W Polsce media nigdy nie były uczciwe!

Dla mnie bardziej groźna jest sytuacja, która miała miejsce w polskich mediach przed 2015 rokiem niż ta obecna. Dlaczego? Oczywiście obydwie sytuacje są złe, ale większy pluralizm na rynku mediów jest teraz, niż za czasów Platformy Obywatelskiej.

Roman Mańka: Wówczas główne polskie media (TVN, TVP, Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita) działały na zasadzie mechanizmu, który Avram Noam Chomsky określa jako „fabryka konsensusu”, czyli racjonalizowały poczynania rządzących oraz głosiły dwie fundamentalne prawdy: polska transformcja to ogromny sukces; Polska jest „zieloną wyspą”.

Zarządzanie informacjami
Co to jest „fabryka konsensusu? W starożytności oraz w średniowieczu sprawowanie władzy czy rządzenie polegało na stosowaniu fizycznej przemocy, środków bezpośredniego, fizycznego przymusu. W miarę, jak rozwijała się sfera instrumentalna, zaczęto stopniowo przechodzić od fizyczności do psychiczności, od kontrolowania ciała do kontrolowania umysłów i swiadomości. Kiedyś główną przewagą rządzących była siła; współcześnie jest to wiedza, lecz nie wiedza pojęta jako wykształcenie, erudycja, czy predyspozycje intelektualne, ale jako znajomość ludzkich preferencji oraz potrzeb, i zarządzanie nimi. Potrzeby, jak wskazywali francuscy filozofowie, Georges Bataille i Jean Baudrillard, można konstruować, wytwarzać.

Ewolucję przejścia od władzy opartej na przemocy do władzy odwołującej się do wiedzy (swoiście rozumianej) opisał inny francuski filozof, dużo bardziej znany, Miechel Foucault. Uchwycił on moment, w którym władza stopniowo minimalizuje korzystanie ze środków bezpośredniego fizycznego przymusu, na rzecz gromadzenia wiedzy o ludziach, definiowania potrzeb (a nawet ich wytwarzania) i zarządzania potrzebami. Zdaniem Foucaulta, czynnikiem, który daje przewagę rządzącym nad społeczeństwem jest asymetria widzenia: dziś rządzący widzą wszystko, zaś społeczeństwo nic; tymczasem inwigilacja, jak puentuje Foucault, zeszła na coraz niższy poziom.

W opinii Foucaulta, rządzenie dziś sprowadza się do zbierania informacji o ludziach, diagnozowania potrzeb i zarządzania nimi.

Nieświadomość pożądana
Bardzo podobnie problem współczesnej władzy widzi, Avram Neoam Chomsky, człowiek, który klasyfikuje siebie jako libertarianin. Jako zasadniczy defekt współczesnej polityki widzi jej marketingowy charakter, twierdzi, że polityka stała się marketingowa, zaś sprawowanie władzy opiera się na kontrolowaniu opinii publicznej. Politycy, w recepcji Chomsky’ego, nie robią tego co powinni, nie podejmują koniecznych, ambitnych działań, lecz uciekają się do poczynań, które im samym przyniosą popularność oraz namacalną polityczną, koniunkturalną, a także meterialną korzyść.

Głównymi czynnikami zakłócającymi odbiór rzeczywistości są media. Działąją one niczym przedsiębiortswa, które traktują swych odbiorców – widzów, słuchaczy, czytelników, internautów – niczym towar, pródukt, który wraz z ich opiniami starają się sprzedać innym przedsiębiorstwom zajmującym się np. reklamą (te z kolei podmioty chowają się często pod płaszczykiem różnego rodzaju instytucji, działając jako kryptoprzedsiębiorstwa).

Na końcu procesu przedsiębiortswa zajmujące się reklamą sprzedają swoje usługi przedsiębiorstwom oferującym konsumentom rozmaite towary do nabycia. W tej grze media zajmują się kształtowaniem przebiegu procesów gospodarzych, ustalaniem relacji podaży w stosunku do popytu.

Tymczasem celem gospodarki kapitalistycznej jest maksymalizacja zysku. Jednak, aby ten efekt osiągnąć należy zredukować ryzyko, a więc doprowadzić do minimalizacji ryzyka. Maksymalizacja zysku i minimalizacja ryzyka, to właściwie jedno i to samo, oznacza ni mniej nie więcej, tylko nieświadomego nabywcę. Dlatego rzeczywistym celem mediów nie jest wychowanie świadomego obywatela, lecz niświadomego konsumenta, bo taki potrzebny jest na arenie gospodarczej.

Otumanienie!
Tak samo jak w gospodare, tak samo nieświadomi konsumenci potrzebni są w polityce. Niemiecki filozof i socjolog, Jürgen Hebermas, dla określenia dzisiejszej rzeczywistości społeczno-politycznej, używa terminu „otumanienia”. W jego opinii złe metody przeszły z przestrzeni gospodarczej do sfery politycznej. Wszystko za sprawą odwrócenia ewolucji komunikacyjnej, czyli przechodzenia od kultury reprezentacyjnej, w której główną rolę odgrywa jeden mówca, zaś jego opinia jest obowiązującą opinią publiczną, do kultury deliberatywnej, gdzie ludzie w sposób intersubiektywny wymieniają poglądy, dyskutują między sobą, są zdolni do prezentowania krytycznego sposobu myślenia.

Zdaniem Habermasa, po oświeceniowym silnym impulsie rozumu komunikacyjnego, świat powraca do czegoś w rodzaju kultury reprezentacyjnej, w ramach której znów dominuje jeden mówca, narzucający kształt opinii publicznej (jest to już nie monarcha lecz przywódca, lider). Ludzkość odeszła od tego, co Habermas określał jako podmiotowość literacką, na rzecz podmiotowości postliterackiej (czytamy coraz mniej, dramatycznie mniej), a techniki racjonalne zostały zastąpione technikami instumentalnymi.

Jürgen Habermas widzi zagrożenie w tym samym elemencie, co John Rawls, twórca „Teorii sprawiedliwości”: w utylitaryzmie, lub pragmatyzmie, w wersji Williama Jamesa; właściwie pragmatyzm Jamesa jest utylitaryzmem, gdyż prawda weryfikowana jest w działaniu, w praktyce; kryterium prawdy jest użyteczność, funkcjonalność, ale – co najgorsze – połączone ze źle rozumianym indywidualizmem, lub nawet kultem pieniądza.

Minimalizacja ryzyka
Ten moment świetnie uchwycił Chomsky. Tak naprawdę rządzący podejmują działania, które są z punktu widzenia większości społeczeństwa nieracjonalne, lecz mimo wszystko społeczeństwa je aprobują. Dlaczego społeczeństwa akceptują działania, przedsięwzięcia, inicjatywy, które są z ich perspektywy nieracjonalne?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Otóż, jest ktoś, kto przekonuje społeczeństwa, że inicjowane przez rządy działania są racjonalne, a nawet konieczne, nieodzowne. Większość ma przeświadczenie, iż władza prowadzi politykę racjonalną. Tym kimś, w opinii Chomsky’ego, są właśnie media, to one uzasadniają i usprawiedliwiają działania rządzących (lub innych czynników władzy, np. grup interesów, oligarchów), przedstawiając je jako racjonalne. Gdyby ludzie byli świadomi prawdziwych konsekwencji tych działań, ich najgłębszej treści, istoty, sensu, nigdy by nie wyrazili na nie zgody, gdyż nie leży to w ich interesie. Sęk w tym, iż tego nie wiedzą, gdyż są dezinformowani.

I tu pojawia się clou całego problemu. Noam Chomsky wprowadza pojęcie „fabryki konsensusu” (razem z Edwardem Hermanem, w książce „The Consensus Factory”). Stanowią ją media. To one mają wytworzyć zgodę, co do poczynań rządu, lub innej władzy, i przekonać większość społeczeństwa, iż nieracjonalne poczynania rządzacych są racjonalne, a nawet konieczne. Z punktu widzenia „fabryki konsensusu”, podobnie jak w przestrzeni gospodarczo-biznesowej, również w społeczno-politycznej, potrzebny jest nieświadomy obywatel (konsument), aby zmaksymalizować zysk, przy jednoczesnej minimalizacji ryzyka.

Subtelny wariant upolitycznienia mediów
Przechodząc teraz na rodzime, polskie podwórko. Przed rokiem 2015 główne media, prawie cała istotna przestzeń publiczna, była taką właśnie „fabryką konsensusu”. Platforma Obywatelska zastosowała mechanizm dużo bardziej subtelny niż PiS: nie uprawiała w mediach publicznych prymitywnej propagandy, lecz je wycofała, schowała; można użyć jeszcze lepszych sformułowań: np. zmarginalizowała. Właściwie PO już raz zlikwidowała media publiczne… Mogła sobie na to pozwolić, gdyż posiadała wsparcie mediów prywatnych: TVN, TVN24, Gazety Wyborczej, Polityki, Newsweeka, Rzeczpospolitej, itd. Upolitycznienie mediów publicznych, w czasach rządów PO i Donalda Tuska, również miało miejsce, z tym, że było bardziej sprytne, subtelne: nie polegało na pozytywnym upolitycznieniu, lecz nagatywnym, poprzez wpędzenie w stan bierności, pasywności, zepchnięcia na margines. Wysuniętym zaś medium był TVN.

Całość polskiej przestrzeni medialnej (poza słabymi wyjątkami) przed rokiem 2015 pełniła funkcję „fabryki konsensusu” wobec sprawującej władzę PO. Działania rządu były racjonalizowane i zapewniano dla nich konsensus. O pewnych zaś faktach, które były w stanie unieważnić konsensus, po prostu nie informowano.

Fabryka konsensusu”, tak jak przedstawia to Chomsky, ale nie tylko on, bo również np. Habermas, polega na wybiórczym kreowaniu procesu informacyjnego: prezentowane, i to jeszcze czasami w sposób tendencyjny, są tylko te informacje, które pasują do konsensusu; eliminowane tymczasem wszystkie inne, które do niego nie pasują.

Chomsky wymienia w koncepcji „fabryki konsensusu” pięć filtrów, które mają decydujący wpływ na selekcję informacji: 1) układ właścicielski, właściciel; 2) finansowanie, źródła finansowania; 3) źródła informacji, czyli selektywne traktowanie źródeł informacji; 4) agregowanie interesów wobec sprzeciwu w odniesieniu do konkretnych wiadomości – inaczej, ucisk w stosunku do krytyki polityki prowadzonej przez dane medium; 5) polarzyacja uczuć, opieranie przekazu oraz polityki informacyjnej na uczuciach, odwoływanie się do strachu.

Dokąd płyną pieniądze?
Bardzo ciekawym filtrem działalności mediów jest punkt 2, czyli źródła finansowania. Obecnie telewizja publiczna – stanowiąca „fabrykę konsensusu” dla rządu PiS – otrzymuje ogromne pieniądze z budżetu państwa i ze spółek skarbu państwa.

