Jak z wroga zrobić przyjaciela?


Polskie władze od kilku lat domagają się od Niemiec reparacji z tytułu II wojny światowej.Jednocześnie Izrael żąda od Rzeczpospolitej przekazania mienia bezspadkowego pozostawionego przez Polaków wyznania mojżeszowego, w następstwie ataku III Rzeszy na Polskę. Mimo, że pierwsze roszczenie wydaje się zasadne, a drugie może jawić się jako absurdalne, to finał tych sporów, z uwagi na złożone relacje międzynarodowe, wcale nie jest przesądzony.

Jerzy Mosoń: Warszawa wciąż jednak nie zdecydowała się na sojusz, który mógłby przechylić szalę zwycięstwa na jej korzyść. Choć temat niemieckich odszkodowań dla państwa polskiego jest cały czas żywy to z kolei dyskusja dotycząca przekazania polskich nieruchomości Izraelowi, ewentualnie wypłacenie za nie ekwiwalentu pieniężnego wraca ilekroć strona polska stara się unormować stan prawny w obszarze prawa własności. Nie inaczej jest i tym razem.

Decyzja nawet bezprawna będzie ważna. Wystarczy 30 lat
Polski Parlament postanowił wreszcie, bo aż sześć lat po orzeczeniu w tej sprawie Trybunału Konstytucyjnego zająć się zmianą ustawy – Kodeks postępowania administracyjnego. W czerwcu br. Sejm głosami m.in. PiS i Lewicy, przy braku sprzeciwu i wstrzymaniu się od głosu niemal wszystkich posłów Koalicji Obywatelskiej, przyjął ustawę normalizującą m.in. stosunki własnościowe. Nowe prawo, wprowadza czasową granicę 30 lat, przewidując, że po tym okresie nie będzie można stwierdzić nieważności decyzji wydanej w postępowaniu administracyjnym z rażącym naruszeniem prawa, która była podstawą nabycia prawa lub stwarza uzasadnione oczekiwanie nabycia prawa. Oznacza to, że organ administracji publicznej procedujący w sprawie statusu prawnego np. kamienicy ograniczy się do stwierdzenia wydania decyzji z naruszeniem prawa oraz wskaże okoliczności, z powodu których nie stwierdził nieważności decyzji. Zmiany będą dotyczyć przede wszystkim spraw własnościowych, czyli także problematycznych nieruchomości.

Trudno zakwestionować martyrologię Żydów, lecz żądania wysuwane wobec Polski są absurdalne.

Izrael chce rekompensaty od dawnej Ojczyzny
Decyzją polskiego Sejmu oburzył się szef izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Yair Lapid, który oświadczył na Twitterze, że „polski parlament uchwalił ustawę zabraniającą zwrotu mienia żydowskiego lub zadośćuczynienia za nie ocalałym z Holokaustu i ich potomkom.” Rzeczywiście, jeśli ustawa przejdzie szczęśliwie całą drogę legislacyjną to de facto roszczenia dotyczące mienia żydowskiego odebranego w czasie II wojny światowej nie mogłyby podlegać dalszemu procedowaniu, wszak wojna skończyła się ponad 70 lat temu. Również Ambasada Izraela twierdzi w wydanym komunikacie, że: „procedowana obecnie zmiana ustawy w rezultacie uniemożliwi zwrot mienia żydowskiego lub ubieganie się o rekompensatę za nieocalonym z Zagłady i ich potomkom oraz społeczności żydowskiej, dla których Polska przez stulecia była domem”.

Niszczejące kamienice otrzymają szansę
Dotychczas obowiązujące zapisy kpa sprzyjały powstawaniu sytuacji patowych: nie można było zarządzać wieloma nieruchomościami, ponieważ zawsze istniało ryzyko, że na pewnym etapie postępowania czy inwestycji zgłosi się z roszczeniami ich domniemany spadkobierca. Ta niepewność prawa utrudniała nie tylko inwestycje, ale też tworzenie planów zagospodarowania przestrzennego. Nadto wpływała na zmniejszenie podaży nieruchości na rynku, co przy dużym popycie na grunty inwestycyjne przekładało się to na wzrost cen metra kwadratowego. Taki stan prawny nie mógł zatem trwać w nieskończoność. A czy rzeczywiście nowelizacja przepisów kpa tak mocno wpłynie na możliwości prawne ubiegania się o zwrot majątków potomków polskich Żydów?

PRL spłaciła amerykańskich Żydów
Obecnie gros spadkobierców polskich Żydów mieszka bądź mieszkało w USA. Szkopuł w tym, że ciężar ich ewentualnych roszczeń już dawno wzięły na siebie Stany Zjednoczone. W dniu 16 lipca 1960 roku w Waszyngtonie, Polska Rzeczpospolita Ludowa zawarła ze Stanami Zjednoczonymi umowę indemnizacyjną, na mocy której USA zobowiązały się do uregulowania roszczeń swoich obywateli w stosunku do Polski. Chodziło o mienie prywatne pozostawione przede wszystkim przez ofiary Holocaustu. W ramach tego porozumienia Polska Ludowa zapłaciła USA astronomiczną na tamte czasy kwotę 40 mln dolarów. Oznacza to, że jakiekolwiek roszczenia amerykańskich Żydów w ogóle nie powinny być rozpatrywane przez polskie sądy.

A co z Izraelem?
Zgodnie z odpowiedzią na interpelację poselską Podsekretarza Stanu Zbigniewa Sosnowskiego, z dnia 18 sierpnia 2011 r. podobnych umów Polska zawarła po wojnie łącznie 12. Takie porozumienie nie zostało jednak podpisane z powstałym w 1948 r. państwem Izrael. Teoretycznie rzecz biorąc, przed wejściem w życie znowelizowanego kpa, potencjalni spadkobiercy właścicieli warszawskich czy łódzkich kamienic legitymujący się paszportem izraelskim mogliby zatem domagać się zwrotu dóbr rodzinnych. Wiadomo jednak, że zdecydowana większość pozostawionych nieruchomości to majątek bezspadkowy, bowiem Niemcy, dokonując Holocaustu mordowali Żydów całymi rodzinami. W tej sytuacji właścicielem dych dóbr, zgodnie z prawem może stać się tylko jeden podmiot.

Mienie bezspadkowe trafia do Państwa
Według polskich przepisów, w tym w szczególności art. 935 kodeksu cywilnego, mienie bezspadkowe przechodzi na Skarb Państwa. Podobne regulacje obowiązywały zarówno w Polsce Ludowej jak i II Rzeczypospolitej, nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w powstałej po I wojnie światowej Polsce jednocześnie funkcjonowały trzy różne porządki prawne. Każdy z nich tak samo traktował losy mienia pozostawionego bez spadkobierców. Taki stan rzeczy jest podstawą odrzucenia roszczeń przez polskie władze jako bezzasadne.

………………..

W braku małżonka spadkodawcy, jego krewnych i dzieci małżonka spadkodawcy, powołanych do dziedziczenia z ustawy, spadek przypada gminie ostatniego miejsca zamieszkania spadkodawcy jako spadkobiercy ustawowemu. Jeżeli ostatniego miejsca zamieszkania spadkodawcy w Rzeczypospolitej Polskiej nie da się ustalić albo ostatnie miejsce zamieszkania spadkodawcy znajdowało się za granicą, spadek przypada Skarbowi Państwa jako spadkobiercy ustawowemu”.

art. 935 kc

………………..

Amerykanie nie chcą pamiętać o umowach?
Kłopot w tym, że wielu amerykańskich polityków zachowuje się tak, jakby nie tylko zapomnieli o umowie między Waszyngtonem i Warszawą z 1960 r., ale też o takim drobnym fakcie, że Polska jest już państwem niepodległym i sama stanowi prawo na swoim terenie. Tym samym wspierają organizacje żydowskie oraz Izrael w ich roszczeniach względem Polski. W kwietniu 2017 r. Amerykański Kongres przegłosował Ustawę nr 447 odnoszącą się do mienia pozostawionego przez ofiary Holocaustu. Jej twórcy sformułowali wniosek, że jeśli niesłusznie przejętego przez państwo mienia nie da się zwrócić pierwotnym właścicielom w naturze, należy wypłacić odszkodowanie pieniężne. Akt prawny zobowiązał też amerykańskiego sekretarza stanu do udzielenia informacji na temat realizacji ustaleń zawartych w Deklaracji Terezińskiej z 30 czerwca 2009 r. w państwach będących jej sygnatariuszami, w tym Polski. A ta jak najbardziej odnosi się do mienia bezspadkowego.

Kosztem może być tylko edukacja
Z zapisów Deklaracji Terezińskiej wynika, że kwoty ewentualnych odszkodowań powinny być przeznaczone na zapewnienie potrzeb materialnych innych, znajdujących się w potrzebie, ocalałych z Holocaustu albo na edukację. Jakkolwiek punkt pierwszy zważywszy na czas jaki upłynął od zakończenia II wojny światowej nie powinien stanowić nadmiernego ciężaru to z kolei cel edukacyjny Polska wypełnia aż nadto, przeznaczając corocznie i od lat ogromne kwoty na uświadamianie współcześnie żyjącym, czym był Holocaust i jakie krzywdy wyrządził. Niemniej, warto też pamiętać o tym, i co podkreślił w swej opinii z marca 2018 r. Piotr Wawrzyk, ówczesny podsekretarz stanu w resorcie dyplomacji: „sama Deklaracja Terezińska nie jest wiążącym aktem prawa międzynarodowego. Opisywany dokument nie nakłada obowiązków i nie przewiduje sankcji w przypadku nieosiągnięcia celów ustanowionych w Deklaracji.” Czyli polskie władze mogą wypełniać jej zapisy i robią to, ale nie muszą.

Polacy są prymusami w edukacji o Holocauście
Inną sprawą jest, czy polska strona jest w stanie udokumentować swe działania edukacyjne, co byłoby wyrazem dobrej woli. Można to zrobić choćby poprzez takie budowanie projektów kulturalnych i oświatowych, by jak najczęściej w pismach formalnych pojawiały się odwołania do Deklaracji Terezińskiej jako inspiracji do ich przeprowadzenia? To jednak sprawa czysto urzędnicza i wymaga dość prostych kompetencji. Wyzwaniem jest natomiast unormowanie relacji z silnym graczem międzynarodowym, jakim jest Izrael, a to nie stanie się bez satysfakcji materialnej bliskowschodniego partnera. Wiadomo też, że przełom w relacjach z Tel-Awiwem warunkuje dobre relacje z USA, szczególnie w sytuacji, gdy wybory prezydenckie w tym kraju wygrał Demokrata Joe Biden, mający mniej przychylny stosunek do Polski niż jego poprzednik Prezydent Donald Trump. Rozwiązać ten klincz mogłyby polskie starania o uzyskanie odszkodowań od Niemiec za zniszczenie kraju w następstwie II wojny światowej. Ale co ma wspólnego jedno z drugim?

