Kiedy przyjdą podpalić dom…


Rok 2021 przyniósł Polsce agresję ze strony reżimu Aleksandra Łukaszenki i choć to jeszcze nie atak konwencjonalny, to konflikt migracyjny na granicy w każdej chwili może przerodzić się w coś dużo groźniejszego. Co wówczas? Jak przysłowiowy Kowalski, bez wcześniejszego przeszkolenia, może przygotować się na inwazję, aby zwiększyć swoje szanse na przeżycie? 
 

Jerzy Mosoń: Na przestrzeni kilkudziesięciu lat możliwości prowadzenia działań zbrojnych wzrosły diametralnie. Nie zmienia to faktu, że część form agresji, począwszy od cyberataków, przez presję energetyczną, ekonomiczną czy polityczną, a kończąc na przerzucie migrantów może skończyć się klasycznym ostrzałem i wkroczeniem wojsk nieprzyjaciela. To opracowanie na okoliczność właśnie takiej sytuacji.  

Wojna to codzienność
W ostatnich latach. w Europie lub na jej rubieżach, tradycyjnie prowadzonej wojny doświadczyli: Ukraińcy, Gruzini, Czeczeńcy, Ormianie i Azerowie. Jeszcze wcześniej mieszkańcy byłej Jugosławii. Konwencjonalna wojna jest od wielu lat codziennością Syryjczyków, Irakijczyków, Kurdów, Afgańczyków i wielu innych nacji. W następstwie bombardowań, ostrzału rakietowego czy też wkroczenia obcych sił, wiele rodzin musiało opuścić swe domy. Warto wspomnieć, że tylko od czasu napaści Rosji na Krym i Donbas w 2014 r. Ukrainę opuściło ponad dwa miliony mieszkańców. Czy to samo może spotkać Polaków?  

Widmo wojny przeraża. Żyją jeszcze w Polsce ludzie, którzy pamiętają sceny z II wojny światowej.

Wishful thinking
Wiara w to, że ewentualny konflikt, w którym ofiarą byłaby Polska mógłby być mniej dotkliwy dla tubylców niż dla wymienionych wcześniej narodów to przejaw niczym nieuzasadnionego myślenia życzeniowego. Często bierze się ono z nieodpowiedzialnych opinii ekspertów sugerujących, że Polska jako członek NATO i Unii Europejskiej nie powinna obawiać się ataku militarnego. Dopóki polskie wojsko nie będzie dysponować odpowiednim arsenałem odstraszania, czyniącym atak na ochraniany kraj nieopłacalnym, dopóty ryzyko inwazji jest wysokie. Ale co zrobić, jak postępować w okresie przejściowym, skoro na wschodniej granicy dzieje się źle? 

Braterskie wsparcie  
Polska armia zaatakowana przez samą Białoruś prawdopodobnie byłaby w stanie się obronić. Kłopot w tym, że 4 listopada 2021 r. władze naszego wschodniego sąsiada podpisały z Rosją 28 programów mających na celu integrację obydwu państw. Oznacza to, że hipotetyczny atak ze Wschodu na Polskę byłby prawdopodobnie agresją wojsk białoruskich wspieranych przez Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej. Jak mogłoby to wyglądać? Rosja od lat ćwiczy scenariusze inwazji na Polskę. W większości z nich zagrożeni są zarówno mieszkańcy terenów przygranicznych, jak i dużych miast oraz rejonów, gdzie stacjonują główne siły polskiej armii czy też Sojuszu Północnoatlantyckiego.   

Narażeni na atak
Oznacza to, że bezpiecznie nie może się czuć ani warszawiak ani szczecinianin, spokojnej głowy nie może też mieć mieszkaniec prowincji. Dla przykładu, w Inowrocławiu stacjonuje 1 Brygada Lotnictwa Wojsk Lądowych, a w Szczecinie 12 Dywizja Zmechanizowana. W Elblągu Wielonarodowa Dywizja Północny-Wschód. Z kolei w Tomaszowie Mazowieckim 25 Brygada Kawalerii Powietrznej. Każda baza wojskowa na terenie RP lub zgrupowanie sił Sojuszu to potencjalny cel agresora. 

Takim celem będzie też infrastruktura krytyczna, w tym najpewniej: elektrownie, linie kolejowe, dworce, lotniska cywilne, centra logistyczne.  

Miejsce bezpieczne do czasu
Nikt nie jest w stanie przewidzieć tego czy rejon, jaki zamieszkuje będzie objęty bezpośrednimi działaniami wojennymi. Dlatego komasowanie zapasów w piwnicy czy na półce w szafie nie zawsze się sprawdzi, choć może być przydatne wobec innych zagrożeń takich jak na przykład black out. Oczywiście, jeśli ktoś żyje w domu na wsi lub w małym miasteczku, gdzie w pobliżu nie ma ani wojsk ani infrastruktury krytycznej albo w ogóle na terenie trudnodostępnym, może założyć, że w mniejszym stopniu jest zagrożony koniecznością ucieczki niż, gdyby żył w stolicy bądź w Krakowie. To jednak tylko teoria. Co więcej, atrakcyjne miejsce będzie z czasem przyciągać uchodźców, a oni nie zawsze mogą mieć pokojowe nastawienie. Jedyne wyjście to być gotowym/gotową do migracji.   

Mało czasu na ewakuację
W skrajnie fatalnym scenariuszu, ludność dowie się o konieczności ewakuacji lub znalezienia schronienia na kilka minut przed atakiem. Tyle bowiem potrzebują rakiety systemu balistycznego Iskander z Obwodu Kaliningradzkiego by osiągnąć cele np. w Warszawie. To za mało czasu by zdążyć wrócić z kina czy z pracy do domu, a już na pewno nie wystarczy go by się spakować. Może się także zdarzyć sytuacja, że system radarowy nie zadziała bądź nieprzyjaciel użyje broni hipersonicznej – niestety to niebawem będzie prawdopodobne. Wtedy osoby, które przeżyją pierwszy atak będą miały jeszcze trudniejsze zadanie – wydostanie się z gruzowiska to prawdziwy wyczyn. Co może pomóc przetrwać? 

Must have przetrwania
Odpowiedni ekwipunek powinien w obecnej sytuacji towarzyszyć nam na co dzień. Nie może być zbyt duży, ponieważ z ciężkim plecakiem trudno sprawnie się poruszać. Na pewno część osób, szczególnie tych poruszających się komunikacją miejską/podmiejską nie wyobraża sobie codziennej podróży do pracy z dodatkowym obciążeniem. W takim przypadku jedynym rozwiązaniem jest saszetka zawierająca podstawowe rzeczy: zapalniczkę, scyzoryk, środek odkażający, bandaż, plastry, tabletki do oczyszczania wody i prezerwatywy – na wypadek gwałtu (jeśli już do niego ma dojść lepiej przekonać napastnika/napastników by się zabezpieczyli niż potem zmagać się z niechcianą ciążą lub chorobą). Dobrze mieć też zawsze przy sobie trochę „twardej” waluty. W saszetce zmieści się jeszcze folia przetrwania, maska, rękawiczki lateksowe, mini czekolada. I tyle. Wystarczy by przetrwać od 1-3 dni. Tyle mniej więcej potrzeba na znalezienie pomocy. I tak długo można realnie przeżyć zimą, jeśli się jej nie otrzyma wcześniej.  

