Wyższość „oświeconego” człowieka PO nad „ciemnym” człowiekiem PiS jest pozorna!

Dziennikarze TVN, Gazety Wyborczej i „Oko. Press” łamią zasady, które sami głoszą. Pracownicy tych dwóch wpływowych ośrodków opiniotwórczych często podkreślają tzw. pozytywistyczne rozumienie prawdy, a zatem prawdą jest to i tylko to można publicznie ujawnić, co zostało udowodnione, co nie budzi żadnych wątpliwości i co jest możliwe empirycznie do wykazania.

Roman Mańka: Czy sami postępują wedle tych twardych reguł? Wszystko zależy od tego, kto jest przedmiotem danej sprawy, jeżeli polityk KO lub przedstawiciel establishmentu kulturowego III Rzeczpospolitej, trzeba stosować wobec niego najbardziej rygorystyczne reguły żywcem zaczerpnięte z filozofii i procedur prawa karnego, a wszystkie wątpliwości rozwiewać jednostronnie na jego korzyść (przykład Nowaka); jeśli jednak jest to polityk PiS lub ksiądz, lub biskup, bądź poseł niesubordynowanej, niepokornej lewicy, albo osoba kulturowo związana z prawicą, można oskarżać ją bez ograniczeń i opisywać bez domniemania niewinności, a nawet wręcz odwrotnie – z zastosowaniem domniemania winy, zaś wszystkie wątpliwości rozwiewać na jej niekorzyść.

Gdzie dowody?
Przykładem tego rodzaju asymetrycznego stylu uprawiania dziennikarstwa jest Tomasz Piątek, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, dziś ochoczo afirmowany przez to Czasopismo oraz TVN. Na książkach na temat Macierewicza oraz o. Rydzyka, Piątek zarobi zapewne ogromne pieniądze, nie chcę wchodzić w psychologię, więc nie będę twierdził, że jego motywacje są czysto koniunkturalne czy biznesowe, nie mam na to dowodów, sęk w tym, że Piątek na to co opisuje również nie ma żadnych dowodów, a już na pewno takich dowodów, które można by przedstawiać na zasadach prawa karnego.

Piątek w swych publikacjach wszystko domniema, a nic nie udowadnia, sugeruje, interpretuje, buduje prawdopodobieństwa, opiera się na probabilizmie, lecz niczego tak naprawdę twardo nie stwierdza, przedstawia co najwyżej coś co – przy najkorzystniejszych dla niego intencjach krytyki – można nazwać poszlakami, okoliczności pośrednie, ale nie twarde, niezbite dowody.

Byłemu ministrowi obrony narodowej, Antoniemu Macierewiczowi oraz dyrektorowi Radia Maryja, o. Tadeuszowi Rydzykowi, zarzuca współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi, jednak konkretnych faktów i dowodów nie podaje. Bazuje na nieprecyzyjności, wieloznaczności języka oraz następstwach czasowych i logicznych. Używa np. terminu „łącznik Macierewicza”, którego treść może być wieloznaczna.

Językowe gry…
Słowo „łącznik” nie jest jednoznaczne, sąd nie może ściśle określić jego znaczenia, pojęcie to nie musi nabierać sensu pejoratywnego, można je rozumieć na różne sposoby oraz w różnych wariantach semantycznych. Sądy w Polsce nie rozpoznają spraw w oparciu o wielowymiarowe i głębokie analizy z zakresu filozofii języku czy językoznawstwa.

Każdy kto zna „Tractatus logico-philosophicus” oraz „Dociekania” Ludwiga Wittgensteina wie doskonale, jaka jest pomiędzy obydwoma Działami różnica lub nawet przepaść: w pierwszym wiedeński filozof definiuje słowa jako obrazy przedmiotów, jako reprezentacje przedmiotów, w drugim, uważa, że znaczenie słów definiuje ich użycie, zastosowanie; w pierwszym odwołuje się do znaczeń zgodnych z gramatyką, słownikiem oraz lingwistyką generatywną; w drugim odwołuje się do pragmatyzmu, do praktyki życiowej, do tzw. form życia, czyli do antropologii (słowa rozumiane są w zależności od użycia).

Sądy najczęściej uciekają od prób określenia tej, co trzeba przyznać, trudnej do uchwycenia i dość elastycznej granicy, stąd Piątek co jakiś czas pokazuje wyroki z procesu, w ramach, którego wymiar sprawiedliwości uznał, że mógł użyć danego słowa, albo określić kogoś za pomocą jakiegoś terminu.

Idąc śladem Piątka, równie dobrze i ja mógłbym sformułować pod adresem konkretnej kobiety zdanie, że „robi mężczyznom lody”. Sąd nie będzie mógł uznać, że jest to określenie obraźliwe, jeżeli nie rozpozna tych słów zgodnie z kontekstem, definicją sytuacji oraz życiową praktyką. A w tym przypadku praktyka może być różna, nie musi przeważyć sens zdroworozsądkowy czy kontekstualny.

Pułapka logiki…
Typ dziennikarstwa, jaki uprawia Tomasz Piątek ma charakter typowo metafizyczny. Wnioski oparte są na uproszczeniach oraz następstwach czasowych lub logicznych. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej” i „Halo Radia” wykorzystuje – pewnie intuicyjnie – coś co nazywa się pułapką logiki albo pułapką zdrowego rozsądku. Jakby to co teraz powiem nie wydawało się absurdalne, dowody czy wartościowe wnioski, nie powinny być oparte tylko na logice (tak mówi filozofia nauki i psychologia poznawcza), bo logika i zdrowy rozsądek są w nas, mieszczą się w naszej głowie, tymczasem na zewnątrz jest chaos. To my sami, gdyż tak jesteśmy skonstruowani, narzucamy rzeczywistości logikę, próbujemy ją porządkować, systematyzować, budować sekwencje i schematy; to my łączymy punkty i momenty, które obiektywnie połączeń nie mają.

W wspomnianych „Dociekaniach” Wittgensteina znajduje się bardzo pouczająca kategoria poznawcza o nazwie „widzieć jako”, gdy obraz jest niejednoznaczny, różne rzeczy można zobaczyć na rozmaite sposoby. Jest tam podany przykład rysunku kaczki, nakreślony w sposób tak niejednoznaczny, iż pewni ludzi zobaczą w miejsce kaczki – zająca. Do tego mankamentu poznawczego często odwołuje się psychologiczna szkoła Gestalt: wszystko zależy od naszego spojrzenia, z jakiej perspektywy będziemy daną rzecz postrzegać, zaś perspektywa, jak twierdzili Immanuel Kant oraz Bertrand Russel, jest w nas, nie na zewnątrz („Krytyka teoretycznego rozumu”; „Denotowanie”, „Principia Mathematica”).

Swego czasu, Robert Kahneman oraz Amos Tverski otrzymali za opisanie sposobu ludzkiego postrzegania i podejmowania decyzji w warunkach ryzyka Nagrodę Nobla, w dziedzinie ekonomii, choć ich praca weszła na doniosłe miejsce również w filozofii nauki oraz psychologi poznawczej jako „teoria perspektyw”.

W uproszczeniu, Kahneman i Tverski opisali proces poznawczy, w ramach którego ludzie chcą wierzyć w to, w co już wcześniej uwierzyli; wybiórczo szukają dowodów, a także przesłanek na to, co już apriorycznie założyli.

Na tym właśnie w dużej mierze opiera się dziennikarstwo Piątka, całej rzeszy jego byłych kolegów z „Gazety Wyborczej” czy TVN, lecz żeby być sprawiedliwym również dziennikarzy „wSieci”, „wPolityce”, „Gazety Polskiej”, którzy zainicjowali w przestrzeni publicznej taki typ dziennikarstwa, wcześniej od Piątka, w sposób jeszcze bardziej wulgarny i byli jego prekursorami.

Słońce jutro nie musi wzejść…
Na czym polega problem? Niestety na tym, że ludzie traktują tego rodzaju metodę pokazywania czasowych, czy logicznych następstw, różnych tworzonych w sposób psychologiczny związków, porządkowanych przez nas wewnętrznie – zewnętrznych relacji, bazowaniu na grze niejednoznacznych słów jako dowody oraz fakty.

Cała ta metafizyka traktowana jest jako coś pewnego, żelaznego, murowanego, tymczasem ani logika, ani nawet 99,9 proc. prawdopodobieństwa nie jest dowodem i nie może być traktowane jako empiryczny fakt. Wybitny szkocki przedstawiciel filozofii empirycznej, David Hume, uważał, że nawet pewność, że jutro wstanie słońce jest czysto metafizyczną spekulacją i nie może być traktowana w kategoriach empirycznych: powtarzalność nie musi zachodzić zawsze i w każdej sytuacji.

