunkowanie: 3) przeciwieństwem synergii może być sytuacja, w której dodawanie elementów da mniej niż ich łączna wartość (jako jeden z przykładów można przywołać epizod Koalicji Europejskiej z 2019 roku).

Istotą rzeczy strukturalizmu jest okoliczność, że nie widzimy i nie jesteśmy w stanie zobaczyć najbardziej konstytutywnych cech; są one niewidzialne. Jest to tzw. głęboka przyczyna strukturalna, zwana również przyczyną metonimiczną.

 Złe kalkulacje Tuska
Co z tego wynika? Zawsze, w każdej dziedzinie czy sytuacji, nie tylko politycznej, ale również gospodarczej, społecznej, materialnej, czy technicznej – sens ma jedynie takie łączenie, które spowoduje efekt synergii, które doprowadzi do stanu, w którym 2 + 2 nie da wyniku 4, a na przykład 5 czy nawet 6; czyli musi to być wartość (całości) wyższa niżby wynikało z dodania wartości łączonych na rzecz całości elementów.

Zarówno „Polska2050” Szymona Hołowni, jak i PSL (ludowcy choćby z uwagi na tradycje) zdobyły, lub dysponują pewną pozycją na obszarze polskiej wsi. Jednak PO czy nawet KO jest tam formacją postrzeganą bardzo nieprzychylnie (co tu dużo ukrywać: polska wieś „nie trawi” PO). Tymczasem lider PO, Donald Tusk, w swojej strategii politycznej, założył, iż będzie dążył do wspólnej listy (koalicji wyborczej) z „Polska2050” i z PSL-em. To jest dokładnie odwrotne działanie niż kroki, które powinny być poczynione.

Jeżeli PO stworzy wyborczy alians z formacją Hołowni, lub PSL-em, to nie da osiągnąć się efektu synergii. Wiejscy wyborcy „Poski2050”, a już na pewno elektorat PSL, prędzej poprą PiS niż oddadzą swoje głosy na blok, w którym główną rolę odgrywa PO. Takie zjednoczenie zsumuje głosy w wielkich miastach (i też w wariancie suboptymalnym/mniejszym niż potencjał), ale na wsi przyniesie duże straty, których beneficjentem może zostać PiS.

Zjednoczenie opozycji ma sens w zupełnie innych konfiguracjach, gdyby PO stworzyło wspólny sojusz wyborczy z „Lewicą”, a „Polska2050” z PSL-em. Wówczas nastąpi efekt synergii, a obydwa bloki, w sumie, dostaną prawdopodobnie więcej głosów niżby wynikało z wielkości ich pojedynczych elektoratów.

Obydwa warianty optymalizują poparcie dla opozycji. Koalicja PO – „Lewica” optymalizuje poparcie w wielkich miastach; powiem nawet więcej, daje szanse na zwycięstwa w średnich oraz mniejszych miastach; zaś alians „Polska2050” – PSL dobrze wypada w wielkich miastach, ma szanse na dobre rezultaty w średnich oraz małych miastach i optymalizuje (wyciąga najwięcej ile się da) na wsi oraz w małych miasteczkach.

 

 Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Przestroga dla opozycji

W „Polityce” pojawił się sondaż, w którym 42 proc. ocenia rządy PiS jako lepsze od PO; z kolei 40 proc. uważa, iż PO radziło sobie w czasie sprawowania władzy lepiej niż PiS. To badanie, to ostrzeżenie, gdyż pokazuje potencjał, jakim dysponuje partia Kaczyńskiego i może go zaktualizować.

Roman Mańka: Od dawna przestrzegam przed lekceważeniem PiS. Mówienie, iż formacja Zjednoczonej Prawicy już przegrała wybory, uważam za przedwczesne. Nie wierzę w sondaże, które dają PiS-owi 30, lub nawet mniej niż 30 proc. Rzeczywistość taką kreują zazwyczaj badania, w których uwzględniane są osoby niezdecydowane, natomiast ja tego rodzaju ankiet w ogóle nie biorę pod uwagę. Po prostu, nie uważam ich za wiarygodne.

