Ukraińcy kupują Zachodowi czas – jak go wykorzystać?


Przebieg drugiej fazy wojny na Ukrainie, gdzie Rosja radzi sobie lepiej niż w pierwszym miesiącu, potwierdza, jak ważna jest ciężka artyleria oraz to co nad Wisłą praktycznie już nie występuje, a jest w zasięgu ręki.  Czego będzie potrzebować Polska w najbliższych tygodniach by zwiększyć swoje bezpieczeństwo?

Jerzy Mosoń: Nadzieje, że tzw. “wiejskie gry” w postaci partyzantów wyposażonych w NLAW czy Javeliny zapewnią sukces kolejnym zaatakowanym państwom to recepta na samobójstwo. Tym bardziej, że Rosjanie raczej nie popełnią już tych samych błędów, jak w przypadku pierwszych tygodni wojny z Ukraińcami, kiedy to stosowali szybkie rajdy bez odpowiedniego zabezpieczenia flanek. Dzięki temu Kijów nie padł w 72 godziny, czego obawiali się alianci, a armia Putina poniosła ciężkie straty.

Rzeźnik zmienił strategię
Ten czas, wraz z pojawieniem się nowego dowódcy generała Aleksandra Dwornikowa minął. Rosyjski watażka wsławił się w Syrii skutecznym i bezwzględnym prowadzeniem działań z użyciem ciężkiej artylerii. Podobnie postępuje w Ukrainie, sprawiając, że choć front przesuwa się powoli, a Rosjanie wciąż ponoszą straty, to jednak odnoszą sukcesy. Jeśli zatem ciężka artyleria z Zachodu nie dotrze na czas by wspomóc Kijów, to można spodziewać się zajęcia lwiej części tego kraju. Ukraińcom zaczyna brakować już bowiem odwodów, a to przy tak wyczerpującej obronie perspektywa porażki. Wniosek numer jeden z tej lekcji to: czołgów i armatohaubic nigdy zbyt wiele.

Ukraińska armia potrzebuje bardziej konkretnego wsparcia.

Dostęp do morza zobowiązuje
Również na przykładzie Ukrainy widać, że sama obrona nabrzeża to za mało – sytuacja Polski jest w tym zakresie bliźniaczo podobna do ukraińskiej. Potrzebne są okręty, w tym trudniej wykrywalne łodzie podwodne. Czy realizacja programu Miecznik zapewni wystarczające zasoby to już zupełnie inna rzecz. Ważne, że obecnie z jednym pływającym Gawronem sytuacja polskiej floty jest dramatyczna. Jeśli zatem polskie władze chcą zapewnić bezpieczne dostawy paliw do polskich portów to nie ma innej drogi jak wsparcie okrętów NATO do czasu odbudowy polskiej Marynarki Wojennej. Choć szczegóły nie są w tej kwestii znane szerokiej opinii publicznej to już teraz Polska może liczyć na kilka sojuszniczych jednostek, w tym tak potrzebne łodzie podwodne.

 Polska „laserowa kopuła”
Wreszcie obrona przeciwrakietowa i przeciwlotnicza. Ludobójstwo, którego dopuszcza się armia Putina wyraźnie pokazuje, że nie wystarczy chronić infrastrukturę krytyczną w postaci węzłów kolejowych, elektrowni czy składów paliw. Bez własnej “żelaznej kopuły” zabezpieczającej również obiekty cywilne obrona będzie niemożliwa. Warto tu podkreślić, że klasyczne pociski przeciwrakietowe nie są już wystarczająco skuteczne, a przede wszystkim są zbyt drogie by zgromadzić ich wystarczająco dużo wobec potencjalnego, zmasowanego ataku. Stąd potrzeba instalacji laserów dużej mocy tj. 300kW, nawet jeśli byłyby to najpierw konstrukcje jedynie stacjonarne zasilane z magazynów energii i sieci energetycznej. Przy budowie tych konstrukcji warto byłoby wykorzystać polskie badania nad laserami – nie musimy wszystkiego kupować… Centrum Techniki Laserowej – duma polskich badań mogłoby służyć ochronie życia ludzkiego również w inny sposób niż tylko w zastosowaniach medycznych.

 Ludzie muszą mieć gdzie się schować
Last but not least to schrony. Przykład Mariupola pokazuje jaki rodzaj bunkrów jest wystarczająco skuteczny by można było tam przetrwać nawet do dziesięciu tygodni i to wobec zmasowanego ataku. Miasta pozbawione podobnych schronów skazują swą ludność na zagładę. Niestety od dawna przy budowie obiektów użyteczności publicznej nie uwzględnia się potrzeb obrony cywilnej na wypadek wojny, a stare budynki nie są należycie konserwowane, aby ich piwnice mogły stanowić sensowną ochronę. Najbardziej jaskrawym przykładem braku wyobraźni decydentów w sytuacji zagrożenia atakiem jest warszawskie metro, którego budowa była doskonałą okazją do stworzenia dużej liczby schronów. Niestety w większości odcinków tychże, podziemne tunele zostały położone zbyt płytko, aby mogły być dla kogoś bezpieczną kryjówką. Dość powiedzieć, że najgłębsza stacja warszawskiego metra Metro Centrum Nauki Kopernik jest położona na głębokości 23 m i dziesięciu centymetrów. W Moskwie najgłębiej położona stacja leży 84 m pod ziemią.

Czy zdążymy zniechęcić agresora?
Największym problemem jest jednak nie fakt obecnych deficytów polskiego wojska czy obrony cywilnej, ale to, że powyższe wnioski powinny być dla władz zarówno centralnych jak i samorządowych znane od tygodni i skłaniać je do błyskawicznych działań. Tych jednak nie widać. Nie, nie dlatego, że prowadzone są w tak ścisłej konspiracji, ale dlatego, że ich nie ma bądź, pomijając zabiegi resortu Obrony w zasadzie nie występują. Obserwowane obecnie kontrole budynków użyteczności publicznej na okoliczność posiadanych w nich piwnic to działanie w najlepszym razie tylko dla pozoru. Takie dane dotyczące informacji, gdzie ludność cywilna mogłaby się schronić w razie wojny powinny być co roku aktualizowane i gromadzone w bazie danych każdego miasta, a nie zbierane ad hoc. Teraz jest czas na to, by nadrabiać inne zaległości: tworzyć nowe, piętrowe schrony jak ten w Mariupolu, wykorzystując korzystne ukształtowanie terenu, porozumieć się z sektorem prywatnym w kwestii technologii do budowy własnych dział laserowych dużych mocy, wymusić na NATO uzupełnienie braków w ciężkiej artylerii.
Ukraińcy przelewając codziennie krew kupują Zachodowi czas, ale ta sytuacja nie będzie trwać wiecznie.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”. Jest także reżyserem i producentem filmów oraz doradcą biznesowym.

Źródło upadku!


Mam problem ze świętowaniem 25. rocznicy uchwalenia konstytucji; z prostego powodu, że jest to dokument ze wszech miar zły.

Roman Mańka: Dwóch wybitnych amerykańskich filozofów, John Rawls, autor Teorii sprawiedliwości oraz Richard Rorty, twierdziło, iż prawo powinno być wolne od metafizyki. Ich zdaniem sprawiedliwość, tak jak ją się obrazuje w ikonografii: z przepaską na oczach, musi być neutralna.
Czy obecna polska konstytucja jest wolna od metafizyki i neutralna? Mam co do tego poważne wątpliwości. Fakultatywnie odwołuje się do Bóstwa. Dopuszcza dyskryminację małżeństw jednopłciowych oraz związków partnerskich. Nie jest w stanie zabezpieczyć praw socjalnych, o których mówi.

Największe zastrzeżenia do aktualnej ustawy zasadniczej mam w dwóch, a właściwie w trzech punktach.

Niereprezentatywność parlamentarnej konstytuanty
Po pierwsze: legitymizacja. Obecna Konstytucja została uchwalona przez parlament, który nie był reprezentatywny wobec społeczeństwa. Trochę na wyrost i żartem można powiedzieć, iż największa partia (ugrupowania, które nie weszły do Sejmu) nie była reprezentowana w parlamencie, ok. 30 proc. wyborców, plus ci, którzy do wyborów nie poszli.
Z punktu widzenia reprezentatywności oraz legitymizacji, parlament 1993-1997 nie był najlepszym ciałem do uchwalenia konstytucji, a rok 1997 nie był do tego najlepszym momentem. Zbliżały się kolejne – kalendarzowe – wybory parlamentarne. We wszystkich sondażach prowadziła koalicja wyborcza, która popierała alternatywny projekt konstytucji, tzw. Obywatelski Projekt Konstytucji, forsowany przez NSZZ „Solidarność” i AWS; zebrano pod nim chyba ponad dwa miliony podpisów. Badania socjologiczne pokazywały, iż OPK cieszył się dużo większą popularnością i zaufaniem wśród społeczeństwa niż projekt konstytucji uchwalany przez ówczesny Sejm.
Obecną konstytucję uchwalono przed końcem kadencji parlamentu 1993-1997, w roku wyborczym. Parlamentarna większość nie dysponowała już wówczas większością w społeczeństwie (zresztą nigdy nie dysponowała, nawet w chwili inauguracji prac tamtego Sejmu, gdyż była to Izba radykalnie niereprezentatywna). Kolejne wybory, przeprowadzone za pół roku, wyłoniły zupełnie inną większość polityczną: centroprawicową, a nie lewicową. Wybory we wrześniu 1997 roku wygrała Formacja (AWS), która popierała alternatywny wobec obecnej konstytucji projekt.
Do tego dochodzi aspekt moralny: parlament z lat 1993-1997, w dużym stopniu niósł ze sobą echo, poprzedniego, komunistycznego systemu (PRL).