 Plecak – nieodłączny towarzysz
Szczęśliwcy, którzy mogą podróżować z plecakiem lub ci, którzy chcą go mieć stale pod ręką w domu czy w pracy powinny nieco rozszerzyć katalog rzeczy potrzebnych (lista w ramce). Każdy jednak powinien dopasować ekwipunek do swoich możliwości, wiedzy czy umiejętności korzystania z gadżetów. Jeśli ktoś nigdy nie używał krzesiwa powinien wybrać raczej zapalniczkę. Duży, ciężki nóż taktyczny czy tak popularna, bo nie wymagająca zezwolenia broń czarnoprochowa to sprzęt, którym trudno się obronić przed żołnierzem wyposażonym w broń szybkostrzelną. Lepiej sprawdzi się mniejszy nóż, ale za to ze stałą głownią, ze stali nierdzewnej, najlepiej pokrytej karbonem niwelującym odblaski. Do tego można dobrać gaz pieprzowy w sprayu. 

Sytuacja jest napięta. Być może trzeba powoli myśleć o broni, w celu obrony Ojczyzny.  

Must have wyposażenia ewakuacyjnego 

  1. Plecak 25-35 litrów, bez odblasków, z cordury minimum 500 D (mile widziany systemmolle)
  1. Worek nieprzemakalny na plecak w kolorze zielonym lub czarnym.
  1. Manierka wojskowa (z metalową czaszą-manierką) wypełniona wodą (zmieniać co 3 dni).
  1. Zapalniczka, krzesiwo, zapałki sztormowe – do wyboru.
  1. Tabletki do oczyszczania wody.
  1. Filtr przenośny do wody(odwrócona osmoza).
  1. Minikuchenkaprzenośna (opcjonalnie) 
  1. Paliwo stałe w tabletkach do kuchenki.
  1. Racje żywnościowe na 1-3 dni.
  1. Twarda waluta.
  1. Lekki namiot (tarp/plandeka).
  1. Karimata, śpiwór/folia termiczna(przetrwania). 
  1. Nóż survivalowy z głownią stałą (scyzoryk). 
  1. Bransoletka przetrwania z kompasem/zegarek nakręcany z kompasem.
  1. Apteczka.
  1. Rękawiczki medyczne X3.
  1. Maski medyczne X3.
  1. Plaster gojący–klej. 
  1. Spirytus spożywczy w piersiówcemetalowej.
  1. Rękawice termiczne.
  1. Ogień chemiczny.
  1. Mała lornetka/luneta.
  1. Buty za kostkę nieprzemakalne.
  1. Nakrycie głowy.
  1. Rękawiczki bez palców.
  1. Bielizna na zmianę z jonami srebralubbawełniania. 
  1. Bluza termiczna/kurtka zwindstoperem, nieprzemakalna.
  1. Maskaprzeciwgazowa/biologiczna. 
  1. Mini piła.
  1. Latarka LED.

Dżungla to także ruiny miasta
Z uwagi na małą ilość lasów niekiedy lepszym kamuflarzem niż słynna panterka będzie szary, granatowy czy czarny – takie barwy plecaka lub odzieży pozwolą na wtopienie się w przeważający krajobraz miejski. Co więcej, plecak bądź kurtka przypominające wyposażeniem wojskowe mogą zamiast ocalić sprowadzić na nas niebezpieczeństwo. Żołnierze w pierwszej kolejności wybierają cele postrzegane jako militarne, więc gdy zobaczą kogoś ubranego w sklepie militarnym nie będą się zastanawiać czy to żołnierz czy cywil. Niestety odpadają też odblaski, które często są elementem posiadanego w domu wyposażenia sportowego czy turystycznego – mogą niepotrzebnie zwracać uwagę, więc już teraz warto zrobić przegląd tego, co jest w domu, a co należy uzupełnić. Ci, którzy chcą maksymalnie zaoszczędzić mogą dokupić do posiadanych plecaków worki nylonowe– czarne lub zielone. Osłonią nie tylko przed deszczem, ale też zasłonią odblaski. Reasumując: unikajmy jaskrawych kolorów, tak samo jak upodabniania się do Rambo, szczególnie, jeśli nie dysponujemy umiejętnościami komandosa.  

Dlaczego lepiej uciekać, zamiast walczyć
Odpowiedź na to pytanie jest podstawą wyboru, jakiego dokona każdy z nas w chwili próby. Współczesny cywil jest z każdym pokoleniem gorzej przygotowany, zarówno do walki jak i przetrwania w dziczy miejskiej czy leśnej. Za to agresor dysponuje narzędziami do zadania śmierci znacznie bardziej zaawansowanymi niż żołnierze z minionych konfliktów. W kolejnej wojnie walczyć będą zatem ci, którzy zostali do tego przygotowani, pozostali powinni przetrwać – to jest ich wkład w ostateczne zwycięstwo. Niestety Polacy dość długo uczyli się, jak pięknie umierać za Ojczyznę, zamiast starać się zbudować naród tak silny, by przy sprzyjających okolicznościach geopolitycznych wskrzesić państwowość. W końcu jednak udało się to osiągnąć. Kolejnym krokiem powinno być takie wzmocnienie Ojczyzny by już nigdy nie trzeba było obawiać się jej utraty. Czy zdaliśmy egzamin? Każdy powinien sam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Obyśmy dostali więcej czasu na przygotowania… 

 

 Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów. 

Sekta


– Gosposia Państwa Kuźmiczów znajduje ciało swoich pracodawców. Ich syn, Damian, kilka lat wcześniej uciekł z domu, teraz jest jedynym spadkobiercą. Zawada dowiaduje się, że chłopak wstąpił do sekty religijnej o nazwie „Eden”. 

Roman Mańka: To streszczenie jednego z odcinków („Łowcy dusz”), popularnego w Polsce w swoim czasie serialu „Kryminalni”. Dlaczego przywołuję właśnie ten zekranizowany motyw? Otóż, żeby zrozumieć działalność osób umniejszających znaczenie koronawirusa oraz kwestionujących wartość szczepionek, trzeba przyjrzeć się działaniu religijnych sekt. Mechanizm otumaniania ludzi jest dokładnie ten sam. Chodzi o pobudzenie metafizycznych skłonności, odwołania się do błędnego definiowania związków czasowych jako przyczynowo-skutkowych, poszukiwania przyczyny na siłę, oczekiwania prostego wyjaśnienia zjawisk, podczas gdy są one bardzo złożone i skomplikowane, cofania rozwiązania coraz bardziej do tyłu, co tylko jeszcze bardziej komplikuje problem: świat oparty jest na słoniu, a słoń na żółwiu, a żółw na czym…? – „List o niewidomych na użytek tych, którzy widzą”, Denis Diderot. 

Nie tak dawno powiedziałem w rozmowie z bardzo bliską mi osobą, że Hume, Kant, Nietzsche i Bergson, „obudzili mnie z metafizycznego snu”, dostarczyli mi dużo więcej argumentów przeciwko antyszczepionkowcom i osobom negującym istnienie koronawirusa, chociaż nie powiedzieli, ani nie napisali na ten temat ani jednego słowa, niż uczyniła to cała plejada epidemiologów oraz lekarzy. 

Dlaczego ludzi tak łatwo uwierzyli w Boga (bez dowodów), a nie chcą (nawet) uwierzyć w koronawirusa i szczepionki, mimo że za tymi ostatnimi kategoriami przemawia nauka oraz zostały one falsyfikowane (w znaczeniu Karla Poppera) i poparte wieloma empirycznymi weryfikacjami? 