Na zasadach wg których Piątek sugeruje Antoniemu Macierewiczowi oraz o. Tadeuszowi Rydzykowi współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi, oskarżony został w 1995 roku nieżyjący już premier Józef Oleksy, który rzekomo miał również pełnić rolę rosyjskiego agenta wywiadu. Tam również były następstwa czasowe, logiczne powiązania, spotkania, nawet podarunki i upominki, które Oleksy miał przyjmować od rosyjskich agentów. Przesłanki prasowego oskarżenia Oleksego wydawały się więc dużo mocniejsze niż te, które przywołuje obecnie Piątek wobec Macierewicza czy Rydzyka, tymczasem sprawa opublikowana przez tygodnik „Wprost”, za czasów pracy w nim dzisiejszych sztandarowych postaci prawicowej publicystyki, Marka Króla oraz Stanisława Janeckiego, okazał się dęta. W podobny sposób prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oskarżali w słynnej publikacji „Życia” – „Wakacje z agentem”, inni bohaterowie polskiej prawicy, Jacek Łęcki oraz Rafał Kasprów, a później ponieśli porażkę w sądzie i nie byli w stanie tego udowodnić.

Piątek w sądach wygrywa, gdyż bazuje na oscylacjach słownych, a także fakcie, że ludzie dostają do wiadomości jedynie sentencję wyroku, zaś nie jego uzasadnienie. To duża manipulacja. Niech Piątek pokaże uzasadnienie, w który będzie otwarcie napisane, że Antoni Macierewicz oraz o. Tadeusz Rydzyk są rosyjskimi agentami,

Bez postawy krytycznej nie ma demokracji!
Wszystko to niestety świadczy o jednym, i to jest wniosek końcowy oraz fundamentalny, ale również bardzo dramatyczny całego wywodu: obydwie grupy, obydwie populacje, zarówna ta tak zwana „oświecona” popierająca PO oraz ta tak zwana „prymitywna”, „zacofana” popierająca PiS mają ogromne problemy z krytycznym myśleniem i reprezentują podobny poziom intelektualny; niestety, używając eufemizmu, dość przeciętny. Mówienie o wyższości jednych na drugimi jest złudzeniem, a także wulgarnym uproszczeniem; (gdyż) po prostu obydwa środowiska opierają się na myśleniu typowo metafizycznym, religijnym, w sensie budowania uzasadnień nieobiektywnych, a psychologicznych, wybiórczym selekcjonowaniu faktów pod z góry postawione tezy: wierzą w to w co już wcześniej uwierzyli i w co chcą nadal wierzyć, niezależnie od ewolucji procesu poznawczego.

Historia zna wiele podobnych przykładów nieuzasadnionego pretensjonalizmu czy nawet paternalizmu. Na początku pierwszych dekad XX wieku, pod wpływem odkryć etnograficznych z końca dziewiętnastego stulecia, lansowano pogląd o rzekomej wyższości „oświeconego” człowieka Zachodu nad tak zwanym „człowiekiem dzikim”, „prymitywnym”. W gruncie rzeczy u podstaw takich twierdzeń stał ewolucjonizm Karola Darwina oraz przeświadczenie o wyższej jakości struktury umysłu zachodnich ludzi. Jednym z dowodów na to miało być zjawisko mistycznego, religijnego totemu.

Aż w końcu na teren antropologii wszedł wybitny filozof strukturalista, Claude Levi-Stauss, i wszystkie te uzurpatorskie, pretensjonalne teorie, na podstawie własnych badań etnograficznych plemion w Brazylii oraz etnologicznych porównań opierających się o tysiące relacji etnograficznych innych antropologów i socjologów – zburzył niczym domek z kart, rozbił całą tą argumentację o domniemanej wyższości człowieka Zachodu w drobny mak.

Ewolucjonizm okazał się pochodną oraz potrzebą imperializmu forsowanego przez państwa kolonialne. Levi-Strauss zdefiniował go jako ideologię mającą uzasadniać imperialne, agresywne działania polityczne i wynikającą z pomieszania porządków: historycznego z funkcjonalnym, biologicznego z kulturowym, a także z uprzednio (z góry) przyjętej perspektywy.

Tak samo totem, okazał się złudzeniem, zaś francuski antropolog odkrył w nim charakter nieemocjonalny czy mistyczny, lecz intelektualny oraz odwołanie się do psychologii, podobne do tego, które w psychoanalizie stosował Sigmund Freud. Mistycyzm oraz religijność totemu była tylko pozorem, zaś głębiej kryły się nieświadome struktury intelektualne oraz wysoka, aczkolwiek intuicyjna znajomość psychologii.

Wg Levi-Straussa wyższe stadium rozwoju Zachodu, nie wynikało z lepszej jakości struktur umysłowych, lecz z relacji ze światem i z jego uwarunkowaniami. Poza tym, wyższość Zachodu jest dyskusyjna. Czy za lepiej rozwiniętego i znajdującego się na wyższym poziomie intelektualnym może uważać się ktoś, kto dąży do ekologicznej katastrofy, wszczyna wojny oraz wyzyskuje innych.

Zachód rozwija się w oparciu o dynamikę przemijania (gdzie kluczową kategorią jest czas), ludy tak zwane prymitywne w oparciu o dynamikę trwania. Są to dwie strategie, które różne społeczeństwa („dzikie” oraz „cywilizowane”) przyjęły w celu przetrwania. Która jest skuteczniejsza, nie jest sprawą oczywistą.

Misja społecznej kontroli
Piszę to wszystko, nie po ta, aby narzucić jakąś jednoznaczną czy jednowymiarową interpretację (takich ja unikam), ale po to by pokazać, jak niewiele rzeczy jest oczywistych. Piszę też, czego nie ukrywam, trochę prowokacyjnie.

Paradoksalne jest to, że niezależnie od tego co wcześniej napisałem, ze stylem dziennikarskim Tomasza Piątka w jakimś stopniu oraz sensie się zgadzam; oczywiście z dużymi zastrzeżeniami. Dziennikarz może wyjść poza reguły postępowania karnego i nie musi sztywno trzymać się – tak jak ma to miejsce w sądzie – domniemania niewinności, wobec polityków funkcjonujących w przestrzeni publicznej, może nawet pójść dalej i zastosować domniemanie winy, nie musi rozstrzygać wątpliwości na ich korzyść.

Zasada domniemania niewinności ma zastosowanie wobec obywateli (w tym również polityków) na sali sądowej, lecz w przestrzeni publicznej, w stosunku do polityków, można, a nawet powinno się stosować regułę ograniczonego zaufania oraz drążyć tematy, zadawać trudne pytania, zaś politycy mają przyjmować aktywne, ambitne linie obrony: (czyli) nie milczeć, a składać w ramach opinii publicznej wyjaśnienia (Jurgen Habermas uważa, że opinia publiczna jest rodzajem zbiorowego Trybunału) i przynajmniej uprawdopodobnić swoją niewinność.

Podstawową rolę jaką spełnia dziennikarstwo w życiu społeczno-politycznym jest funkcja społecznej kontroli, stąd właśnie media określa się jako „IV władzę”, albowiem ich zadanie polega na wnikliwym oraz zaangażowanym kontrolowaniu wszystkich pozostałych poziomów władzy. Dziennikarze więc mogą społeczeństwu powiedzieć więcej niż wymiar sprawiedliwości, zaś prawda procesowa nie mus być prawdą obiektywną czy autentyczną. Dziennikarz, kiedy istnieje taka potrzeba, powinien wyjść poza prawdę procesową.

Dlatego dobrze, że Tomasz Piątek stawia w przestrzeni publicznej kwestię agenturalnej współpracy Antoniego Macierewicza czy o. Tadeusza Rydzyka, jeżeli są niewinni wyjaśnią to, wytłumaczą stawiane zarzuty.

Osobiście nie wierzę w ich agenturalność, a bynajmniej we współpracę świadomą. Żeby świadomie współpracować z Rosjanami są na to za głupi. Rosyjski wywiad do perfekcji opanował sztukę wykorzystywania wewnętrznych konfliktów w poszczególnych krajach postsowieckich, a także nakierowywania ambicji oraz aspiracji ludzi, polityków, w sposób który pozwala realizować strategiczne cele Rosji, poruszając poczynaniami rozmaitych aktorów/marionetek, jak również wpływając na ich działania, w takiej formie, że się co do tego nie zdołają zorientować. Większość „agentów” współpracuje z rosyjskimi służbami specjalnymi nieświadomie.