Prawda wychwycona mimochodem
Dlaczego? Z kilku powodów. Ale wymieńmy przynajmniej dwa pierwsze z brzegu. Raz, to oczywiste, że w wyborach nie ma osób niezdecydowanych; głosują tylko zdecydowani. Dwa, tzw. niezdecydowani, uchwytywani w przeróżnych ankietach, to zazwyczaj, w dużej części, ukryty elektorat PiS. To zjawisko, które często dotyczy partii, takich jak PiS. Ten fenomen w socjologii znany jest od dawana i nazywa się go „efektem Bradleya”. W uproszczeniu polega on na tym, iż część wyborców deklaruje w sondażach inną preferencję niż tą, którą realnie posiada, i którą zmaterializuje podczas anonimowego głosowania. Warunki sondażu nigdy nie są w stu procentach anonimowe.

Z dużą rezerwą odnoszą się również do badań, które nie uwzględniają osób niezdecydowanych. Jednak nie da się nie zauważyć, że tam PiS wypada znacząco lepiej (tego rodzaju sondaże dają Zjednoczonej Prawicy 36, a ostatnio widziałem nawet ankietę, w której PiS zanotował 38 proc.).

Dla mnie najbardziej wiarygodne są sondaże pośrednie. Co to znaczy pośrednie? Są to takie badania, które nie pytają wprost o preferencję polityczną; dotyczą różnych spraw, które mają miejsce w życiu społeczno-politycznym, lub społeczno-gospodarczym (mniej, albo bardziej ważnych), a z odpowiedzi można wywnioskować, jakie preferencje polityczne wykazują respondenci.

Poglądy polityczne najłatwiej i zarazem najwiarygodniej wychwycić mimochodem, jako coś w rodzaju: produktu ubocznego (przy okazji).

Solidarna grupa
Co do sondażu „Polityki”, 42 proc. respondentów, którzy uważają, iż rządy PiS były lepsze od PO, to są głownie zwolennicy PiS (nie sądzę, aby jakoś gremialnie budowali tę preferencję zwolennicy „Konfederacji”). Osoby popierające opcję: „PiS rządził lepiej od PO”, to grupa – moim zdaniem – w miarę solidarna, którą można dość precyzyjnie politycznie zdefiniować. Inaczej jest z tymi, którzy uznali, że PO sprawowała władzę lepiej, w tym przypadku rzeczywistość może być dużo bardziej zniuansowana: na tę grupę mogą składać się zwolennicy różnych ugrupowań opozycyjnych: „Lewicy”, „Polski2050”, rzecz jasna PSL-u (były koalicjant Platformy), itd.

Osobiście stawiam tezę, iż PiS-owi od wyborów parlamentarnych w 2019 roku nie ubyło wiele poparcia, a już na pewno nie ubyło tyle, ile podają sondaże, a w ślad za nimi media. Jedyne poważne wahnięcie, to ubiegłoroczna „piątka dla zwierząt” Kaczyńskiego, która chwilowo zachwiała notowaniami Zjednoczonej Prawicy na wsi. PiS wiele nie stracił na zaostrzeniu ustawy aborcyjnej. Wbrew pozorom oraz opiniom wielu komentatorów, żadna rewolucja się tu nie dokonała.

Nic nie jest jeszcze przesądzone
Moim zdaniem, poparcie dla PiS ciągle jest bliskie 40 proc. I w realnych wyborach możliwe są dwa scenariusze: negatywny dla PiS, czyli mniej niż 40 proc. (co może oznaczać utratę władzy; choć wcale nie musi); oraz pozytywny, a więc powyżej 40 proc., co może oznaczać utrzymanie władzy, choć też wcale nie musi.

Najwięcej będzie zależało od struktury wyborczej (struktury graczy wyborczych), dystansów poparcia pomiędzy poszczególnymi ugrupowaniami, rozkładu poparcia w okręgach, a przede wszystkim wariantu strukturalnego, jaki wybierze opozycja.

Oczywiście niebagatelną rolę odegrają czynniki społeczno-gospodarcze. Jeżeli po koronawirusie nadciągnie kryzys, wówczas PiS raczej przegra; jeśli zaś w Niemczech (a stąd i w Polsce) „wybuchnie” konsumpcja, PiS wówczas może wygrać.

Nic nie jest jeszcze przesądzone. Ale jedno wiem… kwestia zwycięstwa rozegra się w 2022 roku, choć wybory parlamentarne odbędą się raczej w terminie konstytucyjnym, zgodnie z kalendarzem wyborczym.

 

 Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Cena kunktatorstwa

Przez wiele lat starano się postawić przed Sądem III Rzeczpospolitej przywódców PRL: gen. Wojciecha Jaruzelskiego oraz gen. Czesława Kiszczaka, za wprowadzenie stanu wojennego. Zarzucano im, iż popełnili zbrodnię przeciwko Narodowi Polskiemu. W największym stopniu ukarania winnych domagali się politycy PiS.