Niemcy nie chcą zapłacić odszkodowań
Według Berlina, temat reparacji wojennych został zamknięty deklaracją z 1953 r., w której Polska zrzekła się wobec Niemiec odszkodowań. Niestety dla obecnych starań polskich dyplomatów, rząd Marka Belki w 2004 r. potwierdził to stanowisko. Z kolei, zgodnie z aktualnym podejściem obecnego polskiego premiera Mateusza Morawieckiego, deklaracja z 1953 roku była „układem między Polską a NRD”, którego obecne władze nie uznają. Pozostaje też pytanie o zachodnie RFN i fakt, że zrzeczenie się przez Polskę roszczeń wobec NRD było pośrednio wymuszone przez Związek Radziecki, który do 1989 r. był faktycznym okupantem Polski. Otwarta jest też kwota reparacji. Co prawda Arkadiusz Mularczyk, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II Wojny Światowej wspomniał w 2018 r. o kwocie 850 mld dolarów, ale trudno przewidzieć, ile realnie mogłaby zażądać Polska od Niemiec.

Warszawa potrzebuje wsparcia

Trudno jednak dziś wyobrazić sobie sytuację, że osamotniona na arenie międzynarodowej Polska będzie nadal prowadzić spór z Izraelem wspieranym przez Waszyngton i jednocześnie zdoła wywalczyć niemieckie odszkodowania. Warszawa potrzebuje silnego sojusznika. Takim naturalnym partnerem w walce o niemieckie odszkodowania mógły być Izrael, pod warunkiem zapewne, że Tel Awiw otrzyma zapewnienie swego udziału w pozyskanych środkach, w ramach „succes fee”. Polska dyplomacja, dzięki takiemu ruchowi zrealizowałaby jednocześnie kilka celów: Polska przestała by być celem medialnych i politycznych ataków i zyskałaby nowego, silnego partnera, wzmocniłby się Sojusz Północnoatlantycki, a USA mogłyby skupić się na zacieśnianiu współpracy z Warszawą. Do tego zmieniłby się wizerunek Polski, a jej pozycja jako podmiotu prawa międzynarodowego wzmocniłaby się. Co jednak najważniejsze: budżet otrzymałby ogromny zastrzyk finansowy. Większy niż wpływy z Unii Europejskiej. Ile by to kosztowało?

Żydzi chcą miliardów?
Środowiska żydowskie co jakiś czas wskazują kwotę 60 mld dolarów, którą chciałyby uzyskać jako ekwiwalent za utracone majątki – to mniej niż dziesięć procent kwoty, o którą teoretycznie może ubiegać się polski rząd w negocjacjach z niemiecką kancleż. Być może, składając ofertę Tel Awiwowi, należałoby pomniejszyć żądaną kwotę 60 mld USD o wartość majątku, który już polskie władze zdążyły przekazać Izraelczykom w następstwie Ustawy z dnia 20 lutego 1997 r. o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej. Jak również o przeliczone na obecne warunki i już przekazane pieniądze m.in. Stanom Zjednoczonym w ramach umów indemnizacyjnych. To są jednak szczegóły negocjacyjne. Główna idea polega na zbudowaniu na tyle silnego sojuszu by osiągnąć cel.


Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Fabryka konsensusu


W Polsc twa zażarta dyskusja o mediach, warto jednak zejść z podwórka krajowego (lokalnego), aby przyjrzeć się bardziej uniwersalnym, globalnym i głębokim procesom.

Roman Mańka: W opinii amerykańskiego filozofa, Avrama Noama Chomsky’ego, media ukrywają się za zniekształconym celem społecznym, który w rzeczywistości sprowadza się do pośredniczenia między podażą a popytem, w ramach którego odbiorcy są tylko produktem.

Towar na sprzedaż
Chomsky wyraźnie daje do zrozumienia, że odbiorcy mediów: (czyli) czytelnicy, słuchacze, widzowie, internauci, są towarem (on sam używa bardziej eufemistycznego sformułowania: „produktu”).

Cały proces wygląda tak: media to przedsiębiorstwa, które sprzedają swój produkt – odbiorców – innym przedsiębiorstwom zajmującym się np. reklamą. Zadaniem mediów jest więc wychowanie konsumentów; nie obywtaeli a konsumentów, którzy kupią określone towary.

Nie prawda jest zatem celem mediów, lecz użyteczność przy sprzedaży różnego rodzaju towarów (przy czym sami odbiorcy mediów są również towarem) oraz kształtowanie relacji podaży i popytu.

Kontola opinii publicznej
Zdaniem Noama Chomsky’ego, społeczeństwo wyraża formy dominacji, jest zarządzane przez przemoc (jak to miało miejsce w dawnych modelach rządzenia, które opisał Michel Foucault, w „Nadzorować i karać. Narodziny więziemnnictwa”), lub przez kontrolowanie opinii publicznej. Jak pokazuje Chomsky, w systemach demokratycznych w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie Europy, dominacja (inaczej przymus) sprawowana jest poprzez kontrolę opinii publicznej oraz za pomocą uzyskiwania społecznej zgody na określone działania władzy oraz poszczególnych grup interesów; ta kontrola jest sprawowana za pośrednictwem mediów.

Świadomość jest zagrożeniem
W tym miejscu Chomsky wskazuje kluczowy mchanizm, jak go nazywa: fabryki konsensusu. Fabryką konsensusu są prywatne media, one wytwarzają konsensus. Zarządzanie konsensusem polega na produkowaniu wrażenia, że dane działanie rządzących, albo wladzy innego rodzaju, jest konieczne; podczas gdy w rzeczywistości, to wrażenie jest pozorne, a nawet fałszywe. W taki sposób zamula, zniekształca się realny, prawdziwy kształt różnego rodzaju sytuacji i okoliczności, oraz sprawia, że wyborcy głosują, lub podejmują decyzje, wyrażane np. w badaniach opinii publicznej, przeciwko własnym interesom.

Jak pisze Chomsky, w książce „The Consensus Factory”, napisanej razem z analitykiem rynku mediów, a także profesorem finansów, Edwardem S. Hermanem, współczesne media (im chodzi głównie o media amerykańskie, chociaż możliwe jest rozszerzenie tego modelu na każdy inny kraj o podobnym systemie gospodarczym do Stanów Zjednoczonych), posiadają propagandowy charakter; żeby była jasność, bo polski przykłąd może tę diagnozę zniekształcić: Chomsky’emu oraz Hermanowi nie chodzi o media publiczne, ale przede wszystkim o prywatne; prywatne media cechują się również propagandowym charakterem.

Jak argumentują Chomsky i Herman w „The Consensus Factory”: gdyby ludzie, a więc główni aktorzy demokracji naprawdę byli w stanie uświadomić sobie – zrozumieć – konsekwencje swojego głosowania oraz własnych decyzji wyborczych czy politycznych, i wiedzieli co popierają, nigdy na określone działania rządzących nie wyraziliby zgody, gdyż nie leży to w ich interesie. Lecz ludzie ulegają pozornym i fałszywym wrażeniom wytwarzanym, produkowanym za pomocą mechanizmu „fabryki konsensusu” przez prywatne media (w przypadki Polski również publiczne).

Nierównowaga – przewada oligarchów
Proces demokratyczny jest skomplikowany. Pozornie wydaje się, iż w demokracji wszyscy mają równe szanse i mogą cieszyć się takimi samymi prawami oraz wolnością. Ale to złudzenie. Gra jest dużo bardziej skomplikowana, ponieważ demokracją (w tym również wyborami i procesami sprawowania władzy), jak pozazuje Chomsky, zarządzają grupy interesów oraz różnego rodzaju ośrodki nacisku (często oligarchowie), likwidując ograniczenia, które dla równowagi powinien narzucać (jak chciał np. John Stuart Mill) system demokratyczny, a nawet tworząc przywileje. W ten sposób, w konsekwencji, powstaje niezrównoważony układ demokratyczny, zaś władza sprawowana jest w wariancie klientelistycznym, lub nawet kratokracji. Wszystko zaś ma uzasadnić, usprawiedliwić mechanizm, który Noam Chomsky nazywa „fabryką konsensusu”.

A jak jest nad Wisłą?
Przykład polskiej demokracji (demokracji bardzo wypaczonej i ograniczonej) jest dla teorii Chomsky’ego oraz Hermana, tylko częściowo reprezentatywny, z uwagi na fakt, że obecnie, oprócz mediów prywatnych, funkcję „fabryki konsensusu”, w przeważającej mierze realizują media publiczne (zwłaszcza TVP), wbrew swojej misji.

W okresie rządów PO rolę „fabryki konsensusu” pełniła natomiast głównie telewizja TVN, „Gazeta Wyborcza” oraz „Newsweek”; częściowo również „Polityka”.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Symetryzm, czyli jeden z najgłupszych argumentów z jakim się spotkałem

W czasach zimnej wojny zarzucano Stanom Zjednoczonym łamanie demokratycznch reguł oraz uciekanie się do terroru i stosowanie przemocy, w różnych częściach świata. Osobom, które podnosiły w debacie publicznej oskarżenie, że Ameryka, czyli przywódca obozu zachodniego, stosuje te same, lub podobne metody, co Związek Radziecki, zarzucano, iż są symetrystami.

Roman Mańka: A jak było naprawdę? Wśród rzekomych symetrystów znalazł się nie byle kto (nie przeciętni przechodnie z ulicy czy zwykli ludzie), tylko znane postacie życia intelektualnego, wybitni filozofowie, jak równnież naukowcy, aktywiści społeczni i wielkie autorytety moralne, w postaci choćby: Bertranda Russela, Richarda Rorty’ego, Alberta Einsteina, Johna Deweya, czy Avrama Naoma Chomskyego.