Prawda leży gdzie indziej
Wartościowe dziennikarstwo nie powinno ograniczać się tylko do wymiaru empirycznego czy procesowego, bo czasami prawda znajduje się poza obszarem dowodów, ale nie faktów – dowody i fakty to nie są pojęcia synonimiczne; poza tym ważne jest o jakie fakty chodzi, w grę mogą wchodzić fakty procesowe, naukowe, psychologiczne, zdroworozsądkowe, biologiczne, fizyczne, pragmatyczne, publicystyczne, instytucjonalne, itd.

Nawet immaterializm i solipsyzm George’a Berkeleya został uznany za empiryzm, tymczasem solipsyzm Wittgensteina i redukcjonizm Russela, tudzież mistycyzm Levi-Straussa, uważane są za wybitnie wyrafinowane operacje intelektualne o podłożu empirycznym, choć od ortodoksyjnego empiryzmu odchodzą.

Tak samo dziennikarz może wyjść, w dążeniu do prawdy, poza narzędzia o charakterze empirycznym i zastosować równie skuteczne, a może nawet skuteczniejsze metody, takie jak np. fenomenologia czy hermeneutyka (Husserl, Heidegger, Gadamer), tylko, że w publikowanym tekście musi to otwarcie przyznać, uprzedzić czytelnika, iż wychodzi w poszukiwaniu prawdy poza typowe instrumenty empiryczne i poza sferę dowodów, które mogłyby zostać uwzględnione w postępowaniu karnym.

Gdy pisałem (wraz z dwoma innymi autorami) książkę „Testament Jaroszewicza. Największa zbrodnia III RP”, postawiłem również takie tezy śledcze, które w oparciu o procedury procesowe czy typowe, klasyczne narzędzia empiryczne są nie do wykazania, odwołałem się więc do hermeneutyki, ale otwarcie i uczciwie o tym zabiegu oraz o tej metodzie i potrzebach jej zastosowania, czytelników uprzedziłem, przedstawiając jej charakterystykę oraz sens.

Prawda to bardzo złożone, skomplikowane zjawisko.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Indyk Poppera, a zatruta szczepionka…


Jeżeli dzień, dwa dni lub tydzień po zaszczepieniu ktoś umarł, dla antyszczepionkowców, związanych przede wszystkim z „Konfederacją” jest to dowód, że szczepionki zostały zatrute, źle przygotowane i zabijają.

Roman Mańka: David Hume, jeden z głównych przedstawicieli empiryzmu, miałby inne zdanie. W tak przedstawionym argumencie nie ma nic więcej poza następstwem czasowym, zaś następstwo czasowe nie jest dowodem.

Sekwencje korelacji to nie dowód…
Czy gdy ktoś umrze dzień po wypiciu herbaty mówimy, że zabiła go herbata…?! Nawet gdyby człowiek umarł 10 sekund po wypiciu herbaty, nie można stwierdzić, że herbata była zatruta i go zabiła.

Jednak w teorie rozpowszechniane na całym świecie przez środowiska nacjonalistyczne, całkiem spora część ludzi wierzy. Dlaczego?

Logiczny atomizm
Jest to głębszy problem niżby się wydawało. Ludzie przejawiają skłonność do myślenia metafizycznego. Jak wykazał Bertrand Russel, postrzegają świat przez własną świadomość: dane sensoryczne, które odbieramy, a które są pierwszorzędnymi czynnikami wiedzy, trafiają do naszego umysłu, w którym powstają różnego rodzaju konstrukcje, czyli drugorzędne czynniki wiedzy. Poznajemy świat przez naszą świadomość. Świat dzieli się na zewnętrzny (realny) i postrzegany (mentalny). My widzimy ten postrzegany, odbieramy go przez naszą świadomość, a składa się on z danych sensorycznych pochodzących od zmysłów i naszych logicznych konstrukcji artykułowanych w języku. Echa tej filozofii, mimo że Russel nie był idealistą a empirystą, sięgają do Starożytnej Grecji i Platona, aczkolwiek pewnie dużo bliższym odwołaniem byłby żyjący setki lat później, zaliczany do empiryków George Berkeley i jego immaterializm.

Niedoskonałość gramatyki
Ludzie postrzegają świat poprzez świadomość i język. Tymi dwoma ostatnimi wymiarami rządzi logika. W języku wszystko ma być na swoim miejscu: podmiot, orzeczenie, przymiotnik. Rzeczywistość językowa opisywana jest za pomocą czasów: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Jak zauważył Henri Bergson: to co my dajemy światu, to sekwencja, postrzegamy go w ramach sekwencji, a więc następstwa, z wielu różnych dźwięków tworzymy jedną melodię; to zaś co otrzymujemy ze świata, to dystynkcja. Friedrich Nietzsche zauważył, że gramatyka jest logiczna, opisujemy rzeczywistość w konwencji przyczynowej: następstw; oczekujemy, aby w zdaniu językowym występował podmiot i orzeczenie. Przez tę logikę, jak wskazał Nietzsche, gramatyka staje się metafizyczna. Metafizyka znajduje się nie tylko w religii, lecz również w języku i w naszym życiu.

Pragniemy nie tylko Boga, ale w ogóle podmiotu, przyczyny.

Świadomość nie jest lustrem
I to jest właśnie pułapka, w którą ludzie wpadają. Chcą żeby zewnętrzny świat był taki sam jak język, by rzeczywistością fizyczną rządziły identyczne (logiczne) prawa, co wewnętrzną świadomością. Lecz, niestety, świat jest inny niż nasz umysł. Zdroworozsądkowa teoria lustrzanego odbicia jest błędna. Hipoteza reprezentacji Franzca Brentano zawodzi. Świadomość nie jest wiernym lustrem rzeczywistości. W świadomości mieszają się dane odbierane przez zmysły z konstrukcjami umysłu. Nasz umysł bardziej interpretuje świat niż postrzega. Logika ma zastosowanie do prawd umysłu, ale nie wystarczy żeby opisać rzeczywistość.

Indukcjonizm czasami zawodzi
Myślenie w kategoriach następstw wynika z indukcyjnego opisywania świata. Stad bierze się właśnie atrakcyjność fałszywego argumentu, że jeśli ktoś umarł dzień po otrzymaniu szczepionki, to właśnie ta szczepionka musiała go zabić. Jest to zwulgaryzowane indukcyjne myślenie, według schematu: jeżeli coś następuje po sobie, to istnieje związek przyczynowy; albo jeśli coś zdarzy się trzy razy pod rząd, to musi istnieć reguła.

Dla Indyka myślenie indukcyjne skończyło się tragicznie.

Dla indukcjonistów, Karl Popper, wybitny filozof nauki, twórca metody falsyfikacji, miał taką oto odpowiedź. Przeszła ona do historii filozofii jako „indyk indukcyjny Poppera”.

Indykowi pierwszego dnia przynieśli jedzenie. Po czym indykowi przynieśli jedzenie drugiego dnia. Również trzeciego dnia przynieśli indykowi jedzenie. Następnie czwartego dnia też mu przynieśli. Po czym indyk pomyślał sobie, że piątego dnia też mu przyniosą i zawsze już będą mu przynosić jedzenie. Tymczasem piątego dnia przypadło Święto Dziękczynienia, indykowi przyszli uciąć łeb i zanieśli komuś innemu na talerzu jako jedzenie.

Niczym kot Schrödingera
Nigdy nie zapomnę pewnego epizodu z mojej młodości. Mój kolega miał żal do księdza, bo źle wyrażał się o nim wobec jego dziewczyny. Koniecznie chciał się na księdzu zemścić, zrobić mu na złość. Pewnego wieczoru namówił mnie, aby nocą zakraść się na podwórko plebani, podejść do drzwi i zablokować księdzu przycisk od dzwonka, tak aby permanentnie dzwonił. Kiedy zbliżaliśmy się do plebani, w oknach było ciemno, co wskazywało, że księdza nie ma w domu. Aż tu nagle zapaliła się żarówka umieszczona na zewnątrz, nad drzwiami frontowymi. My w długą. Przeskoczyliśmy dwa razy przez kościelny parkan, a następnie jeszcze z pół kilometra biegliśmy po oranym polu.

Kolega mówi do mnie: „jaki on czujny, był w domu, widział nas, zapalił światło” (…) „co on nie ma co robić tylko całą noc patrzy w ciemne oka i pilnuje”.