A jak było przed rokiem 2015? Finansowanie mediów czy źródła finansowania, to nie tylko struktura filtrująca politykę informacyjną danego medium, lecz również bardzo ciekawe kryterium oceny.

Przed rokiem 2015, za czasów rządów koalicji PO-PSL, ogromne środki finansowe z budżetu państwa oraz spółek skarbu państwa, płynęły do TVN, Gazety Wyborczej, Newsweeka, Polityki, Na temat, itp.

Jeżeli ktoś myśli, że Tomasz Lis, naczelny „Newsweeka” oraz twórca „Na temat”, popiera PO za darmo, to się grubo myli. Nieprzypadkowo, tuż po przejęciu władzy przez PiS, szef „Wyborczej”, Adam Michnik, wypowiedział symptomatyczne słowa: „rąbnęli nas mocno po kieszeni”.

Przed rokiem 2015 istniał w Polsce jednowymiarowy, jednsotronny przekaz mediów. Dziś TVN tłumaczy, iż ocenia PiS krytycznie, bo rządzącym zawsze należy w sposób wyostrzony patrzeć na ręce. Jednak w czasach rządów koalicji PO-PSL TVN zasady tej nie stosował. To PiS-owska opozycja była traktowana dużo bardziej krytycznie, czasami nawet agresywnie, niż sprawująca władzę PO. Z tamtego okresu zapamiętałem dowcip, który skądinąd wiele mówił o ówczesnej rzeczywistości medialnej istniejącej w Polsce: „można przyciskać kolejne klawisze na pilocie, a i tak na każdym kanale wyskoczy TVN24.

Wówczas miała miejsce jednowymiarowość, informacyjny monopol, jednostronność; tymczasem dzisiaj mamy do czynienia z polaryzacją, informacje się scierają, jak przystało na układ dialektyczny: jest teza i antyteza; informacji z godziny 19.00 zaprzeczy informacja podana pół godziny później.

Obydwie sytuacje dalekie są od ideału, lecz ta po 2015 roku jest lepsza, mniej groźna, bo bardziej pluralistyczna.

Czynnikiem decydującym jest świadomy obywatel i krytyczna świadomość. Niestety tego czynnika nie ma, bo polski system edukacji, to nieporozumienie, zaś poziom świadomości społeczeństwa oraz jego wiedzy, to katastrofa, do której doszło między innymi w wyniku działalności mediów.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Polskie problemy mają charakter strukturalny


Gdy po PiS przyjdzie jakaś inna, albo nowa ekipa wszystkie problemy, z jakimi boryka się Polską przeminą” – zdaje się, że takie myślenie dominuje dziś w przestrzeni publicznej. Niestety, to wytłumaczenie psychologiczne, oparte na przeświadczeniu, wierze, że gdzie indziej, w innych ekipach znajduą się inni ludzie niż w PiS, tymczasem ludzie wszędzie są mniej więcej tacy sami.

Roman Mańka: Problemy, które obserwujemy w Polsce są dużo starsze niż PiS, i szersze, wykraczają poza Polską perspektywę i są problemami, z jakimi dzisiaj borykają się demokracje.

Utylitaryzm w kontekście partykularyzmu
Wiele pisali o tym Michel Foucault, Charles Mills, Pierre Bourdieu, John Keane, a ostatnio tematy te poruszali także Robert Putnam i Noam Chomsky

Jest to wynik filozofii utylitaryzmu oraz źle pojętego indywidualizmu, czy mówiąc inaczej, stosowanie utylitaryzmu w kontekście indywidualizmu oraz partykularyzmu, przy calkowitym przekreśleniu zasady dobra wspólnego. W dzisiejszym świecie znaczenie dobra wspólnego jest marginalizowane. Liczy się konsumpcja oraz maksymalizacja zysków, kosztem minimalizacji ryzyka; przy czym żeby zredukować ryzyko, najłatwiej zredukować świadomość (w myśl zasady, że głupimi rządzi się łatwiej).

W polityce dziś, w rządzeniu, w rywalizacji politycznej realizuje się to co użyteczne, co skuteczne, wdraża się w życie – jak to pisał Jurgen Habermas – strategi instrumentalne, a nie komunikacyjne czy deliberatywne (nie chodzi o porozumienie ze społeczeństwem i osiągnięcie konsensusu); działa się jedynie w interesie indywidualnym, egoistycznym, lub wąskiej grupy politycznej (partii, koterii, klanu, kartelu), a nie szerokiej zbiorowości.

Inwigilacja i populizm
Dodatkowo, pręgież użyteczności i skuteczności prowadzi do inwigilacji przesuwanej na coraz niższy poziom indywidualny (Foucault), zaś na tej podstawie do populizmu (Krastew). To jest dzisiaj dominująca praktyka rządzenia.

Ważna rolę w tego rodzaju metodzie rządzenia odgrywa podizał, bo on pozwala sprawować władzę niezależnie od jakości rządzenia. Można rządzić fanalnie, lecz nie będzie to powodowało wielkich ubytków społecznego poparcia, gdyż decyzje polityczne ludzi nie są oparte o przesłanki racjonalne, a emocjonalne: przeważa nienawiść, do znienawidzonej grupy, która jest po drugiej stronie.

W tej logice, jak pisał Maurice Merleau-Ponty, nawiązując do dialektyki Hegla: wrogowie stają się partnerami, a nawet przyjaciółmi; zwalczają się, ale jednocześnie nie mogą bez siebie żyć, nie mogę bez siebie istnieć.

Instytucje III Rzeczpospolitej zawodzą
Problemy z jakimi obecnie borykamy się w Polsce mają charakter strukturalny, kulturowy i nie są zależne (a przynajmniej w małym stopniu od czynnika ludzkiego). Po prostu mechanizmy, procedury oraz instytucje, które zbudowano w III Rzeczpospolitej nie sprawdzają się, zawodzą. Prawo jest napisane w sposób uznaniowy, co powoduje, że gdy pojawia się kwestia sporna, interpretacja zależy od nastawienia: uznanie czegoś za zgodne lub niezgodne z prawem jest konsekwencją nastawienia.

Koleiny bezprawia, nepotyzmu, korupcji zostały stworzone na długo przed dojściem PiS do władzy. Korupcja oraz nepotyzm towarzyszyła w Polsce poszczególnym ekipom od początków transformacji i występowała w rónych okresach rządów: SLD, AWS, PSL, PO, itd.

Bezprawie i łamanie wszelkich zasad od dawna miało miejsce w przestrzeni – tak w Polsce zachwalanych niesłusznie samorządów (rządzonych przez rożne ekipy).

PiS zwiększył rozmiary patologii wcześniej istniejących
To co zrobił PiS, to wszedł w już istniejące koleiny i znacznie zwiększył rozmiary patologii (zintensyfikował skalę fenomenów), zaś inne mechanizmy przeniósł do góry, na poziom centralnych, z poziomu samorządowego (lokalnego) na centralny.

Dlatego ludzi to nie bulwersuje, gdyż stali się już na to immunizowani. Przyzwuczajli się do afer i skandali. Zawężąnie sytuacji tylko do PiS bardzo spłyca problem i utrudni jego ewaluację.

Problem jest strukturalny. Można rozwiązać go jedynie przez daleko idąca modyfikację systemu: politycznego, partyjnego, wyborczego, gospodarczego, oświatowego, kulturowego, itp.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

System jednomandatowy – prawda i mity


Niewiele osób wie, że w 1989 roku komunistów udało odsunąć się od władzy m.in. dzięki jednomandatowym okręgom wyborczym, które istniały w ramach wolnej puli 35 proc. wolnych miejsc w Sejmie, pochodzących z demokratycznego wyboru. Gdyby wówczas funkcjonował typowy system proporcjonalny, zdobycze „Solidarności” okazałyby się dużo mniejsze.

Roman Mańka: Jestem pewien, że jeżeli dziś zastosowanoby system jednomandatowy w wyborach do Sejmu, PiS poniósłby klęskę w starciu z opozycją, Co najmniej z dwóch powodów: zjednoczenia opozycji (bo system jednomandatowy sprzyja tworzeniu bloków wyborczych); a takżę dużo lepszej jakości kandydatów, którymi dysponuje opozycja; po przesunięciu wyborów na bardziej lokalny poziom, zwiększy się rozpoznawalność kandydatów, co spowoduje zmniejszenie nacisku na partyjny szyld, zaś zwiększenie presji na jakość kandydata (przymioty osobiste). Potwierdzają to rezultaty
w ostatnich wyborach do Senatu (2019), w któych – nawet dość karykaturalna wersja modelu jednomandatowego – zapewniła opozycji zwycięstwo.

W polskiej debacie publicznej, wobec systemu jednomandatowego, co jakiś czas wysuwane są oskarżenia. Nie odbyła się na ten temat rzetelna debata. Narosło mnóstwo mitów, wynikających z powierzchownych obserwacji, uproszczeń, oraz skrótów myślowych. Tymczasem systemy jednomandatowe bardzo dobrze wpływają na system polityczny państwa, na mechanizmy selekcji elit, a także jakość estlabishmentu i sprawowania władzy; są stosowane w wyborach do organów reprezentacji (homologicznych do Sejmu) w największych, jajbardziej rozwiniętych politycznie i gospodarczo potęgach świata (Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, jak również Niemczech i Włoszech, gdzie istnieje system mieszany).

Jaka jest prawda o jednomandatowych systemach wyborczych? Najczęściej podnoszone zarzuty przez przeciwników JOW-ów są następujące.

System jednomandatowy petryfikuje układ polityczny, niektórzy definiują go nawet za pomocą metafory „żelazobetonu”. Ma to miejsce w wymiarze ogólnym, na zewnątrz systemu polityznego (partii/formacji politycznych). Ale czy stabilizacja polityczna jest czymś złym…?! Czy ustabilizowanie systemu sprzyja czy przeszkadza w dobrym rządzeniu. Obecny system polityczny funkcjonujący w Polsce – proporcjonalny – również petryfikuje przestrzeń polityczną: od ponad 15 lat borykamy się z układem dialektycznym PO-PiS-u.

Kiedyś, znany publicysta, Łukasz Warzech, użył terminu „zabetonowania sceny politycznej”. Jednak zabetonowanie na powierzchni systemu, na zewnątrz, w stosunku do partii politycznych, nie jest niczym złym. Dużo gorszym zjawiskiem jest petryfikacja układów wewnątrz partii politycznych. System proporcjonalny utrwala, konserwuje wewnętrzne relacje w partiach; system jednomandatowy, jeśli jest właściwie skonfigurowany, modyfikuje wewnętrzne życie partyjne. Kiedy obserwuję polskie życie polityczne, a obserwuję często i wnikliwie, zwłaszcza na poziomie lokalnym, od 30 lat, na dole Polski, to zauważam, że w okręgach wyborczych dominują ci sami ludzie, ewentualnie te same rodziny.

Zmienić to może system jednomandatowy, a nie proporcjonalny.