Relatywizm moralny
Żaden z nich nie był komunistą, nikt nie deklarował sympatii do systemów totalitarnych; wszyscy znajdowali się blisko, albo bardzo blisko systemów liberalnych; Russel, a także Chomsky, definiowali się nawet jako libertyni, ten ostatni przedstawiał się nawet jako anarchista.

Trudno zarzucać im również neutralność, lub równy dystans na biegunowej osi: system demokratyczny – system totalitarny; prawa człowieka kontra brak wolności. Wszyscy dużo bliżej sytuowali się bowiem modeli demokratycznych.

Jednak każdy z nich miał intelektualne narzędzia oraz obywatelską odwagę, aby nie uciekać się do transcendentnych oraz metafizycznych zabiegów, aby nie wychodzić w ocenach poza ramy sytuacji, którą powinno się oceniać.

Najgorzej jest wówczas, gdy ktoś bagatelizuje konkretne wydarzenia, kiedy lekceważy lub umniejsza fakty, a dorabia do nich różnego rodzaju ideologiczne uzasadnienia, bądź gdy polityczne, albo ideologiczne konecpcje, dominują nad porządkiem empirycznym.

Najlepsze jest podejście fenomenologiczne, co oznacza, iż trzeba widzieć fakty tak jak się jawią.

Jak się później okazało: Russel, Rorty, Einstein, Dewey i Chomsky mieli rację. Stany Zjednocznone w wielu miejscach świata dopuszczały się terroru oraz represji. I wcale nie trzeba sięgać po przykłady Wietnamu czy wielu krajów Ameryki Łacińskiej. Wystarczy ograniczyć się do terenu Polski, na którym istniały obozy, w których torturowano ludzi.

Czy w imię walki z systemami totalitarnymi: Związku Radzieckiego, później Rosji, czy Chin, można usprawiedliwiać akty bezprawia niby demokratycznej Ameryki? Czy okoliczność, że Stany Zjednoczone są znacznie (lub tylko trochę) bardziej demokratycznym i wolnym krajem, daje im mandat do łamania prawa?

Równanie w dół
Symetryzm pojawia się zawsze, gdy powstaje układ dialektyczny; gdy tworzy się ostra polaryzacja, gdy mamy do czynienia z dwoma zantagonizowanymi biegunami, z których jedni postrzegają ten przeciwny jako zły; zaś drudzy z kolei, ten z ich punktu widzenia opozycyjny, również jako wcielenie największego zła.

Wszystko przebiega według filozofii historycznej konieczności Georga Wilhelma Friedricha Hegla: w idealistycznej konwencji wydarzenia rozwijają się trójrytmem: w opozycji do tezy pojawia się antyteza, lecz na końcu przychodzi czas na syntezę. W takim układzie zło miesza się ze złem.

Hegel znakomicie to opisuje w dialektyce pana i niewolnika: status quo przedstawia się tak: niewolnik żyje w stanie podporzdkowania wobec pana, lecz pan bez niewolnika nie mógłby być panem, a więc, w jakimś sensie, to niewolnik jest panem, czyli pan potrzebuje niewolnika, aby być panem, a niewolnik pana.

Interpretując ten fragment twórczości Hegla, Maurice Marleau-Ponty, pisze, iż wrogowie są jednocześnie kochankami, walczą ze sobą, ale nie mogą się zabić, do końca zniszczyć, gdyż nie są w stanie bez siebie żyć; nawzajem się legitymizują.

Jak widać symetryzm, w znaczeniu założenia, że wrogowie czerpią ze wzajemnej walki siłę i są zainteresowani kontynuowaniem dielektyki, ma jakieś podstawy.

Zło nie usprawiedliwia zła
Po systemie feudalnym przyszedł czas na kapitalizm, po kapitaliźmie nastał okres socjalizmu, a następnie komunizmu, zaś po komuniźmie pojawił się znowu kapitalizm odrodzony, zreformowany. W każdym z tych modeli istniała określona proporcja zła, jednak okrucieństwa rzeczywistości feudalnej nie można i nie powinno się usprawiedliwiać wyzyskiem obecnym w kapitalizmie, a znowu wypaczeń oraz dysfunkcji kapitalizmu, nie da obronić się okolicznością, iż w modelach komunistycznych ma miejsce przemoc i terror.

Często mówi się, że komunizm przyniesiono do różnych krajów na bagnetach. Tak mogą mówić ci, którzy nie znają historii, gdyż kapitalizm również rodził się przy odgłosach begnetów i w kałużach krwi.

Zanim w Wielkiej Brytanii zaimplementowano gospodarkę kapitalistyczną, najpierw musiało dojść do wywłaszczenia chłopów, siłą zabrano im ziemię; inaczej kapitalizm byłby niemożliwy, jego tryby nie zaskoczyłyby. Identycznie w Stanach Zjednoczonych, ceną ufundowania kapitalizmu było wymordowanie Indian.

Czy ktoś, kto umie widzieć te okoliczności, kto ma zdolność obiektywnego postrzegania rzeczywistości, kto ocenia fakty uczciwie i sprawiedliwie, może być nazywany symetrystą? Widzenie degeneracji kapitalizmu, wcale nie musi oznaczać tworzenia symetrii pomiedzy kapitalizmem czy komunizmem (osobiście uważam się za pragmatycznego neoliberała, entuzjastę gospodarki wolnorynkowej, lecz nie patrzę na kapitalizm dogmatycznie i bezkrytycznie, widzę wiele jego wypaczeń oraz wynaturzeń; czy to oznacza, że zrównuję go z komunizmem?).

Ukryty oportunizm
Wielu historyków filozofii, twierdzi, że system filozoficzny Hegla jest prymtywny. Najgorszą rzeczą, którą można zrobić, kiedy pojawi się układ dielektyczny, jest zaniechanie krytyki, wyłączenie społecznej kontroli. Tymczasem konwersja filozofii dialektycznej do rzeczywistości politycznej oznacza polaryzację, konflikt, podział. Wówczas pojawia się szczególnego rodzaju oportunizm, który może sprowadzać się do zaniechania krytyki „swoich”, czyli tych, którzy są po jednej stronie, maskowany przez totalną krytykę przedstawicieli obozu przeciwnego.

Tym właśnie w istocie jest zarzut symetryzmu: ukrytym oportunizmem oraz maskowaniem zaniechania krytycznej postawy.

Pamiętam, gdy będąc w jednej z warszawskich księgarń, przypadkowo wziąłem do ręki książkę znanej dziennikarki Elizy Michalik, na której znajdowała się recenzja autorstwa Patrycji Markowskiej. Napisała ona, że: „Eliza Michalik na pewno nie jest oportunistką”. Uwierzyłbym w to, gdyby Michalik potrafiła skrytykować Adama Michnika (tak jak np. Łukasz Pawłowski), lub Tomasza Lisa, lecz w gruncie rzeczy Michalik atakuje tylko przeciwną (PiS-owską) stronę, zaś wobec swojej unika krytyki. Paradokslanie to jest właśnie oportunizm, który może być maskowany chęcią unikięcia symetryzmu, bądź zarzutów o symetryzm.

Pojęcie symetryzmu jest psychologicznym mechanizmem obronnym. Głównym zadaniem ideologii symetryzmu, a mówiąc bardziej precyzyjnie oskarżania o symetryzm, jest tłumieniem funkcji krytyki oraz społecznej kontroli. Tymczasem w demokracji nie ma nic bardziej wartościowego niż krytyczna świadomość.

Oskarżenia prezesa Obajtka o korupcję, klientelizm i nepotyzm nie uniewżniają potężnych zarzutów o korupcję kierowanych wobec Sławomira Nowaka; propagandowy charakter oraz totalna stronniczość TVP i mediów publicznych, nie może usprawiedliwiać stronniczości i braku obiektywizmu telewizji TVN.

Każde z tych zjawisk zasługuje na krytykę, aczkolwiek ważne jest, aby znać proporcje i krytykę tę umiejętnie stopniować.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Katastrofa polskiego futbolu ma głębszy sens!

Piłka nożna upodabnia się do hokeja na lodzie. Taką właśnie hipotezę postawiłem, już chyba ponad 13 lat temu, kiedy zachodzące w futbolu zmiany i procesy nie były jeszcza aż tak bardzo ewidentne, jako obecnie. Dzisiaj ta prognoza w pełni się potwierdza. Pokazały to zakończone Mistrzostwa Europy.

Roman Mańka: Oczywiście tezy tej absolutnie nie należy rozumieć w kategoriach jeden do jednego, dosłownie. Piłka nożna nie jest hokejem i nigdy nie będzie; chodzi raczej o uchwycenie kluczowych, istotnych zmian, jakie zachodzą w futbolu oraz zdiagnozowanie kierunku trwajającej ewolucji.

Co trzeba mieć żeby wygrywać? Jakie składniki, elementy, czynniki składają się na zwyciestwo? Które walory decydują o sukcesie? Co powoduje, że jedne zespoły tryiunfują, zaś inne ponoszą przykre, dotkliwe i sromotne porażki?

Dziś nie wysarczy mieć jedenstu bardzo dobrych lub dobrych piłkarzy. Trzeba posiadać dużo szersze, a także głębsze zasoby; mówiąc o głębszych zasobach pozwolę sibie na dygresję: chodzi tu bowiem o predyspozycje nie tylko czysto sportowe (takie jak technika, walory motoryczne, organizacja gry, czy przygotowanie taktyczne), lecz również właśnie o te głebsze zasoby, czyli przygotowanie mentane i inteligencję.

Po prostu, na boisku nie wystarczy tylko biegać, trzeba jeszcze myśleć. Futbol to gra, podobnie jak szachy, dla ludzi inteligentnych.

Innowacyjne rozwiązania
Żeby zwyciężać, należy więc mięć nie jedenastu dobrych zawodników, a szesnastu czy może nawet ponad dwudziestu. Zawsze trzeba dysponować możliwością manewru, alternatywnymi wariantami, które można zastosować, bo przecież w trakcie turniejów, wielkich imprez zdarzają się kontuzje, a każdy przeciwnik jest inny, lub przynajmiej trochę inny, stąd powinno się wyjść na niego odmiennym niż w poprzednim pojedynku zestawem zawodników, sięgnąć po nowe ustawienie, implementować innowacyjne rozwiązania taktyczne.

Poza tym – i to jest założenie kluczowe we współczesnym futbolu – (otóż) mecze dzisiaj wygrywa się, mówiąc kolokwialnie, z ławki, to trener, nie publiczność, jest dwunastym zawodnikiem; rutyna może być zawodna, należy zatem preferować zachowania elastyczne, kreatywne, co oznacza, że na sytuację trzeba bezpośrednio, szybko reagować.