Przy pozyskiwaniu ludzi do sekty kluczowe są dwie tendencje: bezkrytycyzm, a także zdolność do roztaczania oraz recepcji spiskowych teorii. Są to dokładnie te cechy, które Teodor Wiesengrund Adorno wskazał w „Osobowości autorytarnej”.  Właściwie kolejność powinna być odwrotna: 1) skłonność do przyjmowania spiskowych teorii powoduje, iż bardzo łatwo jest wzbudzić podejrzenie wobec otoczenia, zepchnąć odpowiedzialność za faktyczne lub rzekome zło na określone grupy (np. naziści na Żydów), jednocześnie uprzedzając (i to jest niezwykle ważne), sięgając po przekaz wyprzedzający, żeby z góry zdezawuować, zdeprecjonować odkłamujący rzeczywistość przekaz nauki; 2) bezkrytycyzm powoduje, iż nawet najmocniejsze, empirycznie zweryfikowane argumenty do ludzi nie trafiają.

Polska jest jednym z najsłabiej zaszczepionych krajów w Europie, a rząd zachowuje się wobec koronawirusa biernie. 

Tak działają sekty. Taki jest mechanizm. Zaś film „Łowcy dusz” świetnie ten mechanizm pokazuje. Sekta „Eden” łowi dusze. Na celowniku są osoby zamożne, młode, ale bezkrytyczne, jednocześnie idealiści, działający pryncypialnie, bezinteresownie. Poddawani są bardzo podstępnej indoktrynacji, mniej więcej wg opisanego powyżej mechanizmu. Guru sekty wie, że opowiada swoim ofiarom bzdury, że wtłacza do ich mózgów beznadziejne rzeczy, absurdy na szczudłach. Zresztą sam w nie wierzy. Jest racjonalny, krytyczny. Dygresja: już Claude Levi-Strauss, francuski antropolog, filozof i etnolog, jeden z twórców strukturalizmu, podczas swych podróży do plemion żyjących w Ameryce Południowej, w Brazylii, zorientował się, iż szamani wyróżniają się pewną racjonalnością, jakimś zakresem krytycyzmu: sami nie wierzą w rytualne ceremonie, które odgrywają; wierzy w nie lud, członkowie konkretnego plemienia, lecz nie oni. 

W tym momencie widzę potrzebę przywołania jeszcze jednej analogii. Pamiętam, jak powołano zespół parlamentarny pod kierownictwem posła Antoniego Macierewicza ds. zbadania katastrofy smoleńskiej. Mechanizm tam zastosowany był dokładnie taki sam. Zadawałem sobie wówczas pytanie, dlaczego zespół mozolnie forsuje teorię zamachu, mimo, iż powoduje ona koszty polityczne, niemożliwość osiągnięcia optymalnych pułapów poparcia, do których mógł już dużo wcześniej (niż w 2019 roku) dojść PiS. Odpowiedź, jakiej sobie wówczas udzieliłem była taka, że Macierewicz poprzez lansowanie tezy zamachowej przygotowuje narrację wyprzedzającą, w ten sposób odsuwając odpowiedzialność za katastrofę smoleńską od Jarosława Kaczyńskiego (słynna rozmowa telefoniczna braci na chwilę przed katastrofą) oraz przykrywa błędy, które popełnili prezydent Lech Kaczyński oraz Jarosław Kaczyński, przy okazji organizowania wylotu. 

W pracach zespołu parlamentarnego zdarzył się jeden istotny moment, jednak niezauważony przez szerszą publiczność. W jednej z rozmów z wojskowym ekspertem, Macierewicz przyznaje, że w ramach forsowania teorii zamachu istotne są funkcje polityczne, że nie chodzi o dojście do prawdy, ale zrealizowanie celów politycznych. 

Sam Macierewicz zachowuje się zatem racjonalnie, w jakiś sposób krytycznie, lecz osoby, które uwierzyły w wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej poprzez zamach: nie. I to jest kluczowy problem. 

W odcinku „Łowcy dusz”, serialu „Kryminalni”, wielki mistrz, nawet się zbytnio nie wysila, aby zachować ceremonialną czystość określonych obrzędów, zgodność z procedurą, przejrzystość. Na przykład, łamie się z wyznawcami sekty kupionym z sklepie, pokrojonym maszynowo chlebem. Podczas jednych z modlitw przy ognisku, oddala się od grupy, aby zapalić papierosa. 

Jedna z dziewczyn, która uciekła z sekty „Eden”, a do której później dotarła ekipa „Kryminalnych” i nakłoniła ją do współpracy, wyznała szczerze: „to co mnie uratowało, to fakt, że zachowałam w sobie odrobinę krytycznego myślenia”. Właśnie te pozostałości krytycznego myślenia spowodowały, iż młoda dziewczyna wyrwała się z religijnego zniewolenia. 

Celem sekty było werbowanie jedynych dzieci zamożnych rodzin, a następnie mordowanie ich rodziców. W ten sposób młodzi ludzie stawali się wyłącznymi spadkobiercami pokaźnych majątków. Później nakłaniano ich, aby aktywa finansowe lub nieruchomości przekazały (w postaci darowizny) na rzecz sekty. 

Jak widać cel sekty był więc na wskroś racjonalny. Miał charakter biznesu realizowanego pod przykrywką religii; w działalności sekt najczęściej bywa tak, iż religia, ideologia nie jest najgłębszym sensem, w istocie chodzi bowiem o zysk, o korzyść stricte materialną. 

Mimo to, młodzi ludzie bezkrytycznie wierzyli w przekazywane im idee. Właściwie wierzyli do granic ostateczności, do ostatnich progów absurdu. 

Szczepionki ratują ludziom życie. Wielokrotnie zostało to potwierdzone empirycznie.

Pouczająca jest jedna z końcowych scen filmu „Łowcy dusz”. Mimo wymownych, porażających argumentów, policja nie może przekonać młodego chłopaka do współpracy i złożenia prawdziwych zeznań. Bowiem wcześniej został odpowiednio – użyjmy tego słowa – zaprogramowany (zaszczepiony – nomen omen), przygotowany. Sekta przewidując ewentualne działanie organów ścigania zastosowała narrację wyprzedzającą, wtłoczyła w jego umysł spiskowe teorie, odpowiednio je ukierunkowując i wzmacniając. 

Chłopak uważa policję za wysłanników piekieł, przedstawicieli największego zła. Jest immunizowany (wcześniej go do tego przygotowano) na wszelkiego rodzaju racjonalne przesłanki. Zniszczono w nim ostatki krytycznego myślenia. 

Celem sekty zawsze jest totalne zniszczenie wśród swych członków myślenia krytycznego. 

Tę historię będę pamiętał do końca życia. Jechałem pociągiem do Lublina. Było to mniej więcej 20 lat temu. Wraz ze mną, w jednym przedziale, żołnierze wracali z wojska. W większości byli pijani i mieli charakterystyczne chusty na plecach.  

Gdy wyszedłem na korytarz, na papierosa, człowiek, młody mężczyzna stojący obok mnie, poprosił o papierosa. Powiedział, że też wraca z wojska. Ale ku mojemu zdumieniu, był w stu procentach trzeźwy i nie miał żadnej chusty. Zapytałem: dlaczego? 

