Polscy Demokraci i Republikanie


System polityczny danego kraju jest lustrzanym odbiciem sposobu myślenia, który reprezentują jego obywatele. W Polsce sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Fakt sąsiadowania z Niemcami powoduje, że system polityczny nad Wisłą ciąży w kierunku systemu kanclerskiego, z kilkoma partiami politycznymi i raczej tylko reprezentacyjną rolą prezydenta. Jednak sympatia narodu polskiego do USA przejawia się z kolei dominującą od ponad dekady tendencją idącą w drugą stronę, gdzie o władzę rywalizują dwa ugrupowania polityczne, a na czele państwa stoi prezydent. Która z wizji wygra?

Jerzy Mosoń: Polskim obywatelom będzie coraz trudniej funkcjonować w świecie tzw. demokracji liberalnej, w granicach, jakie zapewnia wyborcom obecny system polityczny. Konflikty między prezydentem a premierem w sytuacji, gdy obaj urzędnicy reprezentują konkurujące partie są nieuniknione. A to z kolei w skrajnych przypadkach będzie uniemożliwiało sprawne rządzenie – tak potrzebne w okresie szybkich zmian, niepokojów społecznych, nowych chorób i wzrostu napięć między państwami.

Jeszcze większą rolę w kwestii kształtowania się systemu politycznego w Polsce może jednak odegrać sposób finansowania partii politycznych. Od lat sprzyja on dużym, ugruntowanym na scenie politycznej ugrupowaniom, spychając na dalszy plan mniejsze ugrupowania i w zasadzie uniemożliwiając rozwój małym graczom.

Dwa obozy wciąż z nieukształtowanymi ideami
Od kilkunastu lat możemy zaobserwować w Polsce zaostrzenie rywalizacji w polskiej polityce między dwoma głównymi obozami, które w skrócie można by określić jako: liberalny i konserwatywny. Choć dawne podziały na postkomunistów i obóz solidarnościowy nie zniknęły to ustępują miejsca nowym osiom sporu, związanym z próbą zmiany wartości, roli państw i organizacji we współczesnym świecie, a także znaczenia narodów.

Twierdzenie, że obóz pierwszy to ten reprezentowany przez Platformę Obywatelską, a konserwatywny to Prawo i Sprawiedliwość jest zbyt dużym uproszczeniem. Obydwie partie nie uporządkowały jeszcze w 100 proc. kwestii światopoglądowych, choć od lat PO staje się ugrupowaniem coraz mniej konserwatywnym, otwierając się szerzej na lewicę światopoglądową, czym dość skutecznie uszczupla elektorat partii lewicowych. Z kolei na prawo od PiS jest jeszcze Konfederacja – największy realny rywal tej partii, zagrażający jej kształtowi w obecnej formie jako integratora tzw. zjednoczonej prawicy.

Rządy w trudnych warunkach
Spory jakie można było zaobserwować między śp. prof. Lechem Kaczyńskim, gdy polityk ten pełnił urząd prezydenta a premierem Donaldem Tuskiem pokazały tylko próbkę tego, co nas czeka, gdy PiS będzie musiał bardziej dzielić się władzą niż obecnie. Czas pokoju i względnego spokoju uśpił konstytucjonalistów, ale pandemia Covid-19 pokazała już, jak trudno zarządzać państwem, gdy decyzje trzeba podejmować sprawnie, a jeden z organów – w tym przypadku Senat kierowany przez opozycyjnego marszałka prof. Tomasza Grodzkiego może je realnie spowalniać. Oczywiście przy obecnym systemie politycznym istotne może być także to, na czyją rzecz PiS straci któryś z kolejnych urzędów lub organów. Można się bowiem spodziewać, że jeśli za kilka lat urząd prezydenta trafiłby do reprezentanta Konfederatów to konflikt byłby słabszy niż, gdyby następcą Prezydenta Andrzeja Dudy został np. Rafał Trzaskowski – reprezentant środowisk liberalnych.

Czy inni przetrwają?
Aby jednak można było mówić o tym, czy przedstawiciel innego środowiska politycznego niż PiS i PO będzie mógł skutecznie ubiegać się o tak prestiżową funkcję trzeba będzie najpierw odpowiedzieć na pytanie: czy przy obecnym finansowaniu partii politycznych inne ugrupowania przetrwają do kolejnych wyborów prezydenckich? Choć może lepiej byłoby spytać o to czy mając znacząco niższe finansowanie od dwóch graczy można skutecznie prowadzić jakąkolwiek kampanię? Utrzymanie się w polityce może być bowiem jedynie stanem przechodnim, docelowo główny cel działaczy to sprawowanie władzy, a to bez finansów jest niemożliwe. Przyjrzyjmy się zatem legalnym możliwościom uzyskiwania dochodów przez partie polityczne. Przede wszystkim takie dochody partia może generować wykorzystując własny majątek. Kłopot w tym, że aby wykreować majątek trwały w postaci np. nieruchomości trzeba byłoby nakłonić do składek, darowizn, etc. sporą część członków, co wynika z kolejnych ograniczeń związanych z pozostałymi źródłami dochodów.

Tylko bogaci i z historią
Przechodząc do rzeczy – chodzi o dochody od osób fizycznych w postaci składek członkowskich, darowizn, spadków oraz zapisów. Łączna suma wpłat od osoby fizycznej (wpłaty od osób prawnych są zakazane) na rzecz partii, z wyłączeni składek członkowskich w kwocie nieprzekraczającej w jednym roku minimalnego wynagrodzenia za pracę, oraz wpłat na Fundusz Wyborczy partii politycznej, nie może przekraczać w jednym roku 15-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę. Zważywszy na fakt, że płaca minimalna w Polsce to w 2020 r. 2600 zł brutto miesięcznie (w 2021 r. będzie to 2800 zł brutto miesięcznie), a średnia cena metra kwadratowego lokalu nadającego się na siedzibę partii jest 2,5 razy wyższa, to łatwo policzyć, że aby w ogóle zacząć tworzyć struktury partia musi mieć co najmniej kilkudziesięciu hojnych założycieli. Zadanie do wykonania, ale trzeba zadbać też o finanse na kampanię, choćby informacyjną, a w tym przypadku kosztu ulegają zwielokrotnieniu.

Luki w systemie
Zostaje jeszcze trzecie źródło finansowania, tj. subwencje z budżetu państwa. Aby jednak można było otrzymać te środki partia musi uzyskać w wyborach do Sejmu, tworząc samodzielnie komitet wyborczy, co najmniej 3 proc. ważnie oddanych głosów na jej okręgowe listy kandydatów w skali kraju. Właśnie to trzecie źródło finansowania betonuje najmocniej system polityczny w Polsce, ponieważ powoduje największe różnice między dużymi a małymi. Mamy zatem dwa źródła dochodów partii sprzyjające ugruntowanym „markom” politycznym oraz jedno źródło obwarowane ograniczeniami, które może przynieść istotny dochód jedynie przy znacznej powszechności oraz zamożności członków partii. Trzeci rodzaj dochodu stanowi zatem wykluczenie samo w sobie względem ruchów osób mających skromne możliwości finansowe.

Mali zepchnięci i niebezpieczni
Nowi gracze muszą być zamożni lub mieć nielegalne wsparcie, a to już problem dla bezpieczeństwa państwa. Co prawda wpłaty własne od osób fizycznych obwarowane są pewnymi ograniczeniami jak choćby wymóg pochodzenia środków jedynie od obywateli mieszkających w kraju, ale mają też szereg furtek otwartych na ingerencję z zewnątrz. Można bowiem wyobrazić sobie bez trudu, że mała partia X jest wspierana przez obcy wywiad lub organizację międzynarodową za pośrednictwem obywateli, którzy uprzednio te środki uzyskali w formie fikcyjnie świadczonej pracy na rzecz wskazanych podmiotów gospodarczych lub organizacji pozarządowych. Wszystko w majestacie prawa, choć wbrew interesom państwa. Co gorsze trudne do udowodnienia. Ale o tym przy innej okazji.

Stare maki w odwrocie
Sposób finansowania partii promujący dużych graczy oraz trudności starych ugrupowań z dostosowaniem swojego wizerunku ideowego do nowych wyzwań sprawia, że część z nich ratując się przed anihilacją szuka rozwiązań w fuzjach czy zmianach szyldów. W 2020 r. warszawski sąd zmienił statut Sojuszu Lewicy Demokratycznej, przemianowując to ugrupowanie na Nową Lewicę. Przyspieszeniu uległ także proces łączenia struktur partii z Wiosną Roberta Biedronia, w świadomości Polaków ugrupowania lewicowo-liberalnego. Prędzej czy później Nowa Lewica będzie musiała zbliżyć się także do PO albo Platforma do niej, tworząc obóz demokratyczny. Przed wchłonięciem w struktury PO broni się jak tylko może najstarsza polska partia PSL, która jeszcze niedawno marzyła o roli integratora – stąd np. stworzenie Koalicji Polskiej. Nie udało się z powodu problemów ideologicznych. PSL nie do końca wie, czy chce być bardziej konserwatywny jak 100 lat temu czy bardziej lewicowy jak po II wojnie światowej. Na pewno jednak w procesie integracji dwóch obozów Demokratów i Republikanów to właśnie ludowcy mogą odegrać czołową rolę.

Demokraci wokół PO
Tworzenie obozu Demokratów wokół PO nie jest wcale takie proste. Również ta partia ma problem ze swą tożsamością. Dlatego właśnie już w 2021 r. partia ta ma przyjąć nową deklarację ideową. Wiadomo, że dojdzie do dużego przełomu, zapewne rozdziału państwa od Kościoła. Być może lewicowa flanka w PO wywalczy także liberalizację w kwestii aborcji oraz uprzywilejowanie związków jednopłciowych, na wzór małżeństw. A może PO zrobi pół kroku i uzna jedynie majątkowe prawa osób pozostających w związkach partnerskich, ale wtedy na szybkie wchłonięcie lewicy nie będzie mogła liczyć. Czy to mało? Poprzednia deklaracja ideowa PO z 2001 r. w swym pięciopunktowym dokumencie mówiła m.in. o wolnym rynku, konieczności ochrony życia ludzkiego oraz wspieraniu rodziny i „tradycyjnych normach obyczajowych”. A we fragmencie dotyczącym gospodarki znalazło się nawet odwołanie do jednej z encyklik Jana Pawła II. To tylko pokazuje jak bardzo zmienia się PO. A co z PiS?

Problemy po odejściu lidera
Wyzwania ideologiczne partii Jarosława Kaczyńskiego nie budzą aż takich emocji. Więcej problemów może wywołać kwestia trwałej integracji środowisk prawicowych, zagrożonej niechybnym odejściem z polityki lidera PiS-u. Dziś rolę integratora zjednoczonej prawicy pełni PiS pod silnym przywództwem Kaczyńskiego, który w 2020 r. zapowiedział jednak, że po raz ostatni będzie ubiegał się o przywództwo w swej partii. Tymczasem na horyzoncie nie widać jego następcy, choć kandydatów nie brakuje. Sympatycy PiS-u jednym tchem wymieniają co prawda: ministra Zbigniewa Ziobro, Jarosława Gowina czy premiera Mateusza Morawieckiego, ale dwaj pierwsi nie należą nawet do PiS-u, a szef rządu nie ma odpowiedniego zaplecza politycznego by zastąpić Jarosława Kaczyńskiego. Co więcej po koronakryzysie może być jednym z najmniej lubianych polityków w Polsce.