To jest właśnie pragmatyzm…

Prawdziwe oblicze pragmatyzmu
Obecni w sportowych studiach największych w Polsce telewizji, komentatorzy, mówili z niechęcią, iż futbol stał się pragmatyczny, wytykali np. zespołowi Anglii, iż prezentuje pragmatyczną piłkę nożną. Używali pojęcia pragmatyzmu w zupełnie fałszymym znaczeniu. Nie rozumieli słów, które wypowiadają.

Pragmatyzm, tak jak definiowali go klasycy tej filozofii, Charles Sanders Peirce, Willliam James, czy twórca odmiany pragmatzmu – instrumentalizmu – John Dewey, oznacza rozszerzony empiryzm, ale zwrócony nie ku przeszłości, jak tradycyjny empiryzm, tylko właśnie ku przyszłości, a zatem nastawiony jest na dbałość o konsekwencje; reguły powinno się odczytwać, definiować w eksperymentalnie wybrażanych skutkach.

Pragmatyzm, w wersji Peirce’a, to definiowanie myśli, idei w działaniu, zaś w zwulgaryzowanym, popularnym wydaniu Jamesa, weryfikowanie prawdy w praktyce.

Pragmatyzm nie oznacza filozofii biernej, zachowaczej, czy kunktatorskiej. Wprost przecienie: w pragmatyzmie chodzi o tworzenie inteligentnych nawyków reakcji (nie sztywnych, automatycznych). Rutyna czy powtarzalność może nie wystarczyć, zaś gdy zmienią się okoliczności, może nawet prwadzić do katastrofy. Kto nie wykonuje kroków do przodu, kto stoi w miejscu, ten tak naprawdę się cofa.

Zatem należy być elastycznym, kreatywnym, i o tym właśnie mówi pragmatyzm.

Znani komentatorzy, których grono stanowili byli piłkarze, a także eksperci w postaci dziennikarzy sportowych, krytykowali bezlitośnie pragmatyzm Anglików, nie zauważając jednocześnie, iż zwycięzcy Mistrzostw Europy, triunfatorzy turnieju – Włosi – implementowali w grze właśnie filozofię pragmatyczną, sięgneli po pragmatyzm, bo odeszli od rutyny, od tradycji własnego, włoskiego „catenaccio”.

Polacy nic się nie stało…
Dla nas Polaków, po raz kolejny w XXI wieku, wielki piłkarski turniej stał się przykrym doświadczeniem, społeczną traumą. W tym, ciągle jeszcze, nowym stuleciu, to już piąta porażka (można powiedzieć dosadniej: piąta katastrofa) na przestrzeni dwóch dekad, nie licząc imprez, na których nas nie było, bo nie zdołaliśmy się tam zakwalifikować.

Kryje się za tym coś więcej niż tysko aspekt sportowy: czyli słabość rodzimej piłki nożnej. Ta sytuacja ma drugie dno i zawiera dużo głębsze wymiary. Futbol tak naprawdę, w sensie dużo bardziej uniwersalnym, metaforycznym, analogicznym i homologicznym, ilustruje wszystkie bolączki polskiego państwa, jego dysfunkcje i mankamenty. Jesteśmy po prostu państwem słabym; nie tak jak mówi różnej maści propaganda od trzydziestu lat: silnym, lecz chronicznie słabym państwem. W bardzo różncyh dziedzinach popełniamy te same błędy. Generalizując można powiedzieć, że kluczowe problemy się powtarzają, są takie same. I co najgorsze: nie wyciąga się z nich żadnych wniosków. Sięgając po cytat wieszcza Kochanowskiego: „Polak przed szkodą, ale i po szkodzie głupi”

Nad całym naszym państwem ciąży beztrosko i radośnie śpiewana przez kibiców piosenka: „Polacy nic się nie stało”, która brzmi niczym klątwa III Rzeczpospolitej, i tak naprawdę jest klatwą

Spadają kolejne samoloty, zawalają się dachy, rzeki co jakiś czas przerywają wały przeciwpowodziowe, w najlepsze kwitną patologie: nepotyzm, korupcja oraz obrzydliwy partyjny klientelizm, niszczy się kolejne instytucje, łamie prawo, media są stronnicze, nieobiektywne, zaś ludzie w Polsce wciąż śpiewają: „Polacy nic się nie stało”.

Siła emergencji
Zakończone Mistrzostwa Europy pokazały również jak bardzo anachronicznie, pymitywnie myślimy o piłce nożnej. Używamy kategorii takich, jak: „pierwsza jedenastka”, „środkowy rozgrywający”, „linia obrony”, „klasyczna 9”.

W nowoczesnym futbolu nie ma żadnych pierwszych jedenastek, środkowych rozgrywających, klasycznych 9, czy jakichkolwiek linii.

Trzeba mieć po prostu grupę ponad piętnastu, a może nawet ponad dwudziestu dobrych, lub nawet bardzo dobrych, wyrównanych zawodników, przede wszystkim uniwersalnych i wielofunkcyjncyh, potrafiących spełniać wiele zadań, w różnych sektorach boiska. Oprócz 9 klasycznej, należy mieć jeszcze 9 fałszywą; zamiast jednego środkowego rozgrywającego – kilku środkowych rozgrywających, zbilanoswanych, co do umięjętności gry ofensywnej oraz defensywnej, w równym stopniu.

Nie można bać się młodości; doświadczenia ostatniego turnieju pokazały, iż najlepsze zespoły odważnie stawiały na zawodników młodych; to nie metryka decyduje o jakości, lecz talent, przygotowanie oraz dyspozycja dnia. Nie można też preferować indywidualizmu przed wspólnotowością, co oznacza ni mniej, nie więcej, że lepiej mieć zespół niż indywidualności; (bo) indywidualności często psują całość, niszczą wspólnotę. Z filozofii strukturalizmu wiemy, że całość to coś więcej niż suma elementów, że całości nie da się zredukować do jej czynników składowych, do jednostek.

Relacje ważniejsze są zatem od elementów. Najważniejszy jest efekt synergii.

Nade wszystko jednak piłkarze muszą myśleć, najważniejsze są ich głowy, potencjał intelektualny, przygotowanie mentalne.

Niestety, największą wadą polskich zawodników, jest to, że nie myślą. Kluczowy czynnik – przygotowania mentalnego – jest na bardzo niskim poziomie; właściwie go nie ma.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Poza trybem…

Z tego co publikują media, karty w Platformie Obywatelskiej zostały już rozdane; niestety, jak zawsze za plecami członków partii, z pominięciem demokracji i w ukrytych przed opinią publiczną zakulusiwych rozmowach.

Roman Mańka: Nie mówcie i nie piszcie już więcej, że tylko PiS łamie demokrację. Inne partie też to czynią. Platforma również w ten sposób się zachowuje. Słowa, które padły kiedyś z trybuny sejmowej, w polskim parlamencie, z ust przywódcy PiS, Jarosława Kaczyńskiego: “poza trybem” mają dużo szersze odniesienie, szerszy kontekst, definiując całą polską politykę. Ja taką polityką się brzydzę. To kurestwo, prostytucja, a nie polityka. Właściwie w Posce nie ma i nigdy nie było ugrupowań demokratycznych (paradoksalnie w jakimś zakresie tylko partie postkomunistyczne), zaś członkowie i wyborcy na nic nie mają wpływu. Wszystko jest ukartowane, przygotowane, ułożone, a następnie poddane do zatwierdzenia, niczym przez aklamację.

Cała to operacja z powrotem Tuska służy jednemu: odbudowaniu rzeczywistości dytochomicznej *jak u Hegla, pogłębieniu konfliktu, zaostrzeniu polaryzacji PO-PiS, żeby osłabić Hołownię i zniszczyć lewicę, żeby przejąć wyborców tych formacji. To, w jakimś sensie powtórka sprzed roku, z wyborów prezydenckich, kiedy Rafał Trzaskowski, wchodząc do gry “kuchennymi drzwiami”, od tyłu, “przez komin” zastąpił Małgorzatę Kidawę-Błońską.

Oburzająca i skandaliczna jest okoliczność, że partia mówiąca o równouprawnieniu, o równości płci, o tolerancji, o emancypacji, znów podeptała prawa kobiet, tym razem w odniesieniu do Ewy Kopacz, która została zmuszona do rezygnacji z funkcji wiceprzewodniczącej Platformy. Kobiety we wszystkich polskich partiach (również w PO) traktowane są przedmiotowo; trochę inaczej jest w lewicy. Ale niestety generalnie stosunek wobec kobiet jest w polskiej polityce, jak również życiu, bardzo utylitarystyczny, instrumentalny, rzeczowy.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Sousa powinien pozostać!

Wszystkie te opinie, że Sousa powinien zrezygnować, są nie tylko niemądre, ale też śmieszne, co ciekawe artykułowane poniekąd przez tych samych dziennikarzy oraz ekspertów, którzy po meczu z Hiszpanią wynosili Sousę pod niebiosa, mimo, że nie było do tego żadnych podstaw.

Roman Mańka: Dlaczego Sousa miałby się podać do dymisji, albo zostać odwołany?! Co w ten sposób wskóramy?! Jakie korzyści osiągniemy?!

Przyjdzie jakiś polski trener, w stylu Nawałki, Engela, Janasa, bądź Brzęczka, czy Smudy, i będzie preferował antyfutbol. Cofnie drużynę do radykalnej, głębokiej obrony, wybijając tylko piłki do przodu, tak jak Węgrzy.

Tego rodzaju piłki nożnej nie chcę nawet oglądać. Szkoda czasu i nerwów. Właściwie od czasów Piechniczka nie graliśmy w piłkę nożną, z krótką przerwą na czas Leo Beenhakkera.

Lecz Sousa próbował naszych piłkarzy czegoś nauczyć. Miał własną wizję, ideę. Przestawił nas na grę trójką obrońców oraz wahadłowymi; czyli bardzo nowocześnie. Wprowadził nowych, młodych zawodników. Preferował bardzo ofensywny styl gry. Nasi stosowali wysoką obronę, skutecznie zakładali presing.

Po raz pierwszy nie przestawaliśmy grać, gdy pierwsi traciliśmy bramki. Zaŕowno ze Słowacją, jak i z Hiszpanią wracaliśmy do gry, ze stanu 0-1; tymczasem ze Szwecją odrobiliśmy nawet dwubramkową stratę.