Sens zdarzenia zrozumiałem dopiero dwa miesiące później. Był wielki piątek przed Wielkanocą. Stałem wówczas przed Kościołem. Po sąsiedzku jest zlokalizowana plebania. Obydwa budynki przedziela parkan. W pewnym momencie zobaczyłem kota zbliżającego się do domu księdza. Nikogo więcej poza kotem na podwórku nie było. Gdy kot uczynił jeszcze kilka kroków, światło nad drzwiami się zapaliło. Ksiądz był już wówczas w Kościele i nie mógł zapalić światła. Przyczyną zapalającego się światła był po prostu czujnik ruchu, w tamtych czasach jeszcze technika mało znana.

Pułapka logiki…
Może to zabrzmi paradoksalnie, może nawet absurdalnie, ale wszystkich przestrzegam przed logicznym myśleniem, a już na pewno przed redukowaniem dowodzenia do prostej logiki. Logika rządzi naszym umysłem, zaś rzeczywistością rządzi chaos. Jeżeli chcemy odzyskać świat, poznać rzeczywistość musimy dokonać właśnie oczyszczenia świata z logiki, musimy spojrzeć na rzeczywistość nie logicznie a fenomenologicznie, czyli bez nastawień, bez wstępnych tez, bez teorii, bez uprzedzeń, bez tradycji, bez tematyzowania. Musimy dokonać operacji, którą Edmund Husserl nazwał redukcją fenomenologiczną (słynne epoche), zaś Martin Heidegger redukcją ontologii ogólnej do ontologii fundamentalnej.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Otchłań bycia

Filozofowie tacy, jak Martin Heidegger czy Maurice Merleau-Ponty włożyli prawdę z powrotem w rzeczywistość, można powiedzieć przywrócili prawdę do świata, rehabilitując jednocześnie metafizykę.

Roman Mańka: W filozofii klasycznej prawda znajdowała się zawsze w wymiarze transcendentnym, czyli poza naszym doświadczeniem zmysłowym, poza sensualną przestrzenią przedstawień oraz rzeczy. Były to filozofie dualizmu, instrumentalnie tworzące podział, aby osiągnąć spójność. Najbardziej emblematycznym przykładem tej dominującej tradycji był Platon, który sięgnął po polaryzację form (idei) oraz rzeczy, a mówiąc precyzyjniej: kopi rzeczy, aby uzyskać jedność. Nomenklatura rozróżnień zastosowana przez tego starogreckiego filozofa jest trochę myląca, niejasna, gdyż w istocie podział o który mu chodziło, sprowadza się do opozycji rzeczy (idei, form) oraz kopi rzeczy.

W filozofii klasycznej metafizyka umieszczała prawdę najczęściej poza zmysłowym, empirycznym światem.

Prawdziwe są idee rzeczy, a więc rzeczy znajdujące się poza sferą zmysłów, w idealnym świecie, zaś rzeczy, które obserwujemy na co dzień, za pomocą zmysłów, to ich kopie. Obserwowane przez nas rzeczy są pozorami, za którymi kryje się prawda. Autentyczna rzeczywistość znajduje się zatem
w świecie dla nas niedostępnym, poza wymiarem empirycznym.

Symboliczną ilustracją myśli Platona jest skonstruowana przez niego alegoria jaskini. Przebywający w niej więźniowie widzą jedynie cienie przedmiotów, od których odbijają się promienie słońca, jednak światło, źródło, przyczyna odbić, znajduje się na zewnątrz i jest dla nich niedostępne.

W gruncie rzeczy, uważany za ojca racjonalizmu, Kartezjusz, poszedł podobną drogą: również odwołał się do dualizmu, ale innego, immanentnego, dokonując podziału na podmiot i przedmiot (res cogitans oraz res ekstensa). U Kartezjusza podmiot afirmuje sam siebie, poprzez podróż we własne wnętrze, poprzez odwołanie się do wymiaru wewnętrznego. Był to tak zwany sceptycyzm metodologiczny: skoro myślimy, jeżeli wątpimy w swoje istnienie, jeśli próbujemy je podważyć,
to właśnie oznacza, że istniejemy. Negacja doprowadziła zatem Kartezjusza do afirmacji i legitymizacji. Szukanie nicości doprowadziło do odkrycia bytu podmiotu. Najlepszym wyrazem tej zasady są słynne słowa: „cogito ergo sum” („wątpię więc jestem”).

W ten sposób byt wewnętrzny, podmiot, człowiek został potwierdzony
w ramach introspekcji, przez samego siebie, lecz co z przedmiotem,
co z empirycznym światem doświadczanym przez zmysły, który, jak pokazała późniejsza filozofia, również jest potrzebny do istnienia podmiotu; ja twierdzili Edmund Husserl, a w ślad za nim Jean Paul Sartre: gdy znika przedmiot, znika również świadomość; Maurice Merleau-Ponty powiedziałby, że bez świata człowiek istnieć nie może, albowiem wraz
z nim tworzy „miąższ” („chair”), czyli splot, jedną odwracalną całość.

Co zatem z przedmiotem? Kartezjusz również nie może obejść się bez metafizyki zorientowanej na wyjście poza doczesny, immanentny świat. Akt legitymizacji rzeczy zależny jest od Boga. Podobnie jak u Platona, również
u Kartezjusza, to co gwarantuje realne istnienie doświadczeń podmiotu, prawdziwość wymiaru empirycznego wdzianego przez zmysły, znajduje się w wymiarze transcendentnym: istotą, która afirmuje autentyczność przedstawień podmiotu, jest Bóg. Pogląd ten Kartezjusz opiera na założeniu, że kochający człowieka Bóg nie byłby w stanie go oszukać
i dlatego zewnętrzny świat, który obserwują ludzie jest prawdziwy. Jednak człowiek oszukuje się sam, oszukują go zmysły, rozum, wyobraźnia.

Widzialne i niewidzialne
Myślenie metafizyczne wcale nie musi oznaczać poszukiwań prawdy
w transcendentnym świecie, już bowiem same próby uchwycenia substancji w rzeczach, a zatem czegoś trwałego w następowaniu, w zmienności, jest metafizyką. Zresztą z tego wzięła się słynna i wspomniana powyżej dualistyczna koncepcja Platona: z próby połączenia postulatów zmysłów oraz rozumu; pogodzenia z jednej strony rzeczywistości widzianej przez Parmenidesa, a więc założenia, że wszystko jest stałe, niezmienne, wieczne („byt nie może powstać z niebytu), a z drugiej strony koncepcji Heraklita, mówiącej, że jedyną zasadą świata jest zmienność, ale przez to właśnie zmienność, wbrew temu co widzą zmysły, staje się istotą rzeczy, trwałym elementem rzeczywistości.

Sensem rzeczywistości jest nie stałość a ruch. “Wszystko płynie”.

Heraklit wyraża to dosadnie w najsłynniejszym zdaniu stanowiącym puentę jego koncepcji filozoficznej: „panta rej” („wszystko płynie”).

Metafizyka, oprócz szukania prawdy i wytłumaczenia zjawisk w poza-empirycznym świecie albo podwajania rzeczywistości, oznaczała poza tym skłonność do utrwalania tego co ruchome, co umyka, co następuje. W tym sensie również nauka posiada charakter metafizyczny, albowiem szuka stabilizacji, jak również trwałych elementów w spontanicznym, żywiołowym świecie, pełnym chaosu. Nauka, podobnie jak religia, rości sobie prawo do „tresowania”, „trenowania” rzeczywistości.

Pierwsza tendencja, została zilustrowana już w Starożytności przez paradoksy Zenona z Elei: żółw jest w stanie wyprzedzić Herkulesa a strzała wystrzelona z łuku jest nieruchoma, stoi w miejscu. Człowiek szuka przestrzeni dla czasu, uprzestrzennia czas – interpretuje intelektualne operacje Zenona z Elei, Henri Bergson, francuski filozof twierdząc, że to co świadomość daje rzeczywistości, to sekwencja (chronologia), zaś to co od niej otrzymuje, to dystynkcja. Heidegger powie później, do czego jeszcze powrócimy, że czasowość jest sensem bycia, albowiem bycie biegnie, następuje, rzeczy znajdują się w nieustannym ruchu, historia wydarza się, itd.