Roman Mańka: Nie umniejszając ciężaru totalitarnego czynu władz komunistycznych, w wyniku wprowadzenia stanu wojennego śmierć poniosło ok. 40 osób, a bezpośrednio 9. Górników w Kopalni “Wujek”, w rezultacie błędnej, biernej polityki wobec pandemii koronawirusa umiera – dziennie –  500 osób, a na przestrzeni dwóch lat jej trwania, Polska straciła ok. 100 tys. ludzi, przy bardzo niekorzystnych tendencjach demograficznych., które od lat trwają w naszym kraju.

Zdrada własnego elektoratu
Obecny rząd PiS, w sposób cyniczny, utylitarny (z partykularnej perspektywy) zachowuje się kunktatorsko, pasywnie, zachowawczo, oportunistycznie, nie podejmując żadnych zdecydowanych działań, bo tak wynika z sondaży, bo taka jest polityczna kalkulacja. Ceną politycznego oportunizmu jest śmierć tysięcy Polaków. I powierzchowna obserwacja mogłaby wskazywać, iż PiS działa w interesie własnego elektoratu, zgodnie z jego poglądami. Jednak, gdy spojrzymy na to głębiej, to okazuje się, iż są to pozory, gdyż właśnie wyborcy PiS płacą za to najwyższą cenę.

W filozofii prawa, brak działania jest działaniem, zaś bierność czynników władzy (rządzących) w obliczu katastrofy jest niedopuszczalna. Nie sięgając po nadzwyczajne instrumenty, zdecydowane środki, doprowadzając do tłoku w galeriach handlowych, ścisku na weselach oraz innych imprezach kukturalno-rozrywkowych, pozwalając osobom niezaszczepionym swobodnie poruszać się w miejscach o dużej aktywności społecznej, obecna władza (PiS) świadomie prowadzi do ludobójstwa. Nazwijmy rzeczy po imieniu: to jest ludobójstwo!

Zabójcza bierność
Jeżeli chcieliśmy karać przywódców PRL: Jaruzelskiego, Kiszczaka, Siwickiego za wprowadzenie stanu wojennego (40 ofiar), jaka powinna być kara dla liderów PiS: Kaczyńskiego, Morawieckiego, Niedzielskiego, Kamińskiego, Czarnka (pół tysiąca ofiar dziennie)?

Jaka powinna być kara dla przywódców PiS, za celowe sprowadzenie katastrofy i ludobójstwo?

Do ludobójstwa można doprowadzić również w sposób bierny, poprzez brak działania, choć to jest problem trochę bardziej skomplikowany, gdyż w istocie mamy do czynienia z działaniem świadomym, kalkulacyjnym, przez zaniechanie działania, dla osiągnięcia celów politycznych.

W tej sytuacji również ma miejsce zjawisko, które opisał amerykański filozof, Gunter Anders (mąż Hannach Arendt): zjawisko niezgodności prometejskiej. Winę Jaruzelskiego i Kiszczaka łatwiej jest zrozumieć, dostrzec, gdyż na ulicę wyjechały czołgi, padły strzały, w najważniejszych miejscach miast i gmin pojawiło się wojsko; tymczasem tragedia koronawirusa jest procesem rozproszonym, rozłożonym w czasie, bardziej złożonym, skomplikowanym. Ludzie mają ograniczoną zdolność moralnego doświadczania sytuacji strukturalnych, skomplikowanych, abstrakcyjnych; rozumieją tylko to co powierzchowne, proste i konkretne, co dzieje się blisko nich, tu i teraz.

Kto nami rządzi?
Mamy tu też do czynienia z procesem, który opisała wspomniana żona Andersa – Hannach Arendt – z banalnym złem. Tak naprawdę większości polityków PiS przyświecają banalne motywy: chęć osiągnięcia kariery politycznej (to obrzydliwe) czy utrzymania się na stanowisku, osiągnięcia politycznej korzyści.

To małe rzeczy. Tyle tylko, że zło banalne prowadzi zawsze (umożliwia) do zła wielkiego. Zło banalne jest wstępem do zła wielkiego, czymś w rodzaju koniunktury, sprzyjającego nastroju. Nadmierny konformizm zawsze prowadzi do okrucieństwa i faszyzmu.