Brak społecznego poparcia
Największym zarzutem, jeżeli chodzi o okoliczności związane z legitymizacją, jest fakt, że konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku, został przyjęta w ramach referendum (z 25 maja 1997 roku), nie osiągając progu uczestnictwa połowy uprawnionych do głosowania: w referendum wzięło udział tylko 42,86 proc. społeczeństwa, z których za konstytucją opowiedziało się zaledwie 53,45 proc; przeciw konstytucji (z tych, którzy poszli do urn referendalnych) głosowało 46,55 proc. I uwaga: 3,88 proc. zanotowano głosów nieważnych.
Bierność w tym przypadku można interpretować jako wyraz sprzeciwu. W rezultacie obecna konstytucja została przyjęta przez zdecydowaną, dramatyczną mniejszość społeczeństwa, nieco ponad 22 proc.
Dodatkowo w celu uchwalenia konstytucji dokonano fortelu, zmieniając Ustawę o referendach, w taki sposób, iż próg większości nie był konieczny do spełnienia. Nowelizacja ta miała charakter instrumentalny i została dokonana celowo na rzecz uchwalenia konstytucji, gdyż wcześniejsze przepisy wymagały dla skuteczności referendum obecności, co najmniej połowy (plus jeden) uprawnionych do głosowania.
Rok wcześniej odbywało się referendum uwłaszczeniowe, zwołane na wniosek NSZZ „Solidarność” oraz innych ugrupowań centroprawicowych; wówczas próg uczestnictwa połowy obywateli był wymagany.
To pokazuje, jak instrumentalnie (nie tylko w czasach PiS) traktowano i traktuje się prawo.

W ferworze niechęci do PiS oraz sprzeciwu wobec łamania prawa, Polacy bronili aktualnej konstytucji, jednak absolutnie nie jest to dokument, który tworzy ramy silnego państwa.

Chaos i degrengolada
Największe jednak moje zarzuty dotyczą sfery funkcjonalnej. Obecna ustawa zasadnicza wprowadza chaos ustrojowy i kompetencyjny. Nie rozstrzyga kwestii czy Rzeczpospolita jest systemem parlamentarno-gabinetowym czy prezydenckim, w tej sprawie panuje zamęt; regulacje są niejasne, zamulone i asymetryczne.
Z jednej strony mamy prezydenta z silną legitymizacją władzy (wybieranego w wyborach bezpośrednich), lecz obdarzonego słabymi kompetencjami; z drugiej rząd ze słabą legitymizacją, ale bardzo silnymi kompetencjami.
Rozproszenie władzy poszło stanowczo za daleko.
Jednak niesymetryczność jest jeszcze większa, gdy weźmiemy pod uwagę okoliczność, iż siła premiera nie wynika z regulacji konstytucyjnych, tylko z okoliczności poza-konstytucyjnych czy politycznych.
Premier dysponuje realną siłą jedynie wówczas, gdy jest przewodniczącym czy liderem największej frakcji parlamentarnej, a to okoliczność nie jest zapisana w konstytucji, w ustawie zasadniczej nie ma zapisu, iż prezesem rady ministrów zostaje przewodniczący największej formacji w Sejmie.
W ten sposób aktualna konstytucja dopuszcza możliwość, iż kształtują się nieformalne, pozakonstytucyjne ośrodki władzy: Krzaklewski, Kaczyński, itd. Tworzy to rozliczne patologie i nie służy państwu.

Abstrakcyjność gwarancji
Okres ostatnich siedmiu lat pokazuje, jak zły jest to dokument. Nie zabezpiecza dostatecznie państwa polskiego przed nadużyciami. W trakcie rządów PiS konstytucja była (i jest) łamana totalnie oraz wielokrotnie, ale wcześnie również była łamana.
Obecna konstytucja zawiera wiele zapisów abstrakcyjnych, fikcyjnych, czysto retorycznych, bądź formalnych, mówiąc o prawach, których nie jest w stanie zagwarantować. Ustanawia bezpłatną edukację, ale w praktyce tego postulatu nie gwarantuje; podobnie jest z innymi usługami publicznymi, które są bezpłatne tylko pozornie.
W ostatnich latach wiele się mówi o pogwałcaniu praw obywatelskich oraz dyskryminacji kobiet czy środowisk LGBT. Aktualna ustawa zasadnicza dyskryminuje społeczność LGBT, w zakresie zawierania małżeństw, jak również inne związki partnerskie, również te dwupłciowe (heteroseksualne).
Od początku wejścia w życie obecnej konstytucji, realnie nie są odpowiednio zabezpieczone prawa społeczno-ekonomiczne i socjalne (np. dyskryminacja tzw. umów śmieciowych).
Przede wszystkim konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku zanadto rozprasza władzę i prowadzi do degrengolady w procesie rządzenia. Jej przepisy strukturalnie generują konflikt.

Struktura narzuca konflikt
Bałamutnie mówi się często, że aktualna konstytucja sprawdziła się w trakcie katastrofy smoleńskiej; ja mam inną optyką: (otóż), było wprost przeciwnie, a nawet jeszcze gorzej: bo obecna ustawa zasadnicza w dużym stopniu przyczyniła się do katastrofy smoleńskiej, gdyż strukturalnie generuje silny konflikt polityczny.
Obecnej konstytucji bronią zazwyczaj osoby, politycy, albo ich sukcesorzy, którzy ją uchwalali. A to zaś jest postawa bardzo arbitralna, nieobiektywna i uzurpatorska.
Po zmianie władzy, pierwszym korkiem, który będzie trzeba zrobić, to głęboka zmiana konstytucji. Na wielu polach.
Silna, nowoczesna, tolerancyjna Polska pod rządami aktualnej konstytucji jest niemożliwa.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Podstęp postępu…


Od dawna nasze zachodnie samopoczucie opiera się na próżności. Zbyt mocno uwierzyliśmy w siebie i we własną nieomylność. W kulturze oraz w zachodnim sposobie myślenia przedstawia się tzw. człowieka Zachodu jako tego, który osiągnął najwyższy poziom rozwoju i przewyższa pod względem cywilizacyjnym pozostałe ludy. „Człowieka Zachodu” kontrastuje się z „człowiekiem dzikim”, który nie osiągnął takiego samego stopnia rozwoju kulturowego i pozostał daleko w tyle.

Roman Mańka: Lecz czy rzeczywiście strategia, którą wybrał „człowiek Zachodu” jest lepsza i czy świadczy o jego wyższości i przewadze na „człowiekiem dzikim”? A może to „człowiek dziki” wybrał lepszą strategię, która pozwala mu przetrwać?
Wbrew pozorom kwestia ta wcale nie jest taka oczywista, zaś słuszność drogi „człowieka Zachodu” i jego domniemana wyższość jest kwestią, co najmniej dyskusyjną.

Oczywista nieoczywistość
Problem wziął na swój naukowy „warsztat”, francuski antropolog, filozof i socjolog, twórca filozofii strukturalizmu, Claude Levi-Strauss. Jest on architektem jednej z najbardziej przełomowych rewolucji w dziedzinie badań antropologicznych oraz przede wszystkim autorem dzieła z 1958 roku pod tytułem „Antropologia strukturalna” (zapowiedź tego zagadnienia miała miejsce już w eseju napisanym w 1949 roku, który zresztą autor zdecydował się włączyć do głównego dzieła).
Co zauważył Levi-Strauss? Zaintrygowała go przede wszystkim skomplikowana relacja pomiędzy niezmienną i atemporalną strukturą oraz procesem historycznym, a także synchroniczna oraz diachroniczna analiza, jak również wnioski, które z tego wynikają.
Pomijając szczegóły i przechodząc do sedna sprawy: zdaniem Claude Levi-Straussa, wcale nie jest powiedziane, że „człowiek Zachodu” (tak dzisiaj w Polsce, co wynika z pewnych kompleksów, sakralizowany) wybrał słuszną drogę i obrał lepsza strategię niż „człowiek dziki”; bynajmniej nie jest to oczywiste.
Słuszność rozumowania Levi-Straussa uwidacznia się zwłaszcza teraz, gdy w Ukrainie trwa brutalna, wyniszczająca ludzi wojna, zaś ludzkość stanęła wobec perspektywy III wojny światowej. Nie bez znaczenia jest okoliczność, iż esej, którego przedmiotem była złożona relacja pomiędzy etnologią a historią, Levi-Strauss napisał w 1949 roku, a działo „Antropologia strukturalna” niespełna dziesięć lat później, w roku 1958, czyli krótko po wojnie.

Metą postępu jest zagłada
A więc co zauważył Claude Levi-Strauss? Rzekoma niższość „człowieka dzikiego” oraz domniemana wyższość „człowieka Zachodu”, nie jest wynikiem struktury (umysłu), genetycznych uwarunkowań strukturalnych, gdyż struktura (umysłu) i związany z nią potencjał intelektualny są mniej więcej, u wszystkich ludzi, takie same, lecz kultury i napotkanych doświadczeń; stąd właśnie biorą się różnice: z różnych doświadczeń. Jednak Levi-Strauss dokonuje czegoś dużo bardziej szokującego naukowy consensus nowoczesności: przewrotnie sugeruje i wprawia współczesny dyskurs naukowy w osłupienie, iż paradoksalnie, to może „człowiek dziki” zasłużył sobie na miano wyższości i być może to on wybrał lepszą strategię na przetrwanie.
Na plan pierwszy wysuwa się pięć zagadnień: 1) właśnie przetrwanie; 2) historia; 3) czas; 4) postęp/rozwój; 5) struktura; 6) trwanie.
Celem obydwu modeli życia, zarówno „człowieka Zachodu”, jak i „człowieka dzikiego” jest przetrwanie. „Człowiek Zachodu” żyje w historii, zdefiniował historię jako diachroniczną przestrzeń rozwoju, a także jako logiczną nadbudowę wobec wydarzeń i rekonstrukcję wydarzeń poprzez język oraz znaczenia. Niezwykle ważny jest tu stosunek do postępu. „Człowiek Zachodu” interpretuje postęp jako szansę i warunek przetrwania. Dlatego stawia na linearny rozwój w czasie i historii. Życie w czasie oraz postęp w czasie „człowiek Zachodu” uznał jako metodę na przetrwanie.
„Człowiek dziki” wybrał strategię dokładnie odwrotną. Nastawił się nie na postęp, lecz na trwanie. W upływającym czasie, w postępie, w rozwoju widzi zagrożenie. Czas i historię, a zwłaszcza postęp zdefiniował jako śmiertelne zagrożenie. „Człowiek dziki” intuicyjnie doszedł do wniosku, że postęp, który zawiera w sobie kuszącą pokusę, immanentnie, strukturalnie niesie w sobie również element zagłady.