– „Gdy powołali mnie do wojska miałem dziewczynę. Po wyjściu do cywila chciałem się z nią ożenić. Kochałem ją bez opamiętania. Wierzyłem w każdej jej słowo. Nie pozwoliłem nikomu powiedzieć o niej złego słowa. W ogień byłem gotów za nią wskoczyć. Nagle przychodzi list od jednego kumpla, że „doprawia mi rogi”. Nie uwierzyłem. Zerwałem z nim wszystkie kontakty. Później od drugiego. Zareagowałem tak samo. W międzyczasie dostałem jeszcze kilka tego rodzaju listów, itd. W nic nie wierzyłem. Na końcu napisała do mnie matka. Nie uwierzyłem nawet rodzonej matce” –  opowiadał mi ze smutkiem młody człowiek. 

Pewnego dnia pojechał jednak na niespodziewaną, niezaplanowaną przepustkę. Dzwonił do swojej dziewczyny, aby ją uprzedzić, jednak nie odbierała telefonu. Gdy dotarł do domu, bez specjalnego zamiaru, wszedł do środka w taki sposób, że nie został usłyszany. Wtedy natknął się na rozmowę dziewczyny z jego kolegą (jej kochankiem), w której ona gardziła żołnierzem. Pogarda sprawiła, że przestał jej ufać. 

Na końcu powiedział mi: nie mam się z czego cieszyć, przez wojsko straciłem kobietę. Odpowiedziałem mu: (kolego) właśnie masz się z czego cieszyć. Straciłeś dziewczynę, znajdziesz inną, „takiego kwiatu pełno jest na tym świecie”, lecz to co zyskałeś to rzecz najcenniejsza w człowieku: krytyczne myślenie. 

W ostatniej scenie „Łowców dusz”, to kryminalni okazują się sprytniejsi od guru sekty. Wzywają go na przesłuchanie, zaś przy lustrze weneckim ustawiają młodego człowieka, ofiarę sekty, któremu wcześniej sekta zabiła rodziców. 

Dygresja: Antyszczepionkowcy, zapytajcie posłów „Konfederacji” ilu z nich się zaszczepiło? 

W trakcie zeznań, z ust guru, pod adresem młodego chłopaka wypływają strumienie totalnej pogardy (analogia: Jacek Kurski: „ciemny lud to kupi”). Wtedy w chłopaku coś pęka. Wyrywa się policjantom, wbiega do pomieszczenia przesłuchań i zaczyna okładać wielkiego mistrza ciosami. Policjanci powstrzymują go. Później składa prawdziwe, obciążające guru zeznania. 

To scenariusz serialowy. Lecz w rzeczywistości jest dużo gorzej niż w filmach. Przypadek katastrofy smoleńskiej oraz działalności parlamentarnego zespołu Macierewicza pokazuje, że nawet, gdy ludziom dostarczy się najbardziej racjonalnych, merytorycznych argumentów przeciwko spiskowym teoriom, nawet kiedy wykaże się zupełnie inną, przeciwną wersję wydarzeń, nawet gdy określone tezy zostaną skompromitowane, ośmieszone – ludzi i tak w nie wierzą. 

Tak samo jest w przypadku koronawirusa i szczepionek. Duża część społeczeństwa pomniejsza ciężar gatunkowy koronawirusa oraz kwestionuje skuteczność metod ratunkowych, obostrzeń, szczepionek, mimo, że ich sposób myślenia został nie tylko obalony, ale również skompromitowany. 

Dlaczego tak się dzieje? Na to pytanie odpowiedział Friedrich Wilhelm Nietzsche w utworze „Wiedza radosna”: bo ludzie nie są gotowi na przyjęcie prawdy. – „ Ludzie przestaną wierzyć w Boga, ale jego ogon będzie ciągnął się jeszcze przez dwa wieki” – napisał Nietzsche (przepraszam, lecz cytuję z pamięci i i pewnie powołane słowa nie są wierne). 

Lewi-Strauss, w Mitologii, pisał o strukturalnej logice mitów, o mitach, które same się strukturalnie wytwarzają. – To nie ludzie mówią mity, tylko mity mówią ludźmi. 

Na gruncie psychologii zagadnienie to (wiary w coś, w co się już racjonalnie nie da wierzyć) eksplikowali izraelscy naukowcy, Daniel Kahneman oraz Amos Tverski, w „Teorii perspektyw” za co zresztą później otrzymali „Nagrodę nobla”. 

Ludzie chcą uwierzyć w to, do czego mają skłonności, w co już wcześniej uwierzyli (pierwszy jest wniosek, później dowody; powinno być odwrotnie). Przyjmują twierdzenia od których dzieli ich krótszy dystans, nawet jeżeli to kryterium (odległość, dystans) nie jest związane z meritum sprawy. 

Przyjęcie jakiejś tezy, określonego wytłumaczenie wiąże się z inwestycją (psychologiczną, lecz często również dużo bardziej wymierną: np. prestiż, utrata znaczenia, solidarność grupowa, itp.). Z kolei wycofanie się z określonych twierdzeń: to koszt. 

Stąd ludzie wierzą nawet w te rzeczy, które zostaną skompromitowane, zwłaszcza, gdy czują, że na „placu boju” nie pozostaną sami. Zaś to ostatnie gwarantuje im polaryzacja i Internet. 

W normalnej przestrzeni społecznej, nie jest łatwo skończonemu idiocie trafić na drugiego skończonego idiotę. W Internecie znaleźć można uzasadnienie do każdej idei, którą się tylko chce czymś podeprzeć (nawet, gdy słonia chce się podeprzeć żółwiem), a idiota szybko znajdzie mnóstwo innych idiotów oraz naśladowców. 

 

 Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE. 

 

Dlaczego PiS kradnie, a mu nie spada?

Znana dziennikarka „Gazety Wyborczej, Dominika Wielowieyska, postawiła ciekawe pytanie: dlaczego, mimo uwikłania w afery korupcyjne oraz liczne zjawiska nepotyzmu, rządzącej Polską formacji PiS nie spada społeczne poparcie, „Zjednoczona Prawica” wygrywa kolejne wybory, a partia Kaczyńskiego jest od wielu lat zdecydowanym liderem wszystkich sondaży.

Roman Mańka: Obecni w studiu naukowcy, prof. Magdalena Środa oraz prof. Janusz Majcherek, odpowiedzieli, odpowiednio, że przyczyną tego rodzaju sytuacji jest fakt, że „PiS dzieli się z wyborcami” i że politycy tego ugrupowania są postrzegani na zasadzi „naszych”. Obydwie odpowiedzi nie trafiają w sedno sprawy; są prawidłowe, lecz fragmentaryczne, i sprowadzają problem tylko do jednego czynnika. Tymczasem, aby wyjaśnić to zjawisko (korupcji oraz nepotyzmu rzącącego ugrupowania), które nie powoduje spadków społecznej popularności i sondażowych notowań, trzeba zastosować metodę/podejście Monteskiusza oraz Alexisa de Tocquvilla i odwołać się do wielu czynników, do tego co nazywamy wieloaspektowością problemu.

Obiecywałem dziś, że ustosunkuję się do tego zagadnienia. To właśnie czynię. Przyczyn tego rodzaju sytuacji jest kilka.