Drugą tendencję metafizycznego myślenia, dążącą do podwajania rzeczywistości, odkrył Friedrich Nietzsche. Wcale nie musi wyrażać się ona w opozycji wymiaru transcendentnego oraz immanentnego. (bo) Jest obecna w najbardziej ludzkim obszarze, w języku, w gramatyce, którą rządzi dualizm podmiot – orzeczenie, a także skłonność do podwajania, która ujawnia się, gdy np. mówimy: „rozbłysnęły błyskawice”. Realnie, przez zmysły doświadczyć możemy tylko błysku, widzimy jedynie błysk, błyskawica bierze się z nastawienia substancjalnego, z poszukiwania, pragnienia podmiotu, próby uchwycenia trwałości, w czymś co jest ruchome.

Język jest metafizyczny ponieważ dąży do uchwycenia rzeczy samych
w sobie, a więc tego co nazywamy istotą rzeczy, tymczasem ten czynnik rzeczywistości jest nieosiągalny. W „Krytyce czystego rozumu” Immanuel Kant rozróżnił wymiar fenomenalny i noumenalny, czyli strefę poznawalnych fenomenów, które jawią się naszym zmysłom oraz porządek niepoznawalnych noumenów, których nie jesteśmy w stanie sensualnie uchwycić, znajdują się one bowiem poza naszym empirycznym doświadczeniem.

Noumeny są źródłem fenomenów, jednak te pierwsze pozostają dla nas poznawczo nieosiągalne, a te drugie są niczym punkty światła na ekranie radaru, informujące nas o istnieniu głębszej rzeczywistości, przedmiotów samych w sobie, funkcjonujących w swej istocie, poza znaczeniem, których nie widzimy.

Wydawać by się więc mogło, że u podłoża, u źródła rzeczywistości leży nicość albo, że to właśnie nicość legitymizuje bycie. Jednak pomiędzy kategoriami bycia i nicości nie ma opozycji, a wręcz przeciwnie, istnieje stosunek komplementarny czy korespondujący, albo jeszcze inaczej: afirmujący, legitymizujący. Często właśnie nicość stanowi afirmację bycia. Nie zauważamy wolności, gdy żyjemy w wolnym kraju, o jej istnieniu najlepiej informuje nas nicość, czyli brak, w chwili kiedy znaleźliśmy się
w warunkach totalitarnych; podobnie nie dostrzegamy powietrza, gdy spokojnie możemy oddychać, gdy dookoła nas jest wystarczająco dużo tlenu.

Choć to może nieco uproszczona teza: bycie objawia się w nicości,
o istnieniu czegoś informuje brak.

Wspomniany francuski filozof, Maurice Merleau-Ponty, zamiast dualizmu: nicość – bycie, proponuje taksonomię: widzialne – niewidzialne. Pisze
w „Signes”: […] zamiast mówić o byciu i nicości, lepiej byłoby mówić
o widzialnym i niewidzialnym, powtarzając, że nie są ze sobą sprzeczne. Mówi się o niewidzialnym, ponieważ mówi się o nieruchomym, nie wobec tego, co jest obce ruchowi, ale wobec tego, co pozostaje w nim nieruchome. Jest to punkt lub stopień zerowej widoczności, otwarcie wymiaru tego co widzialne.
[…] Kiedy mówimy o nicości, jest już bycie.”

Zdaniem, Merleau-Ponty’ego oczekiwanie przejrzystości, transparentności rzeczy skazane jest na porażkę. Jak twierdzi „rzeczy same w sobie nigdy nie są dane”. Pojawiają się one jedynie przez grubą warstwę ekspresji, odzyskane
i zniekształcone, w określonym środowisku emocjonalnym, w nieustannie zmiennych relacjach poza różnicami.

– „Język dokonuje, w bardziej stanowczy sposób, podobnej operacji odzyskania (w stosunku np. do malarstwa, uw, red.), która nie daje nam nigdy rzeczy samych w sobie, dokładnie tak, jak byłyby one przed ekspresją lub poza nią”
– konkluduje Maurice Merleau Ponty w „Parcours II”.

Utrata rzeczywistości
Często nie zdajemy sobie sprawy z różnicy pomiędzy bytem a byciem, którą chyba najlepiej na gruncie filozofii uwypuklił niemiecki filozof, Martin Heidegger. Niejednokrotnie mylimy byt z byciem, tak jakby były to pojęcia synonimiczne, tymczasem występuje między nimi istotna, kluczowa różnica, którą Heidegger określił jako różnicę ontologiczną.

Byt bierze się z pewnej uniwersalizacji, abstrakcji, uogólnienia, zaś bycie jest jak gdyby umykającą treścią bytu, czy mówiąc precyzyjniej poszczególnych bytów, ich źródłem, bardziej konkretną rzeczywistością, ma swoje miejsce w rzeczach, które następują. Możemy zatem pytać o bycie bytów lub zastanawiać się, gdzie, w którym punkcie rzeczywistości, to bycie bytów się znajduje.

Rzeczy są sobą wówczas, kiedy znajdują się poza znaczeniem albo używaniem, kiedy ich nie definiujemy, nie tematyzujemy, nie czynimy przedmiotem myślenia, rozważań, dociekań; kiedy o nich nie mówimy.

Są sobą do momentu, kiedy ich sens jest egzystencjalny, fenomenologiczny, czy nawet, wykraczając nico poza myśl Heideggera – autoteliczny, i nie stał się logiczny, aksjologiczny, czy instrumentalny.

Dopóki telewizor stojący w pokoju nie został przez nas włączony, dopóki znajduje się poza naszym doświadczeniem albo do momentu gdy nie zaczną dotykać go jakieś zakłócenia albo się nie zepsuje, żyje on swoim własnym życiem, jest rzeczą samą w sobie, nie tematyzowaną przez nas, ani nie używaną; tak samo radio lub żelazko, do czasu kiedy o tych przedmiotach nie myślimy, bądź ich nie używamy, egzystują one na własną rękę, realizują swój własny sens.

Problem pojawia się wówczas, gdy próbujemy je zdefiniować, uczynić tematem naszych rozważań, utematyzować, wtedy nadajemy im inny sens. Kiedy próbujemy je uchwycić za pomocą znaczeń. Kiedy usiłujemy je przenieść na płaszczyznę języka, logiki, nauki. Każda tego rodzaju próba kończy się utratą. Rzeczy nam umykają, uciekają, choć Heidegger powiedziałby, że gdy podejmujemy wysiłek nadania im znaczeń lub użycia ich, wtedy pozostają z tyłu; to co chwytamy w ręce to znaczenie, pojęcie, to z nami pozostaje, tymczasem rzeczy są już w innym miejscu, tracimy je.

Nie da się uchwycić rzeczywistości, gdy ją utrwalamy zmieniamy jej sens.

To jest trochę tak, jak zabawa, gdy dziecko próbuje złapać w ręce dym pochodzący z palącego się ogniska.

Maurice Merleau Ponty pisał o konkretnej uniwersalności, co wydaje się antynomią, jednak mimo uproszczeń, świetnie oddającą relację pomiędzy bytem a byciem. Francuski filozof ma na myśli uniwersalność, która nie jest czystą abstrakcją, a cechuje się ucieleśnieniem, zakorzenieniem w zmysłowości, w pewnym poziomie konkretności, w rzeczach. Byt ma swoją konkretność i jest nią zawsze bycie.

Jednak rzeczy nam umykają, tracimy je. Zatrzymujemy się na poziomie znaczeń, słów, pojęć, nazw. Logika staje się nie przestrzenią odzyskania rzeczy czy bycia, lecz utraty. Konstruujemy świat kultury, który nie pozwala nam dotrzeć do czystej rzeczywistości, która zostaje z tyłu.

Jedną z największych różnić, jaką można wyróżnić pomiędzy bytem a byciem, jest chęć utrwalania. Byt poszukuje trwałego elementu, w rzeczach (idei, form, substancji), czegoś co jest stałe, nieruchome, tymczasem bycie jest ciągłym ruchem, zmianą. Rzeczy nigdy nie stają się totalne, przechodzą od jednej postaci do drugiej, ulegają ciągłym zmianom, ewolucji.

Dlatego Heidegger powie, że sensem bycia jest czasowość, że rzeczy następują, zaś historia się wydarza, jednak gdy próbujemy rzeczywistość utrwalić lub uchwycić czy zdefiniować, to ją tracimy. Ani logika, ani historia, tradycyjnie rozumiana (a więc diachroniczna), nie jest w stanie odzyskać rzeczy czy wydarzeń w pełni.

Heidegger, podobnie jak Merleau-Ponty, uważa, że rzeczy postrzegamy nie takie jakie są same w sobie, lecz przez grubą warstwę ekspresji, w emocjonalnym środowisku znaczeń. Rzeczy znajdują się przed ekspresją lub poza nią.