Tymczasem on chce trwać.

Ludzie dzicy żyją poza czasem i nie tworzą historii.

Wchłonęli czas…
W opozycji do „człowieka Zachodu”, „człowiek dziki” żyje poza czasem i poza historią. Świadomie rozdzielam tu czas i historię, gdyż to nie są pojęcia synonimiczne: czas realnie płynie, zaś historia zawsze stoi, jest konstruowana przez człowieka jako logiczna rekonstrukcja czasu; żyjemy w czasie, ale nie w historii (Heidegger pisał w „Byciu i czasie” o historii i historyczności). Levi Strauss, analizując dorobek etnologów i etnografów zauważył, iż tak naprawdę „społeczeństwa dzikie” nie utrwalają czasu (jak powiedziałby Bergson: nie uprzestrzeniają, nie strukturalizują czasu), nie mają historii; zrekonstruowanie historii „ludów dzikich” jest praktycznie niemożliwe.
„Człowiek dziki”, w pojęciu czasu i w tym co się z nim wiąże: postępu, widzi zagrożenie. Dlatego buduje niezmienną strukturę, organizację rytualną, której zadaniem jest wchłonąć czas. „Ludy dzikie” wchłaniają czas. I zdaniem Claude Levi-Straussa ich strategia jest lepsza, bo daje większe szanse na przetrwanie.
Idee Levi-Straussa, choć zapewne determinowane również wydarzeniami II wojny światowej, miały swoich prekursorów już wcześniej. Jako jeden z pierwszych wątek ten poruszył w XVI wieku filozof z Bordeaux, lecz nie słynny Monteskiusz, ale Michel de Montaigne. W „Próbach”, w części poświęconej kanibalom (w „O kanibalach), w sposób ironiczny kontrastuje świadomość kanibali ze współczesnymi zwyczajami oraz prawami. Gdy spytano kanibali doprowadzonych w Rouen przed oblicze Karola IX, co dziwi ich najbardziej w cywilizowanym społeczeństwie (?), wskazali na dwa fakty: 1) to że dojrzali ludzi oraz starcy usługują dzieciom; 2) oraz to, że ludzie wykluczeni ze społeczeństwa, pozbawieni środków do życia oraz godności, nie rzucą się tym sytym, ponadnormatywnie zamożnym osobom do gardeł.
Tym samym, Michel de Montaigne w efektowny sposób sugerował, iż w „społeczeństwach dzikich”: 1) szanuje się doświadczenie oraz mądrość ludzi; a po 2) że cnotą jest równowaga, w „społeczeństwach dzikich” istnieje egalitaryzm. Tymczasem „człowiek Zachodu”, jak dowiodła Margaret Mead, w swej taksonomii kultury i jak wypunktowali kanibale Michela de Montaigne, socjalizację kulturową odwraca (kultura postfiguratywna, kofiguratywna, prefiguratywna; starsi usługują dzieciom, uczymy się od dzieci, współcześnie to dzieci socjalizują rodziców).
Okazuje się, że postęp może być pułapką. Celowo użyłem słowa: „może”, w odróżnieniu od „jest”. Ale to my ludzie musimy pilnować, aby postęp nie okazał się w praktyce podstępem; aby nas nie zdeterminował i rozwijał się pod kontrolą, w pożądanym, zrównoważonym kierunku. Niestety, jak dotychczas tak nie jest.

Melioryzm
To co rozwinął w bardzo efektowny sposób, Claude Levi-Strauss, w „Antropologii strukturalnej”, pokazując, iż „człowiek Zachodu” wcale nie musi mieć przewagi nad człowiekiem dzikim, wyłożył również wielki filozof Oświecenia i liberalizmu, Jan Jacques Rousseau, tworząc ideę: „szlachetnego dzikusa” w opozycji do wytworzonego przez kulturę zachodnią modelu „człowieka cywilizowanego” (z tym nie zgadzał się Wolter).
Dla Rousseau, problemy rodzi postęp. Kłopoty pojawiają się wówczas, gdy rozwija się cywilizacji, gdyż wówczas pojawia się konkurencja, rywalizacja, nadmiar produktów ponad potrzeby, dobra luksusowe, itp., zaś wzorem dla autora „Umowy społecznej” jest stan natury, w który istnieje równowaga, porządek, współpraca, współczucie, itd. Zdaniem Francuza, zło przychodzi z urządzeń społecznych.
To nie oznacza, i Rousseau o to nie chodziło, że należy cofnąć się od stanu cywilizacji do stanu natury, lecz, że pewne naturalne normy, prawa, wartości, standardy, kryteria, reguły, ramy trzeba wprowadzić do stanu cywilizacji.

“Szlachetny dzikus” obawia się czasu, a konkretnie mówiąc: jego upływu; w postępie i cywilizacji widzi zagrożenie.

Rozum przeciwko rozumowi
Największego jednak fundamentu dla myśli strukturalnej Levi-Straussa można doszukać się w pracy filozofów frankfurckiej szkoły krytycznej, Theodora Wiesengrunda Adorno oraz Maksa Horkheimera pt. „Dialektyka oświecenia”. W wymiarze semantycznym nie chodzi o „Oświecenie” przez duże „O”, rozumiane jako epoka kulturowa czy okres historyczny, lecz o oświecenie jako przywilej rozumu w opozycji do przesądu, lub zabobonu, który następnie na pewnym etapie rozwoju stwarza opozycję do samego siebie.
W ten sposób rozum staje się opozycją w stosunku do rozumu. Adorno oraz Horkheimer twierdzili, że rozum w procesie swojego rozwoju ulega emancypacji i w końcu wyłania się to, co krytyczni filozofowie frankfurccy nazwali rozumem wyrachowanym, który zgodnie z prawami dialektyki obraca się przeciwko człowiekowi; w pierwszej fazie przeciwko części społeczności, a w końcu przeciwko całej ludzkości.
Adorno i Horkheimer argumentowali to m.in. w ten sposób, że każdy kolejny konflikt zbrojny, z którym mieliśmy do czynienia w historii, powodował większe spustoszenie i skutkował bardziej potężnymi stratami, zaś osiągnięcia postępu (wynalazki techniczne) nie są jednoznaczne.
W „Fenomenologii ducha” (1807) Hegel twierdził, że myśl, czyli produkt rozumu może wyjść poza człowieka i partycypować w rzeczywistości, stać się duchem obiektywnym, który składa się na prawo, państwo, oprzyrządowanie materialne, urządzenia społeczne, rzeczy, infrastrukturę, itp. Z kolei Martin Heidegger uważał, że na polu techniki dochodzi do odzyskania rzeczy, poprzez identyfikację, tożsamość idei i rzeczy. Czyli rozum wychodzi poza człowieka (poza nas), a idąc tropem dialektyki Adorno i Horkheimera, ale przede wszystkim analizy strukturalnej Levi-Straussa, można postawić prawdopodobny wniosek, że w ramach swej emancypacji kiedyś nam ucieknie i stracimy nad nim całkowitą kontrolę.
To się już od dawna dzieje, gdy np. dochodzi do wojen, choćby tak jak ostatnio w Ukrainie, ale również w bardziej subtelnych formach, postaciach, i wymiarach cywilizacji, gdy np. nadmiernie ingerujemy w naturę, naruszając równowagę ekologiczną, albo kiedy wchodzimy w geny i w biologię, bądź w manipulacje handlowe czy polityczne poprzez techniki inżynierii społecznej, lub nawet bio-polityki (na tym gruncie polecam prace Michela Foucaulta).

Ostrzeżenie Hawkinga …
Ostatnią instancją dialektyki rozumu może być wytworzenie zbyt inteligentnej sztucznej inteligencji, która po prostu stanie się ostatnim ogniwem procesu emancypacji rozumu, o którym wspominali Adorno i Horkheimer, a więc: rozumu wyrachowanego, który nam po prostu ucieknie, oszuka nas, albo po prostu zniszczy.
Przed czym swoich uczniów, dziś wybitnych profesorów fizyki, przestrzegał Stephen Hawking(?); przed dwoma rzeczami: nie szukajcie kontaktów z inteligencją pozaziemską i nie rozwijajcie zbyt nadto sztucznej inteligencji.
Ci którzy nadmiernie idealizują, wręcz sakralizują rozum i postęp, często sami są antytezą rozumu oraz postępu, bo okazują się bezkrytyczni. Myśliciele tacy, jak Max Weber („żelazna klatka kapitalizmu”, teoria biurokracji) czy Georg Ritzer (makdonaldyzacja), właśnie w nieokiełznanym procesie rozwoju racjonalizmu upatrywali źródła największych nieszczęść XX wieku, a zarazem historii ludzkości.

Widzimy to teraz, w Ukrainie, na naszych oczach.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Odrzucić II Rzeczpospolitą!


Nigdy nie rozumiałem (i nadal nie rozumiem), dlaczego III Rzeczpospolita obrała za swój wzór II Rzeczpospolitą, państwo w gruncie rzeczy słabe, skorumpowane, o co najmniej kontrowersyjnym systemie politycznym? Dlaczego, za symbol polskiej państwowości został uznany człowiek, na którego pogrzebie, jak pokazują zdjęcia, aż roiło się od oficerów Wermachtu, a który miał niebezpieczne zapędy dyktatorskie?