Dawno nie widziałem tak śmiało oraz ofensywnie grającej ze Skandynawami polskiej drużyny, jak wczoraj. We wszystkich dotychczasowych meczach (6), które oglądałem, nie mogliśmy nawet dotknąć piłki, zaś wczoraj przewaga była zdecydowanie po naszej stronie (posiadanie piłki 60-40 proc.); podobnie rzecz się miała ze Słowacją.

Zabrakło nam przede wszystkim szczęścia. Zadecydowała sekwencja przypadków oraz indywidualne błędy (zwłaszcza w wydaniu zawodników, którzy od dawna nie powinni znajdować się w kadrze: np. Krychowiak).

Ale widać, że Sousa jest fachowcem, profesjonalistą, pojęcie o futbolu ma wielkie. Postęp w grze też widać. Staramy się grać przede wszystkim nowocześnie: bardzo wysokim presingiem, trójką obrońców, często w ustawieniu hybrydowym, wahałowymi, ofensywnie, atakiem pozycyjnym, rozgrywaniem akcji przez stoperów od tyłu.

Tak grają najlepsze zespoły na świecie. Jednak żeby te elementy opanować do perfekcji potrzeba mnóstwa czasu, ogromnej cierpliwości, serek treningów i długich poszukiwań optymalnych wariantów oraz wykonawców.

Nie róbmy tego błędu co zawsze. Nie wyrzucajmy selekcjonera po nieudanej imprezie. – “Nie wylewamy dziecka z kąpielą”. Dajmy mu szansę i pieniądze. Niech spokojnie pracuje i buduje drużynę narodową na miarę naszych aspiracji oraz marzeń.

Żaden Polski trener w tej chwili tego lepiej nie zrobi (chyba, że młodego pokolenia). Polscy trenerzy w większości wyznają anachroniczną, atawistyczną i prymitywną filozofię piłki nożnej.

Podobnie, jak dziennikarze, eksperci, a także komentatorzy sportowi.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Fuzja Orlenu z Lotosem. Szansa z dramatem w tle

W czerwcu zarząd PKN Orlen ma przedstawić do akceptacji Komisjii Europejskiej partnerów, z którymi – zgodnie z warunkami narzuconymi przez europejskich urzędników – zgodzi się podzielić cennymi aktywami Lotos-u, w ramach fuzji spółek. Połączenie naftowych gigantów, z uwagi na unjne ultimatum to ogromne ryzyko, ale też szansa na to by ta fuzja była tylko etapem w budowie czegoś jeszcze większego.

Jerzy Mosoń: O co toczy się naprawdę gra i jak dużo ryzykuje polski przemysł naftowy, pozbywając się części majątku w imię tworzenia multienergetycznego giganta? Jaką rolę w fuzji polskich spółek może odegrać Budapeszt?

Kandydaci do skubania
Przed Orlenem i Lotosem najważniejsze decyzje w kwestii połączenia sił, z dominującą rolą Orlenu. Wybór kontrahentów nie jest prosty tym bardziej, że za oficjalnymi kupującymi mogą skutecznie chować się rosyjskie spółki, które dotychczas bezskutecznie próbowały podbić polski rynek, czego przykładem są stacje Łukoila, przejęte kilka lat temu przez zarejestrowaną w Austrii Amic Energy, choć wcale nie wolną od relacji z Rosją.

Na drugim planie negocjacji coraz wyraźniej widać także postać charyzmatycznego premiera Węgier Viktora Orbana, który już nie raz pokazał, że w tandemie polsko-węgierskim to on nadaje kierunek. Ale co w zasadzie ma Budapeszt do fuzji polskich spółek naftowych?

Naftowe Bratanki
Kluczem do odpowiedzi na to pytanie jest wciąż żywe marzenie niektórych działaczy Zjednoczonej Prawicy by nie ograniczać się do stworzenia narodowego, multienergetycznego giganta, a porwać się na budowę spółki zdolnej podbić świat. Oczywiście najlepiej z pomocą sojuszniczego Budapesztu. Wiadomo jednak, że bez zyskania supremacji na rynkach Europy Środkowej to idea fix. Kłopot w tym, że od lat na drodze do ekspansji Orlenu w tym regionie stoi właśnie węgierski MOL, który zdecydowanie sprawniej rozpycha się na sąsiednich rynkach niż polski inwestor. Co więcej, nafciarze z kraju Bratanków nie raz dali już do zrozumienia, że nie pozwolą się przejąć polskiej spółce. Co innego biznes w drugą stronę. Czy Węgrzy otrzymają swoją szansę? Co mogą zyskać partnerzy?

Połączenie “Orlenu” z “Lotosem”, to ryzyko, ale także szansa.

Niebezpieczne warunki postawione przez Unię
Komisja Europejska w lipcu zeszłego roku zgodziła się na fuzję Orlenu z Lotosem pod warunkiem odsprzedania części dóbr takich jak: zakład Lotos Asfalt czy 80 procent stacji paliw Lotosu (ok. 400 obiektów). Orlen będzie musiał także uwolnić większą część mocy zarezerwowanych przez Lotos w magazynach ropy razem z mocami magazynowymi w terminalu naftowym. Warunkiem fuzji jest także ograniczenie przez Orlen działalności na rynku paliw lotniczych, co wobec planów budowy Centralnego Portu Lotniczego wydaje się wymogiem wyjątkowo dotkliwym względem przyszłych wpływów podatkowych. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej strat i zagrożeń związanych z fuzją. Po wielu wpadkach negocjacyjnych polskich urzędników na arenie międzynarodowej trudno też mieć pewność, że transakcji towarzyszy odpowiednia ochrona kontrwywiadowcza, ale to temat na oddzielną dyskusję.

Kura znosząca złote jaja
Największym kosztem połączenia obu spółek może okazać się konieczność sprzedaży 30 procent udziałów w ultranowoczesnej gdańskiej rafinerii razem z pakietem praw zarządczych. Jak dobre paliwa oddaje klientom obiekt Lotosu najlepiej wiedzą polscy kierowcy, którzy od kilku lat tankują na stacjach tej firmy. Paradoksalnie to właśnie wysoka jakość produktu gdańskiej spółki jest jednym z argumentów za jej przejęciem. Dwa silne, krajowe podmioty oferujące paliwa premium doprowadzają do konkurencji, którą można nazwać rynkowym kanibalizmem, przy czym, długookresowa analiza cen paliw oferowanych klientom w sprzedaży detalicznej pokazuje, że oferta Lotosu jest wyjątkowo konkurencyjna względem propozycji Orlenu. Mówiąc wprost: na stacjach Lotosu prawie zawsze dostaje się taniej produkt podobnej jakości.

Płocczanie mają zatem czym się martwić, bo gdańska rafineria sfinansowana w ramach projektu EFRA (efektywnej rafinacji) wartego 2.3 mld zł może trafić w ręce konkurencji. Do kogo?

Oferenci staną się zagrożeniem
W grze o skarby Lotosu jest kilku graczy: Saudi Aramco, BP, Shell, CircleK,Total, OMV. Ta ostatnia spółka jest o tyle interesująca, że jej udziałowcem jest z kolei International Petroleum Investment Company ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, mający także aktywa hiszpańskiego koncernu Cepsa. W przypadku sprzedaży majątku Lotosu inwestorowi z ZEA Orlen zyska bardzo silnego rywala o prymat w Europie Środkowej w postaci austriackiego OMV, nawet jeśli będzie to tyko jedna z jego składowych majątku gdańszczan. Orlen nie ma bowiem takich zasobów ropy jak inwestor z Bliskiego Wschodu. Ba, Orlen nie jest nawet w stanie konkurować pod tym względem z MOL-em. Nafciarze z Płocka na koniec 2019 r. mieli ok. 11 mln baryłek ekwiwalentu ropy naftowej. Tymczasem MOL już kilka lat temu zgłaszał możliwość wydobycia aż 555 mln baryłek. Do tego rok temu Węgrzy odkryli pod dnem Morza Północnego złoża o wielkości do 71 mln baryłek ekwiwalentu ropy naftowej. O ile jednak wobec przytoczonych faktów deal z inwestorem z Emiratów wydaje się nieprawdopodobny to wspólne cele polityczne Budapesztu i Warszawy sprawiają, że MOL pozostaje w grze, mimo zagrożenia, jakie tworzy dla supremacji Orlenu w regionie.

MOL może zyskać wiele rynków
Obie spółki – polska i węgierska mają się czym wymieniać. PKN Orlen ma sześć rafinerii: trzy w Polsce, dwie Czechach i jedną na Litwie, Węgrzy posiadają cztery zakłady: dwa w kraju oraz po jednym na Słowacji i w Chorwacji. Przejęcie nowoczesnej rafinerii Lotosu ułatwiłoby MOL-owi dalszą ekspansję nie tylko na rynki Europy Środkowej, ale też Zachodniej i Wschodniej Europy. Gdyby Viktor Orban wynegocjował też zakup 400 stacji Lotosu, to MOL wszedłby także na polski rynek i to z mocnym przytupem. Czy jednak niezbyt mocnym? Na co w zamian mógłby liczyć Orlen? Wydaje się, że do wzięcia jest rynek słowacki, który dla Orlenu od dawna jest łakomym kąskiem. W 2020 r. polska spółka otworzyła tam 20 stacji paliw. Kolejne siedem pod marką Benzina-Grupa Orlen ma powstać w tym roku. Rynek słowacki jest jednak stosunkowo niewielki, a rafineria w Gdańsku i 400 stacji Lotosu to wyjątkowy potencjał do tego by zarabiać miliardy euro. Czego zatem może jeszcze zażądać prezes Orlenu Daniel Obajtek w zamian za dobra Lotosu?

Rafineria w Rijece za zakład w Gdańsku
Polskim nafciarzom marzą się Bałkany, gdzie od lat tak chętnie podróżują urlopowicze nie tylko znad Wisły. W 2019 r. Rada nadzorcza oraz zarząd INA – chorwackiej spółki zależnej koncernu MOL – zatwierdziły inwestycję w rozbudowę rafinerii w Rijece, za bagatela 600 mln USD. Dla Orlenu wejście na rynek chorwacki byłoby już bardziej opłacalne niż tylko szerszy dostęp do słowackich portfeli. Czy zatem jest szansa, że dojdzie do wymiany aktywów rafinerii Rijeca i Gdańsk? To byłby na pewno spory krok w kierunku myślenia o kolejnej wielkiej fuzji Orlenu z MOL-em, na równych warunkach. Być może taka wymiana jest przygotowywana od dawna, o czym może świadczyć fakt, że najnowsze inwestycje poczynione w obie rafinerie w zasadzie kompensują się.