Na progu świata i języka…
Gdzie jest bycie? W którym miejscu spotyka się czy krzyżuje bycie i byt? Na czym polega różnica pomiędzy tymi elementami, którą Heidegger określa jako różnicę ontologiczną.?Aby dotrzeć do bycia musimy dokonać redukcji ontologii ogólnej do ontologii fundamentalnej. Jak pisze Arturo Leyte, interpretator Heideggera w książce pt. Zapomnienie bycia: […] „kiedy mówimy o sensie bycia powinniśmy mieć na myśli sens rzeczy. […] rzecz jest tą błahostką – kontynuuje Leyte – która zawsze pozostaje z tyłu i nigdy nie ukazuje się w sposób jawny. Odnieść się do sensu oznacza odnieść się do tej głębi, która się nie pojawia, do tego, co ma miejsce zanim w ogóle możemy mówić
o bycie”
. Heidegger pisze o otchłani, o przepaści.

Skoro prawdą jest, że nie ma żadnego innego bycia od bycia bytów, i jeżeli sens ma bycie, a nie byt, dla dobrej eksplikacji problemu musimy skoncentrować się na tej różnicy, pokazać gdzie, w którym punkcie, spotyka, przecina się bycie i byt.

Bycie biegnie w mitycznej sferze pomiędzy, tam gdzie znajduje się różnica (ontologiczna).

Owa różnica, aby się ukazać musi zrobić to w taki sam sposób jak byt. Tymczasem charakter jej ontyczności jest inny: nie manifestuje się jak rzecz czy materialny przedmiot, ale zachowuje więź, coś w rodzaju afiliacji, odniesienia, w stosunku do bycia oraz do rzeczy. Jak pisze Martin Heidegger, istota bytu polega na zrozumieniu bycia, jednak zrozumienie to nie oznacza konstytucji poznawczej, lecz wiąże się z utrzymaniem wspomnianej więzi z własnym byciem, tego co można określić jako inklinację, odniesienie, relację.

Stosunek bytu z byciem, okoliczność utrzymywanej relacji, można ocenić jako punkt lub obszar, w którym przebywa różnica, a więc przestrzeń gdzie swoje miejsce ma bycie. Tu właśnie, na tym terytorium, jakby na skrzyżowaniu bytu z byciem, u styku tych dwóch elementów, w ramach
i w granicach tej relacji, tego odniesienia, znajduje się różnica ontologiczna i swoje miejsce ma bycie. W swym największym dziele, „Byciu i czasie”, Heidegger nazwie, określi ten punkt, to miejsce jako „dasein”, czyli jestestwo. Jest to miejsce szczególne, nietypowe, które nie musi być lokowane, nie potrzebuje żadnej lokalizacji czy jasno sprecyzowanego, wskazanego terytorium, ściśle określonego obszaru, ale odsyła tylko do konstatacji, do faktu, że bycie posiada miejsce i pojawia się jako rzecz.

Zachowując respekt do wszystkich niuansów oraz rozbieżności, relacja bytu do bycia, owo odniesienie, jest czymś w rodzaju, w każdym razie czymś bliskim – „konkretnej uniwersalności” – o której pisał Maurice Merleau-Ponty, czyli pewnej ogólności zakorzenionej w konkretności, utrzymującej łączność (relację) ze zmysłowością; jest też, jak u Kanta, stosunek fenomenów, które się pojawiają, których doświadczamy, które nam się jawią, do niewidzialnych, znajdujących się poza przestrzenią naszego poznania noumenów.

Różnicę ontologiczną, a zatem krytyczny punkt styku bytu z byciem, czyli miejsce bycia i rzeczy, można opisać jeszcze inaczej, za pomocą metafor. Później Heidegger napisze, że „język jest domem bycia”. Podejmując trop tej metafory i twórczo ją rozwijając można powiedzieć, że język to dom, zaś świat, to podwórko, czyli to co znajduje się na zewnątrz, w odniesienie do domu i progu, a co próg właśnie łączy, będąc fermuarem, swoistą klamrą podwórka i domu, świata i języka.

Jak stwierdził Heidegger: „rzeczy są jakby wyparte ze słów” (ja napisałbym: wypierane).

Byt mieszaka w języku, zaś bycie znajduje się na progu, w punkcie, który oddziela wymiar zewnętrzny od wewnętrznego, wnętrze od zewnętrza, język od świata; mieści się na granicy, w strefie, którą można określić jako mityczne „p o m i ę d z y”. Nie należy ani do jednego obszaru ani do drugiego, ale znajdując się pomiędzy; definiuje różnicę, która jest zarazem różnicą ontologiczną, i tą otchłań, tą przepaść, tą głębię, którą Heidegger określał jako miejsce bycia, a zarazem prawdy, którą język może tylko musnąć, lecz nie jest w stanie jej uchwycić.

Technika jest progresywna, rekonfiguruje, rozwija świat; nauka go konserwuje.

Prawda jest z tego świata
Prawda nie znajduje się więc w wymiarze transcendentnym, jak chciał Platon, w królestwie form, idei rzeczy, gdzieś w nieosiągalnych przez człowieka poza-światach, nie potrzebuje też Boga do afirmowania czy zagwarantowania autentyczności świata zmysłowego, jak głosił Kartezjusz. Wręcz przeciwnie, prawda znajduje się w najbardziej immanentnej, konkretnej, ruchomej przestrzeni, poprzedzającej doświadczenie kulturowe i logikę, jej obecność ma miejsce przed ekspresją, przed znaczeniem, przed logiką, a właściwie pomiędzy językiem, w którym mieszka, uzyskując schronienie – byt, a rzeczywistością, na którą składają się rzeczy i gdzie znajduje się bycie.

Tam mieści się właśnie ta szczelina, ten wąski przesmyk, jakby przeskok iskry, w którym ma miejsce sens bycia, który jest zrozumieniem bycia, czyli odniesieniem, relacją bycia do bytu, a także miejscem bycia i prawdy.

W międzyczasie nastąpiła ewolucja poglądów Heideggera. Niemiecki filozof dostrzegł, zrozumiał, że to co postrzegał jako jestestwo, sens bycia, a więc różnicę ontologiczną pomiędzy bytem i byciem, które było zarazem miejscem bycia i co za tym idzie również miejscem prawdy, jest
w rzeczywistości bytem.

Ewolucja filozofii Heideggera polegała na uświadomieniu sobie ciężaru gatunkowego śmierci, a następnie narodzin, wytyczających odcinek w egzystencji człowieka pomiędzy narodzinami a śmiercią: bycie jestestwa, którego sensem jest czas. W ten sposób, dzięki śmierci i czasowi, bycie nie jest postrzegane, w kategoriach logicznych, jako pojęcie, tylko w kategoriach fenomenologicznych oraz egzystencjalnych, jako wydarzenie: bycie się wydarza, następuje, jest w ruchu, dzieje się.

Ponieważ czas nie posiada charakteru logicznego lecz fenomenologiczny, nie ukazuje się diachronicznie czy chronologicznie w formie wcześniej uregulowanego następstwa, w związku z czym nie manifestuje się jako byt
i nie może być analizowany bądź definiowany jak rzecz, w celu odróżnienia od rozumienia logicznego, został określony jako „czasowość”.

Sens znajduje się w czasowości, a nie – jak chciałaby logika – w tożsamości (dlatego bycie jest przed logiką, w miejscu relacji pomiędzy bytem a byciem), która stanowi założenie czasu ciągłego, diachronicznego. Bycie jest ograniczeniem, odcinkiem trwającym od narodzin do śmierci. Gdy definiujemy bycie, nie powinniśmy posługiwać się kryteriami czasu logicznego, pojmowanymi jako nieskończony ciąg następstw, ale myśleć
o czasie, który w rzeczywistości się wydarza, a zatem o odcinku bycia, które ma miejsce pomiędzy narodzinami a śmiercią, początkiem a końcem (człowieka, rzeczy, itd.).

Heidegger określa ten konkretny, niewymienialny odcinek, czasowość, jako historyczność usytuowaną pomiędzy początkiem a końcem. W ten sposób manifestuje się rzecz, w postaci wydarzenia się, a nie czegoś trwałego (np. substancji). Sensem czasowości jest historyczność. Rzecz przeżywa swoją historyczność a nie historię, aby zaakcentować różnicę pomiędzy rozumieniem logicznym a egzystencjalnych, gdyż historia odsyła do naukowego znaczenia czasu i aczkolwiek pozwala na rekonstrukcję logiczną, uniemożliwia tym samym rekonstrukcję egzystencjalną.