Roman Mańka: Kiedyś już napisałem, że 1 września 1939 roku obnażył słabość tamtego państwa: II Rzeczpospolitej, oraz naiwność prowadzonej wówczas polityki; infantylną wiarę, że bezpieczeństwo zapewnią nam jakieś międzynarodowe traktaty, a nie potęga własnej armii. Tylko niszcząca dla wrogów potęga własnej armii jest w stanie zapewnić nam bezpieczeństwo oraz stabilny państwowy byt.

Dwie trumny
W roku 1920, bazując na żołnierzach służących w wojskach zaborczych, potrafiliśmy odepchnąć inwazję Związku Radzieckiego, przy okazji ratując przed „czerwoną zarazą” całą Europę. Po upływie 19 lat ponieśliśmy klęskę. Co to oznacza? Zmarnowaliśmy ten okres. Rozwijaliśmy się wolniej niż otoczenie. Ale też nie osiągnęliśmy synergii, gdyż wdaliśmy się w głęboki podział. Marnotrawiliśmy energię ludzi. Zrażaliśmy sobie obywateli.
Przede wszystkim II Rzeczpospolita nie była państwem demokratycznym. Targały nią dwa żywioły: jeden był faszystowski; drugi autorytarny. Dziś mówi się często, że przed drugą wojną światową stały w Polsce dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego. Uznając ich zasługi dla wywalczenia w roku 1918 niepodległości (gdyż takie zapewne mają), nie klęknąłbym na obydwa kolana przed żadną.

Polsce potrzebna jest niebywale silna Armia, z której Polacy będą dumni.

Porażki są zawsze brzydkie
Imię Roman zawdzięczam Babci, która je przeforsowała. Otrzymałem je na cześć Dmowskiego. Szybko się jednak z tego otrząsnąłem. Sporo poczytałem. Nie akceptuję ani tradycji Piłsudskiego, ani Dmowskiego. Od słowa naród, wolę słowo społeczeństwo.
Mit o II Rzeczpospolitej, na którym swą egzystencją oparła III, świetnie pasuje do polskiej bajki o: moralnym zwycięstwie. Zaatakowały nas dwa totalitaryzmy. Dzielnie stawiliśmy opór. Broniliśmy się długo, bo miesiąc. A na końcu osiągnęliśmy moralne zwycięstwo. Szczerze mówiąc, od moralnego zwycięstwa wolałbym mniej moralną, ale realną wygraną. Zawsze powtarzam: nie ma moralnych zwycięstw, są tylko zwycięstwa. Tak samo, jak przy okazji meczów piłkarskich mówię (i są to moje autorskie słowa): nie ma pięknych porażek, porażki są zawsze brzydkie.
Otóż, 1 września 1939 roku przegraliśmy. Tyle i tylko tyle. Zawsze to wiedziałem. Ta przegrana obnażyła słabość oraz brak demokracji w II Rzeczpospolitej, podziały i konflikty, jakie wówczas drążyły tamto państwo.

Gardzę moralnymi zwycięstwami
Widać to ewidentnie szczególnie dzisiaj, w kontekście heroicznej obrony Ukrainy. Niestety, Ukraińcy trochę nas zawstydzają. Postawili na obronę totalną. Na spalenie własnej ziemi, lecz jej nieoddanie. Sami niszczą własną infrastrukturę krytyczną. Wysadzają mosty. Psują drogi. Byle wróg nie mógł się przedostać. Zagrali va banque. Postawili wszystko na jedną kartę, aby zwyciężyć. Są gotowi unicestwić siebie, ale zniszczą też wroga. Tak, jak Witalij Skakun, młody ukraiński chłopak, kwiat ukraińskiej młodzieży, który zgłosił się na ochotnika, aby wysadzić most w powietrze, chociaż wiedział, ze sam zginie. Ale żaden rosyjski najeźdźca już po nim nie przejedzie.

Tak się walczy!

Ukrainy nie zaatakowała słabsza armia niż nas w 1939 roku. A jednak oni dzielnie i skutecznie stawiają opór. Ich prezydent nie uciekł z zaatakowanej Ojczyzny, tak jak nasze władze w trakcie drugiej wojny światowej. Wołodymyr Zełenski pozostał z Narodem, z ludźmi, by nie załamać morale i dowodzić obroną Ojczyzny. Dał ważny bodziec mentalny i jest bohaterem. Pozostał, bohatersko walcząc ramię w ramię razem z Ukraińcami, chociaż proponowano mu bezpieczną ucieczkę.
Dlatego Ukraina osiągnie realne zwycięstwo, nie tylko moralne, które tak naprawdę zawsze jest i tak porażką. Szczerze mówiąc: gardzę moralnymi zwycięstwami.

Połączenie patriotyzmu i liberalizmu stanowi najlepsze paliwo rozwoju.

Liberalizm i patriotyzm
Dlatego źródłem i odniesieniem nowej Rzeczpospolitej (III czy którejkolwiek) nie może być II. Choćby dlatego, że było to państwo niedemokratyczne, autorytarne, Zaś patronem silnego polskiego państwa nie powinien być ktoś taki, jak Piłsudski. W ogóle: kult jednostki w III Rzeczpospolitej, niby liberalnej i demokratycznej, to aberracja.
Trzeba stanowczo odrzucić zarówno tradycję Piłsudskiego, jak i Dmowskiego. Pierwsza była autokratyczna; druga nacjonalistyczna. Nie tędy droga. Osobiście najbliższa jest mi tradycja jagiellońska, czyli państwa wielkiego, silnego, otwartego, pluralistycznego, multikulturowego, tolerancyjnego.

I trzeba jeszcze jednej rzeczy dokonać w świadomości współczesnych polskich elit: (otóż) nie ma żadnej opozycji, żadnej niespójności, żadnego dysonansu czy zgrzytu pomiędzy patriotyzmem a liberalizmem. Przeciwnie: liberalnym patriotyzmem, wolnością i miłością do Ojczyzny porwiemy nowe pokolenia.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Strukturalnie świat dojrzał już do trzeciej wojny światowej


Patrząc na historię od momentu zakończenia Średniowiecza, duży konflikt w Europie miał miejsce gdzieś co około 100 lat. Za pierwszą wojnę światową uznaje się tzw. wielką wojnę trwającą w okresie 1914-1918, ale tak naprawdę pierwszą walką zbrojną o charakterze światowym, byłą tzw. wojna siedmioletnia (1756-1763), będąca konsekwencją tzw. sankcji pragmatycznej Cesarza Karola VI, a w jej wyniku wstąpienia na tron Austrii Marii Teresy (1740-1780), a następnie jej syna Józefa (1865-1790).

Roman Mańka: Ponieważ roszczenia sukcesji odnosiły się do całego Cesarstwa Habsburgów, stanowiło to jeden z elementów genezy wojny. Rozgrywała się ona na trzech kontynentach: w Europie, w Ameryce Północnej, w Azji, w Indiach, a także na wyspach kanaryjskich. W rzeczywistości była to pierwsza wojna światowa, która jednak nie jest tak określana przez historyków.

Historyczna prawidłowość
100 lat wcześniej, cały Stary Kontynent został owładnięty przez straszną i brutalną wojnę trzydziestoletnią (1618-1648). Jak sama nazwa wskazuje, walki trwały aż 30 lat. Zaangażowała się w nie niemal cała Europa: Cesarstwo Habsburgów, Francja Ludwika XIII oraz Ludwika XIV, Hiszpania oraz Niderlandy rządzone również przez Habsburgów, Szwecja, Dania, Czechy, Węgry, Siedmiogród, itd.
Była to krwawa, okrutna wojna, a jej charakter był międzynarodowy, ponadpaństwowy. Formalnie definiuje się ją jako wojnę religijną, lecz jest to ocena powierzchowna. W praktyce na wojnę trzydziestoletnią składały się bardzo rożne złożone przesłanki: w pierwszej kolejności wymieniłbym polityczne i rywalizację Cesarstwa Habsburgów z Francją, konkurowanie Dani i Szwecji z podmiotem politycznym, który dzisiaj możemy nazwać (w uproszczeniu) Niemcami, walki religijne oraz procesy gospodarcze, zwłaszcza pojawianie się tendencji kapitalistycznych, w miejsce feudalnych.
Tak więc, w ostatnim pięćsetleciu, duży, poważny konflikt zbrojny wybuchał na Starym Kontynencie mniej więcej, w przybliżeniu, co sto lat. Od wojen napoleońskich do pierwszej wojny światowej minęło również równo sto lat. Tyle mniej więcej potrzeba, aby w świadomości ludzi zatarła się pamięć na temat konsekwencji walki, co ma wpływ na ich zachowania i postępowanie: ucieczkę w konsumpcjonizm, w materializm, itd. Te postawy prowadzą do inercji: zobojętniają moralnie i usypiają czujność, znieczulają na świadomość zagrożenia.

„Dogrywka”…
Ktoś powie: no dobrze, ale pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową różnica czasu wynosiła tylko 21 lat (1918-1939). Na pozór tak mogłoby się wydawać, powierzchowna analiza historii może prowadzić do takiego wniosku, lecz w istocie mieliśmy do czynienia z jedną wojną. Dwa wydarzenia rozgrywające się w przedziałach czasowych 1914-1918 oraz 1939-1945, należy traktować jako jedno wydarzenie; to w istocie było jedno wydarzenie.
Osobiście określam drugą wojnę światową, używając piłkarskiego terminu: „dogrywka”. Pierwsza i druga wojna światowa, to w zasadzie jedna wojna światowa, tyle tylko, że prowadzona z przerwą. Zresztą pierwsza wojna światowa zrodziła strukturalne oraz kulturowe problemy, które wywołały drugą: kategorię ludzi bezpaństwowców, w konsekwencji do tego antysemityzm i faszyzm, problemy gospodarcze, wielki kryzys, itp.
Po pierwszej wojnie światowej, z politycznego punktu widzenia pozostały niewyrównane rachunki (upokorzenie Niemiec, imperialne aspiracje Rosji, amerykański izolacjonizm, nieporozumienia graniczne), dlatego druga wojna światowa miała te rachunki wyrównać.