Języczek u wagi
Zostaje jeszcze Konfederacja, ze stosunkowo młodym elektoratem i coraz bardziej rozpoznawalnymi działaczami. Jej szansą wydaje się anomia PiS-u w czasie bezkrólewia. Jeśli politycy tej formacji wykażą się sprytem, to przyszła zjednoczona prawica będzie powstawać właśnie wokół tego ugrupowania i utworzy obóz republikański. Ale aby Konfederaci mieli na to szansę muszą zrezygnować z sympatii ukierunkowanych na Wschód, a to już sprawa znacznie trudniejsza. No chyba, że USA pod rządami Demokratów, tak bardzo zmienią politykę względem Warszawy, że działacze Konfederacji nic nie będą musieli zmieniać. Ale to raczej scenariusz political fiction. Obecnie wydaje się, że konflikt o władzę w ramach Zjednoczonej Prawicy będzie trwał długo i pozwoli ukształtować się najpierw polskim Demokratom. Republikanie powstać będą mogli jedynie na fali zmęczenia ich rządami. Czy integratorem będzie Konfederacja, a może jednak PSL, który ratując się przed anihilacją bądź wchłonięciem przez Demokratów wróci do konserwatyzmu? A może pojawi się na prawicy nowy podmiot, wbrew trudnościom związanym z finansowaniem takich bytów? Istnieje oczywiście prawdopodobieństwo zachowania statusu quo, który jednak będzie zabójczy dla skutecznego sprawowania władzy.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Dlaczego Polska i Rosja wojują?

Historia wojen polsko-rosyjskich sięga Średniowiecza. Ze względu na długoletnie, trudne relacje ze wschodnim sąsiadem, Polacy to najlepsi eksperci od Rosji, choć Zachód, dla którego polityka Moskwy bywa równie kłopotliwa, jak dla Warszawy, nigdy w wystarczającym stopniu nie chciał korzystać z tej wiedzy. Dlaczego? Czy niechęć zachodniej dyplomacji wobec polskiego pośrednictwa w stosunkach z Moskwą, może mieć obiektywne przesłanki?

Jerzy Mosoń: Twierdzenie, że za fatalne kontakty polsko-rosyjskie odpowiada tylko jedna ze stron sporu jest fałszywe, jakkolwiek trzeba mieć na uwadze umiar w ocenie krzywd i win obydwu krajów. Z kolei, przyznanie się do tego przez stronę polską stanowiłoby zbyt duże ryzyko dla strategii dyplomatycznej Warszawy w relacjach z Europą Zachodnią oraz Waszyngtonem. Kłopot w tym, że zachodni politycy mają świadomość złożoności relacji polsko-rosyjskich, więc poczytują postawę Polski, która przedstawia się jako historyczna ofiara „Niedźwiedzia ze Wschodu”, jako słabość. Może, gdyby Polacy byli Żydami, to udałoby się przekonać Świat do holocaustu narodu polskiego z rąk rosyjskich, ale to niemożliwe, więc czas przemyśleć nowe podejście, biorąc pod uwagę obecny stan izolacji polskiej myśli dyplomatycznej oraz pewne historyczne prawdy.

Polska ekspansywna
Najpierw trochę historii. Gdy Rzeczpospolita była już nieźle zorganizowanym państwem to ludy, które dziś określamy Rosją, były, mówiąc oględnie, w fazie dość wczesnego rozwoju.

Już wtedy, tj. za czasów Mieszka I, toczyła się rywalizacja z Rusinami o ziemie ważne z punktu widzenia relacji handlowych, w szczególności dla transkontynentalnego szlaku z Europy zachodniej na Bliski Wschód, który prowadził z Andaluzji poprzez Francję, Niemcy, czeską Pragę, Bramę Morawską, Kraków oraz Bramę Przemyską do Morza Czarnego i Kijowa, a nawet dalej, na Bliski i Daleki Wschód. Dopiero jednak w okresie Kazimierza Wielkiego, wschodnia granica kraju zaczęła wykraczać daleko poza Bug. Jeszcze przed zawarciem unii polsko-litewskiej, Kazimierz Wielki dał początek ekspansji Polski w kierunku wschodnim, zajmując Grody Czerwieńskie. Zakończył tym samym kilkuwiekowe zmagania z władcami Rusi Kijowskiej, a następnie Halicko-Włodzimierskiej. Od tej pory Polska miała na Wschodzie wielkiego wroga. Ta niechęć została pogłębiona wydarzeniami z początku XVII wieku, kiedy to 29 października 1611 roku, zdetronizowany przez Polaków car Wasyl IV złożył hołd królowi Zygmuntowi III Wazie.

Warto pamiętać o tym, że Rosjanom tak bardzo doskwierała polska okupacja, że w dniu 4 listopada (święto cerkiewne Matki Boskiej Kazańskiej), każdego roku, w rocznicę udanego powstania przeciw Polakom z dnia 7 listopada 1612 r. obchodzą święto narodowe, pod nazwą Dzień Jedności Narodowej.

Jak trudno podpić Rosję
W opinii ekspertów z zakresu geopolityki, Rosja jest krajem bardzo trudnym do zdobycia, m.in. ze względu na swe położenie geograficzne. Od strony zachodniej tym newralgicznym terenem dla obcych wojsk ma być Nizina Środkowoeuropejska, tak rozległa, że stworzenie sprawnie działających linii zaopatrzeniowych wydaje się niemożliwe. Tym bardziej fakt z jaką łatwością udało się wejść Polakom do Moskwy i zaprowadzić tam swoje rządy, musi budzić u Rosjan niechęć oraz strach względem swego sąsiada. Znakomity dziennikarz i ekspert w obszarze stosunków międzynarodowych, Tim Marschall, był łaskaw napomknąć w swej książce „Więźniowie geografii” o tym, że Polakom udało się przekroczyć Nizinę Europejską. Zestawił ten sukces z krótkotrwałym pobytem Szwedów, Napoleona oraz Hitlera na ziemiach rosyjskich. Gdyby jednak wykazał się większą dbałością o szczegóły musiałby przyznać, że tylko polskim wojskom udało się na kilka lat sparaliżować strategiczną część państwa ówczesnych Rosjan. Mają tego świadomość sami Rosjanie, dlatego w kolejnych wiekach, sednem polityki zagranicznej Moskwy, stała się „gra” na osłabienie swojego zachodniego sąsiada, jako jedynego państwa realnie potrafiącego zagrozić istnieniu imperium. Również w nowym milenium Moskwa nie zmieniła swej polityki względem Warszawy, prowadząc zręczną grę z Paryżem, Berlinem i Londynem, gdzie na samym końcu stratna symbolicznie bądź gospodarczo ma być Polska.

Ostatni sukces w Gruzji
W ostatnich dwudziestu latach, Polska już nie raz została upokorzona poprzez odrzucenie jej pośrednictwa w rozwiązaniu konfliktów, w których brała udział Rosja, a to właśnie sprawność dyplomatyczna państwa, świadczy dziś o jego realnej sile. O ile jednak w przypadku wojny rosyjsko-gruzińskiej, brawurowa szarża nieżyjącego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który ryzykując życie, wraz kilkoma innymi przywódcami Europy Środkowej i Wschodniej, zapobiegł rosyjskiemu „Blitzkriegowi”, a także nie pozwolił tym samym na marginalizowanie polskiej dyplomacji, to w przypadku ataku na Ukrainę, Polakom już nie udało się skutecznie zareagować. Warto przy okazji zaznaczyć, że wbrew temu, co Gruzini i Polacy sądzą o zasługach ś.p. Lecha Kaczyńskiego, w kwestii powstrzymania Rosji, to w Europie Zachodniej dominuje przeświadczenie o tym, że decydująca w wygaszeniu rosyjsko-gruzińskiego konfliktu z 2008 roku, była „umiarkowanie udana” misja prezydenta, ale nie Polski a Francji, Nicolasa Sarkozy’ego, który miał doprowadzić do końca „wojny pięciodniowej”. Umiarkowanie udana, bo dyplomacja francuska nie zapobiegła zmianom na mapie i konieczności migracji ponad 150 tysięcy Gruzinów. Tak naprawdę jednak dyplomacja francuska została rozegrana przez Kreml, ale historię piszą najsilniejsi.

Ukraińska izolacja
Lecz najważniejsze jest to, że w kolejnym konflikcie, w którym agresorem była Rosja, polska dyplomacja nie miała już zbyt wiele do powiedzenia. Niektórzy komentatorzy mogą z perspektywy czasu odczytywać, że odsunięcie Polski jako pośrednika, po ataku Rosji na Ukrainę w 2014 roku, było największą porażką polityki zagranicznej gabinetu Donalda Tuska. Problem w tym, że o polskie pośrednictwo w rozwiązaniu tego konfliktu nie zabiegał sam Kijów, a przynajmniej, nie w takim stopniu, jak czynił to prezydent Gruzji, Micheil Saakaszwili, sześć lat wcześniej. Trzeba mieć też na uwadze, histeryczne słowa ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, wypowiedziane u progu konfliktu, do ukraińskich opozycjonistów: „Jeśli nie poprzecie tego porozumienia, będziecie mieli stan wojenny, będziecie mieli wojsko, wszyscy będziecie martwi”. Słowa te zakończyły de facto dyplomatyczną rolę Polski, jako potencjalnego rozjemcy. Można zatem spekulować czy pozycja Polski od 2008 do 2014 roku spadła tak bardzo za sprawą ogólnej słabości Polski, czy jednak decydujące okazały się pojedyncze akcje polityków – jedna niebezpieczna, ale skuteczna, druga histeryczna i wyłączająca? Tego nie dowiemy się nigdy. Faktem niezaprzeczalnym jest izolowanie polskiej dyplomacji od konfliktów, w których uczestniczy Rosja. A to już niebezpieczne z punktu widzenia, nie tylko strat symbolicznych, lecz także interesów gospodarczych Polski.

Gaz i polityka
Gdyby Zachód ufał bardziej temu, co polscy eksperci wiedzą o rosyjskich zamiarach, to pewnie żadne „łapówki” nie miałyby szansy przekonać decydentów z Zachodu, że nie ma zagrożenia w związku z budową Nord Stream II – zdają się komunikować polscy politycy. W takiej sytuacji pozostaje uwierzyć, straszącym albo poprosić ich o dowody. Trudno powiedzieć, co takiego zadziało się za kadencji prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa, że administracja amerykańska uwierzyła i wprowadziła sankcje wobec firm, które chcą uczestniczyć w budowie niemiecko-rosyjskiego gazociągu. Prawdopodobnie jednak nie jest to zasługa polskich ekspertów, zajmujących się stricte Rosją, a tych, którzy na cyferkach pokazali Amerykanom, ile mogą stracić, jeśli rosyjski gaz jeszcze bardziej zaleje Europę. W końcu Amerykanie również handlują tym surowcem, a nic tak nie przekonuje do stałych argumentów emocjonalnych, jak suche wyliczenia. Kłopot w tym, że aby tego dokonać, Polska musiała złożyć obietnicę zakupu gazu na wiele lat, i o ile, w okresie prosperity gospodarczej wypełnienie zobowiązań wydawało się wykonalne, to nie wiadomo czy uda się te plany utrzymać po koronawirusie. W świecie, z nowym prezydentem USA, Joe Bidenem, który podczas kampanii prezydenckiej w nieraz dał wyraz swej słabej orientacji w geopolityce, budząc jednocześnie obawy czy polska dyplomacja na pewno postąpiła słusznie, stawiając w budowaniu sojuszów na jedną amerykańską kartę.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Rasizm odwrócony, czyli „biała małpa” istnieje


Analitycy niechętnie spekulują o podłożu zabójstw dokonywanych na farmerach w Republice Południowej Afryki. A winę za rosnące napięcia w imigranckich dzielnicach państw Europy Zachodniej, zrzucają najczęściej na: biedę, narkotyki i fanatyzm religijny.

Jerzy Mosoń: Nadszedł czas, by zadać pytanie: czy aby na pewno badacze wskazują wszystkie przyczyny rosnącej polaryzacji w świecie? Czy dostrzegają pewien przemilczany problem, który powoli staje się jednak codziennością coraz większej grupy osób, w każdym zakątku globu?

Biali przedstawiciele gatunku ludzkiego, bez wątpienia zasłużyli sobie na to, aby to właśnie im przypisywać powstanie i rozwój rasizmu. Towarzyszył on ludzkości od zarania dziejów, stojąc często u podstawy niewolnictwa, jak również innych form prześladowań wobec osób o ciemniejszym odcieniu skóry. To zatem zrozumiałe, że gdy pojawia się określenie „rasista”, większość ludzi wyobraża sobie białego człowieka krzywdzącego przedstawiciela czarnej lub żółtej kategorii etnicznej.