Tymczasem historyczność odnosi się do miejsca, odsyła do jakiegoś odcinaka bycia, którego najlepszą charakterystykę stanowi: pomiędzy,
w oparciu o które i w ramach którego, bycie ma sens.

Martin Heidegger oraz Maurice Merleau-Ponty doprowadzili do odbudowania, rehabilitacji sensu metafizyki. Przy wszystkich dzielących ich różnicach, przywrócili prawdę zza światów, z transcendentnego terytorium idei, do immanentnego świata. Dzięki temu Michel Foucault mógł powiedzieć: (że) „prawda jest z tego świata”.

Religia i nauka tracą rzeczy, sztuka i technika je odzyskują i rozwijają.

Heidegger ostatecznie zdefiniował prawdę jako prześwit, światło, napięcie pomiędzy ukrywaniem a odkrywaniem, w którym pojawia się właśnie prawda, rozumiana jako tranzyt, próg. Merleau-Ponty zlokalizował prawdę jako nieprzerwaną łączność, ciągłość pomiędzy uniwersalnością
a konkretnością zakorzenioną w zmysłowości.

Bycia nie odzyskuje logika ani nauka. Bliższa Heideggerowi jest koncepcja Friedricha Nietzschego, zakładająca, że prawdę odnajdziemy prędzej
w stanie ekstazy, w formie antycznej tragedii, czyli dziedziny, którą nazywamy sztuką, niż w sferze nauki. Rzeczywistość, jak wskazywał Nietzsche, cechuje się „wolą mocy” oraz pragnieniem „wiecznego powrotu”. Bycie się rozwija, dąży do wzrostu, chce powrócić, objawić się na nowo.

Jak twierdził Heidegger, odzyskiwać rozwijać bycie może jedynie sztuka, rozumiana również jako technika, które rekonfiguruje rzeczywistość, świat rzeczy, podczas gdy nauka konserwuje. Nauka jest konserwatywna. To sztuka, a w ramach niej także technika, jest progresywna i rozwija świat.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Wierzę w Boga Kanta!


Dla Immanuela Kanta Bóg jest postulatem praktycznego rozumu. Jest niepoznawalny ani niepotwierdzony naukowo (Kant uważa, że nigdy nie uda się tego zrobić), lecz jak każda metafizyczna idea, może być potraktowany nie w sensie konstytutywnym, ale regulatwnym, czyli może być czynnikiem rozwijającym naukę, celem do którego nauka zmierza, próbuje go uchwycić, jednak nigdy nie osiągnie.

Roman Mańka: To co robi Kant, to bardzo precyzyjnie wyznacza linię podziału pomiędzy nauką (nazywa ją rozumem teoretycznym), a wiarą (rozumem praktycznym). Jest niczym geodeta, wytycza granice. Zaprzecza możliwości racjonalnego czy, określając problem jeszcze szerzej, naukowego potwierdzenia istnienia, idei takich jak Bóg, nieśmiertelna dusza, świat jako całość, ale przenosi je na inne pole: z obszaru naukowego na teren wiary i moralności; nakazuje postrzegać z innej perspektywy. Nikt, żaden z filozofów czy naukowców, nie zrobił dla sekularyzacji więcej niż Kant. Przed Kantem nauka była oparta na metafizyce i wymieszana z religią. Po Kancie, nauka oraz religia, mają dużo jaśniej wyznaczone dziedziny działalności. Kant oczyścił naukę z metafizyki.

Pomiędzy Kartezjuszem a Hume,em
To właśnie przedstawiciel skrajnego, brytyjskiego empiryzmu, David Hume, budzi Kanta z dogmatycznego snu. Szkot obala kluczowe dla średniowiecznej scholastyki pojęcia wrodzonych idei umysłu, jak również zasadę przypadkowości. Twierdzi, że reguła substancji nie istnieje, zaś pomiędzy rożnymi okolicznościami mogą być tylko następstwa, sukcesje, czyli powtarzalność zaobserwowana w czasie, a nie konieczne, logiczne związki przyczynowo-skutkowe.

Hume przedstawia bierną koncepcję człowieka w kontekście poznania. U Humea człowiek jest bierny, a za prawdę można uznać jedynie to, co mogą zarejestrować nasze zmysły.

Kant dokonuje przełomu w dwóch punktach, co zostaje uznane za swoisty „kopernikański przewrót”: po pierwsze, przejmuje od Humea negatywną wersję substancji i związków przyczynowo-skutkowych, a przede wszystkim założenie, że poznanie rozpoczyna się od zmysłów; po drugie, zmienia rolę człowieka w procesie poznawczym, z biernej na aktywną.

U Kanta człowiek jest aktywny, i to jest właśnie fundamentalna zmiana.

W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Kiedy patrzy się dziś na znakomitą większość polskich dziennikarzy, ale nie tylko polskich i nie tylko dziennikarzy, również prawników, artystów, czy nawet naukowców, ma się wrażenie, że zatrzymali się na sceptycyzmie metodologicznym Hume’a, a zapomnieli o krytycyzmie Kanta.

Do doświadczenia podchodzą bardzo ściśle, co może mieć pewne uzasadnienie (lecz też nie do końca) na terenie nauk przyrodniczych, jednak w sferze humanistycznej, w obszarze działalności człowieka, doświadczenie musi być obrobione przez rozum.

„Miej odwagę posługiwać się własnym rozumem” – wołał Kant, nawiązując w ten sposób do Horacego i jego słynnej formuły: “sapere aude”.

Synteza i współpraca
Racjonalizm kartezjański oparty był na wątpieniu („cogito ergo sum”). Człowiek afirmował się przez kontemplację własnego ja, co miało również konsekwencje moralne i polityczne, i co Hannah Arend, uznała późnij za źródło indywidualizmu. Następni filozofowie, tacy jak Max Weber czy Richard Rorty, dowodzili, że z tego indywidualizmu, którego źródłem był racjonalizm, wyrósł pragmatyzm oraz utylitaryzm, które doprowadziły w końcu do wielkich nieszczęść XX wieku, a także poskutkowały zepsuciem procesów demokratycznych. Założenie, że prawdą jest to co ma wartość praktyczną albo użytkową, na gruncie etyki czy polityki, a więc dziedzin aktywności człowieka, przyniosło dramatyczne konsekwencje.

Racjonalizm kartezjański zakładał, że w sferze sensorycznej, w układzie zmysłów znajduje się prawda, jednak do jej potwierdzenia potrzebował Boga, który gwarantował prawdziwość zewnętrznych postrzeżeń. Bóg chce dla człowieka dobrze, a zatem go nie oszukuje.

U Kanta, na płaszczyźnie nauki, Bóg jest niepotrzebny. Kant przenosi go w inne miejsce: na obszar rozumu praktycznego, czyli moralności i religii. W poznaniu zaś rozum radzi sobie sam, w oparciu o zmysły.

Filozofia Kanta, to nie kompromis, lecz synteza (to jest dużo lepsze słowo) działania zmysłów i rozumu. Ten ostatni wytwarza pojęcia, które są stosowane do przedstawień zmysłowych. Jak pisze sam Kant: „zmysły bez pojęć byłyby puste, natomiast pojęcia bez zmysłów – ślepe”. Potrzebna jest więc współpraca obydwu władz: zmysłów i rozumu. Dlatego rozum dokonuje obróbki, uporządkowania materiału empirycznego dostarczanego przez zmysły. Kategoryzuje treść zmysłową. Odbywa się to poprzez zastosowanie pojęć aposteriorycznych i apriorycznych (czyli kategorii) zmysłów i intelektu, jak również schematów oraz zasad wytworzonych przez wyobraźnię. Cały proces zachodzi symultanicznie (jednocześnie), a wyobraźnia stanowi czynnik mediacji zmysłów z rozumem.

W ten sposób zachodzi proces poznania: zmysły i rozum pozostają w komplementarnym stosunku współpracy. Rzeczywistość jest chaosem, posiada skłonność do przyjmowania figur anarchistycznych. I gdyby nie rozum, przekazywane przez zmysły treści, miałyby również nieuporządkowany charakter.

A tak, rozum je porządkuje. Lecz to jednocześnie oznacza, że rozum nas oszukuje.

Porządek fenomenalny i noumenalny
W celu nadaniu przez człowieka jedności oraz porządku poznania, musi istnieć aperepcja transcendentalna lub inaczej: ja transcendentalne, które towarzyszy ja empirycznemu. Wszystkie nasze przedstawienia (tak zewnętrzne, jak i zewnętrzne), doświadczenia, wszystko to co rejestrujemy na poziomie sensorycznym poprzez zmysły, składa się właśnie na ja empiryczne, któremu ja transcendentalne towarzyszy i nadaje jedność.