Kolejny zarzut: system jednomandatowy prowadzi do duopolu, do układy dwupartyjnego. Argument ten jest słuszny jedynie w wymiarze powierzchownym. To typowy brak rozróżnienia pomiędzy pozorami, a istotą rzeczy. Obecnie mamy w Polsce system proporcjonalny i co? Od 15 lat dominuje duopol – PO-PiS – z małą domieszką pozostałych partii. Prawda na temat systemów jednomandatowych jest zupełnie inna. Rzeczywistość wygląda inaczej: odwrotnie. Systemy jednomandatowe porządkują scenę polityczną, ale sprzyjają pluralizmowi, tworzą bardziej heterogeniczne formacje polityczne. Imputowana dwupartyjność jest pozorna, zaś samo zdefiniowanie problemu wydaje się nieprecyzyjne. Mamy bardziej do czynienia z dwublokowością, niż z dwupartyjnością.

Ważne jest porządkowanie sceny politycznej. Lecz wcale nie tworzą się dwie partie, a dwie formacje – pluralistyczne oraz heterogeniczne, budowane w sposób sieciowy bloki polityczne. Amerykańskie partie polityczne nie stanowią substancji w polskim rozumieniu.

Z tym wiąże się jeszcze inna pozytywna cecha jednomandatowych systemów wyborczych. Koalicje wyborcze zawierane są przed wyborami, a nie po wyborach i zazwyczaj mają perspektywę daleko wykraczającą poza jedne wybory.

W wyborach proporcjonalnych, proporcjonalność traktowana jest jako alibi w celu niezrealizowania programu. Dzieje się tak, bo systemy proporcjonalne dają zazwyczaj bardziej rozwarstwione wyniki i do rządzenia potrzebny jest koalicjant. Wówczas koalicjant traktowany jast jako alibi. Właśnie na niego można zrzucić odpowiedzialność za nierealizowanie programu. W systemie proporcjonalnym po wyborach otrzymuje się wymówkę dla wyborców.

Tymczasem nie ma nic gorszego niż osiągnięcie większości bezwzględnej przez jedną partię w ramach systemu proporjonalnego. Wówczas niska przejrzystość powoduje, iż oprócz wypełniania przedwyborczych obietnic implementuje się wiele niedobrych rozwiązań, jak również kreuje patologiczne sytuacje. Niska rozpoznawalność, towarzysząca systemom proporcjonalnym, to zdecydowanie ułatwia.

Największym walorem systemu jednomandatowego jest przejrzystość, efekt tego rodzaju zachodzi, gdy opiera się na relatywnie małych okręgach wyborczych. W systemie proporcjonalnym rzeczywistość przejrzysta jest jedynie dla rządzących i – ujmując problem w szerszym sensie – elit politycznych. Rządzący (politycy) widzą wyborców (za pomocą np. różnego rodzaju badań demoskopijnych. W systemach jednomandatowych wyborcy mogą również obserwować swoich reprezentantów.

Złagodzeniu ulega więc zjawisko, na które zwrócił uwagę Michel Foucault, w „Nadzorować i karać. Historia więzienia”, czyli asymetrii widzenia w relacji rządzących ze społeczeństwem.

Z przejrzystością wiąże się sześć innych ważnych atutów: lojalność, odpowiedzialność, możliwość rozliczania, realna decentralizacja, mobilność wyborców i wzrost socjalizacji (świadomości) politycznej.

Na czym polega lojalność? Systemy proporcjonalne sprzyjają tworzeniu stosunków klientelistycznych, ocierających się o serwilizm wobec centralnego partyjnego lidera (przywódcę), tudzież centralną administrację partyjną (dwór). To właśnie obecny model systemu proporcjonalnego ukształtował w Polsce partie charyzmatyczne (osobiście używam takiego terminu). W relacjach wewnątrzpartyjnych dominuje oportunizm, konformizm i klientelizm. Posłowie lub działacze partyjni chcą sobie za wszelką cenę i wszelkimi możliwymi sposobami zapewnić miejsca na partyjnych listach. Tak więc lojalność jest zorientowana na centralnych partyjnych liderów, ewentualnie na centralną partyjną biurokrację (dwór).

Systemy jednomandatowe zasadniczo zmeniają kierunek lojalności. Upodmiotawiają wyborców. Wyborcy stają się ważni. Zyskują status. Zwiększa się poczucie sprawczości obywateli, jeden z podstawowych i kluczowych parametrów demokracji; w Polsce znajdujący się na wciąż niskim poziomie, w całym okresie transformcji.

Wzrost poczucia sprawczości w społeczeństwie wpływa na podwyższenie frekwencji. Mogę zaryzykować hipotezę, że gdyby w Polsce wprowadzono jednomandatowy system wyborczy, frekwencja wyborcza w wyborach do Sejmu, wzrosłaby od 10 do 15 proc.

Przejrzystość przyczynia się do zwiększenia frekwencji wyborczej (mobilności). W wymiarze empirycznym pośrednio potwierdza to zjawisko polaryzacji. Kolej rzeczy jest taka, że polaryzacja podnosi przejrzystość, zaś wysoka przejrzystość determinuje frekwencję.

Przejrzystość spowodowałaby również, że wyborcy zyskaliby możliwość rozliczania swoich reprezentantów. W systemie proporcjonalnym ewentualność taka jest słaba. System proporcjonalny zamula, zaciemnia obraz rzeczywistości politycznej. Wszystko dzieje się w myśl zasady:
„w mętnej wodzie łatwiej łowić ryby”, a wówczas korzystają na tym zwłaszcza kłusownicy.

System jednomandtowy daje dużo większe szanse na identyfikowania poczynań reprezentantów przez wyborców. Zwiększa czytelność wyborczej sceny, również tej lokalnej. Działania reprezentantów stają się transparentne. Lojalność reprezentantów przesuwa się na continuum
w stronę wyborców, zyskują wyborcy kosztem centralnych partyjnych liderów oraz elit.

Możliwość rozliczania odnosi się nie tylko do zwykłego reprezentanta, lecz również w stosunku do centralnych partyjnych liderów, związanej z nimi partyjnej biurokracji oraz partyjnych grup interesów (sieć klientelistyczna) i ośrodków wpływu. W Polsce, w okresie 2006-2015, przywódca PiS, Jarosław Kaczyński, przegrał siedem kolejnych wyborów, licząc z samorządowymi, mimo to ciągle pozostawał liderem partii. W warunkach systemu jednomandatowego zostałby zdmuchnięty z powierzchni ziemi przy okazji pierwszej porażki.

Wejście centranych partyjnych liderów do Sejmu nie byłoby oczywiste, co sprzyja elastyczności oraz fluktuacjom w wewnętrznym wymiarze formacji politycznych, wymianie kadr oraz lepszej selekcji elit.

Umacnia i sprzyja przede wszystkim demokracji.

Decentralizacja. Pozornie polski system polityczny (instytucjonalny) został zdecentralizowany, istnieją samorządy, lokalne struktury partyjne, instytucje. Jest to jednak obserwacja powierzchowna. W rzeczywistości wyborczy system proporcjonalny centralizuje cały system polityczny, niezależnie od jego ogólnego, zewnętrzego kształtu. Proces selekcji elit odbywa się w ramach partii politycznych i jest mocno scentralizowany.
O miejscach na listach wyborczych decydują centralni partyjni liderzy albo partyjna biurokracja (dwór). Zakres centralizacji systemu wyborzego jest niezwykle głęboki i rzutuje na cały system polityczny, który w gruncie rzeczy został również mocno scentralizowany. W Polsce, nawet w wyborach do rad powiatów, funkcjonuje proporcjonalny system wyborczy.

Decentralizacja Polski jest mitem i pozorem.

System jednomandatowy marnuje głosy. Kolejny mit. W systemie jednomandatowym wyborcy mają wpływ na swoich reprezentantów.
W systemie proporcjonalnym tracą wpływ minutę po wyborach. Nielojalność wyborcza, turystyka parlamentarna, transfery z klubu parlamentarnego do innego klubu, zmiana barw politycznych jeszcze przed złożeniem ślubowania poselskiego w Sejmie – są w dużo większym, miażdżącym, stopniu, cechą systemów proporjonalnych niż jednomandatowych. Modele jednomandatowe mocno tego rodzaju skłonności ograniczają, właśnie dzięki wymienionym powyżej cechom: przejrzystości, lojalności, odpowiedzialności, i możliwości rozliczeń.

W tym sensie system jednomandatowy, w dużo mniejszym stopniu marnuje głosy niż systemy proporjonalne.

Poza tym, system jednomandatowy odrzuca znacznie mniejszą liczbę kondydatów, a w ślad za tym ich wyborców w stosunku do systemów proporcjonalnych.

W systemie polskiego systemu proporcjonalnego istnieją bardzo wielkie okręgi wyborcze (w najmniejszych można zdobyć po 7, 8,9 oraz 10 mandatów) oraz – idiotyczna, absurdalna – reguła podwójnej obsady mandatów. Na marginesie: te dwa czynniki w stopniu radykalnym obniżają rozpoznawalność wyborczą i przejrzystość.

W okręgu liczącym 10 mandatów, każda partia może wystawić po 20 kandydatów. Gdy do wyborów zgłosi się 5 ugrupowań politycznych, razem w grze wyborczej bierze udział 100 kandydatów. Wyborcy nie są w stanie zlustrować tak dużej liczby kandydatów, ich decyzje wyborcze są więc nieświadome. Wyborcy ulegają totalnej dezorientacji.

Gdyby jeden taki okręg zamienić na system jednomandatowy, w rezultacie konwersji powstałoby 10 jednomandatowych okręgów. W każdym z nich pięć uczestniczących w wyborach partii mogłoby wystawić po jednym kandydacie. W każdym okręgu o mandat ubiegałoby się po 5 kandydatów
(w rzeczywistości jeszcze mniej, gdyż system jednomandatowy sprzyja konsolidacji, fuzjom). W sumie w całej przestrzeni wyborczej (okręgu, który wcześniej działał w ramach modelu proporcjonalnego) system jednomandatowy odrzuciłby łącznie 40 kandydatów; tymczasem, gdyby wybory odbywały się w ramach systemu proporcjonalnego, liczba odrzuconych kandydatów wynosiłaby 90, czyli o 50 więcej, wraz z wyborcami.

System proporcjonalny, poprzez niską przejrzystość oraz silną pozycję centralnych partyjnych liderów, a także wyrażany wobec nich oportunizm, sprzyja korupcji forsowanej za pomocą lobbingu. W Polsce od wielu lat parlament jest areną lobbingu oraz różnego rodzaju relacji i poczynań korupcyjnych.

Podległość reprezentantów i subordynacja wobec centralnych partyjnych liderów, klientelizm i serwilizm, ułatwiają rozmaitym grupom interesów oddziaływania korupcyjne. Ławiej skorumpować jest kogoś z otoczenia lidera lub osobę wchodzącą w skład kierownictwa partii, albo centralnej biurokracji partyjnej niż wielu reprezentantów wybranych w warunkach wyborów jenomandatowych.

Lojalność reprezentantów wobec centralnych partyjnych liderów sprzyja korupcji, umożliwiając oraz upraszczając oddziaływania lobbingowe.