Jeśli rasista to biały…
Tak, bez wątpienia utożsamianie rasisty z człowiekiem białym, to także stereotyp, a być może nawet uprzedzenie. O tyle niebezpieczne, że przy panującej wciąż „pedagogice wstydu” z powodu grzechów przodków, może utrudniać dostrzeżenie tego, co dzieje się obecnie z samym zjawiskiem rasizmu. Czy rzeczywiście rasizm zanika, a jeśli tak to gdzie, w jakich grupach społecznych? A może tylko zmienia on wektory albo wcale nie odchodzi do historii? Co ewolucja rasizmu oznacza dla kolejnych pokoleń?

Farmerzy bez ziemi
Wracając do wskazanej na początku sytuacji farmerów w RPA, warto podkreślić, że prześladowania, jakim są tam poddawani biali, niegdyś rządzący tym krajem obywatele mają charakter zarówno oddolny, jak i instytucjonalny. Ataki odbywają się przy akceptacji społeczeństwa oraz zastanawiającej ciszy ze strony światowej opinii publicznej. Co więcej, władze RPA wprowadziły prawo dotyczące konfiskaty majątków białych farmerów, pośrednio potwierdzając tym samym, że szykany względem potomków kolonizatorów mają błogosławieństwo czarnej, rządzącej większości.

To tylko rabunek
Kłopot w tym, że nie można jeszcze uznać tych prześladowań za ludobójstwo, a jednym z argumentów utrudniających taką kwalifikację jest okoliczność, że podczas ataków na białych giną też czarni, najczęściej pracownicy plantacji należących do białych farmerów. To z kolei znakomite „paliwo” dla „ekspertów” kontestujących rasistowskie pobudki agresorów. Z łatwością wskazują oni na motyw rabunkowy ataków i odsuwają tym samym uwagę opinii publicznej od faktów, które naprawdę leżą u podstaw rasizmu w Afryce. A dzieje się źle!

Wyjeżdżają ponieważ chcą czy muszą
Tylko w latach 2001-2018 doszło do 1 647 morderstw, na farmach zdominowanych przez białych mieszkańców RPA. Od kilkunastu lat zmniejsza się też populacja białej ludności tego państwa, w następstwie emigracji. Niedawno społeczność ta liczyła znacznie powyżej 4.5 mln z 52 mln mieszkańców. Obecnie, choć ogólna liczba ludności w tym kraju rośnie i zbliża się do 58 mln, w okresie tylko jednego dziesięciolecia można było doliczyć się ponad miliona białych uchodźców, którzy opuścili ten kraj..

Jest dokąd uciec?
Zachód wita obywateli RPA z otwartymi rękoma. W okresie kilku pokoleń, biali farmerzy oraz przedsiębiorcy zdołali zgromadzić, bowiem znaczne środki finansowe. Co jednak czeka ich po przyjeździe do dawnych ojczyzn? Europa Zachodnia od dawna nie jest już wolna od niepokojów. W następstwie wojny, jaką po 2001 roku, tj. ataku na World Trade Center, wydał terrorystom prezydent USA, George Bush junior, napięcia między muzułmanami a pozostałą ludnością Zachodu, utrzymują się na bardzo wysokim poziomie. Nieco bezpieczniej jest, paradoksalnie, w samych Stanach Zjednoczonych, ale wynika to zarówno z innego, dużo bardziej zdecydowanego podejścia tamtejszych służb, jak i samej struktury tego kraju, zbudowanego od podstaw na imigrantach. Warto zatem najpierw przyjrzeć się Europie.

Strefy szariatu” czy rasowe getta?
W ostatnich latach furorę robiło publicystyczne określenie dzielnic zdominowanych przez ludność napływową, mianem „stref szariatu”. Nazwa wzięła się z przeświadczenia obserwatorów o tym, że w tych dystryktach nie obowiązuje faktycznie prawo danego państwa, a zasady stanowione przez islamską część imigrantów. W takich dzielnicach niechętnie ma interweniować policja, zaś wycieczka do „stref szariatu” niemuzułmanina, oznacza spore ryzyko. Zaraz, zaraz, ale skąd „ci źli fundamentalistyczni muzułmanie” mają wiedzieć czy ktoś wierzy w Allaha czy nie? Nie każdy muzułmanin nosi przecież brodę, tak jak nie każdy brodacz wykonuje pokłony wobec Mahometa. Czynnikiem wyróżniającym jest na pewno kolor skóry, a i ten może wprowadzać w błąd, bo na przykład Persowie to biali, a mimo tego faktu, większość z nich to muzułmanie. Przeprowadzony oraz opisany poniżej eksperyment potwierdza, że kolor skóry może być jednak kluczowym czynnikiem, co oczywiście nie wyklucza dyskryminacji z innych powodów.

Idzie biały
Gdy kilkanaście lat temu postanowiłem zwiedzić imigranckie dzielnice Europy Zachodniej i opisać swe wnioski w jednym z ogólnopolskich dzienników, większość przychylnych mi osób odradzała mi ten eksperyment, twierdząc, że jestem na to… zbyt biały. Odrzuciłem te ostrzeżenia, traktując je jako niesłuszne oskarżenia wobec imigrantów, którzy przecież mogliby być co najwyżej ofiarami rasistów, a nie rasistami. Problem miał tkwić w fundamentalizmie religijnym, a to oznaczało, że jeśli nie będę głosił ewangelii Chrystusa, to pośród muzułmanów powinienem czuć się bezpieczny.

Już jednak pierwsza wycieczka na obrzeża Kopenhagi potwierdziła, jak bardzo się myliłem, bowiem z wrogością spotkałem się niedługo po przekroczeniu strefy.

Uwierzyłem wówczas, że nawet, jeśli jednym z przejawów dyskryminacji imigrantów, w odniesieniu do rdzennych mieszkańców Europy, jest religia, to zdecydowanie kolor skóry ma pierwszorzędne znaczenie, gdyż stanowi rodzaj negatywnej identyfikacji.

Małpy są różne
Co do rasistowskiego charakteru niechęci okazywanej obcym, upewniłem się jednak dopiero we własnej Ojczyźnie. Pewnego dnia robiąc zakupy warzywne na jednym ze stołecznych, już nieistniejących bazarków, mijałem azjatycki stragan z ubraniami. Sprzedawca zaczepił mnie, chcąc zachęcić do zakupu kurtki zimowej. Z grzeczności przystanąłem, obejrzałem i odmawiając – podziękowałem. W odpowiedzi usłyszałem: „Ty biała małpo!” Nie wiem czy bardziej mnie to zdziwiło czy zezłościło, ale zapewniam, że straganiarz przeżył swe zuchwalstwo, mimo, że jeszcze dwukrotnie powtórzył wyzwisko.

Wyższa cywilizacja Wschodu
Postanowiłem na spokojnie dalej drążyć temat, rozmawiając z ludźmi, którzy o Wschodzie, szczególnie tym Dalekim, wiedzą znacznie więcej ode mnie. Okazało się, że określenie białego „białą małpą”, to wypowiedź raczej typowa dla Azjatów, którzy czują się cywilizacyjnie bardziej rozwinięci od rdzennych Europejczyków. Nie ma z czym dyskutować, na naszych oczach Chiny stają się największą gospodarką świata, czołowe firmy technologiczne pochodzą z Azji, a Europa produkuje coraz mniej urządzeń innowacyjnych. Jeśli zaś chodzi o kulturę, to sztuka nowoczesna, w wydaniu białych, opiera się na skandalizowaniu, co w Azji byłoby nie do zaakceptowania, gdyż tam szacunek to jedna z podstawowych wartości, którą biali depczą w imię źle pojmowanej wolności. Zostawmy zatem tę rywalizację rasową, pomiędzy żółtymi a białymi.

A co z czarnymi?
W toku badań i rozmów ze znajomymi podróżnikami, a jednocześnie badaczami, dowiedziałem się także, że określenie „biała małpa”, stanowi sformułowanie nieobce również wielu czarnym, którzy używają je, niby to w odwecie, za obraźliwe przezywanie ich przez lata: małpami… Cóż, obecnie statut osób czarnoskórych jest wyższy niż kilka dekad temu. Dwie kadencje, ich nieformalny przedstawiciel Barack Obama, rządził w sposób najbardziej formalny, najpotężniejszym krajem świata. Ludzi o czarnej karnacji, od lat są traktowani w sposób uprzywilejowany, w show-biznesie, w sporcie i kulturze, w myśl poprawności politycznej, która każe zadośćuczynić im za winy białych przodków-rasistów i panów, którzy zrobili z nich niewolników. Jak widać, sporo tych animozji, a także rywalizacji między rasami w świecie, gdzie rasizmu miało już nie być. Ale sporo też niekonsekwencji.

 

Black/white lives matter?
Rzeczywiście każde życie powinno być ważne, dlatego ruch „Black lives matter”, trafił PR-owo w dziesiątkę, ze swym sprzeciwem wobec przemocy, jakiej bez wątpienia od czasu do czasu, dopuszczają się funkcjonariusze różnych służb, wobec czarnoskórych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Ale czy na pewno przemoc wynikająca z rasizmu, ukierunkowana jest tylko w osoby o czarnym kolorze skóry? Kłopot w tym, że nagłaśniane są przede wszystkim ataki, w których ofiarami są oni.

Postrzelenie w rewanżu za śmierć czarnoskórego nastolatka, dwóch policjantów w Ferguson i inicjatywa „Blue lives matter”, nie odbiły się już tak szerokim echem, a już na pewno nie spotkały się z podobnym zainteresowaniem mediów, jak zabicie w 2020 roku, przez policjanta, czarnoskórego przestępcy, George’a Floyda. Również próba zainicjowania ruchu „All lives matter”, nie spotkała się z pozytywnym odzewem, choć w przeciwieństwie do BLM, ruch bardziej łączył niż dzielił. Być może zabrakło liderów opinii publicznej, a może środków finansowych, jakimi dysponuje z kolei ruch „Black lives matter”, wspierany przez organizację Open Society Foundation, założoną z inicjatywy spekulanta finansowego, George’a Sorosa, jak również Ford Foundation, Borealis Philanthrop oraz wiele innych podmiotów.

Rasizm w służbie polityki
Na pewno jednak ci, którzy mówią o możliwości instrumentalnego traktowania kwestii rasizmu, np. w celach politycznych, mogą mieć trochę racji. Największe protesty zainicjowane przez „Black lives matter” w 2020 roku, tj. w roku wyborów prezydenckich w USA, przerodziły się w zamieszki, przy okazji których chuligani demolowali i okradali sklepy, pokazując, że władza niewiele może. Ostatecznie napięcia te mocno ograniczyły szanse na reelekcję prezydenta USA, Donalda Trumpa, i jako drugi czynnik po pandemii, można uznać je za przyczynę przegranej republikańskiego lidera, utożsamianego często z przedstawicielem białej części Amerykanów. Tak, prezydent-elekt, Joe Biden, zdążył już namaścić swą zastępczynię i… następczynię, czarnoskórą Kamalę Harris.

Tego nie wolno…
Jesienią 2020 roku, światowe media obiegła wieść, że czarnoskóra modelka i aktorka, Jodie Turner-Smith, zagra królową Annę Boleyn, w serialu brytyjskiego Channel 5. Zapewne w agencjach aktorskich nie brakuje pań, które samym swym wyglądem wierniej oddałyby tę postać. To mniej więcej tak, jakby królową „Marysieńkę” miała zagrać Whoopi Goldberg. Ale kto w świecie poprawności politycznej odważyłby się sprzeciwić takiemu zakłamywaniu historii i zakwestionować powierzenie czarnej aktorce roli, w której miałaby odtwarzać postać białą jak ściana? Nikt nie chce przecież być nazwany rasistą. Ale w drugą stronę – proszę bardzo.