Ambicje Orbana mogą być jednak większe
Polscy negocjatorzy muszą jednak uważać, bo Węgrzy mają swoje ambicje i potencjał rozwojowy znacznie większy od Orlenu. Tym bardziej, że MOL świetnie dogaduje się z rosyjskimi partnerami. Atutem polskiej spółki jest za to znacznie większy rynek wewnętrzny. Jeśli jednak stacje Lotosu i rafineria tej spółki wpadną w nieodpowiednie ręce to Orlen będzie mógł przegrać rywalizację nawet tę w Polsce, a stosunkowo niski potencjał wydobywczy uniemożliwi ekspansję na rynki południowej Europy. Komu zatem sprzedać aktywa Lotosu by podręczniki historii nie opisywały fuzji dwóch polskich spółek jako największego błędu w historii po 2020 r.? – to pytanie, które zapewne spędza sen z powiek zarówno prezesowi Obajtkowi jak i premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, wszak Skarb Państwa jest największym akcjonariuszem Orlenu, a po fuzji zyska kontrolę nad całym koncernem.

Bezpieczny inwestor. A może inwestorzy?
Na rynku paliw panuje tak duża konkurencja, że trudno wskazać inwestora bezpiecznego dla Orlenu, tym bardziej, że warunki postawione przez Komisję Europejską sprawiają, że partner, który dotychczas nie był groźny, po przejęciu aktywów Lotosu będzie odbierał Orlenowi znaczną część zysków. Co więcej każdy z potencjalnych kontrahentów ma w pewnych kluczowych obszarach większy potencjał, choćby ten związany z wydobyciem, liczbą stacji paliw, etc. Jednym z rozsądnych rozwiązań wydaje się zatem podział przeznaczonych na sprzedaż aktywów Lotosu. Gdańska rafineria mogłaby trafić np. do Saudi Aramco, za co Orlen otrzymałby dostęp do tańszej ropy, a co za tym idzie mógłby systematycznie rezygnować z zakupu paliwa od rosyjskiego Rosnieftu. MOL mógłby wejść na rynek paliw lotniczych, za co Orlen otrzymałby możliwość rozgoszczenia się na rynkach południowej Europy. Bez mała 400 stacji Lotosu mogłyby z kolei zostać rozdysponowane wśród kilku graczy: Schella, CircleK, a nawet Moyę. Takie rozproszenie aktywów Lotosu pozwoliłoby na względne zabezpieczenie interesów Orlenu. Na to musiałaby się jednak zgodzić Komisja Europejska. A przecież unijni urzędnicy nie po to postawili Orlenowi tak trudne warunki by teraz pójść mu na rękę.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Fundusz Odbudowy – za jaką cenę?

Najprawdopodobniej już niebawem Komisja Europejska otrzyma upoważnienie od wszystkich państw Wspólnoty do zaciągnięcia na rynkach finansowych pierwszego ponadpaństwowego superkredytu, który sfinansuje powstanie wartego 750 mld euro Funduszu Odbudowy. Pieniądze mają pomóc unijnym gospodarkom wyjść z pocovidowego kryzysu. Dla przeciwników poszerzenia zasobów własnych UE drogą takiej pożyczki to nic innego jak „cyrograf z diabłem”, który zniewoli pokolenia na lata.

Jerzy Mosoń: Czy naprawdę jest się czego bać i co wspólnego z Funduszem Odbudowy ma finansista i spekulant George Soros? Kto będzie największym beneficjentem tego rewolucyjnego pomysłu, a komu przypadnie rola głównego spłacającego unijny kredyt? Dlaczego Niemcy mieli tak dużo wątpliwości by zatwierdzić zgodę na ponadpaństwową pożyczkę i co mogło ich przekonać do zmiany zdania?

Podatki już nie tylko państwowe
Fundusz Odbudowy w przeciwieństwie do budżetu UE nie będzie opierał się na składkach krajowych. Jeśli wszystkie unijne państwa zatwierdzą zgodę na poszerzenie zasobów własnych UE, o co obecnie toczy się bój m.in. w Polsce, to na mocy właściwego upoważnienia Komisja Europejska będzie mogła pożyczyć te środki na rynkach finansowych. Mogłoby się wydawać, że to kopia pomysłu finansisty i spekulanta George’a Sorosa, który u progu pandemii proponował by UE zaczęła pożyczać pieniądze na rynkach finansowych. Pomysł z Funduszem Odbudowy różni się jednak tym od planu Sorosa, że przynajmniej w planach unijnych urzędników ma być spłacony, i to najpóźniej do…2058 r. Soros z kolei wymarzył sobie, że zobowiązanie będzie wieczne, a spłacane będą jedynie odsetki od pożyczonej kwoty, co na zawsze związałoby państwa w jednej organizacji, a sama UE byłaby zależna od banków i instytucji finansowych. Jednym słowem: urzędnicy unijni staliby się de facto niższym managementem, który dbałby jedynie o właściwą realizację zadań opracowywanych przez zarządy wielkich korporacji finansowych. Można założyć, że tak się nie stanie, chyba, że w najbliższych kilku dekadach pojawi się kolejny wielki kryzys, który uniemożliwi zwrot pieniędzy. Na dzisiaj sprawa wygląda jednak dość niewinnie.

System wpłat i spłat
Pieniądze z Funduszu Odbudowy mają spływać do 2026 roku, a dług powinien być zwracany przez Unię stopniowo, od 2027 r. do 2058 r. Realizację zobowiązania gwarantuje budżet UE. Trzeba przy tym pamiętać, że jego największym płatnikiem są Niemcy. Zgodnie z wyliczeniami Komisji Europejskiej, średni roczny wkład Niemiec w latach 2021-27 do unijnej kasy ma wynieść około 32,8 mld euro – to prawie sześć razy więcej niż przewidziany udział Polski. Z tej perspektywy, w interesie Warszawy oraz innych stolic biedniejszych państw UE byłoby zatwierdzenie Funduszu Odbudowy czym prędzej. Z kolei z punktu widzenia Berlina może istnieć zagrożenie, polegające na tym, że niemiecka gospodarka weźmie na siebie lwią część długu. Bo kto zagwarantuje, że cała Wspólnota za pięć lat wskoczy na ścieżkę rozwoju Chin? Nie ma się, zatem co dziwić, że debata w Niemczech dotycząca Funduszu Odbudowy była tak burzliwa i skończyła się wnioskiem do Trybunału Konstytucyjne w Karlsruhe. Notabene odrzuconym. Ale przecież nikt nie ma wątpliwości, że oponentom powołania Funduszu wcale nie chodziło tylko o jego zgodność z niemiecką ustawą zasadniczą. Czyżby Niemcy upewnili się, że nie stracą na Funduszu? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie są nowe podatki, które nadejdą wraz poszerzeniem zasobów własnych UE oraz mechanizm powiązania funduszy z praworządnością.

Rzeczywiście, gdyby architektura dochodów, UE miała wyglądać tak jak dotychczas (w ramce) to Berlin miałby się czego obawiać. Niemieccy politycy i unijni urzędnicy zadbali jednak o parę zmian, które mogą sprawić problemy szczególnie takim państwom jak Polska i Węgry.

Dotychczasowe składowe unijnego budżetu:

• Dochody własne UE (10-15 proc.), w tym cła,

• VAT (10-15 proc.),

• składki członków Wspólnoty wyliczane na podstawie wielkości ich gospodarek (70 proc.),

• Podatki pracowników instytucji UE,

• Kary nakładane przez KE na firmy za łamanie przepisów antymonopolowych.

Jak nowe podatki sfinansują Fundusz
Zgoda na powiększenie zasobów własnych UE ma zapewnić dochody budżetowi UE w latach 2021-27 na poziomie 1074 mld euro oraz umożliwić powstanie Funduszu Odbudowy o wartości 750 mld euro. Tylko 390 mld euro z tej kwoty państwa otrzymają w subsydiach. Reszta trafi do państw na zasadzie tanich pożyczek.

W debacie publicznej nie przebija się też inna ważna informacja, że zgodna na zwiększenie zasobów własnych UE będzie wiązało się z wprowadzeniem nowych podatków. To, co może najbardziej zaboleć obywateli takich państw jak Polska to opłata proekologiczna. Urzędnicy wyliczą nową daninę od ilości tworzyw sztucznych z opakowań, które nie zostały w danym kraju poddane recyklingowi. I tak za każdy kilogram odpadów, które nie wrócą do gospodarki trzeba będzie oddać UE aż 0,8 euro. Eurokraci liczą na to, że wpływy z nowego podatku będą stanowić nawet cztery procent wszystkich dochodów w budżecie UE. Co to oznacza dla Polski?

Recykling albo miliardy
Badania przeprowadzone w 2020 r. przez producenta zrównoważonych opakowań, firmę DS Smith wskazują na to, że statystyczny Polak przyznaje się do wyrzucania ponad 34 proc. surowców wtórnych do odpadów zmieszanych. Dotychczas oznaczało to prawie 100 mln euro kosztów rocznie dla polskiej gospodarki i to bez unijnego podatku, ponieważ segregacja, składowanie i utylizacja śmieci to też ogromny koszt.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2019 roku w Polsce zebrano 12,8 mln ton odpadów komunalnych, co oznacza 332 kg na jednego mieszkańca. Z tego udało się odzyskać tylko 7 mln 70 tys. ton (55,6 proc.). Jeśli te statystyki się utrzymają to polscy podatnicy będą musieli oddawać UE dodatkowe 4-5 mld euro rocznie. Oczywiście pod warunkiem, że wejdzie w życie powiększenie zasobów własnych UE i finansowany przez nie Fundusz Odbudowy, bo z nimi powiązany jest ten nowy podatek.