Tu również decydującym czynnikiem jest przejrzystość. W systemie proporcjonalnym, nawet mocno kontrowersyjne głosowanie, może być dla wyborców nieczytelne, i nie musi wiązać się z eliminacją z polityki danych reprezentantów, gdyż zawsze można uzyskać elekcję z wysokiego miejsca na liście, bądź z innego okręgu wyborczego (chowanie kandydatów).
W systemie jednomandatowym jest to dużo trudniejsze.

W latach 90. XX wieku zrozumieli to włosi, którzy w rezultacie natłoku ogromnych afer korupcyjnych, związków polityków z mafią, w roku 1993, zorganizowali referendum, opowiadając się za systemem jednomandatowym. Ostatecznie powołano system mieszany. Uznano jednak, iż istniała korelacja pomiędzy zjawiskami korupcji, a proporcjonalnym systemem wyborczym.

Opinia publiczna i świadomość społeczna nie zdają sobie sprawy, jak wielka istnieje zależność między korupcją a systemami wyborczymi.

W istocie system proporcjnalny, zwłaszcza w przyjetej w 2001 roku
w Polsce, formule – dehumanizuje. W ramach niskiej przejrzystości, małej rozpoznawalności kandydatów, trudności identyfikowania ich poczynań, głosowanie ma charakter strukturalny, żeby nie powiedzieć rutynowy, czy rytualny. Wyborcy głosują nie na człowieka, lecz na strukturę, na pozycję, na miesce na liście.

Jest to system bardzo scentralizowany i arbitralny, gdyż decyduje w pierwszej kolejności nie wola wyborców, ale wola centralnego partyjnego lidera, tudzież centralnej administracji partyjnej. Wyborcy, w decyzjach wyborczych, w indywidualnym akcie głosowaia, kierują się parytetem partyjnym ustrukturalizowanym na liście. Głosowanie jest strukturalnie zdeterminowane przez parytet.

Obniża to wyborczą świadomość. Głosowanie nie jest świadomym aktem. Paradoksalnie głosy oddane na osoby z górnej części listy (tzw, jedynki) są najmniej świadome i często przypadkowe. Jeżeli ktoś poparł kandydata z niższych stref listy wyborczej, istnieje większe prawdopodobieństwo, iż go znał i głosował świadomie, bądź kierował się względami lokalnymi, środowiskowymi, lub towarzyskimi. Świadomość głosowania jest wówczas większa.

Teoretycznie, można wyobrazić sobie sytuację, że do Sejmu, w ramach systemu proporcjonalnego wejdzie kandydat fikcyjny, osoba, która fizycznie nie istnieje, jeżeli zostanie umieszczona na jednych z trzech pierwszych miejsc/pozycji dwóch najpopularniejszych partii politycznych.

Wbrew zarzutom środowisk lewicowych, systemy jednomandatowe niwelują, marginalizują znaczenie oraz siłę organizacji radykalnych, ekstremalnych, nacjonalistycznch, faszystowskich, czy komunistycznych. Najlepszym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest Francja, w której mimo wysokich notować Frontu Narodowego, liczonych w liczbach względych, przełożenie na rezultaty wyborcze oraz zdobycze mandatowe, w ramach systemu jednomandatowego, jest nieproporcjonalnie mniejsze.

Zwycięstwo w okręgach jednomandatowych nie jest osiągane jedynie dzięki poparciu ekstrem czy twardych, żelaznych elektoratów, lecz wymagają pozyskania wyborców z przestrzeni centrum. Sprzyja to promocji kandydatów obliczalnych, merytorycznych oraz umiarkowanych.

W systemach jednomandatowych człowiek ważniejszy jest od partii; preferowane są walory i przymioty personalne, intelektualne, merytoryczne, moralne. Mówi się o nich: jakość kandydata czy klasa kandydata. Rónice między kandydatami są ważniejsze od różnić między partiami.

Wbrew stereotypom, co pokazują przykłady amerykańskie oraz brytyjskie, łatwiejsza jest współpraca.

Błędem jest postrzeganie systemu jednomandatowego jako idealnego. Idealny system wyborczy nie istnieje. System jednomandtowy posiada również wady, ale jest jednym z najlepszych modli, jakie wytworzyła ludzkość; z pewnością dużo lepszym od systemów proporcjonalnych.

Osobiście polecałbym w Polsce inplementację albo systemu jednomandatowego, albo STV (tzw. pojedynczego głosu przechodniego; wiele tur liczenia głosów), który jest jednak dużo mniej przejrzysty od systemu jednomandatowego; jest zawiły, chociaż w perspektywie czasu rozwija polityczną świadomość wyborczą.

Skuteczność oraz wartość systemu jednomandatowego zależy od jego wersji, a przede wszystkim odniesienia (spójności) w stosunku do całego systemu politycznego dnego kraju.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Rządzić nami powinna Arystokracja…

W jaki sposób utrzymać wolność w demokratycznym społeczeństwie, to pytanie które zadał Alexis de Tocqueville w swoim dziele „O demokracji w Ameryce”; to także kwestia przed którą stoją współczesne systemy demokratyczne, dotknięte erozją, i to również sprawa, któej w ogóle nie rozumie PiS.

Roman Mańka: Francuski filozof i socjolog, Alexis de Tocqueville, wraz ze swym przyjacielem Gustave de Beaumontem, wybrał się w pierwszej połowie XIX wieku do Ameryki, aby obserwować tamtejszy system więziennictwa (na ten cel była przeznaczona dotacja z właściwego ministerstwa), lecz przede wszystkim ich uwaga koncentrowała się na analizie utworzonego niedawno w Stanach Zjednoczonych systemu demokratycznego.

Demokratyczny despotyzm
Z wielu ciekawych obserwacji, które wyciągnął Tocqueville, na szczególne uwypuklenie zasługuje zagrożenie, jakie zauważył w równości oraz zjawisko, które nazywa „tyranią większości”. Gdy wszyscy są równi, powstaje większość zlożona z równych. Wówczas ta sytuacja z pozoru wydaje się demokratyczna, jednak jednocześnie jest swego rodzaju despotyzmem: (bo) większość narzuca opinię mniejszości, która musi się z nią pogodzić, łamie jej prawa oraz wolności, np. rasowe czy płciowe; poza tym, często bagatelizowane są uniwersalne prawa, które mogłyby ograniczać większość w swojej omnipotencji.

Opozycja pomiędzy równością a wolnością
Tu dotykamy kluczowego punktu demokracji, która zawsze w większym stopniu akcentuje równość niż wolność. Lecz właśnie żeby zachować system demokratyczny, należy przeciwdziałać tyranii większości, ograniczać większość w jej zapędach i przede wszystkim zabezpieczyć wolność mniejszości. Dlatego liberalne systemy w większym stopniu odwołują się do ograniczania wolności (również David Hobbes) niż roższerzania wolności w nieskończoność; ograniczanie wolności służy zrealizowaniu czy – używając lepszego słowa – zabezpieczeniu wolności możliwej.

Jak pisze Tocqueville, najgorzej dzieje się wówczas, kiedy rządy, tak jak np. było to w okresie praw napoleońskich, ustanawiają prawa egalitarne oraz centralizują struktury państwa i rządu, nie mając w ogóle pojęcia czym jest wolność.

Tocqueville zauważył, w jaki sposób i jak bardzo równość paraliżuje wolność. Człowiek nie dysponuje możliwością zbuntowania się przeciwko tyranii większości, a przynajmniej jego motywacja, która mogłaby prowadzić do tego celu jest mocno przygaszona, gdyż większość została ustanowiona przez ludzi równych sobie oraz jemu (tak samo równych, jak on), stąd sprzeciw, bądź protest mógłby oznaczać nie bunt, lecz alienację, wyizolowanie się, odejście, separację od wspólnoty (równych).

Naturalna równość i realna nierówość
Inny francuski filozof i historyk, François Guizot, współczesny Tocquevillowi, podnosi niezwykle ważną kwestię: kto może rządzić w systemie demokratycznym i na czym to prawo powinno się opierać (prawo do rządzenia). Uważa, iż aby istniała prawdziwa demokrcja należy zachować demokrację na poziomie społeczeństwa oraz arystokrację na poziomie politycznym (sprawowania władzy).

Jednak w taksonomi Guizota, arystokracja polityczna ma zupełnie inną semantykę od etymologocznego znaczenia tego słowa: nie chodzi o arystokrację w sensie urodzenia i wywodzonego z tego prawa do rządzenia, ale w sensie zdolności, umiejętności, godności.

Guizot, z czym zgadza się Tocqueville, zauważa, iż system demokratyczny, w kwestii wywodzenia prawa do rządzenia, nie różni się od systemu arystokratycznego; obydwa bowiem prawo do rządzenia wywodzą z faktu urodzenia: arystokracja uznaje, że rządzić mogą ci, którzy reprezentują przynależność do określonej klasy społeczej, grupy, ze względu na urodzenie; tymczasem również demokracja odwołuje się do okoliczności urodzenia – wszyscy są równi, a więc wszyscy mają prawo nie tylko do bycia rządzonymi, lecz również do rządzenia.

I w tym punkcie tkwi właśnie błąd, który zauważają Guizot oraz Tocqueville, który degeneruje systemy demokratyczne. Równość nie może oznaczać, że wszyscy, którzy się urodzili mają prawo rządzić; w ogóle sprawowanie władzy nie może być konstytuowane przez fakt urodzenia, lecz fakt odpowiednich predyspozycji, zdolności, umiejętności, godności, w kontekście mobilności społecznej, a zatem inaczej mówiąc, kwalifikacji intelektualnych oraz moralnych. W demokracji również potrzebna jest arystokracja, jednak inaczej definiowana niż arystokracja historyczna; chodzi o arystokrację z uwagi na zdolność do rządzeia; a nie na okoliczność urodzenia. To tak, jak Giovanni Sartorii definiuje wybór elitarny: rządzić nami mają najlepsi z najlepszych.

Równość – zdaniem Guizota – jest bardziej naturalną nierównością niż równością. To, że jesteśmy równi oznacza, iż posiadamy równe szanse, jednak realne uwarunkowania, losowe okoliczności oraz dary natury, powodują, iż posiadamy różne – nierówne – zdolności. W wymiarze więc rzeczywistym, odwołującym się do równości (szans) istnieje faktyczna i również naturalna nieróność.

To powoduje, iż różne są zdolności do osiągania sukcesu, w tym również do rządzenia.

Problem rasy
Tocqueville oraz Beaumont, w „O demokracji w Ameryce” zwracają uwagę na trudne położenie mniejszości, np. rasowych. Twierdzą, iż samo instytucjonalne zniesienie niewolnictwa absolutnie nie rozwiązuje problemu, bo pozostaje pogarda. Problemem jest wzgardzanie – problem bardziej kulturowy niż instytucjonalny. To tak samo, jak w przypadku LGBT, uznanie praw mniejszości seksualnych oraz wyrażenie zgody na związki homoseksualne, nie wystarczy; kluczowy jest respekt, szacunek, usunięcie stygmatyzacji i pogardy z przestrzeni społeczno-kulturowej,

Co decyduje o jakości systemu demokratycznego? Wiele lat po Tocqueville i Beaumoncie, inny przedstawiciel nurtu liberalnego, John Rawls, napisał w „Teorii sprawiedliwości”, iż miarą wartości systemu demokratycznego jest położenie (realna kondycja) najsłabszych grup społecznych. Ma to zastosowanie zarówno (tak uważam) w aspekcie spółeczno-gospodarczym, jaki kulturowo-politycznym. I to jest liberalizm.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE..