A to już tak
W 2018 rok, Netflix wyemitował adaptację powieści Richarda K. Morgana pt. „Modyfikowany węgiel”. Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, w 2384 roku, z udziałem Azjaty Takeshiego, który ginie, a następnie ma się odrodzić w innym ciele. Kłopot w tym, że Takeshi odradza się w ciele szwedzkiego, białego aktora Joela Kinnamana, co nie spodobało się opinii publicznej. Magazyn „Time” pokusił się o komentarz: „Modyfikowany węgiel rozgrywa się w przyszłości. Ale daleko mu do orientacji na przyszłość”. Z tekstu artykułu można było się dowiedzieć, że atmosfera serialu jest „nieodwołalnie wsteczna”, a to za sprawą w jaki sposób twórcy pokazali „rasy, płci oraz klasy”. A gdyby tak Takeshi zmienił rasę w drugą stronę? Pewnie byłoby już cudnie… Podobnych przykładów jest zresztą znacznie więcej: Sierra Boggess została tak zaszczuta przez latynoską opinię publiczną, że wycofała się z roli w koncertowej wersji „West Side Story”, robiąc miejsce aktorce o bardziej portorykańskim wyglądzie.

Najciekawsze te i podobne historie zebrał Douglas Murray, który w odważnej książce: „Szaleństwo tłumów” opisuje m.in. współczesny rasizm. I jak twierdzi z przekonaniem: „(…) cechy rasowe aktora czy innego wykonawcy są najważniejszymi czynnikami przy obsadzaniu danej roli. Ważniejszymi nawet od scenicznych umiejętności.”

Prawda, że to smutne?

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Żyjemy w słowach…


Gdy 13 stycznia 2019 roku trójmiejski psychopata Stefan W. wtargnął na scenę i zamordował prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, wielu publicystów i komentatorów twierdziło, że to wina PiS, że przyczyniła się do tego mowa nienawiści emitowana przez TVP. Dziś opozycja idzie tą samą drogą, aczkolwiek na szczęście tak dramatyczne konsekwencje jeszcze się nie wydarzyły.

Roman Mańka: Istnieją w życiu publicznym mosty, za które nie wolno przechodzić. Są granice, których nie powinno się przekraczać. Takim punktem jest przyzwoitość oraz zasady fair play. Nawet, gdy druga strona gra nieczysto, nie można iść tą samą drogą. Nie należy równać w dół, bo to postawa prymitywna. Zło jednych nie stanowi usprawiedliwienia dla poczynań drugich. Agresja nigdy nie jest dobrym programem i zawsze prowadzi do katastrofy.

Użycie nadaje sens
Każdy człowiek definiuje sytuację po swojemu, zaś słowa mogą mieć różne znaczenia dla poszczególnych osób. Nie dotykamy rzeczywistości bezpośrednio. Nakładamy na nią kulturę i jednocześnie odczytujemy ją za pomocą kultury. Ludzie działają poprzez język. – „Język jest domem bytu” – twierdził niemiecki filozof, Martin Heidegger, choć stanowi to pewne uproszczenie jego filozoficznych poglądów. – „Granica twojego języka, jest granicą twojego świata” – pisał z kolei słynny Wiedeńczyk, Ludwig Wittgenstein. Świat rozpoznajemy poprzez język. Rzeczą nadajemy nazwy. Podróżujemy za pomocą słów i znaczeń. Tyle tylko, że desygnaty nie dla wszystkich muszą być tożsame i nosić identyczne treści.

Jacques Derrida pisał o „śmierci autora”. Zwracał uwagę na drogę, którą przechodzi znaczenie pokonując odcinek autor – odbiorca. Gdy znaczenie opuszcza usta nadawcy albo kiedy wydobywa się spod jego pióra, następuje śmierć sensu. W ten sposób odbiorca może nadać mu już inne znaczenie. Poszczególne strony nie muszą rozumieć wyrażeń tak samo.

Harold Garfinkel i Aaron V. Cicourel, to socjologowie zajmujący się etnometodologią, działem nauk humanistycznych badającym wypracowane metody porozumiewania się, czyli środki, narzędzia oraz ramy regulujące interakcje, dzięki którym członkowie populacji porządkują świat społeczny, nadając mu sens i realność. W ramach etnometodologii kluczową rolę odgrywa indeksykalność znaczeń. Stosując skrót myślowy można powiedzieć, że jest to zdroworozsądkowe odczytywanie wyrażeń. Przekazy symboliczne nie mogą być rozumiane w oderwaniu od kontekstu znaczeniowego. W opinii Garfinkla i Cicourela, o znaczeniu decyduje kontekst oraz definicja sytuacji. Komunikacja nie może być zredukowana do nominalnego znaczenia wyrazów, jak również tylko do reguł gramatycznych, albowiem będzie to powodowało błędne interpretacje i nieporozumienia. Język jest podatny na ambiwalencje oraz niuanse znaczeniowe. Ludzie w różny sposób mogą definiować sytuację, co przekłada się na określone rozumienie komunikacji oraz na działania. Słowo „dziękuję” może posiadać wiele sensów, podobnie wyrażenie „przepraszam”, nie mówiąc już o wulgarnym oraz obscenicznym, odczytanym w indeksykalnym, zdroworozsądkowym, praktycznym rozumieniu, zdaniu: „chodź zrobię ci loda”.

To ostatnie wyrażenie co innego będzie oznaczało w języku kulinarnym czy gastronomicznym, co innego w potocznym, zaś gdyby miało być rozpatrywane na sali sądowej, podczas np. procesu w przedmiocie udzielenia rozwodu, może powstać problem z jego właściwym odczytaniem.

Terroryzm symboliczny
Wspomniany powyżej Wittgenstein uważał, że o znaczeniu przesądza użycie, a więc praktyczne zastosowanie słów. Friedrich Nietzsche wypowiedział z kolei słynne zdanie: „nie ma faktów, są (tylko) interpretacje”.

Na tym właśnie polega problem, że przekaz symboliczny może być przez ludzi, w zależności od uwarunkowań kulturowych, społecznych, psychologicznych, mentalnych, genetycznych, zatem od ich cech wrodzonych, wychowania, wykształcenia, predyspozycji, środowiska, w bardzo różny sposób odczytywany.

Istnieje szereg sytuacji, w których nie ma jednego absolutnego, obiektywnego rozumienia. O znaczeniu zawsze decyduje kontekst, który nie musi mieć jednolitej dla wszystkich figury.

Wykorzystują to osadzeni w więzieniach przestępcy, kiedy informacje przekazują sobie, w sposób zakamuflowany, za pomocą grypsów. Ten rodzaj mówienia występuje również w życiu potocznym, kiedy porozumiewamy się na zasadzie mowy et cetera, używając daleko idących uproszczeń i skrótów myślowych, które jednak nie dla wszystkich mogą być zrozumiałe. Z podobnych form korzystają służby specjalne, przekazując sobie ważne informacje ukryte w komunikatach medialnych, dotyczących zupełnie innych spraw, niż zaszyfrowany w indeksykalnym znaczeniu tekst.

Najnowsza metodologia działań terrorystycznych odwołuje się właśnie do języka. Cel ataku czy agresji zostaje wskazany za pomocą stygmatyzacji (ofiara zostaje oznaczona przy użyciu słów, języka), później ma w niego uderzyć konkretny, uruchomiony symbolicznie, wykonawca. Unika się komunikatów sformułowanych bezpośrednio, w ramach fizycznego kontaktu. Nie ma przestrzeni na wydany w sposób tradycyjny rozkaz. Cel zostaje wskazany poprzez media. Później terrorysta z pomocą sugestii symbolicznych emitowanych w telewizji, radiu, bądź Internecie, sam sobie wydaje rozkaz. Jednak zlecenie zostało przekazane symbolicznie w przestrzeni medialnej.

Język jest niesowicie ważny. Nie dotykamy realnego świata bezpośrednio, poruszamy się w nim za pomocą języka. Z autopsji zaś wiemy, że agresję fizyczną poprzedzają przeważnie słowa lub znaczące gesty. Mówi się: od słowa do słowa…

Pomiędzy ustami a uszami
Gdy kobiety z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, organizacji o tak pięknej nazwie, nawiązującej do twórczości Arystotelesa, protestujące, co trzeba powiedzieć na samym początku, w merytorycznie słusznej sprawie, gdyż zostały sprowokowane przez autorytarny rząd PiS, w okresie pandemii koronawirusa, przy użyciu ideologicznego tematu aborcji (zaostrzenia ustawy aborcyjnej przez Trybunał Konstytucyjny), krzyczą „to jest wojna”, „j…. PiS”, czy „w……….”, to każdy może te znaczenie w różny sposób zinterpretować. To co jest oczywiste dla walczących o swoje prawa pań, nie musi oznaczać tego samego w recepcji poszczególnych ludzi. Sens określonych (co tu dużo mówić: wulgarnych) słów w ustach liderek OSK, nie zawsze będzie taki sam, jak w uszach odbiorców. Każdy zdefiniuje sytuację po swojemu, odczyta znaczenia poprzez własne konteksty. I w tym jest właśnie zasadniczy problem.

Kobiety komunikują się w ramach formuły indeksykalnej, badanej przez etnometodologię. Kiedy mówią: „to jest wojna” albo „j…. PiS”, to zapewne nie mają na myśli brutalnej walki zbrojnej z bronią w ręku, militarnej konfrontacji, czy wymiany ciosów na śmierć i życie, albo fizycznego unicestwienia PiS. Większości z nich zapewne nie chodzi o prawdziwą, wyniszczającą wojnę, a tylko o starcie ideologii, koncepcji światopoglądowych, sposobów myślenia, różnych praktyk medycznych stosowanych w zakresie aborcji. Pamiętajmy jednak o tym, co na początku lat 90. XX wieku, sformułował Samuel Huntington, w polemice z Francisem Fukuyamą, w „Foreign Affairs, pisząc „The Clash of Civilizations i definiując nowy charakter stosunków społecznych jako „zderzenie cywilizacji”: politykę mają zdominować starcia pomiędzy cywilizacjami, zaś źródłem konfliktów staną się różnice kulturowe, wywodzące się z podziałów religijnych.

Wprawdzie diagnoza Huntingtona miała ramy geopolityczne i odnosiła się do stosunków międzynarodowych, w ujęciu globalnym, to jednak jest możliwe również jej lokalne zaistnienie, w układzie diagonalnym, w poprzek konkretnych państw. Mechanizm zarysowany przez Huntingtona, może występować na różnym poziomie: zarówno globalnym, jak i lokalnym.

Nigdy nie możemy wiedzieć czy statystyczny mieszkaniec któregoś z miast w Polsce nie zrozumie zbyt dosłownie słów demonstrujących kobiet z OSK, odczytując je w wąskim znaczeniu gramatycznym, i czy nie pomyśli sobie, że to jest rzeczywiście wojna i trzeba fizycznie zniszczyć PiS. Dlatego posługiwanie się wulgarnymi, napełnionymi agresją komunikatami, jest „zabawą zapałkami w fabryce dynamitu” i stanowi niesłychanie nieodpowiedzialny akt. Polska debata publiczna została w wystarczającym stopniu zdewastowana.

Dno nienawiści
Tymczasem ofiar podziału kulturowego mającego miejsce w Polsce jest już sporo. 19 października 2010 roku, kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej, w rezultacie ataku na biuro poselskie PiS, zginął działacz tej partii, Marek Rosiak, druga ofiara, Paweł Kowalski, została z poważnymi obrażeniami odwieziona do szpitala. Sprawcą zamachu był Ryszard Cyba. Wg ustaleń „Gazety Wyborczej” (pisma nieprzychylnego PiS) docelową ofiarą agresji Cyby miał być przywódca PiS, Jarosław Kaczyński. Sam sprawca w wypowiedziach medialnych oświadczył: (…) „żałuję, że nie mam już broni, bo bym powystrzelał wszystkich pisowców”. Wg informacji przedstawionych przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji, Jerzego Millera: Cyba rozpaczał też, że z 49 posiadanych pocisków, użył tylko ośmiu.

Za morderstwo PiS obarczył rządzącą wówczas w Polsce Platformę Obywatelską. Prominentni politycy partii Jarosława Kaczyńskiego, jak również związani z nią konserwatywni publicyści, próbowali wykazywać, iż prawdziwym, najgłębszym źródłem morderstwa był tzw. przemysł pogardy uruchomiony w odniesieniu do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a następnie wobec całej formacji PiS.