Za trochę ponad tydzień obchodzić będziemy 40 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego (13 grudnia 1981 roku). Zastanówmy się nad tym wszystkim głęboko i moralnie. Odpowiedzmy sobie na pytanie: kto obecnie nami rządzi? Jacy to ludzie? Jakie są ich sumienia? PiS nie ma moralnego prawa do sprawowania władzy w Polsce.

 

 Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Kiedy przyjdą podpalić dom…


Rok 2021 przyniósł Polsce agresję ze strony reżimu Aleksandra Łukaszenki i choć to jeszcze nie atak konwencjonalny, to konflikt migracyjny na granicy w każdej chwili może przerodzić się w coś dużo groźniejszego. Co wówczas? Jak przysłowiowy Kowalski, bez wcześniejszego przeszkolenia, może przygotować się na inwazję, aby zwiększyć swoje szanse na przeżycie? 
 

Jerzy Mosoń: Na przestrzeni kilkudziesięciu lat możliwości prowadzenia działań zbrojnych wzrosły diametralnie. Nie zmienia to faktu, że część form agresji, począwszy od cyberataków, przez presję energetyczną, ekonomiczną czy polityczną, a kończąc na przerzucie migrantów może skończyć się klasycznym ostrzałem i wkroczeniem wojsk nieprzyjaciela. To opracowanie na okoliczność właśnie takiej sytuacji.  

Wojna to codzienność
W ostatnich latach. w Europie lub na jej rubieżach, tradycyjnie prowadzonej wojny doświadczyli: Ukraińcy, Gruzini, Czeczeńcy, Ormianie i Azerowie. Jeszcze wcześniej mieszkańcy byłej Jugosławii. Konwencjonalna wojna jest od wielu lat codziennością Syryjczyków, Irakijczyków, Kurdów, Afgańczyków i wielu innych nacji. W następstwie bombardowań, ostrzału rakietowego czy też wkroczenia obcych sił, wiele rodzin musiało opuścić swe domy. Warto wspomnieć, że tylko od czasu napaści Rosji na Krym i Donbas w 2014 r. Ukrainę opuściło ponad dwa miliony mieszkańców. Czy to samo może spotkać Polaków?  

Widmo wojny przeraża. Żyją jeszcze w Polsce ludzie, którzy pamiętają sceny z II wojny światowej.

Wishful thinking
Wiara w to, że ewentualny konflikt, w którym ofiarą byłaby Polska mógłby być mniej dotkliwy dla tubylców niż dla wymienionych wcześniej narodów to przejaw niczym nieuzasadnionego myślenia życzeniowego. Często bierze się ono z nieodpowiedzialnych opinii ekspertów sugerujących, że Polska jako członek NATO i Unii Europejskiej nie powinna obawiać się ataku militarnego. Dopóki polskie wojsko nie będzie dysponować odpowiednim arsenałem odstraszania, czyniącym atak na ochraniany kraj nieopłacalnym, dopóty ryzyko inwazji jest wysokie. Ale co zrobić, jak postępować w okresie przejściowym, skoro na wschodniej granicy dzieje się źle? 

Braterskie wsparcie  
Polska armia zaatakowana przez samą Białoruś prawdopodobnie byłaby w stanie się obronić. Kłopot w tym, że 4 listopada 2021 r. władze naszego wschodniego sąsiada podpisały z Rosją 28 programów mających na celu integrację obydwu państw. Oznacza to, że hipotetyczny atak ze Wschodu na Polskę byłby prawdopodobnie agresją wojsk białoruskich wspieranych przez Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej. Jak mogłoby to wyglądać? Rosja od lat ćwiczy scenariusze inwazji na Polskę. W większości z nich zagrożeni są zarówno mieszkańcy terenów przygranicznych, jak i dużych miast oraz rejonów, gdzie stacjonują główne siły polskiej armii czy też Sojuszu Północnoatlantyckiego.   

Narażeni na atak
Oznacza to, że bezpiecznie nie może się czuć ani warszawiak ani szczecinianin, spokojnej głowy nie może też mieć mieszkaniec prowincji. Dla przykładu, w Inowrocławiu stacjonuje 1 Brygada Lotnictwa Wojsk Lądowych, a w Szczecinie 12 Dywizja Zmechanizowana. W Elblągu Wielonarodowa Dywizja Północny-Wschód. Z kolei w Tomaszowie Mazowieckim 25 Brygada Kawalerii Powietrznej. Każda baza wojskowa na terenie RP lub zgrupowanie sił Sojuszu to potencjalny cel agresora. 