Geneza a nie przyczyny
Od ostatniego, poważnego konfliktu zbrojnego (wojny światowej) minie niebawem sto lat. Żeby zrozumieć to co się obecnie dzieje w świecie, musimy odwołać się do pierwszej wojny światowej. Dla nikogo nie było tajemnicą (może dla naiwnych), że druga wojna światowa będzie miała charakter światowy, to było planowane, czytelne i dość przewidywalne działanie. Hitler dążył do konfliktu światowego. Lecz pierwsza wojna światowa nie musiała tak wyglądać. Ona wymknęła się spod kontroli.
Druga wojna światowa była zjawiskiem dość gwałtownym, pierwsza kształtowała się przez długie lata, począwszy od rewolucji przemysłowej. W odniesieniu do drugiej wojny światowej mówi się o przyczynach, w odniesieniu do pierwszej używanie określenia „przyczyny” nie oddaje w pełni sytuacji, zdecydowanie lepiej mówić o genezie.
Na długo przed pierwszą wojną światową kształtowały się jej strukturalne przesłanki, które doprowadziły do jej wybucha, a następnie – bo obydwa wydarzenia taktujemy jako jedno, a rozdzielamy je tylko dla celów analitycznych – do zaistnienia „dogrywki”, czyli wybuchu drugiej wojny światowej.
To co istotne w kontekście pierwszej wojny światowej, a co może stanowić również odniesienie do aktualnej sytuacji, a więc napaści na Ukrainę, to niekontrolowalność, spontaniczność, a nawet (lepsze określenie) żywiołowość sytuacji, która w pewnym momencie wymknęła się spod kontroli. 28 czerwca 1914 roku, w stolicy Bośni – Sarajewie – serbska organizacja nacjonalistyczna „Czarna ręka” dokonała zamachu na następcę tronu Austro-Węgier, arcyksięcia Franciszka Ferdynand Habsburga, w wyniku czego ten poniósł śmierć.
Następnie Austro-Węgry zażądały wyjaśnień, śledztwa od Serbów oraz ukarania winnych, Serbia odmówiła. Austro-Węgry zaatakowały Serbię. Tej, z uwagi na tradycyjne sojusze, z pomocą przyszła Rosja. Austrii na pomoc podążyły Niemcy, Rosji – Francja, Francji – Wielka Brytania. I w ten sposób rozpoczął się światowy konflikt.

Geneza jest już gotowa
Ale nastrój tego konfliktu oraz jego strukturalne podstawy istniały już dużo wcześniej. Używając metafory: beczka prochu była gotowa od dawna, potrzebna stała się tylko iskra, która spowoduje detonację.
I w tym sensie tamta sytuacja jest podobna do dzisiejszej.
Nastrój trzeciej wojny światowej, jej strukturalne podłoże, czynniki mentalne, wszystko to zaczęło formować się od dawna: rozpad dwubiegunowego świata w roku 1989, który był w większym stopniu stabilizatorem niż destabilizatorem {paradoksalnie dialektyka stabilizuje}; atak na World Trade Center w roku 2001 i powstanie tzw, zagrożeń asymetrycznych; globalizacja NATO, niesymetryczność Unii Europejskiej wobec NATO, różnice interesów pomiędzy obydwoma organizacjami, wielki kryzys gospodarczy w latach 2008 oraz 2009; rywalizacja Chińsko-Amerykańska; błędy Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i powstanie Państwa Islamskiego.
Czyli ewentualna trzecia wojna światowa ma już swoją genezę. Geneza (nie przyczyny), tak jak w przypadku pierwszej wojny jest już gotowa.

Geneza III wojny światowej jest już “napisana”, do jej wybuchu wystarczy tylko iskra.

Wystarczy iskra
Agresja Rosji na Ukrainę jest tak naprawdę, w perspektywie historycznej i geograficznej, fragmentem dużo większej całości. Tak naprawdę ta wojna, to cześć wspomnianej rywalizacji chińsko-amerykańskiej, w której Rosjanie występują jako rzecznicy interesów Chin, zaś Ukraińcy, jako obrońcy własnej Ojczyzny, ale też jako rzecznicy interesów Stanów Zjednoczonych.
Gra idzie o wyparcie Amerykanów z Euro-Azji, co jest w interesie Chin, Rosji i Niemiec. Spodziewam się, że po wstępnej jedności świata zachodniego, wymuszonej przez medialny szum i mocne przywołanie okoliczności moralnych, niebawem ujawnią się napięcia w ramach Unii Europejskiej i NATO, które pokażą ostry konflikt interesów. Trzecia wojna światowa, jeżeli do niej dojdzie, nie będzie przebiegała w opozycji NATO-Rosja, a w zupełnie innej konfiguracji.
Strukturalnie i kulturowo, mentalnie świat jest już gotowy do trzeciej wojny światowej, rzeczywistość do niej dojrzała.
A czy do niej dojdzie? To zależy czy stanie się coś takiego, jak w przypadku pierwszej wojny światowej (zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda), co spowoduje, że sytuacja wymknie się spod kontroli i uruchomiony zostanie mechanizm lawiny, który można nazwać również logiką żywiołu.
To może być zupełnie błahe, banalne, przypadkowe, niezamierzone zdarzenie, które uwolni siły procesu.
Wystarczy zapoznać się z historią obalenia „Muru Berlińskiego” żeby uświadomić sobie, jak wielką rolę w przyspieszeniu procesów historycznych może odgrywać przypadek czy banalna, kuriozalna pomyłka.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Niemcy mają ukraińską krew na rękawiczkach!


I Chińczycy też… Napisałem, że Niemcy oraz Chiny maja krew na rękawiczkach, a nie na rękach, bo wszystko miało być zrobione w białych rękawiczkach. Za brutalną militarną agresją kryje się geopolityczny plan i intryga. To jest to, co Immnuel Kant nazywał noumenem, czyli, mówiąc prościej, istotą rzeczy. Martin Heidegger pisał: sens jest tym, co się nie pojawia.

Roman Mańka: Naocznie widzimy bestialski, bezpardonowy atak Rosji na Ukrainę, ale sens się nie pojawia, sens został ukryty głębiej. A sensem jest geopolityczna strategia, zmierzająca do wyparcia Stanów Zjednoczonych z Euro-Azji, osłabienia Polski, państw bałtyckich, krajów skandynawskich oraz innych wspólnot politycznych Europy Środkowo-Wschodniej.

Tę grę toczyli Chińczycy, Niemcy oraz Rosjanie, którzy mieli odgrywać  (i odgrywają w niej) rolę: kilerów.

Wbrew oficjalnym sojuszom
Amerykanie mieli zostać wypchnięci z Euro-Azji i spaść w globalnej hierarchii na czwartą pozycję, czyli poza “pudło”. Miał zostać uformowany nowy dominujący geopolityczny układ: Chiny – Rosja – Unia Europejska (a więc w praktyce: Niemcy).
Chiny ustawiły się do rządzenia Azją i Pacyfikiem, zaś Niemcy z Rosją – Europą.

Tak miało wyglądać nowe rozdanie globalnych kart.

Na przestrzeni ostatnich 20 lat, Niemcy bardzo intensywnie współpracowały z Rosją. Można powiedzieć, że niesymetrycznie wobec układów geopolitycznych, w których partycypują, łamiąc lojalność wobec Unii Europejskiej oraz NATO. Dla Niemców Rosja stała się jednym z najważniejszych, o ile nie najważniejszym partnerem gospodarczym.
Polityka Niemiec systematycznie, krok po kroku, prowadziła do osłabienia Ukrainy, a także całego regionu Środkowo-Wschodniej Europy. Projekty “Nord Steam I” oraz “Nord Stefam II” uzależniały Europę od rosyjskiego gazu i uniezależniały Rosję od Ukrainy, ominęły Polskę, jak również inne kraje. Jednocześnie, chciano zniszczyć polski węgiel i kopalnie. Kupując od Rosji gaz oraz inne surowce, Niemcy dozbrajały rosyjską armię.

Wyrzucić Amerykanów z Europy
Cała agresja Rosji wobec Ukrainy miała odbyć się szybko, przy milczącym wsparciu Chin oraz Niemiec, które uczestniczyły w tym projekcie niemilitarnie, a politycznie, w białych rękawiczkach, które teraz zostały splamione ukraińską krwią.
Intrygę, wymierzoną w Stany Zjednoczone, Europę oraz NATO, w Świat Euro-Atlantycki zdemaskowało bohaterstwo i poświęcenie Narodu Ukraińskiego.

Heidegger miał rację: “sens to jest to, co się nie pojawia”.

Działania Putina militarnie wycelowane są w Ukrainę, lecz politycznie w Stany Zjednoczone i Zachód. Rosyjski dyktator uważał, że tym ruchem (agresja wobec Ukrainy) przywróci rzeczywistość sprzed 1989 roku i wyniesie Rosję do statusu jednego z dwóch supermocarstw. Taki był jego cel: w Azji miały dominować Chiny; w Europie Rosja, blisko współpracująca z Niemcami. Amerykanie mieli zostać zepchnięci do głębokiej defensywy.