Niespełna 10 lat później, historia się powtórzyła, tylko że w drugą stronę. 13 stycznia 2019 roku, podczas 27. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w jej lokalnej odsłonie w Gdańsku, na scenę wkroczył Stefan W., zadając nożem desantowym, jakiego zwykle używają komandosi, trzy ciosy prezydentowi Gdańska, wcześniej związanemu z PO, Pawłowi Adamowiczowi. Zaraz po przemówieniu Adamowicza, w trakcie odliczania przed tzw. światełkiem do nieba, Stefan W. wtargnął na scenę, przejął mikrofon i zaczął krzyczeń: „nazywam się Stefan W. Siedziałem za (rządów) Platformy. PO mnie torturowała. I dlatego Adamowicz musiał zginąć”.

Na około dwa lata przed zdarzeniem, media kontrolowane przez partię rządzącą (PiS), zwłaszcza telewizja publiczna, uruchomiły przeciwko Adamowiczowi totalną kampanię: donosiły o rzekomych nieprzejrzystych działaniach Adamowicza. W przekazie medialnym sugerowano korupcję. Prezydent Gdańska miał mieć problem z wykazaniem własnego majątku. Publiczne media twierdziły m.in., że w sprawozdaniach majątkowych nie ujawnił wszystkich posiadanych mieszkań, i że dysponował wieloma kontami bankowymi.

Politycy PO, a także komentatorzy i publicyści związani z opozycją, uważają, że właśnie te przekazy, mogły być źródłem ataku na prezydenta Adamowicza, a tym samym pośrednią przyczyną jego śmierci.

Sam Stefan W., w zeznaniach odebranych przez prokuraturę, miał powiedzieć, że zamierzał się przeprowadzić do województwa, w którym władze sprawuje PiS, co miało świadczyć o jego sympatiach w stosunku do partii Jarosława Kaczyńskiego oraz politycznych motywach morderstwa.

Mimo tych wydarzeń, nieustannie, zarówno strona PiS, jak i tzw. liberalna (choć jest to określenie dalece nieprecyzyjne oraz nieadekwatne), posługuje się mową nienawiści. W trakcie kampanii prezydenckiej w czerwcu 2020 roku, PiS stygmatyzował środowisko LGBT; obecnie kobiety z OSK krzyczą: „to jest wojna”, j…. PiS oraz w……….

Co gorsza, po obydwu stronach znajdują się ludzie nauki, mediów, kultury, artyści i celebryci, którzy tego rodzaju działania starają się uzasadniać i usprawiedliwiać.

Polska polityka sięgnęła dna.

Hipokryzja
W lutym 2020 roku, po przegłosowaniu ustawy przydzielającej ogromną dotację finansową telewizji publicznej, w wysokości 2 mld zł rocznie, posłanka PiS, a wcześniej dziennikarka między innymi TVP oraz „Gazety Polskiej”, Joanna Lichocka, w aroganckiej, tryumfalnej konwencji, pokazała wobec posłów opozycji, głównie PO, wulgarny, obsceniczny gest, znany np. z popularnego swego czasu izraelskiego serialu „Lody na patyku”: wyciągnięty palec oznaczający fuck off. Stosując interpretację etnometodologiczną tego gestu znaczącego, wyrażonego za pomocą mowy ciała i opierając się na indeksykalności znaczenia, czyli tak jak może zostać odczytane w rozumieniu potocznym, z uwagi na definicję sytuacji, oznacza ono: o…….. …, a właściwie p…… … Gest w semantycznym znaczeniu odsyła tak naprawdę do onanizmu.

Sama Lichocka próbowała swoje zachowanie tłumaczyć, czynnością praktyczną, użyteczną: ogarnięciem włosów z oka. Jednak była to czysta hipokryzja i czysty cynizm.

W sumie gest Lichockiej posiada bardzo podobne znaczenie, jak werbalny przekaz artykułowany przez kobiety z OSK. Inne jest tylko tło sytuacji: Lichocka sięgnęła po wulgarną mowę ciała tryumfalnie, ale trzeba pamiętać, że w reakcji na krzyczących w jej kierunku za pomocą dość ostrego i prowokacyjnego słownictwa, posłów opozycji; kobiety z OSK zareagowały w odruchu oburzenia w związku z prowokacją PiS, za którą można uznać postanowienie czy orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wprowadzenia zakazu aborcji, z powodu wady płodu.

Po tym jak Lichocka wykonała swój gest, przez sprzyjające opozycji, „liberalne” media przetoczyła się fala oburzenia, wielu publicystów i komentatorów związanych z TVN24, „Gazetą Wyborczą”, „Oko Press”, „Newsweek Polska”, Radiem TOK FM, piętnowało postawę posłanki Lichockiej, jako niemieszczącą się w ramach standardów życia publicznego. W tej krytyce wtórowało wiele osób ze świata nauki, kultury, show biznesu. Dziś te same postacie próbują usprawiedliwiać wulgarny język prezentowany przez protestujące na ulicach kobiety z OSK.

Jest to przykład niebywałej hipokryzji, podwójnych standardów, konformizmu rozdzielonego na dwie strony, oraz syndromu myślenia grupowego. Typowa moralność Kalego albo Dulskiej.

Żadna, nawet najbardziej słuszna sprawa, nawet najbardziej wzniosła idea nie może usprawiedliwiać agresji w życiu publicznym i wulgarnego języka.

Nieskuteczna skuteczność…
Autorzy wulgarnych treści, kiedy tłumaczą swoje obsceniczne zachowania, odwołują się często do kategorii skuteczności. Zapominają, że wg wielu filozofów polityki, m.in. Johna Rawlsa, Richarda Rorty’ego, czy Bertranda Russella, tym co zepsuło życie publiczne i politykę były właśnie pragmatyzm oraz utylitaryzm. W opinii Rorty’ego obydwa nurty są antynomiczne, jednak wywodzą się z jednego źródła: oświeceniowego racjonalizmu.

Twierdzenie pragmatyzmu, że prawdą jest wszystko to co wartościowe praktycznie, zaś utylitaryzmu, że to co skuteczne oraz użyteczne, na płaszczyźnie polityki i moralności wywołuje katastrofalne skutki.

Jak pisze Russell: jeżeli w demokracji prawda opiera się na większości, to można ją przegłosować; tym sposobem można przegłosować wszystko, nawet to, że ziemia jest płaska.

W opinii Rawlsa, twórcy „Teorii sprawiedliwości”: utylitaryzm bagatelizuje wymiar indywidualny, dobro jednostek, zmierzając jedynie do dobra uniwersalnego, uzyskiwanego na wyższym poziomie abstrakcji i uogólnień (np. PKB).

W takim układzie polityki, jak wskazuje Rawls, czynnik strukturalny – preferencja – staje się ważniejszy od wartości humanistycznej: człowieka. W ten sposób polityka próbuje spełniać potrzeby preferencji, nie zaś realizować praw indywidualnych, składających się na dobro wspólne. W imię dobra wspólnego nie można podeptać praw indywidualnych, jednostkowych, a do tego właśnie prowadzi kierowanie się preferencjami. Dwa przeciwstawne, zwalczające się wzajemnie systemy – komunizm i kapitalizm – jednocześnie całymi garściami czerpały z utylitaryzmu. W ramach tego procesu, ulegania utylitaryzmowi, dochodzi bardzo często do stygmatyzacji oraz pogwałcenia praw mniejszości, gdy np. w ślad za społeczną niechęcią do środowisk homoseksualnych i homofobii, rząd stosuje język nienawiści wobec społeczności LGBT albo kiedy druga strona (opozycyjna) determinowana oczekiwaniami swoich zwolenników, posuwa się do wulgarnego, agresywnego języka.

W obydwu przypadkach jest to populizm, będący konsekwencją złego zastosowania pragmatyzmu i utylitaryzmu w polityce.

Tak postępować nie wolno!

Ps. Bardzo przepraszam i proszę mi to wybaczyć, że w celach lepszej zrozumiałości tekstu sięgnąłem w niektórych miejscach po wulgarne cytaty i przykłady wieloznaczności obscenicznych wypowiedzi (nie używam wulgarnych zdań, lecz je cytuję). W przestrzeni publicznej w ogóle nie używam takiego języka, a agresja jest mi obca. Uważam, że w życiu publicznym na takie zjawiska jak wulgarne, ordynarne słownictwo, przemoc, nienawiść, agresję, okrucieństwo nie ma i nie może być miejsca, i trzeba zdecydowanie te zjawiska zwalczać.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Nieodwracalny proces – wirus w PiS


Paradoksalnie na strajku kobiet w sprawie aborcji, najwięcej nie zyskała opozycja lecz Morawiecki. Premier, którego pozycja miała osłabnąć w rezultacie rekonstrukcji, wzmocnił się. Jeżeli dziś w PiS można wskazać jakiś czynnik stabilizujący, to jest to właśnie Morawiecki. Być może Kaczyński celowo „zagrał” Trybunałem Konstytucyjnym, masowo prowokując płeć piękną do wyjścia na ulice, aby podbudować pozycję Morawieckiego.

Roman Mańka: Opozycja nic nie zyskała na protestach kobiet. Najnowsze sondaże pokazują, że Koalicja Obywatelska podniosła swoje sondaże niewiele. Nieznacznie zwiększył popularność Ruch Szymona Hołowni – „Polska2050” – którego poparcie kształtuje się na poziomie mniej więcej równym temu z wyborów prezydenckich. „Lewica” nieco odbudowała się wobec rezultatu Roberta Biedronia z czerwca br., jednak nadal ma mniej niż jej wynik uzyskany w wyborach parlamentarnych; podobnie PSL, notowania ludowców kształtują się poniżej realnych wyników wyborczych, uzyskanych w elekcji parlamentarnej.

Wentyl bezpieczeństwa
Używając instrumentalnie Trybunału Konstytucyjnego do stwierdzenia niezgodności części przepisów ustawy aborcyjnej, w zakresie wady płodu, jako niezgodnych z konstytucją, Kaczyński „upiekł kilka pieczeni na jednym ogniu”.

To typowe zastosowanie utylitaryzmu, czyli czysto użytecznościowego i partykularnego użycia prawa oraz instytucji prawo stanowiących, w walce politycznej.

Po pierwsze, i to był chyba cel nadrzędny, Kaczyński w ten sposób, „grając” tematem aborcji i prowokując kobiety, do wyjścia na ulice, zdołał odwrócić uwagę opinii publicznej od kwestii indolencji rządu w walce z pandemią koronawirusa.

Z zakulisowych informacji wynikało już od jakiegoś czasu, iż w kulminacyjnym momencie skala zakażeń może przekroczyć 30 tys. osób na dobę i sięgnąć poziomu nawet 40 czy 50 tys. (taki scenariusz przewidywałem niedawno w jednej z moich audycji w „Halo Radio: https://www.facebook.com/tuhaloradio/videos/746303885954081 ). Obecnie liczba zachorowań jest nieco mniejsza, jednak PiS osiągnął ten efekt za pomocą drastycznego zmniejszenia ilości przeprowadzanych testów. Gdyby natomiast zastosować wskaźniki względne (procentowe), to liczba zakażeń sięgnęłaby właśnie pułapu ponad 40 tys.

Wyciągając kobiety z domów, PiS zdjął temat pandemii z czołówek medialnych, a także odsunął zainteresowanie od własnej niekompetencji. Zyskał coś jeszcze: alibi. Dzięki wyjściu ludzi na ulice, PiS może zrzucać odpowiedzialność za wzrost skali zachorowań na działaczki z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. W ten sposób „wypala się” też społeczną energię. Problemy ideologiczne są zazwyczaj dla obywateli mniej istotne niż ekonomiczne (przynajmniej powierzchownie). Dlatego, jeżeli zużyje się energię wokół kwestii światopoglądowych czy ideologicznych, to może już nie starczyć sił na, o wiele bardziej niebezpieczne dla każdej władzy, protesty socjalne.

W socjologii istnieje tzw. teoria konfliktu. Jej wybitnymi przedstawicielami są socjologowie, m.in. Niemiec, Georg Simmel, Amerykanin, Lewis Coser, oraz Brytyjczyk niemieckiego pochodzenia, Ralf Dahrendorf. Ta teoria zakłada, że konflikt może być wykorzystywany (również przez rządy), jako swoisty wentyl bezpieczeństwa, służący do rozładowywania napięć. Z punktu widzenia władzy, wiele rozwarstwionych konfliktów jest dużo bardziej bezpiecznym wariantem, niż jeden fundamentalny.