Jak z wroga zrobić przyjaciela?


Polskie władze od kilku lat domagają się od Niemiec reparacji z tytułu II wojny światowej.Jednocześnie Izrael żąda od Rzeczpospolitej przekazania mienia bezspadkowego pozostawionego przez Polaków wyznania mojżeszowego, w następstwie ataku III Rzeszy na Polskę. Mimo, że pierwsze roszczenie wydaje się zasadne, a drugie może jawić się jako absurdalne, to finał tych sporów, z uwagi na złożone relacje międzynarodowe, wcale nie jest przesądzony.

Jerzy Mosoń: Warszawa wciąż jednak nie zdecydowała się na sojusz, który mógłby przechylić szalę zwycięstwa na jej korzyść. Choć temat niemieckich odszkodowań dla państwa polskiego jest cały czas żywy to z kolei dyskusja dotycząca przekazania polskich nieruchomości Izraelowi, ewentualnie wypłacenie za nie ekwiwalentu pieniężnego wraca ilekroć strona polska stara się unormować stan prawny w obszarze prawa własności. Nie inaczej jest i tym razem.

Decyzja nawet bezprawna będzie ważna. Wystarczy 30 lat
Polski Parlament postanowił wreszcie, bo aż sześć lat po orzeczeniu w tej sprawie Trybunału Konstytucyjnego zająć się zmianą ustawy – Kodeks postępowania administracyjnego. W czerwcu br. Sejm głosami m.in. PiS i Lewicy, przy braku sprzeciwu i wstrzymaniu się od głosu niemal wszystkich posłów Koalicji Obywatelskiej, przyjął ustawę normalizującą m.in. stosunki własnościowe. Nowe prawo, wprowadza czasową granicę 30 lat, przewidując, że po tym okresie nie będzie można stwierdzić nieważności decyzji wydanej w postępowaniu administracyjnym z rażącym naruszeniem prawa, która była podstawą nabycia prawa lub stwarza uzasadnione oczekiwanie nabycia prawa. Oznacza to, że organ administracji publicznej procedujący w sprawie statusu prawnego np. kamienicy ograniczy się do stwierdzenia wydania decyzji z naruszeniem prawa oraz wskaże okoliczności, z powodu których nie stwierdził nieważności decyzji. Zmiany będą dotyczyć przede wszystkim spraw własnościowych, czyli także problematycznych nieruchomości.

Trudno zakwestionować martyrologię Żydów, lecz żądania wysuwane wobec Polski są absurdalne.

Izrael chce rekompensaty od dawnej Ojczyzny
Decyzją polskiego Sejmu oburzył się szef izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Yair Lapid, który oświadczył na Twitterze, że „polski parlament uchwalił ustawę zabraniającą zwrotu mienia żydowskiego lub zadośćuczynienia za nie ocalałym z Holokaustu i ich potomkom.” Rzeczywiście, jeśli ustawa przejdzie szczęśliwie całą drogę legislacyjną to de facto roszczenia dotyczące mienia żydowskiego odebranego w czasie II wojny światowej nie mogłyby podlegać dalszemu procedowaniu, wszak wojna skończyła się ponad 70 lat temu. Również Ambasada Izraela twierdzi w wydanym komunikacie, że: „procedowana obecnie zmiana ustawy w rezultacie uniemożliwi zwrot mienia żydowskiego lub ubieganie się o rekompensatę za nieocalonym z Zagłady i ich potomkom oraz społeczności żydowskiej, dla których Polska przez stulecia była domem”.

Niszczejące kamienice otrzymają szansę
Dotychczas obowiązujące zapisy kpa sprzyjały powstawaniu sytuacji patowych: nie można było zarządzać wieloma nieruchomościami, ponieważ zawsze istniało ryzyko, że na pewnym etapie postępowania czy inwestycji zgłosi się z roszczeniami ich domniemany spadkobierca. Ta niepewność prawa utrudniała nie tylko inwestycje, ale też tworzenie planów zagospodarowania przestrzennego. Nadto wpływała na zmniejszenie podaży nieruchości na rynku, co przy dużym popycie na grunty inwestycyjne przekładało się to na wzrost cen metra kwadratowego. Taki stan prawny nie mógł zatem trwać w nieskończoność. A czy rzeczywiście nowelizacja przepisów kpa tak mocno wpłynie na możliwości prawne ubiegania się o zwrot majątków potomków polskich Żydów?

PRL spłaciła amerykańskich Żydów
Obecnie gros spadkobierców polskich Żydów mieszka bądź mieszkało w USA. Szkopuł w tym, że ciężar ich ewentualnych roszczeń już dawno wzięły na siebie Stany Zjednoczone. W dniu 16 lipca 1960 roku w Waszyngtonie, Polska Rzeczpospolita Ludowa zawarła ze Stanami Zjednoczonymi umowę indemnizacyjną, na mocy której USA zobowiązały się do uregulowania roszczeń swoich obywateli w stosunku do Polski. Chodziło o mienie prywatne pozostawione przede wszystkim przez ofiary Holocaustu. W ramach tego porozumienia Polska Ludowa zapłaciła USA astronomiczną na tamte czasy kwotę 40 mln dolarów. Oznacza to, że jakiekolwiek roszczenia amerykańskich Żydów w ogóle nie powinny być rozpatrywane przez polskie sądy.

A co z Izraelem?
Zgodnie z odpowiedzią na interpelację poselską Podsekretarza Stanu Zbigniewa Sosnowskiego, z dnia 18 sierpnia 2011 r. podobnych umów Polska zawarła po wojnie łącznie 12. Takie porozumienie nie zostało jednak podpisane z powstałym w 1948 r. państwem Izrael. Teoretycznie rzecz biorąc, przed wejściem w życie znowelizowanego kpa, potencjalni spadkobiercy właścicieli warszawskich czy łódzkich kamienic legitymujący się paszportem izraelskim mogliby zatem domagać się zwrotu dóbr rodzinnych. Wiadomo jednak, że zdecydowana większość pozostawionych nieruchomości to majątek bezspadkowy, bowiem Niemcy, dokonując Holocaustu mordowali Żydów całymi rodzinami. W tej sytuacji właścicielem dych dóbr, zgodnie z prawem może stać się tylko jeden podmiot.

Mienie bezspadkowe trafia do Państwa
Według polskich przepisów, w tym w szczególności art. 935 kodeksu cywilnego, mienie bezspadkowe przechodzi na Skarb Państwa. Podobne regulacje obowiązywały zarówno w Polsce Ludowej jak i II Rzeczypospolitej, nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w powstałej po I wojnie światowej Polsce jednocześnie funkcjonowały trzy różne porządki prawne. Każdy z nich tak samo traktował losy mienia pozostawionego bez spadkobierców. Taki stan rzeczy jest podstawą odrzucenia roszczeń przez polskie władze jako bezzasadne.

………………..

W braku małżonka spadkodawcy, jego krewnych i dzieci małżonka spadkodawcy, powołanych do dziedziczenia z ustawy, spadek przypada gminie ostatniego miejsca zamieszkania spadkodawcy jako spadkobiercy ustawowemu. Jeżeli ostatniego miejsca zamieszkania spadkodawcy w Rzeczypospolitej Polskiej nie da się ustalić albo ostatnie miejsce zamieszkania spadkodawcy znajdowało się za granicą, spadek przypada Skarbowi Państwa jako spadkobiercy ustawowemu”.

art. 935 kc

………………..

Amerykanie nie chcą pamiętać o umowach?
Kłopot w tym, że wielu amerykańskich polityków zachowuje się tak, jakby nie tylko zapomnieli o umowie między Waszyngtonem i Warszawą z 1960 r., ale też o takim drobnym fakcie, że Polska jest już państwem niepodległym i sama stanowi prawo na swoim terenie. Tym samym wspierają organizacje żydowskie oraz Izrael w ich roszczeniach względem Polski. W kwietniu 2017 r. Amerykański Kongres przegłosował Ustawę nr 447 odnoszącą się do mienia pozostawionego przez ofiary Holocaustu. Jej twórcy sformułowali wniosek, że jeśli niesłusznie przejętego przez państwo mienia nie da się zwrócić pierwotnym właścicielom w naturze, należy wypłacić odszkodowanie pieniężne. Akt prawny zobowiązał też amerykańskiego sekretarza stanu do udzielenia informacji na temat realizacji ustaleń zawartych w Deklaracji Terezińskiej z 30 czerwca 2009 r. w państwach będących jej sygnatariuszami, w tym Polski. A ta jak najbardziej odnosi się do mienia bezspadkowego.

Kosztem może być tylko edukacja
Z zapisów Deklaracji Terezińskiej wynika, że kwoty ewentualnych odszkodowań powinny być przeznaczone na zapewnienie potrzeb materialnych innych, znajdujących się w potrzebie, ocalałych z Holocaustu albo na edukację. Jakkolwiek punkt pierwszy zważywszy na czas jaki upłynął od zakończenia II wojny światowej nie powinien stanowić nadmiernego ciężaru to z kolei cel edukacyjny Polska wypełnia aż nadto, przeznaczając corocznie i od lat ogromne kwoty na uświadamianie współcześnie żyjącym, czym był Holocaust i jakie krzywdy wyrządził. Niemniej, warto też pamiętać o tym, i co podkreślił w swej opinii z marca 2018 r. Piotr Wawrzyk, ówczesny podsekretarz stanu w resorcie dyplomacji: „sama Deklaracja Terezińska nie jest wiążącym aktem prawa międzynarodowego. Opisywany dokument nie nakłada obowiązków i nie przewiduje sankcji w przypadku nieosiągnięcia celów ustanowionych w Deklaracji.” Czyli polskie władze mogą wypełniać jej zapisy i robią to, ale nie muszą.

Polacy są prymusami w edukacji o Holocauście
Inną sprawą jest, czy polska strona jest w stanie udokumentować swe działania edukacyjne, co byłoby wyrazem dobrej woli. Można to zrobić choćby poprzez takie budowanie projektów kulturalnych i oświatowych, by jak najczęściej w pismach formalnych pojawiały się odwołania do Deklaracji Terezińskiej jako inspiracji do ich przeprowadzenia? To jednak sprawa czysto urzędnicza i wymaga dość prostych kompetencji. Wyzwaniem jest natomiast unormowanie relacji z silnym graczem międzynarodowym, jakim jest Izrael, a to nie stanie się bez satysfakcji materialnej bliskowschodniego partnera. Wiadomo też, że przełom w relacjach z Tel-Awiwem warunkuje dobre relacje z USA, szczególnie w sytuacji, gdy wybory prezydenckie w tym kraju wygrał Demokrata Joe Biden, mający mniej przychylny stosunek do Polski niż jego poprzednik Prezydent Donald Trump. Rozwiązać ten klincz mogłyby polskie starania o uzyskanie odszkodowań od Niemiec za zniszczenie kraju w następstwie II wojny światowej. Ale co ma wspólnego jedno z drugim?