Biden ma jaja
Putin przeliczył się w trzech miejscach, a dwa pierwsze są ze sobą ściśle powiązane. Przede wszystkim nie docenił siły oporu Ukraińców, poświęcenia w walce o niepodległość własnej Ojczyzny, ich heroizmu oraz determinacji. Z tego wziął się drugi czynnik: działania Rosji nie okazały się operacją, łatwo i szybko przeprowadzoną, którą można było przedstawić Europie i Światu jako interwencję w obronie rzekomo prześladowanej rosyjskiej ludności. Ta okoliczność stworzyła problem dla Niemiec, które zostały zawstydzone i musiały dokonać ewolucji własnej postawy, zająć kategoryczne stanowisko.
W tym punkcie Putin pomylił się najbardziej. Spodziewał się, iż przedstawi Niemcom taki obraz wojny (w jego retoryce: operacji ratunkowej), który pozwoli im z zimną twarzą spacyfikować reakcję Unii Europejskiej i zneutralizować działania Stanów Zjednoczonych. Jednak w pewnym momencie, krytyczna czerwona linia została przekroczona, widok okrucieństwa oraz bestialstwa Rosjan na froncie spowodował, iż nawet Niemcy nie mogli wobec tej sytuacji przejść do porządku dziennego.
Trzecią rzeczą, która zaskoczyła Rosjan, a której Putin nie przewidział, była twarda polityka Ameryki. Putin błędnie ocenił obecnego prezydenta USA, tak jak w roku 1962, podczas kryzysu kubańskiego, Chruszczow – Kennye’go. Putinowi się wydawało, że Biden, to „dziaders”, ślamazarny staruszek, nieposiadający zdolności do zdecydowanej polityki. Pewnie na taką percepcję sytuacji złożyły się jesienne wydarzenia w Afganistanie, które były jeszcze pozostałością Donalda Trumpa, chociaż jego następca również nie ustrzegł się błędów i przegapił kluczowy moment.
To utwierdziło Putina w diagnozie, że Ameryka jest słaba, a Biden bezradny. I tu się właśnie Putin bardzo pomylił, bo Biden okazał się twardym graczem, facetem który mimo zaawansowanego wieku ma ciągle duże jaja.

Geopolityczna gra
Tak naprawdę, w głębszym ujęciu, bardziej strategicznym, w warstwie metapolitycznej, wojna w Ukrainie jest wojną Rosji i Chin ze Stanami Zjednoczonymi i Zachodem. W tym sensie, mentalnie jest to już III wojna światowa. Tyle tylko, że wobec Ameryki nie wszyscy sprzymierzeńcy są szczerze lojalni. Na pewno wiarygodna nie jest postawa Niemców. Ich zachowanie jest determinowane sytuacją, moralnie wymuszone, lecz nie wynika z ich geopolitycznych kalkulacji, ani sympatii. Cud dworu brandenburskiego już się kiedyś zdarzył.
Amerykanie w tej sytuacji nie mogli ustąpić. Gdyby to zrobili, utraciliby status globalnego supermocarstwa. Spadliby na pozycję numer trzy, a w dłuższym horyzoncie czasowym, może nawet cztery, zostając za Chinami, Rosją, a niewykluczone, że i za Niemcami. Tym bardziej, że domniemane, niedopowiedziane oczekiwania Putina były bardzo wysokie: wynosić się z wojskami NATO za Odrę, a w dalszej perspektywie za Ocean. W przeciągu kilku najbliższych lat, Pakt Północno-Atlantycki miał stać się bezużyteczny, stracić swoją funkcjonalność.

Lecz Putin i Niemcy przeliczyli się. I to bohaterstwo Narodu Ukraińskiego pokrzyżowało im szyki.

Szanse i zagrożenia
Z tego wszystkiego dwa efekty wynikają dla Polski. Jeden jest bardzo korzystny (o ile w sytuacji, kiedy giną ludzie, w ogóle można mówić o jakichś korzyściach); drugi zaś jest bardzo niekorzystny.
Po pierwsze, rozwój zdarzeń związanych z wojną w Ukrainie, spowodował, że – przynajmniej na jakiś czas – rozpadł się sojusz rosyjsko-niemiecki. Niemcy przyłączyli się do ostrych sankcji wobec Rosji. „Nord Stream II” nie ruszył. Być może gaz z Rosji do Niemiec w ogóle nie popłynie. Podczas walk w Ukrainie, rosyjscy żołnierze zabijani są niemiecką bronią, ich pancerfausty niszczą rosyjskie czołgi.

To musi pozostawić głęboką rysę na stosunkach rosyjsko-niemieckich.

Po drugie, i to jest właśnie dla Polski bardzo niebezpieczne, Niemcy wykorzystali obecną sytuację do radykalnego zwiększenia wydatków na rozbudowę oraz modernizację własnej armii. W ferworze agresji Rosji na Ukrainę, kanclerz federalny, Olaf Scholz zapowiedział, iż Niemcy będą przeznaczać 2 proc. własnego wzrostu gospodarczego (PKB) na rozwój Bundeswehry. Wzrost wojskowych oraz militarnych zdolności Niemiec, nie jest dla nas Polaków dobrą informacją. Kiedyś może dojść do sytuacji, w której, gdy w Stanach Zjednoczonych zdarzy się prezydent podobny do Trumpa, Amerykanie zostaną z Europy dyplomatycznie wyparci, albo sami się wycofają. Ich rolę przejmą wtedy Niemcy, którzy mogą podzielić się z Rosją strefami wpływów na Starym Kontynencie.

Asymetryczna sytuacja
Oczywiście dziś Niemcy są naszymi przyjaciółmi, ale żadne uczucie, zwłaszcza na gruncie polityki, nie musi trwać wiecznie. Powinniśmy starać się budować, jak najlepsze relacje z naszym zachodnim sąsiadem, lecz nie możemy być naiwni (bo w polityce największym grzechem jest naiwność), czyli musimy pamiętać o historii, o imperialnej polityce Piotra I oraz intrygach carycy Katarzyny i Fryderyka II przeciwko Polsce, i o II wojnie światowej. Jak mawiał Henri Kissinger: „najlepsza polityka, to polityka realna”.
Obawiam się, że wojna w Ukrainie jest ostatnim konfliktem, kiedy NATO występuje razem. W przyszłości, w ramach Paktu może dojść do poważnego napięcia interesów (co w przeszłości już się zdarzało), a to spowoduje, że pozornie scementowany dziś układ Euro-Atlantycki rozpadnie się.
Sytuacja, w której bezpieczeństwo Europy gwarantują państwa pozaeuropejskie jest asymetryczna, i ten czynnik kiedyś da o sobie mocno znać.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Putin może grać na kilka strategicznych efektów


Roman Mańka:  1) Zniszczenie Ukrainy, zrównanie z ziemią. Nawet, jeżeli Ukraina ocali niepodległość, w pierwszej fazie pogrąży się w głębokim kryzysie i długotrwałej odbudowie.

2) Efektem wtórnym, choć bardzo bezpośrednim jest zaatakowanie Polski oraz innych krajów Europy Śridkowo-Wschodniej i Europy w ogóle, falą uchodźców. Teraz społeczeństwo polskie okazuje głęboko moralny odruch, empatię i entuzjazm pomocy, lecz gdy opadnie “wojenny kurz, przyjdą realne problemy do rozwiązania i pojawi się kryzys. Wybuchną silne napięcia.

3) W wyniku pkt. 2 powstanie analogiczny do sytuacji pomiędzy pierwszą, a drugą wojną światową problem: bezpaństwowców, wędrujących mniejszości etnicznych. Spowoduje to w Polsce oraz Europie wzrost napięć, a także znaczenia ugrupowań i środowisk faszystowskich, prorosyjskich i finansowanych przez Rosję.

4) W rezultacie konfliktu interesów może nastąpić rozpad NATO oraz podziały w gronie Unii Europejskiej.

Takie założenie może wydawać się nieracjonalne, gdyż w pierwszej reakcji osiągnięto w obozie zachodnim, transatlantyckim jedność. W tego rodzaju sytuacjach, gdy media pokazują widok ginących ludzi, zabijanych dzieci, niszczonych miast, zawsze na początku pojawiają się reakcje emocjonalne i postawy moralne, ale później, kiedy ucichnie medialny szum, do głosu najczęściej dochodzi cynizm i kalkulacja interesów.

Do trzeciej wojny światowej (właściwie to drugiej, bo pierwsza i druga były tak naprawdę jednym wydarzeniem i tak w przyszłości historia je oceni) dojdzie wtedy, gdy rozpadnie się NATO, zaś Unia Europejska straci funkcjonalność.

5) W wyniku wojny w Ukrainie do głosu mogą dojść nieobliczalni gracze tacy, jak: Iran, Indie, Wenezuela, Seria, kraje arabskie, itp.

6) Demonstracja siły i pokaz bestialstwa. Brutalna agresja Rosji na Ukrainę jest swego rodzaju terrorystycznym przekazem psychologicznym. Za pomocą mediów ma obniżyć morale i zniszczyć mentalnie inne kraje (np. Polskę), które Rosja, być może, w przyszłości zamierza zaatakować. Jest to technika zarządzania globalnym strachem i celowe redukowanie przyszłego oporu.

7) Podsumowując, Putin, chce uruchomić procesy. Postawił na wojnę z Ukrainą i w ogóle na wojnę, bo wojna to najskuteczniejszy reset, za pomocą wojny najłatwiej zresetować geopolitykę.

Rosyjski dyktator postanowił wysadzić w powietrze postzimnowojenny świat, który ukształtował się po 1989 roku, albowiem uznał, iż pozycja Rosji jest słaba, a Rosja w powstałych warunkach traci status supermocarstwa na rzecz Stanów Zjednoczonych i Chin, i nie może się rozwijać.

Uznał, że po wojnie będzie miało miejsce nowe rozdanie kart, dużo korzystniejsze dla Rosji.

W wyniku drugiej wojny światowej, Niemcy choć ją przegrały, stały się, paradoksalnie, dużo silniejsze niż wcześniej.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Logika historii

Często słyszy się niesprawiedliwy oraz absurdalny pogląd, iż zajmowanie się filozofią w ogóle nie pomaga w analizie realnych sytuacji oraz że nie sprzyja zrozumieniu praktycznej sfery życia. Tymczasem jest dokładnie przeciwnie: filozofia pomaga dostrzec głębsze, a także bardziej uniwersalne wymiary rzeczywistości i pozwala zobaczyć to, czego nie widać gołym okiem, co się nie pojawia na powierzchni zdarzeń: a więc sens.