Ja transcendentalne wykracza poza ja empiryczne, a ujmując problem precyzyjniej, znajduje się poza nim (stąd nazwa). Ja transcendentalne jest noumenem, nie znajduje się wewnątrz ja empirycznego, a jakby obok, stanowiąc coś w rodzaju podmiotu, a traktując ja empiryczne jako przedmiot.

Ja transcendentalne jest z boku, towarzyszy ja empirycznemu i obserwuje cały proces poznawczy. To świadomość, że postrzegamy, że doświadczamy, że myślimy. Doświadczamy sami siebie z zewnątrz.

Wspominając o ja transcendentalnym dotknęliśmy arcyważnego w filozofii Kanta zagadnienia noumenów. Kant rozróżnia porządek fenomenalny (fenomenów) oraz noumenalny. To rozróżnienie jest ważne ze względu na jeszcze inny podział: nauka – metafizyka. Pierwsza zajmuje się fenomenami; druga – noumenami, czyli rzeczywistością niepoznawalną.

Fenomeny to przedmioty naszego poznania, rzeczy tak jak się jawią, które poznajemy, są w zakresie naszego poznania, dostępne naszym władzom i procedurom poznawczym. Noumeny, to przedmioty same w sobie, znajdujące się poza granicami naszego poznania. Fenomeny mają swoje źródło w noumenach, są obecne w naszym doświadczeniu, w naszym procesie poznawczym; noumeny są poza nim: są poza czasem i przestrzenią, czyli poza formami estetyki transcendentalnej, wytworzonymi przez nasze zmysły (struktury zmysłów).

Zmysły ich nie widzą, nie rejestrują, a rozum również zobaczyć ich nie może. Nie ma bowiem czegoś takiego, jak bezpośrednia zmysłowość rozumu: rozum działa poprzez zmysły.

Opisując problem w pewnym uproszczeniu i naciągając analogię w celu lepszego zrozumienia teorematu: stosunek fenomenów do noumenów jest jak relacja punktów unaocznianych na ekranie radaru do rzeczywistych obiektów. Na radarze widzimy świecące na czerwono lub niebiesko punkciki; realnych obiektów/przedmiotów nie widzimy.

Noumeny są poza naszym poznaniem.

Determinizm struktury umysłu
Widzimy, jak rygorystycznie Kant dokonał rozróżnienia pomiędzy nauką a metafizyką. Zakwestionował możliwość racjonalnego i naukowego poznania rzeczy samych w sobie (czyli noumenów) oraz idei metafizycznych, takich jak nieśmiertelność duszy, kosmosu jako całości, Boga jako koniecznego, nadrzędnego, absolutnego podmiotu. Zanegował całą metafizykę. Jak sam powiedział: zniszczył idee metafizyczne postrzegane jako wiedza, żeby zrobić miejsce wierze.

To co nie mieściło się w spektrum rozumu teoretycznego, czyli empirycznego i spekulatywnego poznania, przesunął na obszar rozumu praktycznego, tam uczynił miejsce dla idei metafizycznych: nieśmiertelnej duszy oraz Boga.

Kant uważał, że dusza i Bóg są niepoznawalne, gdyż znajdują się poza doświadczeniem, a więc nie stosuje się do nich pojęcie substancji; nie można ich poznać naukowo, nie da się ich poddać weryfikacji, nie uda się wobec nich przeprowadzić procedur falsyfikacji, nie można im nawet zaprzeczyć, ale zdaniem Kanta nie da się o nich nie myśleć. Wynika to ze struktury umysłu, która determinuje idee metafizyczne. Ludzki umysł jest w ten sposób skonstruowany, że dąży do idei metafizycznych, jako absolutnych jednostek poznawczych oraz warunków bezwarunkowych, podmiotów bezwzględnych.

Bóg jest postulatem rozumu

Użycie regulatywne
Kant nie stwierdza istnienia Boga w znaczeniu konstytutywnym, nie twierdzi, że go można poznać, nie zakłada jego obecności ani nawet realnego istnienia, lecz jednocześnie przyjmuje jego występowanie w sensie regulatywnym, jako coś co reguluje poznanie, a także porządkuje to, co znajduje się w doświadczeniu, w sferze zmysłów, rozumu, poznania, i nauki.

Jest to bardzo konstruktywne, rozwojowe założenie. W ten sposób wiara toruje drogę nauce, rozwija ją. Religia, moralność, metafizyka z jednej strony, i nauka z drugiej, nie muszą pozostawać w relacji antonimicznej.

Przyjęcie idei metafizycznych, na gruncie praktycznego rozumu, w rozumieniu hipotetycznym, spełnia regulatywną funkcję poznania. Rozum dąży do coraz większego uogólnienia treści, do wyższego poziomu poznania, przechodzi od warunkowości do bezwarunkowości, i od względności do absolutu. Owa naturalna dynamika rozwoju rozumu prowadzi do tworzenia idei nieśmiertelności duszy, kosmosu jako całości, a także Boga, czyli jak stwierdza sam Kant: czegoś co jest zawsze podmiotem, ale nigdy orzecznikiem.

Kant wyróżnia trzy terminy ostateczne: 1) postrzeganie, doświadczenie potrzebuje ja transcendentalnego, towarzyszącego, stabilnego, oraz nadrzędnego w stosunku do ja empirycznego; 2) rozum postuluje ostateczne założenie, które obejmować będzie w sobie wielość łańcuchów przyczynowych rejestrowanych przez umysł; 3) [wreszcie] rozum poszukuje nadrzędnego warunku możliwości istnienia (Boga), wszystkiego co można pomyśleć.

Rozum dąży do tego czego nie można udowodnić. Wierzymy w to na co nie mamy dowodów. Jedynym wyjściem na rozwiązanie problemu idei metafizycznych jest przesunięcie ich z terenu poznania, na obszar wiary.

Kłopot nie polega na tym, że idee metafizyczne są błędne czy fałszywe same w sobie (jako noumeny), ale że zostały potraktowane w błędny sposób. Dokonana przez Kanta zmiana użycia konstytutywnego w użycie regulatywne rozwiązuje ten problem. Ważność konstytutywna polega na założeniu, że idea odzwierciedla czy reprezentuje przedmiot transcendentny, znajdujący się poza estetycznymi formami zmysłowości, a więc poza doświadczeniem czasowo-przestrzennym. Tymczasem uprawnione jest jedynie użycie regulatywne, które ogranicza się do wyznaczenia kierunku oraz możliwości nadrzędnej jednostki poznania, bez realnego stwierdzania niczego co by znajdowało się poza doświadczeniem.

Przy takim właśnie założeniu (regulatywnym) idee metafizyczne nie wprowadzają ludzi w iluzję, że coś istnieje poza zmysłami i doświadczeniem, lecz dużo lepiej porządkują i organizują to, co znajduje się wewnątrz doświadczenia, a przed wszystkim pozwalają na rozwój poznania i nauki.

Z tego powodu, Bóg jest przydatny oraz potrzebny. Nawet, gdy nauka dokonuje jego falsyfikacji, to się rozwija, penetrując wszechświat w poszukiwaniu Boga.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Porażka Oświecenia! Nie dało się stworzyć świata bez Boga…

A wszystko miało być takie łatwe i proste. Twórca socjologii oraz pozytywistycznego kursu nauk, August Comte, uczeń Henri de Saint-Simona, podzielił ludzkość na trzy fazy rozwoju umysłu oraz wiedzy. Po okresach opartych na zabobonach, przesądach, domysłach i spekulacjach, charakterystycznych dla epok teologicznej oraz metafizycznej, miała nadejść i zatryumfować era pozytywizmu, która opisze świat w sposób empiryczny i naukowy, na podstawie doświadczenia, jak również wiedzy. Lecz Oświecenie poniosło porażkę.

Roman Mańka – Nauki przyrodnicze, które dość dobrze (choć i w tym punkcie występuje sporo kontrowersji) poradziły sobie z eksplikacją wymiaru zmysłowego, naturalnego, empirycznego, immanentnego, okazują się całkowicie bezradne wobec problemów metafizycznych i transcendentnych. Metafizyka to coś co, jak sama semantyka wskazuje, i jak definiował zagadnienie Arystoteles, to coś co jest poza fizyką, albo jeszcze lepiej, coś co jest ponad fizyką; co w różny sposób i na wielu wymiarach wykracza poza doświadczany przez człowieka byt. Czytaj dalej Porażka Oświecenia! Nie dało się stworzyć świata bez Boga…