Niemcy nie chcą zapłacić odszkodowań
Według Berlina, temat reparacji wojennych został zamknięty deklaracją z 1953 r., w której Polska zrzekła się wobec Niemiec odszkodowań. Niestety dla obecnych starań polskich dyplomatów, rząd Marka Belki w 2004 r. potwierdził to stanowisko. Z kolei, zgodnie z aktualnym podejściem obecnego polskiego premiera Mateusza Morawieckiego, deklaracja z 1953 roku była „układem między Polską a NRD”, którego obecne władze nie uznają. Pozostaje też pytanie o zachodnie RFN i fakt, że zrzeczenie się przez Polskę roszczeń wobec NRD było pośrednio wymuszone przez Związek Radziecki, który do 1989 r. był faktycznym okupantem Polski. Otwarta jest też kwota reparacji. Co prawda Arkadiusz Mularczyk, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II Wojny Światowej wspomniał w 2018 r. o kwocie 850 mld dolarów, ale trudno przewidzieć, ile realnie mogłaby zażądać Polska od Niemiec.

Warszawa potrzebuje wsparcia

Trudno jednak dziś wyobrazić sobie sytuację, że osamotniona na arenie międzynarodowej Polska będzie nadal prowadzić spór z Izraelem wspieranym przez Waszyngton i jednocześnie zdoła wywalczyć niemieckie odszkodowania. Warszawa potrzebuje silnego sojusznika. Takim naturalnym partnerem w walce o niemieckie odszkodowania mógły być Izrael, pod warunkiem zapewne, że Tel Awiw otrzyma zapewnienie swego udziału w pozyskanych środkach, w ramach „succes fee”. Polska dyplomacja, dzięki takiemu ruchowi zrealizowałaby jednocześnie kilka celów: Polska przestała by być celem medialnych i politycznych ataków i zyskałaby nowego, silnego partnera, wzmocniłby się Sojusz Północnoatlantycki, a USA mogłyby skupić się na zacieśnianiu współpracy z Warszawą. Do tego zmieniłby się wizerunek Polski, a jej pozycja jako podmiotu prawa międzynarodowego wzmocniłaby się. Co jednak najważniejsze: budżet otrzymałby ogromny zastrzyk finansowy. Większy niż wpływy z Unii Europejskiej. Ile by to kosztowało?

Żydzi chcą miliardów?
Środowiska żydowskie co jakiś czas wskazują kwotę 60 mld dolarów, którą chciałyby uzyskać jako ekwiwalent za utracone majątki – to mniej niż dziesięć procent kwoty, o którą teoretycznie może ubiegać się polski rząd w negocjacjach z niemiecką kancleż. Być może, składając ofertę Tel Awiwowi, należałoby pomniejszyć żądaną kwotę 60 mld USD o wartość majątku, który już polskie władze zdążyły przekazać Izraelczykom w następstwie Ustawy z dnia 20 lutego 1997 r. o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej. Jak również o przeliczone na obecne warunki i już przekazane pieniądze m.in. Stanom Zjednoczonym w ramach umów indemnizacyjnych. To są jednak szczegóły negocjacyjne. Główna idea polega na zbudowaniu na tyle silnego sojuszu by osiągnąć cel.


Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Fabryka konsensusu


W Polsc twa zażarta dyskusja o mediach, warto jednak zejść z podwórka krajowego (lokalnego), aby przyjrzeć się bardziej uniwersalnym, globalnym i głębokim procesom.

Roman Mańka: W opinii amerykańskiego filozofa, Avrama Noama Chomsky’ego, media ukrywają się za zniekształconym celem społecznym, który w rzeczywistości sprowadza się do pośredniczenia między podażą a popytem, w ramach którego odbiorcy są tylko produktem.

Towar na sprzedaż
Chomsky wyraźnie daje do zrozumienia, że odbiorcy mediów: (czyli) czytelnicy, słuchacze, widzowie, internauci, są towarem (on sam używa bardziej eufemistycznego sformułowania: „produktu”).

Cały proces wygląda tak: media to przedsiębiorstwa, które sprzedają swój produkt – odbiorców – innym przedsiębiorstwom zajmującym się np. reklamą. Zadaniem mediów jest więc wychowanie konsumentów; nie obywtaeli a konsumentów, którzy kupią określone towary.

Nie prawda jest zatem celem mediów, lecz użyteczność przy sprzedaży różnego rodzaju towarów (przy czym sami odbiorcy mediów są również towarem) oraz kształtowanie relacji podaży i popytu.

Kontola opinii publicznej
Zdaniem Noama Chomsky’ego, społeczeństwo wyraża formy dominacji, jest zarządzane przez przemoc (jak to miało miejsce w dawnych modelach rządzenia, które opisał Michel Foucault, w „Nadzorować i karać. Narodziny więziemnnictwa”), lub przez kontrolowanie opinii publicznej. Jak pokazuje Chomsky, w systemach demokratycznych w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie Europy, dominacja (inaczej przymus) sprawowana jest poprzez kontrolę opinii publicznej oraz za pomocą uzyskiwania społecznej zgody na określone działania władzy oraz poszczególnych grup interesów; ta kontrola jest sprawowana za pośrednictwem mediów.

Świadomość jest zagrożeniem
W tym miejscu Chomsky wskazuje kluczowy mchanizm, jak go nazywa: fabryki konsensusu. Fabryką konsensusu są prywatne media, one wytwarzają konsensus. Zarządzanie konsensusem polega na produkowaniu wrażenia, że dane działanie rządzących, albo wladzy innego rodzaju, jest konieczne; podczas gdy w rzeczywistości, to wrażenie jest pozorne, a nawet fałszywe. W taki sposób zamula, zniekształca się realny, prawdziwy kształt różnego rodzaju sytuacji i okoliczności, oraz sprawia, że wyborcy głosują, lub podejmują decyzje, wyrażane np. w badaniach opinii publicznej, przeciwko własnym interesom.

Jak pisze Chomsky, w książce „The Consensus Factory”, napisanej razem z analitykiem rynku mediów, a także profesorem finansów, Edwardem S. Hermanem, współczesne media (im chodzi głównie o media amerykańskie, chociaż możliwe jest rozszerzenie tego modelu na każdy inny kraj o podobnym systemie gospodarczym do Stanów Zjednoczonych), posiadają propagandowy charakter; żeby była jasność, bo polski przykłąd może tę diagnozę zniekształcić: Chomsky’emu oraz Hermanowi nie chodzi o media publiczne, ale przede wszystkim o prywatne; prywatne media cechują się również propagandowym charakterem.

Jak argumentują Chomsky i Herman w „The Consensus Factory”: gdyby ludzie, a więc główni aktorzy demokracji naprawdę byli w stanie uświadomić sobie – zrozumieć – konsekwencje swojego głosowania oraz własnych decyzji wyborczych czy politycznych, i wiedzieli co popierają, nigdy na określone działania rządzących nie wyraziliby zgody, gdyż nie leży to w ich interesie. Lecz ludzie ulegają pozornym i fałszywym wrażeniom wytwarzanym, produkowanym za pomocą mechanizmu „fabryki konsensusu” przez prywatne media (w przypadki Polski również publiczne).

Nierównowaga – przewada oligarchów
Proces demokratyczny jest skomplikowany. Pozornie wydaje się, iż w demokracji wszyscy mają równe szanse i mogą cieszyć się takimi samymi prawami oraz wolnością. Ale to złudzenie. Gra jest dużo bardziej skomplikowana, ponieważ demokracją (w tym również wyborami i procesami sprawowania władzy), jak pozazuje Chomsky, zarządzają grupy interesów oraz różnego rodzaju ośrodki nacisku (często oligarchowie), likwidując ograniczenia, które dla równowagi powinien narzucać (jak chciał np. John Stuart Mill) system demokratyczny, a nawet tworząc przywileje. W ten sposób, w konsekwencji, powstaje niezrównoważony układ demokratyczny, zaś władza sprawowana jest w wariancie klientelistycznym, lub nawet kratokracji. Wszystko zaś ma uzasadnić, usprawiedliwić mechanizm, który Noam Chomsky nazywa „fabryką konsensusu”.

A jak jest nad Wisłą?
Przykład polskiej demokracji (demokracji bardzo wypaczonej i ograniczonej) jest dla teorii Chomsky’ego oraz Hermana, tylko częściowo reprezentatywny, z uwagi na fakt, że obecnie, oprócz mediów prywatnych, funkcję „fabryki konsensusu”, w przeważającej mierze realizują media publiczne (zwłaszcza TVP), wbrew swojej misji.

W okresie rządów PO rolę „fabryki konsensusu” pełniła natomiast głównie telewizja TVN, „Gazeta Wyborcza” oraz „Newsweek”; częściowo również „Polityka”.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Symetryzm, czyli jeden z najgłupszych argumentów z jakim się spotkałem

W czasach zimnej wojny zarzucano Stanom Zjednoczonym łamanie demokratycznch reguł oraz uciekanie się do terroru i stosowanie przemocy, w różnych częściach świata. Osobom, które podnosiły w debacie publicznej oskarżenie, że Ameryka, czyli przywódca obozu zachodniego, stosuje te same, lub podobne metody, co Związek Radziecki, zarzucano, iż są symetrystami.

Roman Mańka: A jak było naprawdę? Wśród rzekomych symetrystów znalazł się nie byle kto (nie przeciętni przechodnie z ulicy czy zwykli ludzie), tylko znane postacie życia intelektualnego, wybitni filozofowie, jak równnież naukowcy, aktywiści społeczni i wielkie autorytety moralne, w postaci choćby: Bertranda Russela, Richarda Rorty’ego, Alberta Einsteina, Johna Deweya, czy Avrama Naoma Chomskyego.

Relatywizm moralny
Żaden z nich nie był komunistą, nikt nie deklarował sympatii do systemów totalitarnych; wszyscy znajdowali się blisko, albo bardzo blisko systemów liberalnych; Russel, a także Chomsky, definiowali się nawet jako libertyni, ten ostatni przedstawiał się nawet jako anarchista.

Trudno zarzucać im również neutralność, lub równy dystans na biegunowej osi: system demokratyczny – system totalitarny; prawa człowieka kontra brak wolności. Wszyscy dużo bliżej sytuowali się bowiem modeli demokratycznych.

Jednak każdy z nich miał intelektualne narzędzia oraz obywatelską odwagę, aby nie uciekać się do transcendentnych oraz metafizycznych zabiegów, aby nie wychodzić w ocenach poza ramy sytuacji, którą powinno się oceniać.