Roman Mańka: Weźmy choćby napad Rosji na Ukrainę oraz generalnie charakterystykę natury państw imperialnych. Niemiecki filozof, najczęściej zupełnie źle rozumiany, Friedrich Wilhelm Nietzsche, dla zdefiniowania bytu (a mówiąc ściślej: bycia) użył dwóch kategorii: pierwsza to wola-mocy, zaś druga to wieczny-powrót. Jest to, przy zastosowaniu pewnego uproszczenia, kontynuacja tego samego schematu, który kształtował całą historię filozofii, aż do czasów Heideggera: u Platona była to opozycja form (idei) do rzeczy, a właściwie ich cieni (mit Jaskini); u Arystotelesa: substancja i właściwości, lub materia i akt; u Kartezjusza podmiot i przedmiot, zaś u Nietzschego: wola mocy oraz wieczny powrót.

Jak zauważa Heidegger, metafizyka zawsze zawierała w sobie funkcję dualizmu, jak również redukcję wielości do tożsamości, osiąganej na bardziej ogólnym poziomie. Przenosiła zrozumienie w inny pozafizyczny wymiar, dlatego właśnie zawierała przedrostek meta.

Każdy byt pragnie być
Wszystkie wymienione wyżej kategorie: idee-rzeczy, substancja-właściwości, podmiot-przedmiot, to nic innego, jak zasady bytu (zniekształconego przez zapomnienie bycia). Tym samym są nitzscheańskie wola mocy i wieczny powrót. Z tym, że jak przyznaje Heidegger, u Nietzschego metafizyka osiągnęła swą najwyższą figurę: po pierwsze dlatego, że zrozumiałe oddaje przywilej poznania wrażliwemu, czyli logika, matematyka, nauka oddaje palmę pierwszeństwa sztuce oraz technice (nauka konserwuje, sztuka i technika rekonfiguruje/odzyskuje rzeczy); po drugie u Nietzschego, wbrew pozorom, nie ma dualizmu ani opozycji, a tak naprawdę jest ciągłość, jedność, tożsamość.
Pomiędzy wolą-mocy nie ma dualizmu ani opozycji; tak samo pomiędzy wiecznym-powrotem. Wola mocy łączy platońskie idee i rzeczy, arystotelesowką substancję i właściwości, kartezjański podmiot i przedmiot, freudowską jaźń i jej rozwarstwienie.
U Nietzschego wola mocy to jedno. Ona łączy w jednej figurze opozycję podmiotu i przedmiotu, substancji oraz właściwości, likwiduje dualizm, a zapewnia tożsamości, jedność. Jest uniwersalną zasadą bytu. Wola dąży do mocy, pragnie mocy. A więc podmiot pragnie niczego innego niż samego siebie, dąży do osiągnięcia samego siebie w optymalnej wersji, która zawsze ucieka, bo stwarza nowe skale rozwoju.
Każdy byt pragnie mocy, optymalizacji samego siebie, dąży do rozwoju, do doskonałości. Nie ma opozycji pomiędzy podmiotem a przedmiotem, pomiędzy wolą a mocą, gdyż podmiot chce być jednocześnie przedmiotem, zaś wola – mocą.

To ontologiczna reguła bytu, każdego bytu.

Teologiczną zasadą jest zaś wieczny powrót. Każdy byt oczekuje swego przetrwania. Jak wykazywali socjologowie, Gerhard Lenski czy Niklas Luhmann (ale także biolog Karol Darwin), działanie ludzi determinuje chęć przetrwania, która powoduje ewolucję.

Jest to nic innego, jak nitzscheańska wola mocy oraz wieczny powrót.

Rzeczy w myśli
Heidegger pisze, iż w odniesieniu do historii, w bardziej uprawniony sposób możemy właściwie mówić o metafizyce historii, bądź filozofii historii.
Jak popatrzymy na dzisiejsze działania Rosji, powrót imperialnych tendencji w tym kraju, to dostrzeżemy właśnie te zasady bytu: wolę mocy i wieczny powrót. Zresztą objawiają się one w historii od dawna, wystarczy popatrzeć na dzieje Cesarstwa Rzymskiego, państwa Franków, III Rzeszy, Stanów Zjednoczonych, czy Unii Europejskiej.
Wszystkie te formy państwa były napędzone przez dwie zasady bytu/bycia, zdefiniowane przez Nietzschego: wolę mocy oraz wieczny powrót.
Inną formułą filozoficzną, która pomaga zrozumieć nam rzeczywistość oraz historię, jest reguła dialektyczna przedstawiona przez Georga Wilhelma Friedricha Hegla w „Logice” oraz „Fenomenologii ducha”.
Mamy do czynienia z trzema fazami rozwoju (ludzkiego) ducha: 1) duch subiektywny, czyli czysta myśl, albo myśl sama w sobie, następnie, to również część ducha subiektywnego: połączenie myśli z rzeczą, podmiotu z przedmiotem (myśl wychodzi poza siebie) i powrót połączonej myśli (idei); 2) duch obiektywny, przejawiający się w postaci materialnych wytworów myśli człowieka: państwo, prawo; 3) duch absolutny, sztuka, kultura, religia, filozofia, w których myśl wytwarza bardziej wyrafinowaną i subtelną myśl.

Trój-rytm historii
Jednak do obecnej sytuacji bardziej adekwatne zastosowanie ma inna zasad dialektyczna Hegla, dotycząca koniecznego rozwoju historii. W opinii Hegla, rozwojem historycznym kierują konieczne siły i przebiega on w dialektycznym trój-rytmie: najpierw jest teza, następnie antyteza, a na końcu powstaje synteza, stanowiąca połączenie tezy oraz antytezy.
Hegel nie definiował tego dialektycznego mechanizmu tylko i wyłącznie w sposób racjonalny, pozbawiony odwołań empirycznych, co się często mu zarzuca. Choć jego filozofia ma charakter racjonalny, a mówiąc jeszcze bardziej ściśle idealistyczny, to jednak opierał się on na ogólnej obserwacji historii, wyciągał globalne, uniwersalne wnioski z obserwowanych, aktualnych jemu, wydarzeń i starał się nadać im porządek, uformować w przekonującą logikę.
Gdy w roku 1807 pisał „Fenomenologię ducha” w Europie, następowały, tak jak obecnie, bardzo silne napięcia oraz procesy. Geopolityka pędziła z prędkością światła. Hegel obserwował, jak szybko, historia przeszła od tezy, do antytezy, żeby następnie osiągnąć etap syntezy.
Tezą był absolutyzm, którego zaczątki zaczął budować Henryk IV, którego forma została później jeszcze bardziej wzmocniona przez premierów Francji, kardynałów Armanda Jeana Richelieu oraz Julesa Mazarina, a który ostatecznie doprowadził do skrajności, Ludwig XIV, „Król słońce”, wyrażając to emblematycznie w słynnym stwierdzeniu: „Państwo to ja”.
Antytezą absolutyzmu był żywioł Rewolucji Francuskiej, mającej miejsce w latach 1789-1795, która upomniała się o większą wolność, sprawiedliwość, równość, demokrację oraz prawa obywatelskie, i która zaowocowała bardziej zdywersyfikowanymi strukturami władzy.
Antytezą do absolutyzmu była również „Chwalebna Rewolucja” w Anglii (1689), „Dwa traktaty o rządzie” Johna Locke’a, działalność Monteskiusza, wyłożona w „O duchu praw” (1748).
Następnie nastąpiła synteza, a więc klęska Napoleona Bonaparte pod Waterloo (1815), wcześniej Kongres Wiedeński (1814) i wreszcie monarchia konstytucyjna, albo, co powstało jeszcze wcześniej, w Austrii, Prusach, i w jakiejś mierze również w Rosji, absolutyzm oświecony.
Ten trój-bieg czy trój-rytm w opinii Hegla może dotyczyć bardzo różnych okresów historycznych. W Anglii np. teza: Jakub I, Karol I, Karol II, Jakub II; antyteza: Oliwier Cromwell; synteza: Wilhelm III Orański.

Kluczowy moment
Niektórzy uważają, że antytezą feudalizmu była rewolucja przemysłowa, by następnie przejść w jeszcze bardziej ekstremalną antytezę: kapitalizm, by z kolei później rozwinąć kolejną antytezę antytezy: socjalizm/komunizm; aż w końcu doprowadzić do syntezy: kapitalizm z ludzką twarzą, albo społeczna gospodarka rynkowa, itd.,
W kontekście obecnej sytuacji i tego co obserwujemy, dzisiejsza Rosja jest również syntezą poprzedzających ją okresów historycznych. Tezą była Rosja carska, Piotra Wielkiego, Carycy Katarzyny, Mikołaja, itd.; antytezą: Związek Radziecki oraz komunizm.
Syntezą jest imperialna, ekspansywna Rosja Putina, który połączył system carski z modelem komunistycznym.
Co będzie później? Odpowiedź na to pytanie właśnie teraz się wykuwa. I jest to z pewnością moment dla historii ludzkości kluczowy.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Głębsze filary Wspólnoty

Unia Europejska, żeby projekt integracyjny mógł się domknąć, potrzebuje dwóch rzeczy: 1) wspólnej, jednolitej europejskiej profesjonalnej armii złożonej z rekrutów państw sygnatariuszy i liczącej ok 2 mln żołnierzy (nie musi to pozostawać w sprzeczności z NATO, ale wzmacniać stronę europejską w stosunku do amerykańskiej); 2) prezydenta Unii Europejskiej wybieranego w powszechnych wyborach przez społeczeństwo całej Unii Europejskiej, wspartego silnymi instytucjami wykonawczymi.