Podatki przyszłości
To jednak tylko wierzchołek góry lodowej albo jak kto woli podatkowej. Unijne państwa do 2023 r. mają bowiem wprowadzić także inne daniny, m.in. podatek cyfrowy oraz graniczną opłatę węglową od importu z państw, które za słabo redukują emisje CO2. Opodatkowany ma zostać także handel zezwoleniami na emisję CO2 w sektorze lotniczym czy morskim. Wszystkie wymienione obszary podatkowe to punkty newralgiczne polskiej gospodarki z uwagi na wciąż daleką perspektywę transformacji energetycznej Rzeczpospolitej oraz realizacje nowych, czołowych inwestycji. Dla przykładu: polski rząd od kilku lat stawia na rozwój portów morskich. W samej tylko Gdyni przekazane środki na rozwój tamtejszej infrastruktury sięgnęły już czterech miliardów złotych. Rozpoczęła się też realizacja programu powstania Centralnego Portu Komunikacyjnego, którego elementem składowym ma być Centralnym Port Lotniczy w Baranowie. Zakładając, że Parlament Europejski wymusi na państwach wprowadzenie danin uderzających w energetykę węglową oraz transport to opłacalność z tytułu powołania do życia Funduszu Odbudowy stanie dla Polski pod wielkim znakiem zapytania. No, ale może Polska będzie dużo wpłacać, ale znacznie więcej zyska?

Beneficjenci Funduszu Odbudowy
Celem Funduszu Odbudowy jest przede wszystkim ratowanie gospodarek, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii Covid-19. Dlatego największe środki mają trafić do tych państw, które najmocniej odczuły skutki pandemii. Na pewno są wśród nich państwa południa Europy: Włochy (ten kraj może liczyć nawet na 200 mld euro wsparcia), Hiszpania, Portugalia, a nawet Francja, które znaczną część swojego PKB opierają na turystyce, w zasadzie wyłączonej podczas lockdownów. A co z Polską? Gdyby wsłuchać się w głos premiera Mateusza Morawieckiego, Polska poradziła sobie z pandemią i kryzysem jaki wywołała zaraza wzorcowo: tarcze obroniły miejsca pracy i biznesy tysięcy przedsiębiorców a służba zdrowia stanęła na wysokości zadania. Gdyby te oceny pokryły się z danymi statystycznymi to ciężko byłoby liczyć Warszawie na hojność ze strony Brukseli. Według wstępnych szacunków unijnych urzędników, Polska może liczyć na 23,9 mld euro.

Szczęście w nieszczęściu, że Polska wciąż należy do państw o niewielkich rezerwach służących wychodzeniu z kryzysu, więc przynajmniej można by liczyć na duże środki przyznawane tradycyjnie z unijnego budżetu. Tu dominuje zasada wyrównywania szans, a że realnie relacja polskiego PKB do średniej unijnej stawia Polskę wciąż po stronie uboższych członków wspólnoty to być może uda się nadrobić część z tego, czego nie uda się pozyskać z Funduszu Odbudowy.

Pesymistyczny i realny scenariusz
Może zdarzyć się jednak też tak, że niektóre kraje, w tym Polska nie zobaczą ani euro z Funduszu, stając się jednak zobowiązani do jego spłaty.

– Będę forsowała rozwiązanie, które ewentualną karą obłoży pieniądze, które dopiero mają zostać przekazane, a nie te już rozdysponowane. To wielka zmiana, bo pozwoli nam na podjęcie działań jeszcze w tym roku” – powiedziała wiceprzewodnicząca KE Věra Jourová w niedawnym wywiadzie dla „Bloomberga”.

Wydaje się, że słowa Jourovej nie są groźbami bez pokrycia. Już w styczniu tego roku KE

zażądała od węgierskiego rządu przeprowadzenia szybkich reform w systemie przydzielania zamówień państwowych i przeprowadzania przetargów publicznych, dając do zrozumienia, że jeśli do nich nie dojdzie, Węgry nie otrzymają pieniędzy z Funduszu Odbudowy.

Jourová zapowiedziała też, że planuje zastosowanie nowego mechanizmu powiązania funduszy z praworządnością w szerokim spektrum okoliczności. Kluczowa w jej ocenie ma być właśnie sytuacja systemu zamówień publicznych, sądownictwa oraz funkcjonowania prokuratury – zasugerowała urzędniczka.

Trybunał się pospieszy?
Teoretycznie blokowanie funduszy państwom uznanym za niepraworządne miało być możliwe dopiero po wydaniu w tej sprawie opinii przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, a ta spodziewana było najwcześniej w 2023 r. Takie podejście miało być sukcesem dyplomatycznym Warszawy i Budapesztu w relacji z Komisją Europejską, podczas grudniowego szczytu. Tymczasem okazuje się, że najprawdopodobniej TSUE wypowie się w tej sprawie już latem 2021 r., czyli tuż po ratyfikacjach w poszczególnych państwach zgody na poszerzenie zasobów własnych UE i Funduszu Odbudowy. Po unijnym szczycie w grudniu 2020 r. wiadomo było także, że wypłaty z budżetu będą mogły zostać wstrzymane państwu, który nie przestrzega zasad rządów prawa, jeśli tak zdecyduje 5 z 27 krajów Unii obejmujących 65 proc. ludności UE (czyli większość kwalifikowana). Najbliższe trzy miesiące pokażą zatem czy premierzy: Węgier – Wiktor Orban i Polski – Mateusz Morawiecki dali się okpić unijnym urzędnikom czy raczej gorycz porażki będzie musiała przełknąć komisarz Jourová.

Stany Zjednoczone Europy na kredyt
Ale Fundusz ma nie tylko pomóc państwom najbardziej dotkniętym w następstwie lockdownów spowodowanych pandemią, ale też sprawić, że UE będzie bardziej stabilna politycznie. Trudno w tym kontekście nie dostrzec analogii do słynnego „momentu Hamiltona”, który w historii USA jest postrzegany jako wydarzenie, które najmocniejszy sposób przysłużyło się powstaniu Stanów Zjednoczonych Ameryki. W 1790 r. Alexander Hamilton i Thomas Jefferson zawarli porozumienie, w wyniku którego USA po raz pierwszy zaciągnęły dług jako konfederacja. Jak wiadomo również i z naszego podwórka: nic tak nie łączy jak wspólny kredyt. Niejedna para małżonków przyzna, że scala on niekiedy mocniej niż sakramentalne tak wypowiedziane przed obliczem kapłana. Czy zatem wspólny kredyt państw UE sprawi, że spełni się sen euroentuzjastów o jednym, europejskim superpaństwie?

Oby tylko udało się go spłacić? Inaczej unijni marzyciele zostaną tylko lokajami bankierów?

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Dwa wybrzeża…

Pod koniec ubiegłego (2020) roku napisałem na moim profilu FB, mniej więcej coś takiego: to czego spodziewam się w Nowym 2021 Roku, to bardziej rozpad “Koalicji Obywatelskiej” (“Platformy Obywatelskiej”) niż rozpad “Zjednoczonej Prawicy”.

Roman Mańka: W tym samym wpisie z ubiegłego roku postawiłem również tezę, że rozpad PO doprowadzi do głębokiej rekonfiguracji polskiej sceny politycznej.

To się właśnie materializuje. Ostatni sondaż dla Radia RMF pokazuje w stosunku do Platformy, najgorszy w historii notowań tej partii rezultat (12 proc.). Niezagłosowanie za ratyfikacją Funduszu Odbudowy spowodowało spadek notowań aż o – 6 proc. Tymczasem lewica nie straciła, co zresztą też przewidywałem.

Co teraz będzie?
Spodziewam się kilku procesów. Pierwszy to taki, że wygaśnie, zacznie wygasać, albo co najmniej ulegnie modyfikacji dotychczasowa polaryzacja PO-PiS; swoją drogą może być to również problem dla PiS, bo gdzie dwóch się nie bije, tam trzeci korzysta. Polską polityką rządzi dialektyka; ona wynika z napięć: historycznych, kulturowych, majątkowych, warstwowych, czyli – ujmując problem generalnie – strukturalnych.

W dialektyce najczęściej ma zastosowanie reguła Hegla, a więc “pana i niewolnika”, w ramach której wrogowie są partnerami, i wzajemnie się legitymizują.

Wielowymiarowa zdolność koalicyjna
To co mogłoby uratować Platformę, to wzmocnienie lub przynajmniej odtworzenie polaryzacji (dlatego wiele wpływowych ośrodków opiniotwórczych oraz grup nacisku, np. TVN, będzie starało się zradykalizować podział), lecz to się raczej nie stanie, ale nawet, gdy do tego dojdzie, to z obecnym – katastrofalnym – przywództwem PO, nic to nie da.

Konsekwencją wygaszenia lub osłabienia polaryzacji będzie wielowymiarowa zdolność koalicyjna; to oznacza, że przyszłe sojusze oraz warianty koalicyjne mogę stać się bardziej złożone i wielowymiarowe. Być może nie będzie ich już porządkowała emocja antyPiS-u, bo sam PiS przesunie się mocno w stronę centrum.

Partie sprawujące władzę, nawet te najbardziej radykalne, prędzej lub później ucentrawiają się, np. Konserwatyści czy Partia Pracy w Wielkiej Brytanii, czy choćby w Polsce SLD.

Wielowymiarowość koalicyjna wytworzy nowe warianty strategiczne w stosunku do PiS, lewicy, “Polski 2050” (Szymona Hołowni), a także w PSL.

Z kolei formacjami o najmniejszym potencjale koalicyjnym staną się PO i “Konfederacja”.

AwueSizacja….Kogo najbardziej dotyczy?
W tle tych procesów wystąpią inne, mniej globalne, uniwersalne procesy. Być może Platformę Obywatelską czeka coś w rodzaju “rozbioru”, podobnego do tego, który kiedyś dotknął AWS. Często wobec “Zjednoczonej Prawicy” komentatorzy polityczni oraz eksperci, używają pojęcia “AWueSizacja”, dla opisania podziałów, konfliktów, działania sił odśrodkowych oraz rozdrobnienia tej formacji; ja od dawna twierdzę, że użycie terminu “AWueSizacja”, byłoby dużo bardziej adekwatne i trafione w odniesieniu do PO.

Całości procesu jeszcze nie widać, gdyż na razie docierają do nas najbardziej spektakularne fenomeny w postaci perfuzji parlamentarzystów z PO do “Polski2050”, ale na dole, na poziomie Polski lokalnej i samorządowej dzieje się dużo więcej niedobrych dla Platformy rzeczy: w stronę Hołowni mkną znani lokalni działacze samorządowi, wielu członków PO zmienia barwy partyjne.

PO przeżywa największy w swojej historii kryzys. Mentalnie oraz strukturalnie jest bardzo słaba.