Takim celem będzie też infrastruktura krytyczna, w tym najpewniej: elektrownie, linie kolejowe, dworce, lotniska cywilne, centra logistyczne.  

Miejsce bezpieczne do czasu
Nikt nie jest w stanie przewidzieć tego czy rejon, jaki zamieszkuje będzie objęty bezpośrednimi działaniami wojennymi. Dlatego komasowanie zapasów w piwnicy czy na półce w szafie nie zawsze się sprawdzi, choć może być przydatne wobec innych zagrożeń takich jak na przykład black out. Oczywiście, jeśli ktoś żyje w domu na wsi lub w małym miasteczku, gdzie w pobliżu nie ma ani wojsk ani infrastruktury krytycznej albo w ogóle na terenie trudnodostępnym, może założyć, że w mniejszym stopniu jest zagrożony koniecznością ucieczki niż, gdyby żył w stolicy bądź w Krakowie. To jednak tylko teoria. Co więcej, atrakcyjne miejsce będzie z czasem przyciągać uchodźców, a oni nie zawsze mogą mieć pokojowe nastawienie. Jedyne wyjście to być gotowym/gotową do migracji.   

Mało czasu na ewakuację
W skrajnie fatalnym scenariuszu, ludność dowie się o konieczności ewakuacji lub znalezienia schronienia na kilka minut przed atakiem. Tyle bowiem potrzebują rakiety systemu balistycznego Iskander z Obwodu Kaliningradzkiego by osiągnąć cele np. w Warszawie. To za mało czasu by zdążyć wrócić z kina czy z pracy do domu, a już na pewno nie wystarczy go by się spakować. Może się także zdarzyć sytuacja, że system radarowy nie zadziała bądź nieprzyjaciel użyje broni hipersonicznej – niestety to niebawem będzie prawdopodobne. Wtedy osoby, które przeżyją pierwszy atak będą miały jeszcze trudniejsze zadanie – wydostanie się z gruzowiska to prawdziwy wyczyn. Co może pomóc przetrwać? 

Must have przetrwania
Odpowiedni ekwipunek powinien w obecnej sytuacji towarzyszyć nam na co dzień. Nie może być zbyt duży, ponieważ z ciężkim plecakiem trudno sprawnie się poruszać. Na pewno część osób, szczególnie tych poruszających się komunikacją miejską/podmiejską nie wyobraża sobie codziennej podróży do pracy z dodatkowym obciążeniem. W takim przypadku jedynym rozwiązaniem jest saszetka zawierająca podstawowe rzeczy: zapalniczkę, scyzoryk, środek odkażający, bandaż, plastry, tabletki do oczyszczania wody i prezerwatywy – na wypadek gwałtu (jeśli już do niego ma dojść lepiej przekonać napastnika/napastników by się zabezpieczyli niż potem zmagać się z niechcianą ciążą lub chorobą). Dobrze mieć też zawsze przy sobie trochę „twardej” waluty. W saszetce zmieści się jeszcze folia przetrwania, maska, rękawiczki lateksowe, mini czekolada. I tyle. Wystarczy by przetrwać od 1-3 dni. Tyle mniej więcej potrzeba na znalezienie pomocy. I tak długo można realnie przeżyć zimą, jeśli się jej nie otrzyma wcześniej.  

 Plecak – nieodłączny towarzysz
Szczęśliwcy, którzy mogą podróżować z plecakiem lub ci, którzy chcą go mieć stale pod ręką w domu czy w pracy powinny nieco rozszerzyć katalog rzeczy potrzebnych (lista w ramce). Każdy jednak powinien dopasować ekwipunek do swoich możliwości, wiedzy czy umiejętności korzystania z gadżetów. Jeśli ktoś nigdy nie używał krzesiwa powinien wybrać raczej zapalniczkę. Duży, ciężki nóż taktyczny czy tak popularna, bo nie wymagająca zezwolenia broń czarnoprochowa to sprzęt, którym trudno się obronić przed żołnierzem wyposażonym w broń szybkostrzelną. Lepiej sprawdzi się mniejszy nóż, ale za to ze stałą głownią, ze stali nierdzewnej, najlepiej pokrytej karbonem niwelującym odblaski. Do tego można dobrać gaz pieprzowy w sprayu. 