Roman Mańka: Można dodać również trzeci element, media o zasięgu kontynentalnym, kształtujące coś, co obecnie nie występuje, albo jeżeli już, to występuje w znikomym stopniu: europejską opinię publiczną.

Struktury symetryczne
Obydwa czynniki, w sposób oczywisty wzmocnią bezpieczeństwo Europy. Lata 90. XX wieku oraz pierwsze dwie dekady nowego tysiąclecia, ujawniły napięcia pomiędzy stroną amerykańską oraz europejską w ramach NATO, pojawiły się konflikty interesów. Kiedyś może dojść do sytuacji, że NATO stanie się niefunkcjonalne. Wspólna armia europejska, budowana ponad poszczególnymi narodami, ale w oparciu o nie, i ponad państwami narodowymi, daje dużo większe gwarancje jednolitości oraz bezpieczeństwa, a także niezależności od Amerykanów.

Ze względu na nasze położenie, historię, predyspozycje, jak również walory mentalne, wzmacnia także pozycję Polski.

W Unii Europejskiej powinny istnieć struktury symetryczne, tymczasem pomiędzy organizacją polityczno-gospodarczą UE, a czynnikami odpowiadającymi za jej bezpieczeństwo, występuje asymetria.
Implementowanie funkcji prezydenta, UE stworzy przejrzysty, skuteczny ośrodek władzy. Ale przede wszystkim da Europejczykom poczucie wpływu, jeden z najważniejszych parametrów demokracji. To bardzo wzmocni element tożsamości i uczestnictwa. Będziemy mogli powiedzieć: nasz prezydent.

Przyszłość musi przeważyć nad przeszłością
Zarówno armia europejska, jaki i prezydent, oprócz powierzchownego efektu związanego z zarządzaniem czy bezpieczeństwem, dają dużo więcej: pogłębiają integrację europejską (o potrzebie takie pisał niemiecki filozof i socjolog, Jurgen Habermas), konsolidują Wspólnotę, zwiększają poczucie dumy, zacieśniają integrację.

Przeszkodą w sięgnięciu po te dwa elementy jest historia. Europa, gdy zaczynała się integrować miała swoją historię (rzeczywistość państw narodowych), w przeciwieństwie np. do Stanów Zjednoczonych, które gdy powstawały, nie miały historii. Dlatego tam integracja i powołanie wspólnego państwa, były dużo łatwiejsze.

Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że ideały europejskiego Oświecenia, łatwiej było zrealizować w Ameryce niż w Europie.

Jednak wyzwanie globalizacji, najważniejszego procesu, który kształtuje nasze życie, są tak ogromne, że przyszłość musi zdecydowanie przeważyć nad historią. Jeżeli nie zbudujemy wspólnej Europy, nie pogłębimy integracji w ramach Unii Europejskiej i nie stworzymy Narodu Europejskiego, będziemy jedynie tłem do rywalizacji dwóch obozów: Chino-Rosji z Ameryką.

We współczesnej rzeczywistości sens mają jedynie państwa kontynentalne. Globalne procesy wymagają globalnych narzędzi.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Czy świat przetrwa po likwidacji klasy średniej?

Pandemia i związane z nią lockdowny wyniszczają na całym świecie drobnych i średnich przedsiębiorców. W siłę rosną za to międzynarodowe korporacje, przejmując rynek upadających firm. Czy ludzie mogą się tylko przyglądać postępującej degrengoladzie klasy średniej?

Jerzy Mosoń: Majątek dziesięciu najbogatszych ludzi świata powiększył się w czasie pandemii koronawirusa o 540 mld dol. – twierdzi Organizacja humanitarna Oxfam. Rosną fortuny spekulantów, bankierów i właścicieli firm technologicznych. Z kolegi ciągle ogłaszane lockdowny doprowadziły do zachwiania równowagi między biznesami uzależnionymi od mobilności i kontaktów międzyludzkich a tymi, gdzie wystarczy kontakt on-line.

Nierówne straty
W większości państw, gdzie rządy ogłaszały lockdowny związane z rozprzestrzenianiem się pandemii koronawarirusa największe straty notowały na początku firmy podróżnicze, hotelarze, następnie produkcyjne i handlowe. Najłatwiej było przejść przez kryzys związany z lockdownami tym przedsiębiorcom, którzy nie są uzależnieni od pracy stacjonarnej, ale też w ich biznesie częste podróże nie są koniecznością. Ale straty finansowe nie były równomierne także wśród tych, którzy ucierpieli najbardziej. Niewielkie firmy rodzinne mogły się bronić, pod warunkiem, że rzeczywiście pracownikami w tych biznesach byli członkowie rodzin, a księgowi na tyle sprawni, by skorzystać z oferowanych przez rządy subwencji.

Kazus hotelowy
Powszechnie wiadomo, że jeśli ktoś dysponuje średniej wielkości pensjonatem i nagle stracił źródło dochodów, nie mając zbyt wysokich kosztów operacyjnych to prawdopodobnie po uderzeniu kryzysu będzie w stanie wrócić do dawnego stylu życia, licząc od nowego pełnego sezonu. Tak stało się w przypadku pensjonatów, które szybko latem odzyskały oddech, po zakończeniu pierwszego lockdownu W zdecydowanie gorszej sytuacji są średni gracze oferujący ponad 100 miejsc hotelowych – za mali by przetrwać kryzys i posiadający za bardzo rozbudowaną infrastrukturę oraz kadrę by móc ograniczać koszty. Oni i tym razem stali się oni łakomym kąskiem dla międzynarodych graczy. Skutki niewydolności MŚP wobec zamknięcia gospodarki będzie można jednak policzyć dopiero kilka miesięcy od ustania kryzysu, ponieważ przejęcia wciąż trwają, podobnie jak pojawiają się nowe fale epidemii

Wielcy nie przegrywają
Wydawać by się mogło, że w następstwie ograniczenia ruchu spowodowanego zamknięciem gospodarki upadać będą linie lotnicze. I rzeczywiście Od początku 2020 roku upadło ponad 40 linii lotniczych na świecie. Ale uwaga: w całym 2019 r. taki los spotkał 46 przewoźników, a w 2018 – 56 linii lotniczych – informuje Cirium – ekspercka firma zajmująca się analizą danych nt. podróży lotniczych. Co więcej, pomijając upadek włoskiego przewoźnika Alitalia mającego problemy także przed pandemią nie upadły żadne inne znaczące linie. Zresztą Włosi i tak uratowali te linie przemianowując je w spółkę ITA (Italia Transporto Aero). Sytuacja linii lotniczych pokazuje to, że nawet wobec największych problemów gospodarczych ważne gałęzie gospodarki z punktu widzenia polityków mogą otrzymać skuteczną ochronę. Jeśli ktoś ma wątpliwości może odświeżyć sobie historię dużych banków dotkniętych kryzysem finansowym z lat 2008-2013. I wówczas najwięksi gracze mogli liczyć na wsparcie.

Spekulanci jak zwykle na fali
Rzeczywiście też znów się okazało, że największe firmy są w stanie poradzić sobie z kryzysem samodzielnie, a nawet na nim zyskać. I nie chodzi nawet o bezprośrednich beneficjentów pandemii tj. producenci szczepionek, które warunkowo dopuszczono do obrotu i rozmaitymi restrykcjami zagwarantowano ich miliardowy zbyt. Zyskała cała masa spółek z obszaru Big Data, w tym rzecz jasna najwięksi gracze tacy jak Microsoft stworzony przez miliardera Billa Gatesa. Trudno dziś wyobrazić sobie spotkania biznesowe, w zasadzie jakąkolwiek pracę bez produktów umożliwiających kontakty on-line. Furorę robią firmy kurierskie, bo zamknięta w domach ludność jakoś musiała robić zakupy, choćby wydając ostatnie pieniądze zarobione jeszcze przed kryzysem.

Co nas czeka?
Nikt już nie ma wątpliwości, że im dłużej będzie trwał kryzys zdrowotny i czym większe będą obostrzenia to tym szybciej będzie rozpędzać się inflacja. I choć dziś większość ekonomistów przeraża się tegorocznymi wynikami jej poziomu tj. 6 proc. w Polsce to za kilka miesięcy być może trzeba będzie zmierzyć się z jeszcze większymi wzrostami cen. Problem pogłębi się wraz ze wzrostem bezrobocia, ale prawdziwym dramatem może okazać się wzrost zadłużenia wobec tych, którzy jakimś cudem przewidzieli wybuch pandemii i pomnożyli swoje majątki. Narastające nierówności przemodelują gospodarkę i pogłębią panujące podziały na bogatych i biednych. Momentem przełomowym będzie taki wzrost cen nieruchomości i samochodów, że leasing konsumencki aut i najem nieruchomości stanie się nie tylko bardziej opłacalny od ich zakupu na razy, ale okaże się jedyną możliwością ich posiadania dla ponad 50 proc. populacji.

 Uderzenie w klasę średnią
Dla społeczeństw, gdzie klasa średnia poprzez swą własność i wysoką dochodowość odgrywa znaczącą rolę będzie to duży cios, ale prawdziwe problemy przeżyją te państwa, gdzie liczne klasa średnia wciąż jest bardziej postulatem niż normą tj. Polska. Za zahamowaniem rozwoju klasy średniej pójdą niechybnie ograniczenia wolnościowe, ponieważ prawdziwa władza polityczna to władza pieniądza. Skoro już dziś ludzie zgadzają się na wprowadzenie paszportów covidowych by pójść do kina, pojechać na wycieczkę bądź skorzystać z restauracji to tym bardziej zgodzą się na to by od ich posiadania zależała też praca. Ani się zorientują a oddadzą w ten sposób demokrację liberalną, o którą tak zagorzale walczyli z komunizmem i nazizmem.

Klasa średnia w klasycznym rozumieniu nie przestanie istnieć zupełnie, ale czy w Polsce Ludowej zanikła w 100 proc.? Świat jednak będzie już tylko pozornie demokratyczny.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.