To, że Kaczyński gra na konfliktach, co określa się jako metodą świadomego zarządzania konfliktami, wiadomo nie od dziś.

Po drugie, temat aborcji zmarginalizował Zbigniewa Ziobro i jego stronników. Ziobro zniknął. Wielu obserwatorom wydawało się, że jest on zwycięzcą zamieszania wokół rekonstrukcji rządu. Nic z tego. Kaczyński, poprzez instrumentalne użycie Trybunału Konstytucyjnego umiejętnie usunął go w cień. Straciła również rywalizująca z PiS-em „Konfederacja”, co widać już w niektórych sondażach. Obecnie najbardziej radykalny, fundamentalny element konserwatywno-narodowy jest znowu wewnątrz PiS, w postaci ministra edukacji, Przemysława Czarnka. I o to waśnie w tej grze chodziło.

Zyskał zaś premier Morawiecki. Jego pozycja miała osłabnąć w rezultacie rekonstrukcji i wejścia Kaczyńskiego do rządu w randze wicepremiera, ale konflikt aborcyjny spowodował, że Morawiecki się wzmocnił.

Siłą rzeczy osłabienie Ziobry spowodowało automatyczne wzmocnienie Morawieckiego. Poza tym, premier stał się twarzą walki z pandemią i jedynym czynnikiem stabilizacji politycznej, o ile o czymś takim w ogóle można mówić. Może on również zyskiwać społecznie poprzez niepublikowanie orzeczenia TK w kwestii aborcji.

Syndrom Olsena
(ale) Morawiecki wzmocnił się jeszcze z jednego powodu. Osłabł Kaczyński. W PiS zarysowało się coś w rodzaju zużycia czy nawet kryzysu przywództwa. Może to być celowy, z góry zamierzony i zarazem krótkotrwały efekt, mający na celu wzmocnienie Morawieckiego. Wtajemniczeni od dawana twierdzą, że Kaczyński typuje obecnego premiera na swojego następcę, co przysparza mu w ramach „Zjednoczonej Prawicy” wrogów takich, jak: Beata Szydło czy Zbigniew Ziobro. Gdyby dziś w PiS odbyły się wolne, demokratyczne wybory i wystartowało w nich kilku kandydatów, największe szanse na zwycięstwo w starciu z Kaczyńskim miałaby Szydło, a to oznacza realne rządy Ziobro.

Z obecnym premierem, jego poprzedniczka na pewno wygra, gdyż ma poparcie terenu oraz lokalnych działaczy. Jest tam niesamowicie popularna, partyjne „doły” ją uwielbiają, zaś Morawieckiego, wprost przeciwnie. Chociaż premier politycznie obecnie zyskuje.

Jednak, „zadyszka” Kaczyńskiego raczej nie jest zamierzona, lecz stanowi coś w rodzaju efektu ubocznego prowokacji aborcyjnej oraz sytuacji pandemicznej. Przywódca PiS to polityk, który podobnie jak Egon Olsen, bohater popularnego swego czasu w Polsce serialu, „Gang Olsena”, dużo lepiej planuje niż wykonuje, potrafi mieć znakomite strategie, ale zepsuć je w fazie pragmatycznej.

Tak stało się też w tym przypadku, w sensie strategicznym pomysł Kaczyńskiego, oczywiście wziąwszy pod uwagę cele partykularne, był bardzo dobry, jednak wykonanie dużo słabsze. W pewnym momencie Kaczyńskiemu puściły nerwy, jego emocjonalne, nerwowe, nawet awanturnicze wystąpienia, mocno nadszarpnęły wizerunek lidera PiS i automatycznie osłabiły jego pozycję. Wizerunkowo Kaczyński wypadł katastrofalnie. Przemawiając w maseczce i wrzeszcząc z mównicy, wyglądał nie jak poważny polityk, trzymający w ręku wszystkie sznurki, lecz jak „terrorysta”.

Coraz bardziej daje też znać o sobie biologia. Nie udawajmy, że jej w polityce nie ma i że jest bez znaczenia. Walka o sukcesję niecierpliwi. Ewentualni następcy przywódcy „Zjednoczonej Prawicy” nie mogą już się doczekać na przejęcie „pałeczki” lidera. To powoduje konflikty interesów, generowane nie tylko poprzez czynniki merkantylne, niezgodność interesów, lecz również przez ambicje.

Innym ośrodkiem, oprócz Morawieckiego, którego pozycja uległa wzmocnieniu, jest prezydent Andrzej Duda. Już widać, że prezydentura Dudy w ramach drugiej kadencji (co od dawna przewidywałem) będzie zdecydowanie inna niż w pierwszej. To co się zmieniło, to warunki strukturalne. Duda już nie zależy od łaski Kaczyńskiego czy PiS i właściwie nic nie potrzebuje od swojego politycznego zaplecza.

Słaby punkt
Największym błędem Kaczyńskiego była tzw. „piątka dla zwierząt”, a więc ustawa, która miała wprowadzić szczególne warunki ochronne dla zwierząt futerkowych, osłabiając tym samym bezprawie hodowców.

Normatywnie ten akt prawny był bardzo pożądany, lecz w wymiarze pragmatycznym osłabił PiS na jego naturalnym terenie poparcia: (czyli) na wsi. Analizy pokazują, iż PiS posiada poparcie w dwóch populacjach: 1) ideologicznej, światopoglądowej, która jest grupą o konserwatywnych poglądach, składającą się z wyborców zamieszkujących w dużych miastach; oraz 2) pragmatyczną, oportunistyczną, motywowaną względami socjalnym, która z kolei mieszka na terenach wiejskich i w małych ośrodkach miejskich.

Wbrew temu co się mówi w polskiej publicystyce i co uważają niektórzy eksperci, głębsze badania. m.in. prowadzone (także przeze mnie) w oparciu o metodę obserwacji uczestniczącej, pokazują, że figura poparcia dla PiS na wsi, wcale nie jest konserwatywna a socjalna; rolnicy oraz mieszkańcy wsi popierają PiS z uwagi na realizowane projekty socjalne.

Tak samo kościół katolicki nie odgrywa już na wsi tak silnej roli jak się sądzi, zaś apele czy nawoływania księży nie są głównym elementem mobilizującym wyborców. Stąd kolejne skandale oraz afery kompromitujące kościół nie uderzają bezpośrednio w PiS, partia Kaczyńskiego na nich wyraźnie nie tarci. Główne znaczenie dla wyborców wiejskich odgrywa: socjal, i inny jeszcze czynnik: antyelitarność i antyniemieckość PiS, a nawet antyeuropejskość.

Analizy pokazują ponadto, że elektorat wiejski popierający PiS jest w ogólnej populacji tej formacji najliczniejszy, lecz jednocześnie najłatwiej można go odebrać. Ten sam elektorat, w sensie sposobu myślenia, popierał kiedyś AWS, później SLD, i w obydwu przypadkach szybko odpłynął.

Tak samo może być w przypadku PiS.

Niedawne „tąpnięcie” w sondażach partii rządzącej, średnio o ok. 10 proc., związane jest nie z protestami kobiet, bo te nie odbierają elektoratu PiS, w skali masowej dotyczą głównie miast, lecz z atmosferą na wsi, i są wynikiem zachowania Kaczyńskiego w zakresie tzw. „piątki dla zwierząt”. Rolnicy bardzo źle tę postawę przywódcy „Zjednoczonej Prawicy” odebrali.

Jest to czasowe „wahnięcie w dół”, gdyż PiS na wsi za bardzo nie ma alternatywy, i jak zasygnalizowały kolejne badania socjologiczne, straty na terenach wiejskich PiS zaczął szybko odrabiać, sytuacja powoli wraca do normy.

Jednak kolejne błędy, jeśli takowe się zdarzą, mogą uruchomić trwały proces anihilacji PiS na wsi, przy jednoczesnym wzmocnieniu np. PSL, bo chyba nie „Konfederacji”.

Nihilizm
Dla każdej władzy zawsze najgroźniejszy jest początek drugiej kadencji. Mówił o tym Donald Tusk w rozmowie z Radosławem Sikorskim, ujawnionej przez tego drugiego; pokazuje to również wiele przykładów samorządowych (które osobiście miałem możliwość oglądać).

Na początku drugiej kadencji wytwarza się szczególna sytuacja, w ramach której władza czuje się pewna oraz bezkarna.

Wówczas też najłatwiej jest o błąd.

PiS dodatkowo w stan uśpienia wprowadziły wygrane wybory prezydenckie, które odbyły się w niecały rok po elekcji parlamentarnej.

Kaczyński może „pluć sobie w brodę”. Duda nie będzie łatwym prezydentem. Reelekcja zawsze powodowała, ze prezydenci redefinowali swoją pozycję. Tak samo było w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego. Paradoksalnie dla PiS dużo lepszym wariantem mógłby być Rafał Trzaskowski niż Andrzej Duda, gdyż mobilizowałby PiS wewnętrznie i jednocześnie ograniczał frondy. Świadomość wroga czy silnego przeciwnika, często integruje i działa konstruktywnie. Tu Kaczyński nie okazał się dobrym strategiem.

PiS ma już najlepsze lata za sobą. Formacji tej pewnie jeszcze nie raz spadnie a następnie wzrośnie poparcie w notowaniach sondażowych, lecz nie odwróci to kierunku głównego procesu, który będzie prowadził do anihilacji partii.

Wyniszczającym (już w tym momencie) czynnikiem jest walka o sukcesję wobec domniemanego odejścia Kaczyńskiego. Ten element nakręcał będzie wewnętrzną rywalizację i frondy. Z kolei to negatywnie wpłynie na jakość rządzenia.

PiS stanie się areną sprzężeń zwrotnych: walka o sukcesję, pociągnie za sobą maksymalizację konfliktów interesów, te zaś zjawiska wpłyną na spadek notowań, a to znowuż na pogłębienie wewnętrznych działań odśrodkowych oraz napięć.

To jest już nieodwracalny proces, wyniszczający mechanizm, którego PiS nie będzie w stanie zatrzymać. Słabnąca pozycja PiS siłą rzeczy coraz bardziej zacznie uruchamiać demonstracje uliczne, które wtórnie również przełożą się na sytuację w PiS.

Po detronizacji Kaczyńskiego, zarówno „Zjednoczona Prawica” i PiS rozpadną się na drobne kawałki. Żaden z potencjalnych liderów (chyba, że pojawi się jakiś nowy obecnie nieznany), nie będzie w stanie zapewnić w PiS stabilizacji i zapanować nad dynamiką spontanicznej sytuacji.

Polskie partie tworzone są wg modelu (nazywam go charyzmatycznym) „wodzowskiego”. Budowane są na autorytecie założyciela, który staje się jednocześnie przywódcą. Nie ma hasła „umarł król niech żyje król”, bo po śmierci króla nic już nie ma.

Brak konwersji
Na protestach kobiet w sprawie aborcji wyraźnie nie zyskuje żadna z istniejących w Polsce sił politycznych. Nie jest to dziwne, a wynika z niekompatybilności pomiędzy wymiarem społecznym a politycznym. Energia protestu została zebrana w obszarze społecznym, tymczasem na terenie politycznym nie posiada on swojej reprezentacji. Żadna z istniejących sił politycznych nie jest w stu procentach reprezentatywna dla protestów kobiet.

W największym stopniu ducha tych nastrojów oddaje „Partia Razem” jednak o przełożeniu emocji społecznych na poparcie polityczne (notowania czy głosy) decydują dwa idące w parze elementy: 1) emocjonalny, i to jest; a także 2) pragmatyczny, racjonalny, i tego nie ma.

Wyborcy, nawet gdy kogoś emocjonalnie popierają, z kimś się ideologicznie oraz duchowo utożsamiają, zagłosują na ten podmiot tylko pod warunkiem powzięcia wysokiego domniemania skuteczności głosowania. Czyli żeby na kogoś zagłosować trzeba wysoko, pozytywnie definiować jego szanse, zaś „Partia Razem” niestety ich nie ma, poza tym jest już częścią innego politycznego tworu: „Lewicy”, który z kolei nie jest dla protestujących wiarygodny, natomiast OSK nie ma ściśle politycznej, partyjnej formuły.