Sytuacja jest napięta. Być może trzeba powoli myśleć o broni, w celu obrony Ojczyzny.  

Must have wyposażenia ewakuacyjnego 

  1. Plecak 25-35 litrów, bez odblasków, z cordury minimum 500 D (mile widziany systemmolle)
  1. Worek nieprzemakalny na plecak w kolorze zielonym lub czarnym.
  1. Manierka wojskowa (z metalową czaszą-manierką) wypełniona wodą (zmieniać co 3 dni).
  1. Zapalniczka, krzesiwo, zapałki sztormowe – do wyboru.
  1. Tabletki do oczyszczania wody.
  1. Filtr przenośny do wody(odwrócona osmoza).
  1. Minikuchenkaprzenośna (opcjonalnie) 
  1. Paliwo stałe w tabletkach do kuchenki.
  1. Racje żywnościowe na 1-3 dni.
  1. Twarda waluta.
  1. Lekki namiot (tarp/plandeka).
  1. Karimata, śpiwór/folia termiczna(przetrwania). 
  1. Nóż survivalowy z głownią stałą (scyzoryk). 
  1. Bransoletka przetrwania z kompasem/zegarek nakręcany z kompasem.
  1. Apteczka.
  1. Rękawiczki medyczne X3.
  1. Maski medyczne X3.
  1. Plaster gojący–klej. 
  1. Spirytus spożywczy w piersiówcemetalowej.
  1. Rękawice termiczne.
  1. Ogień chemiczny.
  1. Mała lornetka/luneta.
  1. Buty za kostkę nieprzemakalne.
  1. Nakrycie głowy.
  1. Rękawiczki bez palców.
  1. Bielizna na zmianę z jonami srebralubbawełniania. 
  1. Bluza termiczna/kurtka zwindstoperem, nieprzemakalna.
  1. Maskaprzeciwgazowa/biologiczna. 
  1. Mini piła.
  1. Latarka LED.

Dżungla to także ruiny miasta
Z uwagi na małą ilość lasów niekiedy lepszym kamuflarzem niż słynna panterka będzie szary, granatowy czy czarny – takie barwy plecaka lub odzieży pozwolą na wtopienie się w przeważający krajobraz miejski. Co więcej, plecak bądź kurtka przypominające wyposażeniem wojskowe mogą zamiast ocalić sprowadzić na nas niebezpieczeństwo. Żołnierze w pierwszej kolejności wybierają cele postrzegane jako militarne, więc gdy zobaczą kogoś ubranego w sklepie militarnym nie będą się zastanawiać czy to żołnierz czy cywil. Niestety odpadają też odblaski, które często są elementem posiadanego w domu wyposażenia sportowego czy turystycznego – mogą niepotrzebnie zwracać uwagę, więc już teraz warto zrobić przegląd tego, co jest w domu, a co należy uzupełnić. Ci, którzy chcą maksymalnie zaoszczędzić mogą dokupić do posiadanych plecaków worki nylonowe– czarne lub zielone. Osłonią nie tylko przed deszczem, ale też zasłonią odblaski. Reasumując: unikajmy jaskrawych kolorów, tak samo jak upodabniania się do Rambo, szczególnie, jeśli nie dysponujemy umiejętnościami komandosa.  

Dlaczego lepiej uciekać, zamiast walczyć
Odpowiedź na to pytanie jest podstawą wyboru, jakiego dokona każdy z nas w chwili próby. Współczesny cywil jest z każdym pokoleniem gorzej przygotowany, zarówno do walki jak i przetrwania w dziczy miejskiej czy leśnej. Za to agresor dysponuje narzędziami do zadania śmierci znacznie bardziej zaawansowanymi niż żołnierze z minionych konfliktów. W kolejnej wojnie walczyć będą zatem ci, którzy zostali do tego przygotowani, pozostali powinni przetrwać – to jest ich wkład w ostateczne zwycięstwo. Niestety Polacy dość długo uczyli się, jak pięknie umierać za Ojczyznę, zamiast starać się zbudować naród tak silny, by przy sprzyjających okolicznościach geopolitycznych wskrzesić państwowość. W końcu jednak udało się to osiągnąć. Kolejnym krokiem powinno być takie wzmocnienie Ojczyzny by już nigdy nie trzeba było obawiać się jej utraty. Czy zdaliśmy egzamin? Każdy powinien sam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Obyśmy dostali więcej czasu na przygotowania… 

 

 Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.