Patologia stała się normą
Po pierwsze: paradoks powszechności zjawisk korupcyjnych. Już w grudniu 2010 roku, w publikacji/analizie dla „Gazety Finansowej” postawiłem tezę, iż w Polsce korupcja wpisała się w kulturę. Chodzi o długi kulturowy proces, mający swoje źródła m.in. w czasach PRL i wcześniej, kiedy nagromadzenie zjawisk korupcyjnych spowodowało, iż korupcja zaczęła się w świadomości społecznej zamieniać z kategorii patologii w kategorię normy. Jeżeli występuje wysoka powtarzalność określonych faktów patologicznych (np. korupcji, ale równie dobrze alkoholizmu), to wówczas dochodzi do swego rodzaju kulturowej autoindoktrynacji, w ramach której dokonuje się ewolucja patologii w kierunku normy.

Korupcja wiąże się z negatywnym wymiarem kapitału społecznego (wiążącego), którego analizy prowadzi socjolog Alejandro Portes, i podobnie, jak w przypadku kapitału społeczengo występuje paradoks, polegający na tym, iż im większe jest zużycie kapitału społecznego, tym większy jego przyrost, czyli zależność wprost proporcjonalna; tak samo w przypadku korupcji: im więcej praktyk korupcyjnych, tym większa tolerancja do tego rodzaju zjawisk.

To powoduje, że w mierę jak powtarzają się sytuacje korupcyjne, społeczeństwo w coraz większym stopniu się na nie imunizuje. Maleje stopień zbulwersowania związany z faktami korupcji i w ziązku z powyższym, rośnie akceptacja dla nich. Ludzie uodparniają się na korupcję, dlatego jej obecność w życiu publicznym czy społeczno-gospodarczym, uważana jest za coś normalnego, nie powodując spadków poparcia dla ugrupowań uczestniczących we władzy.

PiS przeniósł pewne patologie, zjawiska, czy mechanizmy, takie jak instrumentalne, arbitralne stosowanie prawa, korupcja, czy nepotyzm z poziomu samorządowego na poziom centralny; z poziomu polski powiatowej na poziom Warszawy. Wszystkie te procesy są mieszkańcom polski lokalnej od wielu lat dobrze znane, dlatego nie budzą zniesmaczenia.

Poza tym, korupcja była obecna we wszystkich rządach po 1989 roku, w trakcie ostatnich ponad 30 lat transformacji, zaś jej skala była zawsze wysoka. Nie jest to więc zjawisko nowe. To co zrobił PiS, to nie istotna zmiana jej charakteru (choć zmienił się społeczny odbiór), a znaczne zwiększenie skali.

Równanie w dół
Po drugie: destrukcyjny symetryzm, czyli, inaczej mówiąc, przeświadczenie, że wszyscy kradną. Kilka razy, jako szef wojewódzkiego sztabu wyborczego, miałem okazję prowadzić kampanię wyborczą w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, uczestniczyłem również w kampaniach samorządowych, nic tak nie przeskadzało w funkcjonowaniu opisanego przez Vilfredo Pareto mechanizmu krążenia elit, kluczowego z punktu widzenia selekcji (wymiany) elit, jak symetryzm ocen wyborców, którego najlepszym przejawem są obecne w języku potocznym, w sferze obiegowej opinii publicznej, powiedzenia: „każde grabie grabią do siebie”; „wszyscy kradną”; albo: „każdy ci będzie dobrze godoł”.

W rzeczywistości są to nieuprawnione generalizacje. Nigdy, bowiem nie jest tak, że „wszyscy kradną”; i też nie wszystkie grabie „grabią dla siebie”. Zawsze jest jakiś zasięg konkretnego zjawiska, określona skala patologii; mogę się zgodzić, że w Polsce są to wielkości znaczne, duże, dość powszechne. Jednak tego rodzaju uogólnienia wytwarzają nastrój kulturowy sprzyjający zawsze aktualnie rządzącym. Dominuje tego rodzaju schemat myślowy: skoro wszyscy kradną, skoro każde grabie grabią dla siebie, to nie ma sensu zmieniać obecnej władzy. Ułatwia to sytuację rządzącym i utrudnia opozycji; co dużo gorsze, w głębszym i bardziej uniwersalnym sensie, blokuje dwa kluczowe z punktu widzenia życia demokratycznego mechanizmy: selekcji elit (krążenia elit Vilfredo Pareto) oraz poczucia wpływu. Zrównując wszystkie elity, jak również mając niskie poczucie wpływu na bieg wydarzeń politycznych, obywatele/wyborcy nie widzą potrzeby większego zaangażowania politycznego, a przede wszystki dążenia do zmiany układu władzy.

Wzmacnianie inercji
Po trzecie: płacenie za bierność. PiS dobrze rozpoznał wyżej opisane przeze mnie zjawiska społeczne, o charakterze kulturowym i postanowił wzmocnić inercję. Główna funkcja wszystkich programów społecznych, takich jak: „Rodzina 500 plus” (w zamyśle miał być to program demograficzny, prokreacyjny) czy wyprawek szkolnych dla dzieci, jest polityczna czy – idąc nawet w analizie dalej – wyborcza; można nawet postawić tezę, iż jest to subtelny rodzaj korupcji wyborczej.

Pozornie te programy aktywizują bierne dotychczas grupy społeczne, wyposażają w poczucie obywatelskości ludzi, którzy do tej pory znajdowali się poza systemem, lub – jak to określił niegdyś prof. Andrzej Zybertowicz – funkcjonowali w szczelinach systemu. Jednak tego rodzaju argument może się wydawać przekonywający tylko powierzchownie. W rzeczywistości mamy do czynienia ze zjawiskiem zupełnie odwrotnym: petryfikacją bierności za pomocą uruchomienia programów rzekomo prokreacyjnych lub socjalnych, za którymi kryją się rzeczywiste funkcje z zakresu inżyneiri społecznej.

Wiąże się z tym głębszy proces, wyposażania najniższych klas społecznych w prestiż (redystrybucja prestiżu) ponad ich realną wartość, który miał miejsce we Francji, w roku 1720, a więc na 69 lat przed wybuchem Rewolucji Francuskiej, kiedy szkocki ekonomista John Law, w czasach regentury Filipa II Orleańskiego (późniejszy Ludwika XV), tak „zamieszał” stratyfikacją społeczno-gospodarczą, że doprowadziło to do wielkich zamieszek oraz nieporozumień społecznych: jak pisał Monteskiusz w „Listach perskich”: „lokaj ważniejszy jest od sułtana”. A wg analizy Alexisa de Tocquevilla – „Dawny ustrój a rewolucja” – była to jedna z przyczyn rewolucji z 1789 roku: zmiany w obrębie kals społecznych.

O aktywności obywatelskiej czy wyborczej, można mówić w przypadku wyskiego poziomu socjalizacji politycznej. Śmiadomość polityczna oraz edukacja jest dużo ważniajszą zmienną od samej aktywności fizycznej czy fizycznego zaangażowania. Ta ostatnia kategoria nie wystarcza, aby określić dane społeczeństwo jako aktywne, mobilne, czy obywatelskie. Kluczowym, bowiem czynnikiem jest świadomość.

W związku z powyższym, często dochodzi do tzw. paradoksu wysokiej frekwencji. Mówi się o tym już otwarcie na wydziałach socjologii czy politologii amerykańskich uniwersytetów. Może zaistnieć sytuacja – i tego rodzaju stan rzeczy miał miejsce, kiedy w Polsce w wyborach zwyciążał PiS – że mamy do czyniania z wysoką frekwencją, że frekwencja w stosunku do poprzednich wyborów tego samego rodzaju rośnie, lecz świadomość wyboru czy jakość wyboru jest niska, gdyż w procesie wyborczym zyskują przewagę najmniej świadome grupy społeczne. Frekwencja frekwencji nierówna… Niski poziom socjalizacji politycznej wyborców prowadzi do paradoksu: mimo że mamy do czynienia z większą aktywnością fizyczną (z wyższą frekwencją), to nadal jest wysoka bierność.