Jeżeli ta niekompatybilność pomiędzy wymiarem społecznym i politycznym, a zatem brakiem politycznego narzędzia, które mogłoby przejąć oraz zdyskontować (potrzeba konwersji) społeczną energię, będzie dalej utrzymywana, może dojść do poważnych paradoksów.

Wówczas dojdzie do sytuacji niespotykanej, a także paradoksalnej, w ramach której poparcie wywołane w rezultacie niepokojów zainicjowanych przez strajkujące kobiety zbierze podmiot cieszący się w największym stopniu atutem świeżości: w tym przypadku najbardziej poważnym kandydatem do uzyskania tego efektu jest „Polska2050” Szymona Hołowni.

Byłby to poważny dysonans, gdyż lewicowa, mocno antyklerykalna energia poszłaby na konto centroprawicy kierowanej przez człowieka blisko związanego z kościołem katolickim.

Jeśli pomiędzy obszarem społecznych napięć a terenem politycznego działania nie zostanie zbudowana koherencja, a więc jeśli kobiety z OSK nie stworzą swojego politycznego narzędzia, ich wysiłki pójdą na marne, zaś energia będzie rozładowana lub przejmie ją ktoś inny, znajdujący się w innym miejscu sceny politycznej.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Życie bez własności?


Powoli, po cichu, coraz większą rolę odgrywają narzędzia finansowo-społeczne, których skutkiem ubocznym może być kryzys o nieznanym dotąd charakterze. Niektóre z nich, to nowe, niepozorne twory, które zagrażają podstawowej wartości, jaką jest własność.

Jerzy Mosoń: Problem zaczął się od strachu wywołanym przez kredyty, szczególnie te przyznawane bezpodstawnie lub z nikczemnym zamiarem pozbawienia majątku niewypłacalnego dłużnika. Ten strach zrodził nowe formy leasingu, abonamenty i modę na posiadanie bez własności.

Dożywotnie niewolnictwo
Jeśli ktoś musi sfinansować zakup nieruchomości kredytem udzielonym na tak długi okres, że czas jego spłaty może okazać się dłuższy niż pozostałe mu życie, to znaczy, że podpisując umowę z bankiem, godzi się niejako na dożywotnie niewolnictwo. Ta dość banalna i znana konstatacja, jeszcze sprzed wielkiego kryzysu finansowego z 2008 roku, nabiera obecnie nieco innego charakteru. Od lat kredytujemy zakup coraz większej liczby rzeczy codziennego użytku. Stajemy się posiadaczami droższych, trudniejszych do spłaty przedmiotów, jednocześnie mniej trwałych niż wcześniej, jak również zdecydowanie bardziej potrzebnych, a czasem nawet niezbędnych do funkcjonowania. Tymczasem aż do przelania ostatniej raty kredytu, właścicielem przedmiotu jest bank, więc jakiekolwiek zawirowanie zawodowe może pozbawić dłużnika nadziei na to, że kiedykolwiek stanie się właścicielem wymarzonej rzeczy.

Lepiej zatem pracy nie tracić. Ale to banał.

Produkty nie posłużą dłużej
Kwestii trwałości urządzeń nie poprawią raczej nowe zasady, którymi Komisja Europejska zobowiązuje producentów, by ci od kwietnia 2021 roku naprawiali oferowane urządzenia. Nowe regulacje miały wyjść naprzeciw oczekiwaniom konsumentów, którzy narzekali na trwałość urządzeń oraz fakt, że wiele z nich było nienaprawialnych. Niestety, choć nowe przepisy wymuszają na producentach oferowanie takich produktów, które dają się naprawić, to jednocześnie konstytuują proceder tworzenia produktów z ostateczną datą użyteczności – wystarczy by konsument otrzymał w tym zakresie informację.

Odciążenie pracodawcy, obciążenie pracownika
Zamiast stabilności zatrudnienia, której jeszcze niedawno oczekiwano od pracodawców, w ostatnich latach rośnie raczej presja na pracownikach, by ci byli nieustannie gotowi do przekwalifikowania się. Dostrzegając plus takiej sytuacji, bo bez wątpienia jest nim konieczność rozwoju, nie można przejść obojętnie obok faktu, że człowiek, od którego wymaga się stałej gotowości, żyje w ciągłym strachu. A to z kolei nie sprzyja ani budowaniu relacji, ani tym bardziej tworzeniu, nawet podstawowych komórek społecznych. Czasami, zatem lepiej niż kupić coś na kredyt, licząc na to, że kiedyś stanie się to naszą własnością, wygodniej jest od razu porzucić tę nadzieję i zgodzić się jedynie na jej czasowe posiadanie. I tu w sukurs przychodzą właśnie nowe narzędzia finansowe.

Lepiej nie mieć?
Wśród nich są liczne abonamenty, jest też odświeżony leasing dedykowany już nie tylko firmom, ale też wypłacalnemu konsumentowi. Jeśli dokonamy symulacji kosztów zakupu auta wartego 125 tys. zł i pozyskania możliwości użytkowania go w ramach leasingu konsumenckiego, to wziąwszy pod uwagę wszystkie czynniki, w tym koszty ubezpieczenia oraz prognozowaną utratę wartości samochodu, gdzie już po pierwszym roku wynosi ona nawet 20 proc., okaże się wtedy, iż leasing jest nie tylko bezpieczniejszy, lecz też tańszy od zakupu gotówkowego. Przy czym, trzeba mieć na uwadze, że leasing konsumencki nie oferuje odliczeń podatkowych, które zapewnia jego tradycyjna forma: dla firm. To jak bardzo leasing, jako taki, jest atrakcyjny dla polskiego użytkownika mówią dane statystyczne. Na początku 2020 roku Związek Polskiego Leasingu poinformował, że w roku 2019 firmy leasingowe udzieliły łącznego finansowania na poziomie 77,8 mld zł. W większości były to środki wydane na inwestycje firmowe. Przedsiębiorstwa stanowią, bowiem aż 99,4 proc. wszystkich klientów polskiej branży leasingowej.

Uzmysławia to skalę problemu. Generalnie właścicielami samochodów w Polsce są firmy, co najwyżej banki, udzielające leasingu lub kredytu, z rzadka jest to tylko Kowalski. Wraz z popularyzacją stosunkowo nowego narzędzia finansowego, jakim jest leasing konsumencki, można się spodziewać dalszego spadku udziału rynkowego aut będących własnością prywatną.

Thing sharing
Leasing konsumencki nie jest jednak największym zagrożeniem dla istnienia wartości, jaką jest własność. Zwężanie ulic w miastach z pobudek ekologicznych, sprzyja powstawaniu „korków”, które z kolei zniechęcają do wyjeżdżania do centrum aglomeracji własnym autem. Jeśli ktoś „dusi się” w komunikacji zbiorowej, może skorzystać z wynajmu krótkoterminowego, ale też z car sharingu. Ten drugi trend zdaje się być obecnie dominującym w świecie motoryzacji. Zgodnie z ideą car sharingu, nie trzeba mieć samochodu na własność. Wystarczy mieć na karcie odpowiednie środki, by przejechać się samochodem. Gdy zasoby na karcie się skończą albo upłynie czas wypożyczenia, centrala mająca pełną kontrolę nad autem może wyłączyć silnik, tudzież w skrajnych przypadkach powiadomić policję.

Czym jeszcze zaczniemy się dzielić, jeśli nie będzie nas stać na posiadanie tego na własność? Czy możliwe jest tworzenie rodziny w społeczeństwie, w którym własność będzie luksusem, jak w czasach społeczeństwa feudalnego czy też okresie niewolnictwa? Być może te obawy są na wyrost. Przecież w epoce przed-komórkowej takim sharowanym urządzeniem była budka telefoniczna. Trudno jednak dziś orzec, czy tak daleko odchodząc od własności robimy krok do przodu, czy też cofamy się w rozwoju.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Wierzę w Boga Kanta!


Dla Immanuela Kanta Bóg jest postulatem praktycznego rozumu. Jest niepoznawalny ani niepotwierdzony naukowo (Kant uważa, że nigdy nie uda się tego zrobić), lecz jak każda metafizyczna idea, może być potraktowany nie w sensie konstytutywnym, ale regulatwnym, czyli może być czynnikiem rozwijającym naukę, celem do którego nauka zmierza, próbuje go uchwycić, jednak nigdy nie osiągnie.

Roman Mańka: To co robi Kant, to bardzo precyzyjnie wyznacza linię podziału pomiędzy nauką (nazywa ją rozumem teoretycznym), a wiarą (rozumem praktycznym). Jest niczym geodeta, wytycza granice. Zaprzecza możliwości racjonalnego czy, określając problem jeszcze szerzej, naukowego potwierdzenia istnienia, idei takich jak Bóg, nieśmiertelna dusza, świat jako całość, ale przenosi je na inne pole: z obszaru naukowego na teren wiary i moralności; nakazuje postrzegać z innej perspektywy. Nikt, żaden z filozofów czy naukowców, nie zrobił dla sekularyzacji więcej niż Kant. Przed Kantem nauka była oparta na metafizyce i wymieszana z religią. Po Kancie, nauka oraz religia, mają dużo jaśniej wyznaczone dziedziny działalności. Kant oczyścił naukę z metafizyki.

Pomiędzy Kartezjuszem a Hume,em
To właśnie przedstawiciel skrajnego, brytyjskiego empiryzmu, David Hume, budzi Kanta z dogmatycznego snu. Szkot obala kluczowe dla średniowiecznej scholastyki pojęcia wrodzonych idei umysłu, jak również zasadę przypadkowości. Twierdzi, że reguła substancji nie istnieje, zaś pomiędzy rożnymi okolicznościami mogą być tylko następstwa, sukcesje, czyli powtarzalność zaobserwowana w czasie, a nie konieczne, logiczne związki przyczynowo-skutkowe.

Hume przedstawia bierną koncepcję człowieka w kontekście poznania. U Humea człowiek jest bierny, a za prawdę można uznać jedynie to, co mogą zarejestrować nasze zmysły.

Kant dokonuje przełomu w dwóch punktach, co zostaje uznane za swoisty „kopernikański przewrót”: po pierwsze, przejmuje od Humea negatywną wersję substancji i związków przyczynowo-skutkowych, a przede wszystkim założenie, że poznanie rozpoczyna się od zmysłów; po drugie, zmienia rolę człowieka w procesie poznawczym, z biernej na aktywną.

U Kanta człowiek jest aktywny, i to jest właśnie fundamentalna zmiana.

W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Kiedy patrzy się dziś na znakomitą większość polskich dziennikarzy, ale nie tylko polskich i nie tylko dziennikarzy, również prawników, artystów, czy nawet naukowców, ma się wrażenie, że zatrzymali się na sceptycyzmie metodologicznym Hume’a, a zapomnieli o krytycyzmie Kanta.

Do doświadczenia podchodzą bardzo ściśle, co może mieć pewne uzasadnienie (lecz też nie do końca) na terenie nauk przyrodniczych, jednak w sferze humanistycznej, w obszarze działalności człowieka, doświadczenie musi być obrobione przez rozum.

„Miej odwagę posługiwać się własnym rozumem” – wołał Kant, nawiązując w ten sposób do Horacego i jego słynnej formuły: “sapere aude”.

Synteza i współpraca
Racjonalizm kartezjański oparty był na wątpieniu („cogito ergo sum”). Człowiek afirmował się przez kontemplację własnego ja, co miało również konsekwencje moralne i polityczne, i co Hannah Arend, uznała późnij za źródło indywidualizmu. Następni filozofowie, tacy jak Max Weber czy Richard Rorty, dowodzili, że z tego indywidualizmu, którego źródłem był racjonalizm, wyrósł pragmatyzm oraz utylitaryzm, które doprowadziły w końcu do wielkich nieszczęść XX wieku, a także poskutkowały zepsuciem procesów demokratycznych. Założenie, że prawdą jest to co ma wartość praktyczną albo użytkową, na gruncie etyki czy polityki, a więc dziedzin aktywności człowieka, przyniosło dramatyczne konsekwencje.