Wielki wybuch
Przycisk do detonatora znajduje się w ręku jednego człowieka: Rafała Trzaskowskiego. Gdy zdecyduje się bardziej dynamicznie budować własny ruch polityczny (a na to się zanosi), wówczas na polskiej scenie politycznej nastąpi “wielki wybuch”. Wtedy Platforma Obywatelska zniknie z powierzchni ziemi (co prognozuję od wielu lat), a na jej gruzach powstaną dwa nowe ruchy polityczne: Hołowni i Trzaskowskiego. Solidarnie podzielą się oni “spadkiem”, masą upadłosciową po PO.

Jeżeli ktoś kiedyś odsunie PiS od władzy, zrobią to wspólnie Trzaskowski i Hołownia. Będzie to powrót do Polski sprzed czasu rządów PiS; tymczasem w Polsce trzeba naprawić to co zostało zepsute wcześniej i nigdy dobrze nie funkcjonowało.

Bieg wydarzeń może zmienić lewica, jeżeli obierze mądra strategię i zmieni swój dotychczasowy paradygmat.

Lewica nie ma wyboru
W układzie z Hołownią i Trzaskowskim lewica zawsze będzie autsajderem (oni w dużo większym stopniu preferują ludowe i konserwatywne PSL), zaś Polska Hołowni nie będzie mniej konserwatywna niż Polska PiS, ale na pewno mniej socjalna. Ani dla PO (Trzaskowski), ani dla Hołowni, lewica nigdy nie była, nie jest i nigdy nie będzie, partnerem pierwszego wyboru, traktowanym podmiotowo.

Gdy do tej dwójki dojdzie Kosiniak-Kamysz, to Polska stanie się dużo bardziej konserwatywna niż za czasów PiS, natomiast skala nepotyzmu, klientelizmu i korupcji będzie mniej więcej taka sama.

Tak naprawdę Trzaskowski i Hołownia, to politycy zachowawczy, kunktatorscy, którzy nie zamierzają wiele zmienić, tymczasem Polska potrzebuje ogromnych zmian w różnych dziedzinach, jak również wielu głębokich, dalekosieżnych, nowoczesnych reform.

Strategię jaką powinna przyjąć lewica nazywam: “strategią “Dwóch Wybrzeży”.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Zrobili dużo, choć mogli więcej

Chodzi o elementarną uczciwość. Dziś w TVP i w innych mediach publicznych, Platforma Obywatelska przedstawiana jest jako samo zło, zaś okres sprawowania przez tę formację władzy prezentowany jest jako czas katastrof oraz kataklizmów. Czy to jest prawda?

Roman Mańka: Otóż to jest bardzo uproszczona prawda, a jak mawiał Albert Einstein: „pół prawdy, to całe kłamstwo!” Nigdy nie przyłączę się do tych, którzy potępiają PO w czambuł. Gdy tłum gremialnie woła “ukrzyżuj!”, wina wydaje się wątpliwa.

Wiele razy sam krytykowałem Platformę: że rozwiązania gospodarcze zbyt mało liberalne; że polityka gospodarcza nie tak prorynkowa, jakbym chciał; że podatki za wysokie, zaś redystrybucja bogactwa niesprawiedliwa; że innowacji za mało, a prawa (regulacji) w życiu za dużo. Że walka z korupcją oraz zorganizowaną przestępczością pasywna.

Himalaje
Nawet, jeżeli uwzględnimy wszystkie te zastrzeżenia, to nie da się obalić prawdy, że PO zrobiła nieporównanie więcej niż PiS. To są Himalaje więcej.

Przede wszystkim PO wypracowała – w warunkach światowego kryzysu, niesprzyjającego otoczenia, wzrost gospodarczy, który obecnie PiS może konsumować, rozdając swoim partyjnym “klakierom” miliony, a wyborcom – ochłapy.

PO przejęła w Polsce władzę późną jesienią 2007 roku. W tym samym roku, w kwietniu Polska, wraz z Ukrainą, a raczej – mówiąc prawidłowo Ukraina wraz z Polską, otrzymała prawo organizacji wielkiej sportowej imprezy: Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku. Nie było przygotowane absolutnie nic. Ruina. PiS nie posiadał żadnej wizji przeprowadzenia tego prestiżowego, spektakularnego futbolowego wydarzenia. Doszło do tego, że w 2008 roku UEFA poważnie rozważała ewentualność zabrania nam EURO i przeniesienia do Niemiec.

“Orliki” nadzieją polskiego piłkarstwa
Nie wdając się w szczegóły i mówiąc najkrócej, jak można: rząd Donalda Tuska, w trudnym czasie oraz niesprzyjających okolicznościach zewnętrznych, udźwignął ciężar wyzwania. Powstały cztery nowoczesne stadiony (we Wrocławiu, w Krakowie, w Gdańsku, i w Warszawie), a także podstawowa infrastruktura potrzebna do sprawnego przeprowadzenia imprezy.

Jednak jeszcze bardziej istotne jest to, co stało się na dole Polski, w wymiarze powiatów oraz prowincji: właśnie tam, na obszarze, gdzie dziś czas rządów PO bezlitośnie się kontestuje, w ramach autorskiego programu premiera Tuska zaczęły powstawać wspaniałe stadiony i boiska piłkarskie, dzięki czemu tysiące młodych chłopców zaczęło grać w piłkę.

Jeżeli kiedyś narodowa reprezentacja Polski nawiąże do sukcesów Górskiego czy Piechniczka z lat 70. i 80. XX wieku, źródła tego osiągnięcia będą w programie “Orliki”. Może Tuskowi trzeba będzie postawić pomnik.

Były również inne programy oraz strategie adresowane na obszar Polski powiatowej: że przypomnę chociażby “program Schetyny”, z funduszy którego samorządy budowały drogi lokalne.

Paradoks wsi
Dziś PiS chwali się stanem oraz wyposażeniem jednostek OSP, ale prawda jest taka, że ogromny progres tych struktur zaczął się w czasach rządów koalicji PO-PSL; i paradoksalnie bardziej dzięki PO niż hamulcowemu PSL.

Między innymi wtedy jednostka z mojej rodzinnej gminy, OSP Dobrów zdobyła mistrzostwo Polski (rok 2011), prezentując w wyszkoleniu przeciwpożarniczym światowy poziom i bijąc rekordy.

Paradoksalnie, na rządach PO najbardziej skorzystały tereny wiejskie oraz rolnicy. Na polską wieś trafiły ogromne pieniądze. Budowano nowe drogi, mosty, stadiony, boiska piłkarskie, amfiteatry, ścieżki rowerowe oraz remizy.

Prezes Kaczyński w tym czasie jeździł na wieś, do działacza PiS zajmującego się hodowlą zwierząt (dziś posła PiS) i klepał krowy po tyłkach.

Niedoceniane osiągnięcia
Za czasów rządów PO dokonał się ogromny skok w dziedzinie infrastruktury krytycznej. Wybudowano dwie strategiczne dla komunikacji oraz połączenia Polski z Europą autostrady (A-1 oraz A-2), jak również setki kilometrów dróg ekspresowych. Na poziomie samorządów oddano do użytku wiele drugi gminnych i powiatowych. Stworzono trasy kolejowe przeznaczone dla szybkiej kolei i zakupiono szybkie pociągi.

To właśnie za czasów rządów koalicji PO-PSL znacząco wzrosła płaca minimalna, a rząd Tuska zainicjował oskladkowanie umów cywilno-prawnych; nie było to wówczas łatwe, bo trwał światowy kryzys gospodarczy, tymczasem dzięki – tak dziś zwalczanym – umową cywilno-prawnym (zwanym niesłusznie “śmieciowymi”), udało się zmniejszyć bezrobocie.

Tusk nie trafił w koniunkturę
Gdy w grudniu 2010 roku, rozmawiałem z jednym z najlepszych w Polsce ekonomistów, Markiem Zuberem, neutralnym politycznie, ale mimo wszystko sytuującym się bliżej PiS, powiedział uczciwie: “rząd Tuska miał wielkiego pecha” (wywiad z Zuberem ukazał się w “Gazecie Finansowej w grudniu 2010 roku).

Niespełna rok po przejęciu w Polsce władzę prze PO, na świecie wybuchł wielki globalny kryzys. Uderzył on również silnie w Europę (zwłaszcza kryzys 02). Pod jego ciężarem ugięły się gospodarcze potęgi, zaś biedniejsze kraje Unii Europejskiej, takie jak Grecja – zbankrutowały. Włochy, Hiszpania, Portugalia przeżywamy ogromne perturbacje społeczno-gospodarcze. Ludzie wyszli tam na ulice.

Dzięki szybkiemu i kontrolowanemu obniżeniu kursu złotówki oraz przemyślanej polityce gospodarczej, Polska przez kryzys przeszła łagodnie; na tle Europy prezentowała się jako jedyne państwo, które mogło wylegitymować się dodatnim wzrostem gospodarczym.

Rząd Tuska i ówczesny minister finansów, Jacek Rostowski zastosowali politykę pragmatyczną: wycofali się z wcześniej zapowiadanego przyjęcia waluty euro, bo rozumieli, iż w dobie trwającego kryzysu byłaby to katastrofa.

Dziś w czasie dobrej koniunktury ekonomicznej i wzrostu gospodarczego, można by to zrobić, lecz nie wiedzieć czemu rząd PiS tego nie robi.

Odmienili Polskę w jedną dobę
Rząd Tuska zrobił bardzo wiele. “Suchą nogą” przeprowadził Polskę przez potężny kryzys i znacząco rozbudował infrastrukturę. Oczywiście mógł zrobić więcej, ale zrobił dużo i pozostawił następcą (PiS-owi) kraj w bardzo dobrym stanie.

Problem PO polegał na tym, że – wbrew temu co się wówczas uważało – nie chwaliła się zbyt bardzo swoimi sukcesami. Nie nagrywała zarozumiałych, aroganckich, bezkrytycznych programów (poematów lirycznych) sama o sobie, z cyklu ile to ona nie zrobiła i jak rząd jest wspaniały; z drugiej strony, nie kręciła również haniebnych horrorów na temat opozycji.

Jeszcze w maju 2015 roku, PiS głosił diagnozę “Polski w ruinie”. Chwilę później, po przejęciu władzy, uznał, że Polska płynie mlekiem i miodem.

“Czarodzieje”, którzy odmienili Polskę w jedną dobę.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.