Celem uruchomienia przez PiS różnego rodzaju transferów socjalnych jest właśnie wzmocnienie tej bierności, wzmocnienie inercji. Do funkcjonującego w ramach potocznej opinii publicznej komunikatu: „wszyscy kradną”, PiS dodaje korzystną dla siebie modyfikację: my też kradniemy, lecz jesteśmy lepsi od tamtych, bo się dzielimy.

Osłabienie kontroli społecznej
Po czwarte: podział kulturowy (polityczny). Tolerancja dla zjawisk korupcji, złodziejstwa, czy nepotyzmu jest jednym z kluczowych następstw wysokiego stopnia polaryzacji politycznej. W rzeczywistości polaryzacja tego rodzaju sytuacje usprawiedliwia czy racjonalizuje. Intensywność podziału powoduje, iż stosunek do rządzących czy określonych graczy politycznych na scenie politycznej, przenosi się z pól oceny racjonalnej na obszary reakcji emocjonalnych. Tworzy to stan rzeczy, w ramach którego można sprawować władzę niezależnie od jakości rządzenia; inaczej mówiąc, można rządzić źle, bez wyraźnych efektów, łamać prawo, uwikłać się w afery korupcyjne czy skandale obyczajowe, a i tak będzie się utrzymywało wysoką popularność społeczną, bądź dominować w sondażach, gdyż istnieje druga – demonizowana – strona, deprecjonowany kontekst większego zła.

Wynika to wprost z teorii konfliktu (Lewis A. Coser i Ralf Dahrendorf): konflikt w pewnych sytuacjach może być konstruktywny (dla skonfliktowanych, antagonistycznych grup), gdyż zwiększa solidarność wewnątrzgrupową, centralizuje układ władzy i procedury rządzenia, wzmacnia poczucie posłuszeństwa, a także zmniejsza tolerancję dla zachowań dewiacyjnych, wprowadza większą tolerancję wobec odstępstw od określonych norm, a nawet ustanawia swego rodzaju bezkarność.

Wiąże się z tym asymetryczność, nieadekwatność, czy wybiórczość, arbitralność kontroli społecznej: razi złodziejstwo, korupcja, czy nepotyzm w zwaśnionej grupie, lecz nie przeszkadza w tożsamym środowisku.

Intensywny konflikt czy podział (kulturowy, polityczny) znacznie osłabia kontrolę społeczną oraz funkcję krytyki, za to wzmacnia oportunizm – lecz jest to specyficzny oportunizm, występujący pod przykrywką ostrej krytyki drugiej – zantagonizowanej – strony oraz patologicznego bezkrytycyzmu i idealizowania swoich.

Brak obiektywnych, bezstronnych ocen. Nieumiejętność odróżnienia dobra od zła. Jednowymiarowość, o której swego czasu pisał Herbert Marcuse w „Człowieku jednowymiarowym”.

Słaba edukacja
Po piąte: niski poziom moralny społeczeństwa, związany z niskim (realnym) wykształceniem. Polskie społeczeństwo jest – wbrew temu co się mówi w obiegu oficjalnym oraz wbrew statystykom – na bardzo niskiem poziomie etycznym. Bierze się to bezpośrednio z innych parametrów, związanych z edukacją. Świadomość obywatelska jest niewielka, zaś stan socjalizacji politycznej niewysoki. Społeczeństwo polskie przeżywa kryzys moralny i intelektualny.

Jedną z głównych przyczyn, jest dojmujący proces makdonaldyzacji szkolnictwa wyższego (fenomen opisany w latach 60. XX wieku przez George Ritzera, w ramach szerszego procesu makdonaldyzacji na przykładzie Stanów Zjednoczonych) oraz powszechna, masowa edukacja na poziomie wyższym, która powinna mieć charakter elitarny. Rozszeżenie i ułatwienie dostępu do studiów wyższych (w wielu przypadkach złej jakości), spowodowało drastyczne obniżenie poziomiu kształcenia wyższego, co niesie również negatywne konsekwencje dla diagnostyki oraz rynku pracy. Masa ciąży w dół… Wg moich szacunków, 75-80 proc. absolwentów wyższych uczelni, nie reprezentuje wyższego poziomu wiedzy; przeciwnie: daleko od niego odbiega. Na studia idzie się obecnie nie po wiedzę, a po dyplom, tymczasem powinno być odwrotnie.

W konsekwencji poziom intelektualny oraz śwaidomość moralna czy obywatelska polskiego społeczeństwa, kształtują się na niskim poziomie; przekłada się to niestety na moralną ocenę różnego rodzaju patologicznych zjawisk i ich tolerancję oraz negatywną selekcję elit.

Demokracja ma sens tylko wówcza, jak twierdził m.in. John Stuart Mill, gdy towarzyszy jej wysoki poziom edukacji; w tym kontekście fundamentalne znaczenie uzyskuje postulat Milla: „powszechne wybory wymagają powszechnej edukacji”.

Bez edukacji i wysokiej świadomości obywatelskiej, dobrego przygotowania intelektualnego, moralnego, demokracja prędzej czy później, ale raczej prędzej niż później, przemieni się w tyranię, albo despotyzm, lub w kratokrację, czyli system, w którym elity obsługują same siebie i następuje reprodukcja tych samych elit władzy, replika rządzenia.

Potrzebna abstrakcyjność i banalność
Po szóste: umoralnienie politycznego praksis oraz banalność zdarzenia. Aby patologiczne zjawiska z udziałem rządzących elit (w tym przypadku PiS, lecz również wszystkich innych) spowodowały społeczne oburzenie i spadek popularności formacji sprawujących władzę, potrzebne są dwa przeciwstawne procesy: z jednej strony – umoralnienie politycznego praksis, proces, który opisał Jean Paul Sartre, w kontekście wydarzeń na Węgrzech w roku 1956 oraz protestów we Francji (1968); zaś z drugiej strony, banalnego wydarzenia, dzięki, któremu korupcja rządzących stanie się dla obywateli zjawiskiem mniej abstrakcyjnym, bardziej przyziemnym i bardziej zrozumiałym.

Są to dwa socjopolityczne – przeciwstawne, ale jednocześnie wzajemnie się uzupełniające – procesy, na których wyczerpujące, wszechstronne opisanie nie mam tu miejsca, ani czasu, ale mogę je tylko, pokrótce, w kilku zdanich, przybliżyć.

Umoralnienie politycznego praksis oznacza nagromadzenie patologicznych zjawisk (np. korupcyjnych) do tego stopnia, że społeczeństwo zacznie je postrzegać w kategoriach bardziej uniwersalnych, ogólnych, kategorialnych, wychodzących poza konkretne zdarzenia jednostkowe. Chodzi o to, aby w świadomości społecznej coś występowało jako proces, a nie zdarzenie; jako reguła czy zasada, a nie fakt; i aby co najważniejsze, w świadomości społecznej dominowały nie poszczególne, konkretne okoliczności, a ogólna ocena moralna.