Racjonalizm kartezjański zakładał, że w sferze sensorycznej, w układzie zmysłów znajduje się prawda, jednak do jej potwierdzenia potrzebował Boga, który gwarantował prawdziwość zewnętrznych postrzeżeń. Bóg chce dla człowieka dobrze, a zatem go nie oszukuje.

U Kanta, na płaszczyźnie nauki, Bóg jest niepotrzebny. Kant przenosi go w inne miejsce: na obszar rozumu praktycznego, czyli moralności i religii. W poznaniu zaś rozum radzi sobie sam, w oparciu o zmysły.

Filozofia Kanta, to nie kompromis, lecz synteza (to jest dużo lepsze słowo) działania zmysłów i rozumu. Ten ostatni wytwarza pojęcia, które są stosowane do przedstawień zmysłowych. Jak pisze sam Kant: „zmysły bez pojęć byłyby puste, natomiast pojęcia bez zmysłów – ślepe”. Potrzebna jest więc współpraca obydwu władz: zmysłów i rozumu. Dlatego rozum dokonuje obróbki, uporządkowania materiału empirycznego dostarczanego przez zmysły. Kategoryzuje treść zmysłową. Odbywa się to poprzez zastosowanie pojęć aposteriorycznych i apriorycznych (czyli kategorii) zmysłów i intelektu, jak również schematów oraz zasad wytworzonych przez wyobraźnię. Cały proces zachodzi symultanicznie (jednocześnie), a wyobraźnia stanowi czynnik mediacji zmysłów z rozumem.

W ten sposób zachodzi proces poznania: zmysły i rozum pozostają w komplementarnym stosunku współpracy. Rzeczywistość jest chaosem, posiada skłonność do przyjmowania figur anarchistycznych. I gdyby nie rozum, przekazywane przez zmysły treści, miałyby również nieuporządkowany charakter.

A tak, rozum je porządkuje. Lecz to jednocześnie oznacza, że rozum nas oszukuje.

Porządek fenomenalny i noumenalny
W celu nadaniu przez człowieka jedności oraz porządku poznania, musi istnieć aperepcja transcendentalna lub inaczej: ja transcendentalne, które towarzyszy ja empirycznemu. Wszystkie nasze przedstawienia (tak zewnętrzne, jak i zewnętrzne), doświadczenia, wszystko to co rejestrujemy na poziomie sensorycznym poprzez zmysły, składa się właśnie na ja empiryczne, któremu ja transcendentalne towarzyszy i nadaje jedność.

Ja transcendentalne wykracza poza ja empiryczne, a ujmując problem precyzyjniej, znajduje się poza nim (stąd nazwa). Ja transcendentalne jest noumenem, nie znajduje się wewnątrz ja empirycznego, a jakby obok, stanowiąc coś w rodzaju podmiotu, a traktując ja empiryczne jako przedmiot.

Ja transcendentalne jest z boku, towarzyszy ja empirycznemu i obserwuje cały proces poznawczy. To świadomość, że postrzegamy, że doświadczamy, że myślimy. Doświadczamy sami siebie z zewnątrz.

Wspominając o ja transcendentalnym dotknęliśmy arcyważnego w filozofii Kanta zagadnienia noumenów. Kant rozróżnia porządek fenomenalny (fenomenów) oraz noumenalny. To rozróżnienie jest ważne ze względu na jeszcze inny podział: nauka – metafizyka. Pierwsza zajmuje się fenomenami; druga – noumenami, czyli rzeczywistością niepoznawalną.

Fenomeny to przedmioty naszego poznania, rzeczy tak jak się jawią, które poznajemy, są w zakresie naszego poznania, dostępne naszym władzom i procedurom poznawczym. Noumeny, to przedmioty same w sobie, znajdujące się poza granicami naszego poznania. Fenomeny mają swoje źródło w noumenach, są obecne w naszym doświadczeniu, w naszym procesie poznawczym; noumeny są poza nim: są poza czasem i przestrzenią, czyli poza formami estetyki transcendentalnej, wytworzonymi przez nasze zmysły (struktury zmysłów).

Zmysły ich nie widzą, nie rejestrują, a rozum również zobaczyć ich nie może. Nie ma bowiem czegoś takiego, jak bezpośrednia zmysłowość rozumu: rozum działa poprzez zmysły.

Opisując problem w pewnym uproszczeniu i naciągając analogię w celu lepszego zrozumienia teorematu: stosunek fenomenów do noumenów jest jak relacja punktów unaocznianych na ekranie radaru do rzeczywistych obiektów. Na radarze widzimy świecące na czerwono lub niebiesko punkciki; realnych obiektów/przedmiotów nie widzimy.

Noumeny są poza naszym poznaniem.

Determinizm struktury umysłu
Widzimy, jak rygorystycznie Kant dokonał rozróżnienia pomiędzy nauką a metafizyką. Zakwestionował możliwość racjonalnego i naukowego poznania rzeczy samych w sobie (czyli noumenów) oraz idei metafizycznych, takich jak nieśmiertelność duszy, kosmosu jako całości, Boga jako koniecznego, nadrzędnego, absolutnego podmiotu. Zanegował całą metafizykę. Jak sam powiedział: zniszczył idee metafizyczne postrzegane jako wiedza, żeby zrobić miejsce wierze.

To co nie mieściło się w spektrum rozumu teoretycznego, czyli empirycznego i spekulatywnego poznania, przesunął na obszar rozumu praktycznego, tam uczynił miejsce dla idei metafizycznych: nieśmiertelnej duszy oraz Boga.

Kant uważał, że dusza i Bóg są niepoznawalne, gdyż znajdują się poza doświadczeniem, a więc nie stosuje się do nich pojęcie substancji; nie można ich poznać naukowo, nie da się ich poddać weryfikacji, nie uda się wobec nich przeprowadzić procedur falsyfikacji, nie można im nawet zaprzeczyć, ale zdaniem Kanta nie da się o nich nie myśleć. Wynika to ze struktury umysłu, która determinuje idee metafizyczne. Ludzki umysł jest w ten sposób skonstruowany, że dąży do idei metafizycznych, jako absolutnych jednostek poznawczych oraz warunków bezwarunkowych, podmiotów bezwzględnych.

Bóg jest postulatem rozumu

Użycie regulatywne
Kant nie stwierdza istnienia Boga w znaczeniu konstytutywnym, nie twierdzi, że go można poznać, nie zakłada jego obecności ani nawet realnego istnienia, lecz jednocześnie przyjmuje jego występowanie w sensie regulatywnym, jako coś co reguluje poznanie, a także porządkuje to, co znajduje się w doświadczeniu, w sferze zmysłów, rozumu, poznania, i nauki.

Jest to bardzo konstruktywne, rozwojowe założenie. W ten sposób wiara toruje drogę nauce, rozwija ją. Religia, moralność, metafizyka z jednej strony, i nauka z drugiej, nie muszą pozostawać w relacji antonimicznej.

Przyjęcie idei metafizycznych, na gruncie praktycznego rozumu, w rozumieniu hipotetycznym, spełnia regulatywną funkcję poznania. Rozum dąży do coraz większego uogólnienia treści, do wyższego poziomu poznania, przechodzi od warunkowości do bezwarunkowości, i od względności do absolutu. Owa naturalna dynamika rozwoju rozumu prowadzi do tworzenia idei nieśmiertelności duszy, kosmosu jako całości, a także Boga, czyli jak stwierdza sam Kant: czegoś co jest zawsze podmiotem, ale nigdy orzecznikiem.

Kant wyróżnia trzy terminy ostateczne: 1) postrzeganie, doświadczenie potrzebuje ja transcendentalnego, towarzyszącego, stabilnego, oraz nadrzędnego w stosunku do ja empirycznego; 2) rozum postuluje ostateczne założenie, które obejmować będzie w sobie wielość łańcuchów przyczynowych rejestrowanych przez umysł; 3) [wreszcie] rozum poszukuje nadrzędnego warunku możliwości istnienia (Boga), wszystkiego co można pomyśleć.

Rozum dąży do tego czego nie można udowodnić. Wierzymy w to na co nie mamy dowodów. Jedynym wyjściem na rozwiązanie problemu idei metafizycznych jest przesunięcie ich z terenu poznania, na obszar wiary.

Kłopot nie polega na tym, że idee metafizyczne są błędne czy fałszywe same w sobie (jako noumeny), ale że zostały potraktowane w błędny sposób. Dokonana przez Kanta zmiana użycia konstytutywnego w użycie regulatywne rozwiązuje ten problem. Ważność konstytutywna polega na założeniu, że idea odzwierciedla czy reprezentuje przedmiot transcendentny, znajdujący się poza estetycznymi formami zmysłowości, a więc poza doświadczeniem czasowo-przestrzennym. Tymczasem uprawnione jest jedynie użycie regulatywne, które ogranicza się do wyznaczenia kierunku oraz możliwości nadrzędnej jednostki poznania, bez realnego stwierdzania niczego co by znajdowało się poza doświadczeniem.

Przy takim właśnie założeniu (regulatywnym) idee metafizyczne nie wprowadzają ludzi w iluzję, że coś istnieje poza zmysłami i doświadczeniem, lecz dużo lepiej porządkują i organizują to, co znajduje się wewnątrz doświadczenia, a przed wszystkim pozwalają na rozwój poznania i nauki.

Z tego powodu, Bóg jest przydatny oraz potrzebny. Nawet, gdy nauka dokonuje jego falsyfikacji, to się rozwija, penetrując wszechświat w poszukiwaniu Boga.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Strategiczny Raport dla Polski w dziedzinie logistyki transportu na przykładzie Kędzierzyn-Koźle terminale

Strategiczny Raport dla Polski w dziedzinie logistyki transportu na przykładzie Kędzierzyn-Koźle terminale

Przedstawiamy Państwu obszerny Raport w zakresie: logistyki transportu, możliwości, a także potencjału, jakimi w tej dziedzinie dysponuje Polska. Autorami opracowania są eksperci Fundacji FIBRE: dr hab. Agnieszka Tubis, dr hab. Tomasz Aleksandrowicz, dr Łukasz Tolak, dr Mateusz Zając.

Raport: “Rozwój polskiej logistyki poprzez inwestycje w terminale przeładunkowe, a interes państwa na przykładzie Kędzierzyn-Koźle terminale” ma znaczenie strategiczne dla odbudowy żeglugi śródlądowej w Polsce, wzrostu znaczenia polskich portów morskich, jak również dla rozwoju gospodarczego Opolszczyzny.

Raport można przeczytać w całości tu: FIBRE raport finał

* Osoby zainteresowane sytuacją portu Koźle zapraszamy do dyskusji. Pytania prosimy kierować na adres: fibre@fibre.org.pl

Zespół Redakcyjny
Czasopisma Ekspertów
Fundacji FIBRE

 

 

Ciekawy ruch Schetyny, choć spóźniony

Grzegorz Schetyna, lider Platformy Obywatelskiej, ogłosił, że kandydatem jego partii na funkcję Prezesa Rady Ministrów, w przypadku przejęcia władzy po październikowych wyborach, będzie Małgorzata Kidawa-Błońska, obecna wicemarszałek Sejmu.

Łukasz Ziaja –W ten sposób lider opozycji próbuje powtórzyć, skądinąd skuteczny, ruch Jarosława Kaczyńskiego z 2015 roku, związany z wystawieniem Beaty Szydło, jako kandydatki Prawa i Sprawiedliwości na szefa rządu. Czytaj dalej Ciekawy ruch Schetyny, choć spóźniony

Fenomen głosowania na „jedynki”

Niedawno na antenie Radia TOK FM miała miejsce ciekawa dyskusja, w której brali udział: Karolina Lewicka, Dominika Długosz, red. Jarosław Gugała oraz prof. Radosław Markowski.

Roman Mańka – Prof. Markowski wprowadził wątek pierwszych miejsc na listach wyborczych oraz możliwość wyboru kandydatów z dalszych pozycji. – „Tłumaczę ludziom jak tylko się da, już chyba powiedziałem to z dziesięć razy, biorąc pod uwagę tylko sam Pani program, nie licząc innych, że listy są otwarte i można głosować również na kandydatów z dalszych miejsc”. Czytaj dalej Fenomen głosowania na „jedynki”