Najgorzej jest wówczas, gdy ktoś bagatelizuje konkretne wydarzenia, kiedy lekceważy lub umniejsza fakty, a dorabia do nich różnego rodzaju ideologiczne uzasadnienia, bądź gdy polityczne, albo ideologiczne konecpcje, dominują nad porządkiem empirycznym.

Najlepsze jest podejście fenomenologiczne, co oznacza, iż trzeba widzieć fakty tak jak się jawią.

Jak się później okazało: Russel, Rorty, Einstein, Dewey i Chomsky mieli rację. Stany Zjednocznone w wielu miejscach świata dopuszczały się terroru oraz represji. I wcale nie trzeba sięgać po przykłady Wietnamu czy wielu krajów Ameryki Łacińskiej. Wystarczy ograniczyć się do terenu Polski, na którym istniały obozy, w których torturowano ludzi.

Czy w imię walki z systemami totalitarnymi: Związku Radzieckiego, później Rosji, czy Chin, można usprawiedliwiać akty bezprawia niby demokratycznej Ameryki? Czy okoliczność, że Stany Zjednoczone są znacznie (lub tylko trochę) bardziej demokratycznym i wolnym krajem, daje im mandat do łamania prawa?

Równanie w dół
Symetryzm pojawia się zawsze, gdy powstaje układ dialektyczny; gdy tworzy się ostra polaryzacja, gdy mamy do czynienia z dwoma zantagonizowanymi biegunami, z których jedni postrzegają ten przeciwny jako zły; zaś drudzy z kolei, ten z ich punktu widzenia opozycyjny, również jako wcielenie największego zła.

Wszystko przebiega według filozofii historycznej konieczności Georga Wilhelma Friedricha Hegla: w idealistycznej konwencji wydarzenia rozwijają się trójrytmem: w opozycji do tezy pojawia się antyteza, lecz na końcu przychodzi czas na syntezę. W takim układzie zło miesza się ze złem.

Hegel znakomicie to opisuje w dialektyce pana i niewolnika: status quo przedstawia się tak: niewolnik żyje w stanie podporzdkowania wobec pana, lecz pan bez niewolnika nie mógłby być panem, a więc, w jakimś sensie, to niewolnik jest panem, czyli pan potrzebuje niewolnika, aby być panem, a niewolnik pana.

Interpretując ten fragment twórczości Hegla, Maurice Marleau-Ponty, pisze, iż wrogowie są jednocześnie kochankami, walczą ze sobą, ale nie mogą się zabić, do końca zniszczyć, gdyż nie są w stanie bez siebie żyć; nawzajem się legitymizują.

Jak widać symetryzm, w znaczeniu założenia, że wrogowie czerpią ze wzajemnej walki siłę i są zainteresowani kontynuowaniem dielektyki, ma jakieś podstawy.

Zło nie usprawiedliwia zła
Po systemie feudalnym przyszedł czas na kapitalizm, po kapitaliźmie nastał okres socjalizmu, a następnie komunizmu, zaś po komuniźmie pojawił się znowu kapitalizm odrodzony, zreformowany. W każdym z tych modeli istniała określona proporcja zła, jednak okrucieństwa rzeczywistości feudalnej nie można i nie powinno się usprawiedliwiać wyzyskiem obecnym w kapitalizmie, a znowu wypaczeń oraz dysfunkcji kapitalizmu, nie da obronić się okolicznością, iż w modelach komunistycznych ma miejsce przemoc i terror.

Często mówi się, że komunizm przyniesiono do różnych krajów na bagnetach. Tak mogą mówić ci, którzy nie znają historii, gdyż kapitalizm również rodził się przy odgłosach begnetów i w kałużach krwi.

Zanim w Wielkiej Brytanii zaimplementowano gospodarkę kapitalistyczną, najpierw musiało dojść do wywłaszczenia chłopów, siłą zabrano im ziemię; inaczej kapitalizm byłby niemożliwy, jego tryby nie zaskoczyłyby. Identycznie w Stanach Zjednoczonych, ceną ufundowania kapitalizmu było wymordowanie Indian.

Czy ktoś, kto umie widzieć te okoliczności, kto ma zdolność obiektywnego postrzegania rzeczywistości, kto ocenia fakty uczciwie i sprawiedliwie, może być nazywany symetrystą? Widzenie degeneracji kapitalizmu, wcale nie musi oznaczać tworzenia symetrii pomiedzy kapitalizmem czy komunizmem (osobiście uważam się za pragmatycznego neoliberała, entuzjastę gospodarki wolnorynkowej, lecz nie patrzę na kapitalizm dogmatycznie i bezkrytycznie, widzę wiele jego wypaczeń oraz wynaturzeń; czy to oznacza, że zrównuję go z komunizmem?).

Ukryty oportunizm
Wielu historyków filozofii, twierdzi, że system filozoficzny Hegla jest prymtywny. Najgorszą rzeczą, którą można zrobić, kiedy pojawi się układ dielektyczny, jest zaniechanie krytyki, wyłączenie społecznej kontroli. Tymczasem konwersja filozofii dialektycznej do rzeczywistości politycznej oznacza polaryzację, konflikt, podział. Wówczas pojawia się szczególnego rodzaju oportunizm, który może sprowadzać się do zaniechania krytyki „swoich”, czyli tych, którzy są po jednej stronie, maskowany przez totalną krytykę przedstawicieli obozu przeciwnego.

Tym właśnie w istocie jest zarzut symetryzmu: ukrytym oportunizmem oraz maskowaniem zaniechania krytycznej postawy.

Pamiętam, gdy będąc w jednej z warszawskich księgarń, przypadkowo wziąłem do ręki książkę znanej dziennikarki Elizy Michalik, na której znajdowała się recenzja autorstwa Patrycji Markowskiej. Napisała ona, że: „Eliza Michalik na pewno nie jest oportunistką”. Uwierzyłbym w to, gdyby Michalik potrafiła skrytykować Adama Michnika (tak jak np. Łukasz Pawłowski), lub Tomasza Lisa, lecz w gruncie rzeczy Michalik atakuje tylko przeciwną (PiS-owską) stronę, zaś wobec swojej unika krytyki. Paradokslanie to jest właśnie oportunizm, który może być maskowany chęcią unikięcia symetryzmu, bądź zarzutów o symetryzm.

Pojęcie symetryzmu jest psychologicznym mechanizmem obronnym. Głównym zadaniem ideologii symetryzmu, a mówiąc bardziej precyzyjnie oskarżania o symetryzm, jest tłumieniem funkcji krytyki oraz społecznej kontroli. Tymczasem w demokracji nie ma nic bardziej wartościowego niż krytyczna świadomość.

Oskarżenia prezesa Obajtka o korupcję, klientelizm i nepotyzm nie uniewżniają potężnych zarzutów o korupcję kierowanych wobec Sławomira Nowaka; propagandowy charakter oraz totalna stronniczość TVP i mediów publicznych, nie może usprawiedliwiać stronniczości i braku obiektywizmu telewizji TVN.

Każde z tych zjawisk zasługuje na krytykę, aczkolwiek ważne jest, aby znać proporcje i krytykę tę umiejętnie stopniować.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Katastrofa polskiego futbolu ma głębszy sens!

Piłka nożna upodabnia się do hokeja na lodzie. Taką właśnie hipotezę postawiłem, już chyba ponad 13 lat temu, kiedy zachodzące w futbolu zmiany i procesy nie były jeszcza aż tak bardzo ewidentne, jako obecnie. Dzisiaj ta prognoza w pełni się potwierdza. Pokazały to zakończone Mistrzostwa Europy.

Roman Mańka: Oczywiście tezy tej absolutnie nie należy rozumieć w kategoriach jeden do jednego, dosłownie. Piłka nożna nie jest hokejem i nigdy nie będzie; chodzi raczej o uchwycenie kluczowych, istotnych zmian, jakie zachodzą w futbolu oraz zdiagnozowanie kierunku trwajającej ewolucji.

Co trzeba mieć żeby wygrywać? Jakie składniki, elementy, czynniki składają się na zwyciestwo? Które walory decydują o sukcesie? Co powoduje, że jedne zespoły tryiunfują, zaś inne ponoszą przykre, dotkliwe i sromotne porażki?

Dziś nie wysarczy mieć jedenstu bardzo dobrych lub dobrych piłkarzy. Trzeba posiadać dużo szersze, a także głębsze zasoby; mówiąc o głębszych zasobach pozwolę sibie na dygresję: chodzi tu bowiem o predyspozycje nie tylko czysto sportowe (takie jak technika, walory motoryczne, organizacja gry, czy przygotowanie taktyczne), lecz również właśnie o te głebsze zasoby, czyli przygotowanie mentane i inteligencję.

Po prostu, na boisku nie wystarczy tylko biegać, trzeba jeszcze myśleć. Futbol to gra, podobnie jak szachy, dla ludzi inteligentnych.

Innowacyjne rozwiązania
Żeby zwyciężać, należy więc mięć nie jedenastu dobrych zawodników, a szesnastu czy może nawet ponad dwudziestu. Zawsze trzeba dysponować możliwością manewru, alternatywnymi wariantami, które można zastosować, bo przecież w trakcie turniejów, wielkich imprez zdarzają się kontuzje, a każdy przeciwnik jest inny, lub przynajmiej trochę inny, stąd powinno się wyjść na niego odmiennym niż w poprzednim pojedynku zestawem zawodników, sięgnąć po nowe ustawienie, implementować innowacyjne rozwiązania taktyczne.

Poza tym – i to jest założenie kluczowe we współczesnym futbolu – (otóż) mecze dzisiaj wygrywa się, mówiąc kolokwialnie, z ławki, to trener, nie publiczność, jest dwunastym zawodnikiem; rutyna może być zawodna, należy zatem preferować zachowania elastyczne, kreatywne, co oznacza, że na sytuację trzeba bezpośrednio, szybko reagować.

To jest właśnie pragmatyzm…

Prawdziwe oblicze pragmatyzmu
Obecni w sportowych studiach największych w Polsce telewizji, komentatorzy, mówili z niechęcią, iż futbol stał się pragmatyczny, wytykali np. zespołowi Anglii, iż prezentuje pragmatyczną piłkę nożną. Używali pojęcia pragmatyzmu w zupełnie fałszymym znaczeniu. Nie rozumieli słów, które wypowiadają.

Pragmatyzm, tak jak definiowali go klasycy tej filozofii, Charles Sanders Peirce, Willliam James, czy twórca odmiany pragmatzmu – instrumentalizmu – John Dewey, oznacza rozszerzony empiryzm, ale zwrócony nie ku przeszłości, jak tradycyjny empiryzm, tylko właśnie ku przyszłości, a zatem nastawiony jest na dbałość o konsekwencje; reguły powinno się odczytwać, definiować w eksperymentalnie wybrażanych skutkach.

Pragmatyzm, w wersji Peirce’a, to definiowanie myśli, idei w działaniu, zaś w zwulgaryzowanym, popularnym wydaniu Jamesa, weryfikowanie prawdy w praktyce.