Z drugiej jednak strony, potrzebny jest też jednostkowy, konkretny, a nawet banalny fakt, aby wyrafinowane mechanizmy korupcyjne, związane z np. lobbingiem czy optymalizacją podatkową, stały się powszechnie zrozumiałe, nawet dla prostych ludzi, aby korupcyjny proces zyskał symbol, został przełożony na memy, ikony, itd., aby jego fabuła była prosta, czytelna i zrozumiała, aby dało ją się wyrazić jednym prostym zdaniem.

Zazwyczaj podział funkcji w świadomości społecznej jest następujący: umoralnienie politycznego praksis to beczka prochu; banalne zdarzenie, to zapalnik.

W okresie rządów PO, tym banalnym zdarzeniem (zapalnikiem) były słynne ośmiorniczki; jak dotychczas szczęściem PiS jest to, iż nie miał jeszcze swoich ośmiorniczek.

W przypadku zjawisk korupcyjnych istnieje pewien paradoks. Wysoka korupcja, opiewająca na wielkie, milionowe sumy, może być dla zwykłych ludzi niezrozuiała, gdyż jej wielkość staje się abstrakcyjna, daleka od doświadczenia oraz praktyki normalnych obywateli, dlatego też potrzebne są banalne przypadki, które dużo bardziej przemawiają do wyobraźni społecznej.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

 

Motłoch

Kilka lat temu, znany dziennikarz Radia TOK FM i Polityki, Jacek Żakowski powiedział coś mniej więcej takiego: na wykonanie wyroku karnego skazani muszę teraz długo czekać, dzisiaj łatwiej dostać się na studia niż do więzienia.

Roman Mańka: Mówiąc to, Żakowski chciał wyrazić dezaprobatę dla patologii w polskim systemie sprawiedliwości (bo taki był wówczas temat popularnej rozmowy: Lis – Wołek – Władyka), jednak jego wypowiedź definiuje nie tylko fatalny stan polityki penitencjarnej w Polsce, lecz również beznadziejną kondycję szkolnictwa wyższego.

Największe oszustwo tansformacji
O absurdalności masowego kształcenia na poziomie wyższym pisałem już w 2011 roku, a więc ponad 10 lat temu, w obszernej publikacji dla Gazety Finansowej, opatrzonej tytułem: „Wyższe wykształcenie powinno być elitarne!”, natomiast w książce „Moment krytyczny”, którą wydałem w 2014 roku, określiłem stworzony po 1989 roku system edukacji na poziomie studiów wyższych jako jedno z największych oszustw transformacji. Ludzie masowo rzucili się na uczelnie wyższe, zaczęli oblegać uniwersytety oraz akademie, w celu zdobycia wysokich kwalifikacji, ale ich realnie nie otrzymali.

Doszliśmy do takiego momentu, że dziś już prawie wszyscy studiują. Właściwie każdy, kto tylko zechce, może zapisać się na dowolny kierunek i ukończyć jakiś uniwersytet czy inną wyższą szkołę; jeżeli nie uda mu się w jednym miejscu, w jednej uczelni, może swój cel zrealizować w innej.

Czy naprawdę o to nam chodzi? Czy wyższe wykształcenie powinno mieć charakter masowy? Czy wówczas, po upowszechnieniu oraz popularyzacji, nie staje się wykształceniem – w zasadzie – podstawowym?

Ilość czy jakość?
Z wyższym wykształceniem jest podobnie, jak z wysoką frekwencją, notowaną przy okazji wyborów. W obydwu przypadkach może działać zasada paradoksalna: wysoka frekwencja w wyborach wcale nie musi oznaczać mądrej świadomej decyzji zbiorowej; wręcz przeciwnie, może wskazywać na wysoki stopień populizmu w debacie piblicznej, albo ostrą, bezpardonową polaryzację; w takich warunkach zazwyczaj uaktywniają się grupy bierne, o niskim poziomie socjalizacji politycznej, a także najmniejszych zdolnościach obywatelskich, małej świadomości; uruchomił je populizm, lub emocje związane z ostrym konfliktem politycznym czy kulturowym, ale mimo wyartykułowanej aktywności fizycznej (okoliczności pójścia do wyborów), są to dalej ludzie bierni, gdyż ich świadomość jest niska, decyzje wyborcze nie są racjonalne, a emocjonalne, i często głosują (w wyniku manipulacji) przeciwko własnym interesom. Masami manipuluje się łatwiej niż pojedyńczym człowiekiem.

Podobny problem dotyka w Polsce wyższego wykształcenia. Nastawienie się na masy jest zawsze złe. W wymiarze analizy semantycznej istnieje sprzeczność pomiędzy pojęciami: wyższości, a masowości; wyższość jest antynomią masowości; coś co jest wyższe nie może być masowe (te dwie kategorie się wykluczają); wyższość to elitarność, a nie masowość, która, jak zdaje się twierdził Jose Ortega y Gasset: degeneruje. Ilość nie musi przejść w jakość, jak chciał Marks i marksiści; jest wprost przeciwnie: ilość, po przekroczeniu pewnej granicy zdrowego rozsądku, radykalnie obniża jakość. Gdy zwiększymy liczbę biegaczy walczących o zwycięstwo w olimpijskim sprincie na 100 metrów o kilku kolejnych zawodników, średnia prędkości biegu pójdzie w dół; kiedy w 1998 roku (Francja), rozserzono grupę finalistów Mistrzostw Śwata w Piłce Nożnej z 24 do 32, pojawiło się mnóstwo nieciekawych meczów, stojących na niskim poziomie sportowym; to samo stało się, gdy w 2016 roku do 16. biorących wcześniej uciał w Euro uczestników, dodano kolejnych 8 zespołów., w tym przypadku również poziom wielu pojedynków (zwłaszcza w fazie grupowej) radykalnie obniżył się.

Wielkość degeneruje
Tak, jak na Mistrzostwach Świata czy Europy grają drużyny, które nigdy nie powinny się tam znaleźć; podobnie na polskie uczelnie dostają się ludzie, którzy nigdy nie powinni studiować, prezentujący żenujący poziom intelektualny i moralny. Nigdy nie zapomnę sytuacji, na którą – przypadkowo – natknąłem się ponad 14 lat temu. Okoliczności wprawiły mnie do tego stopnia w zdumienie i skonfundowanie, że do dzisiaj zapamiętałem datę. Był 14 lutego 2007 roku. Wracałem właśnie z Poznania. Na jednej stacji, jeszcze w Poznaniu, lecz już za Poznaniem Głównym, dosiadło się do mnie dwóch młodych mężczyzn. Z rozmowy wynikało, że to studenci. Wzajemnie relacjonowali sobie przebieg sesji egzaminacyjnej, która właśnie trwała. Nagle jeden pyta drugiego: co dostałeś z psychologii? Drugi odpowiedział: trzy, bo nie byłem (na egzaminie); na to pierwszy odparł: mi postawił czwórkę, poszedłem na egzamin, chociaż się nic nie uczyłem. Ten dialog dobrze opisuje proces – degeneracji – który dotknął polskie szkolnictwo wyższe.

Naiwny optymizm
Często w przestrzeni publicznej słychać radość z powodu, iż tak wiele osób studiuje. Różni ludzie, w tym również autorytety, artykułują entuzjazm, że z roku na rok znacząco zwiększa się środowisko ludzi z wyższym wykształceniem, i że przybywa wykształconych członków społeczeństwa, co ma rzekomo poprawić jego kondycję intelektualną, merytoryczną i moralną, jak również, wzmocnić społeczeństwo obywatelskie.