Pragmatyzm nie oznacza filozofii biernej, zachowaczej, czy kunktatorskiej. Wprost przecienie: w pragmatyzmie chodzi o tworzenie inteligentnych nawyków reakcji (nie sztywnych, automatycznych). Rutyna czy powtarzalność może nie wystarczyć, zaś gdy zmienią się okoliczności, może nawet prwadzić do katastrofy. Kto nie wykonuje kroków do przodu, kto stoi w miejscu, ten tak naprawdę się cofa.

Zatem należy być elastycznym, kreatywnym, i o tym właśnie mówi pragmatyzm.

Znani komentatorzy, których grono stanowili byli piłkarze, a także eksperci w postaci dziennikarzy sportowych, krytykowali bezlitośnie pragmatyzm Anglików, nie zauważając jednocześnie, iż zwycięzcy Mistrzostw Europy, triunfatorzy turnieju – Włosi – implementowali w grze właśnie filozofię pragmatyczną, sięgneli po pragmatyzm, bo odeszli od rutyny, od tradycji własnego, włoskiego „catenaccio”.

Polacy nic się nie stało…
Dla nas Polaków, po raz kolejny w XXI wieku, wielki piłkarski turniej stał się przykrym doświadczeniem, społeczną traumą. W tym, ciągle jeszcze, nowym stuleciu, to już piąta porażka (można powiedzieć dosadniej: piąta katastrofa) na przestrzeni dwóch dekad, nie licząc imprez, na których nas nie było, bo nie zdołaliśmy się tam zakwalifikować.

Kryje się za tym coś więcej niż tysko aspekt sportowy: czyli słabość rodzimej piłki nożnej. Ta sytuacja ma drugie dno i zawiera dużo głębsze wymiary. Futbol tak naprawdę, w sensie dużo bardziej uniwersalnym, metaforycznym, analogicznym i homologicznym, ilustruje wszystkie bolączki polskiego państwa, jego dysfunkcje i mankamenty. Jesteśmy po prostu państwem słabym; nie tak jak mówi różnej maści propaganda od trzydziestu lat: silnym, lecz chronicznie słabym państwem. W bardzo różncyh dziedzinach popełniamy te same błędy. Generalizując można powiedzieć, że kluczowe problemy się powtarzają, są takie same. I co najgorsze: nie wyciąga się z nich żadnych wniosków. Sięgając po cytat wieszcza Kochanowskiego: „Polak przed szkodą, ale i po szkodzie głupi”

Nad całym naszym państwem ciąży beztrosko i radośnie śpiewana przez kibiców piosenka: „Polacy nic się nie stało”, która brzmi niczym klątwa III Rzeczpospolitej, i tak naprawdę jest klatwą

Spadają kolejne samoloty, zawalają się dachy, rzeki co jakiś czas przerywają wały przeciwpowodziowe, w najlepsze kwitną patologie: nepotyzm, korupcja oraz obrzydliwy partyjny klientelizm, niszczy się kolejne instytucje, łamie prawo, media są stronnicze, nieobiektywne, zaś ludzie w Polsce wciąż śpiewają: „Polacy nic się nie stało”.

Siła emergencji
Zakończone Mistrzostwa Europy pokazały również jak bardzo anachronicznie, pymitywnie myślimy o piłce nożnej. Używamy kategorii takich, jak: „pierwsza jedenastka”, „środkowy rozgrywający”, „linia obrony”, „klasyczna 9”.

W nowoczesnym futbolu nie ma żadnych pierwszych jedenastek, środkowych rozgrywających, klasycznych 9, czy jakichkolwiek linii.

Trzeba mieć po prostu grupę ponad piętnastu, a może nawet ponad dwudziestu dobrych, lub nawet bardzo dobrych, wyrównanych zawodników, przede wszystkim uniwersalnych i wielofunkcyjncyh, potrafiących spełniać wiele zadań, w różnych sektorach boiska. Oprócz 9 klasycznej, należy mieć jeszcze 9 fałszywą; zamiast jednego środkowego rozgrywającego – kilku środkowych rozgrywających, zbilanoswanych, co do umięjętności gry ofensywnej oraz defensywnej, w równym stopniu.

Nie można bać się młodości; doświadczenia ostatniego turnieju pokazały, iż najlepsze zespoły odważnie stawiały na zawodników młodych; to nie metryka decyduje o jakości, lecz talent, przygotowanie oraz dyspozycja dnia. Nie można też preferować indywidualizmu przed wspólnotowością, co oznacza ni mniej, nie więcej, że lepiej mieć zespół niż indywidualności; (bo) indywidualności często psują całość, niszczą wspólnotę. Z filozofii strukturalizmu wiemy, że całość to coś więcej niż suma elementów, że całości nie da się zredukować do jej czynników składowych, do jednostek.

Relacje ważniejsze są zatem od elementów. Najważniejszy jest efekt synergii.

Nade wszystko jednak piłkarze muszą myśleć, najważniejsze są ich głowy, potencjał intelektualny, przygotowanie mentalne.

Niestety, największą wadą polskich zawodników, jest to, że nie myślą. Kluczowy czynnik – przygotowania mentalnego – jest na bardzo niskim poziomie; właściwie go nie ma.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Poza trybem…

Z tego co publikują media, karty w Platformie Obywatelskiej zostały już rozdane; niestety, jak zawsze za plecami członków partii, z pominięciem demokracji i w ukrytych przed opinią publiczną zakulusiwych rozmowach.

Roman Mańka: Nie mówcie i nie piszcie już więcej, że tylko PiS łamie demokrację. Inne partie też to czynią. Platforma również w ten sposób się zachowuje. Słowa, które padły kiedyś z trybuny sejmowej, w polskim parlamencie, z ust przywódcy PiS, Jarosława Kaczyńskiego: “poza trybem” mają dużo szersze odniesienie, szerszy kontekst, definiując całą polską politykę. Ja taką polityką się brzydzę. To kurestwo, prostytucja, a nie polityka. Właściwie w Posce nie ma i nigdy nie było ugrupowań demokratycznych (paradoksalnie w jakimś zakresie tylko partie postkomunistyczne), zaś członkowie i wyborcy na nic nie mają wpływu. Wszystko jest ukartowane, przygotowane, ułożone, a następnie poddane do zatwierdzenia, niczym przez aklamację.

Cała to operacja z powrotem Tuska służy jednemu: odbudowaniu rzeczywistości dytochomicznej *jak u Hegla, pogłębieniu konfliktu, zaostrzeniu polaryzacji PO-PiS, żeby osłabić Hołownię i zniszczyć lewicę, żeby przejąć wyborców tych formacji. To, w jakimś sensie powtórka sprzed roku, z wyborów prezydenckich, kiedy Rafał Trzaskowski, wchodząc do gry “kuchennymi drzwiami”, od tyłu, “przez komin” zastąpił Małgorzatę Kidawę-Błońską.

Oburzająca i skandaliczna jest okoliczność, że partia mówiąca o równouprawnieniu, o równości płci, o tolerancji, o emancypacji, znów podeptała prawa kobiet, tym razem w odniesieniu do Ewy Kopacz, która została zmuszona do rezygnacji z funkcji wiceprzewodniczącej Platformy. Kobiety we wszystkich polskich partiach (również w PO) traktowane są przedmiotowo; trochę inaczej jest w lewicy. Ale niestety generalnie stosunek wobec kobiet jest w polskiej polityce, jak również życiu, bardzo utylitarystyczny, instrumentalny, rzeczowy.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Sousa powinien pozostać!

Wszystkie te opinie, że Sousa powinien zrezygnować, są nie tylko niemądre, ale też śmieszne, co ciekawe artykułowane poniekąd przez tych samych dziennikarzy oraz ekspertów, którzy po meczu z Hiszpanią wynosili Sousę pod niebiosa, mimo, że nie było do tego żadnych podstaw.

Roman Mańka: Dlaczego Sousa miałby się podać do dymisji, albo zostać odwołany?! Co w ten sposób wskóramy?! Jakie korzyści osiągniemy?!

Przyjdzie jakiś polski trener, w stylu Nawałki, Engela, Janasa, bądź Brzęczka, czy Smudy, i będzie preferował antyfutbol. Cofnie drużynę do radykalnej, głębokiej obrony, wybijając tylko piłki do przodu, tak jak Węgrzy.

Tego rodzaju piłki nożnej nie chcę nawet oglądać. Szkoda czasu i nerwów. Właściwie od czasów Piechniczka nie graliśmy w piłkę nożną, z krótką przerwą na czas Leo Beenhakkera.

Lecz Sousa próbował naszych piłkarzy czegoś nauczyć. Miał własną wizję, ideę. Przestawił nas na grę trójką obrońców oraz wahadłowymi; czyli bardzo nowocześnie. Wprowadził nowych, młodych zawodników. Preferował bardzo ofensywny styl gry. Nasi stosowali wysoką obronę, skutecznie zakładali presing.

Po raz pierwszy nie przestawaliśmy grać, gdy pierwsi traciliśmy bramki. Zaŕowno ze Słowacją, jak i z Hiszpanią wracaliśmy do gry, ze stanu 0-1; tymczasem ze Szwecją odrobiliśmy nawet dwubramkową stratę.

Dawno nie widziałem tak śmiało oraz ofensywnie grającej ze Skandynawami polskiej drużyny, jak wczoraj. We wszystkich dotychczasowych meczach (6), które oglądałem, nie mogliśmy nawet dotknąć piłki, zaś wczoraj przewaga była zdecydowanie po naszej stronie (posiadanie piłki 60-40 proc.); podobnie rzecz się miała ze Słowacją.

Zabrakło nam przede wszystkim szczęścia. Zadecydowała sekwencja przypadków oraz indywidualne błędy (zwłaszcza w wydaniu zawodników, którzy od dawna nie powinni znajdować się w kadrze: np. Krychowiak).

Ale widać, że Sousa jest fachowcem, profesjonalistą, pojęcie o futbolu ma wielkie. Postęp w grze też widać. Staramy się grać przede wszystkim nowocześnie: bardzo wysokim presingiem, trójką obrońców, często w ustawieniu hybrydowym, wahałowymi, ofensywnie, atakiem pozycyjnym, rozgrywaniem akcji przez stoperów od tyłu.

Tak grają najlepsze zespoły na świecie. Jednak żeby te elementy opanować do perfekcji potrzeba mnóstwa czasu, ogromnej cierpliwości, serek treningów i długich poszukiwań optymalnych wariantów oraz wykonawców.

Nie róbmy tego błędu co zawsze. Nie wyrzucajmy selekcjonera po nieudanej imprezie. – “Nie wylewamy dziecka z kąpielą”. Dajmy mu szansę i pieniądze. Niech spokojnie pracuje i buduje drużynę narodową na miarę naszych aspiracji oraz marzeń.

Żaden Polski trener w tej chwili tego lepiej nie zrobi (chyba, że młodego pokolenia). Polscy trenerzy w większości wyznają anachroniczną, atawistyczną i prymitywną filozofię piłki nożnej.

Podobnie, jak dziennikarze, eksperci, a także komentatorzy sportowi.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.