Tyle tylko, że ten optymizm jest naiwny. Przypomnę, odwołując się jeszcze raz do przywołanej powyżej analogi, która dobrze ten przykład ilustruje, że PiS również zwyciężył w wyborach parlamentarnych (2019), w warunkach najwyższej po roku 1989 frekwencji i jednej z najwyższych, w roku 2015, jak również najwyższej frekwencji w wyborach do Europarlamentu, wziąwszy pod uwagę wszystkie elekcje europejskie, które się do tej pory odbyły. Czy dopuszczenie PiS do władzy było mądrą, świadomą, odpowiedzialną decyzją? Czy świadczyło o wysokim poziomie socjalizacji politycznej? Czy głosowanie na PiS było postawą obywatelską? Zostawiam z tym pytaniem Państwa na noc.

W każdym razie, wbrew pozorom i tego co się twierdzi, wysoka frekwencja wcale nie musi dać pozytywnych rezultatów. To jest bardzo złożona spraw, wiele pisał o tym John Stuart Mill w „O rządzie reprezentatywnym” (1861), a także jeszcze wcześniej, Thomas Hare, w „Traktacie o wyborze przedstawicieli” (1859).

Dlaczego demokracja faworyzuje ignorancję przed wiedzą? – pytał Mill w publikacji „O rządzie reprezentatywnym”.

Wpuszczenie motłochu do lokali wyborzych może doprowadzić do tragedii oraz tyranii większości (Mill, Guizot, Tocqueville). Podobnie wpuszczenie motłuchu na uczelnie: uniwersytety oraz akademie, wcale nie musi dać dobrych rezultatów. To nie jest takie proste… Jak pisał, wspomniany powyżej Jose Ortega y Gasset, w „Buncie mas”: odnowa nie przyjdzie ze strony mas, one służą autorytarnej władzy, otumanieniu oraz zniewoleniu człowieka; odnowa może przyjść tylko ze strony elit (w dobrym tego słowa znaczeniu: wartości, ambicji, głębi, unikalności). Gdy jednak wszyscy mogą uchodzić za elitę, kiedy mają ku temu subiektywne oraz formalne podstawy, trudno rozpoznać prawdziwą elitę – tą, która powina prowadzić społeczeństwo. Trawestując powiedzenie Nietzschego: tak wielu dziś pasterzy, a tak mało owiec. Gdy jednak pasterzy jest zbyt wielu, można ich pomylić z baranami… „Nie rozpozna się prawdziwego Janko Muzykanta w stu tysiącach Janko Muzykantów” – mówił filozof, prof. Bogusław Wolniewicz, który również często, w kontekście polskiego szkolnictwa wyższego oraz sytuacji na wyższych uczelniach, powoływał się na znane z fizyki prawo: „masa ciąży w dół”.

Zafałszowana redystrybucja prestiżu
Co tak naprawdę stało się w Polsce z edukacją na poziomie wyższym? Pozornie podniesiono jej poziom. Rzekomo, znacznie przybyło osób z wyższym wykształceniem. Sęk w tym, że tylko pozornie i rzekomo. W rzeczywistości, poprzez ułatwienie i rozszerzenie dostępu do wyższego wykształcenia, jego poziom i realna wartość radykalnie się obniżyły, nawet wobec tego, co miało miejsce przed 1989 rokiem w PRL-u, nie wspominając już o standardach międzynarodowych. Najlepsze polskie uczelnie plasują się dopiero w czwartej setce światowych rankingów.

Młodzi ludzie nie idą w Polsce na studia po wiedzę, a po dyplom. Nie interesuje ich efekt realny, lecz formalny (nominalny). A powinno być dokładnie odwrotnie. W konsekwencji, oszukują system i samych siebie. Pociąga to za sobą wiele negatywnych konsekwencji, spośród których wymienię tylko, z braku czasu, niektóre.

Po pierwsze, umasowienie wyższego wykształcenia powoduje zamieszanie w życiu społeczno-politycznym, subiektywny wzrost aspiracji ponad poziom realnej, obiektywnej wartości; towarzyszy temu często zjawisko deprywacji, czyli niezrealizowanych aspiracji, ambicji, mimo że obiektywnie, wziąwszy pod uwagę realne kwalifikacje i uwarunkowania, oczekiwania są zaspokajane. Na marginesie: ofiarą tego procesu padła m.in. Platforma Obywatelska, która obiektywnie podniosła poziom życia i zmniejszyła bezrobocie, lecz poniżej poziomu subiektywnych oczekiwań.

Ma to też negatywny wpływ na stratyfikację społeczną. W hierarchii społecznej oraz w ramach debaty publicznej, rośnie znaczenie osób, które nie posiadają do tego właściwych (w sensie realnym) kompetencji, jak również przyrasta prestiż ponad obiektywny stan. Przypomina mi się sytuacja przed rewolucją francuską (1789), kiedy w 1720 roku finansami we Francji zarządzał szkocki ekonomista, John Law. Doprowadził do takiego zamieszania w ramach klas społecznych (nieuzasadniona redystrybucja prestiżu), że jak pisał Monteskiusz w „Listach perskich” (1721): lokaj ważniejszy był od sułtana.

Zachwianie porządku między klasami, osłabienie politycznej pozycji arystokracji i wzmocnienie jej pozycji społecznej oraz wzrost znaczenia burżuazji, zwiększenie możliwości ekonomicznych chłopów (zakup ziemi) był jedną z głównych przyczyn niepokojów społecznych, a następnie rewolucji. Przenikliwie pisze o tym Alexis de Tocqueville w “Dawnym ustroju i rewolucji”.

Po drugie, wywołuje negatywne konsekwencje dla rynku pracy i często reprodukuje bezrobocie (oficjalne, bądź ukryte). Ktoś, kto mógłby na przykład znakomicie realizować się w profesjach technicznych, aplikuje na kierunki humanistyczne, następnie kończy prawo albo politologię i podwójnie przyczynia się do tworzenia nieracjonalnego rynku pracy: powoduje deficyty w zawodach praktyczno-technicznych oraz inflację w humanistycznych.

Po trzecie, zafałsowaniu ulegają oceny oraz prognozy o charakterze diagnostycznym czy statystycznym. Nie wiemy, jakie mamy społeczeństwo. Sami siebie oszukujemy. Dopiero głębokie badania socjologiczne pokazują realny stan.

Po czwarte, upowszechnienie wyższego wykształcenia (a w praktyce jego dewaluacja) sprzyja nepotyzmowi oraz kolesiostwu. Ktoś może w tym momencie zapytać: w jaki sposób? Bo zamula zasady konkurencji i tworzy nieprzejrzyste kryteria. One z pozoru wydają się transparentne, lecz są przejrzyste jedynie werbalnie, nominalnie, a w rzeczywistości, gdy się głębiej temu przyjrzymy, zaciemniają, zafałszowują obraz.

Powodują sytuację, w której – dzięki upowszechnieniu – wyższego wykształcenia łatwiej uzasadnić fakt zatrudnienia kogoś na określonym stanowisku rzekomymi merytorycznymi kwalifikacjami, gdy w rzeczywistości za konkretną decyzją personalną stał nepotyzm albo znajomości; z drugiej strony, dużo trudniej taką sytuację zdemaskować oraz publicznie poddać krytyce. Wszyscy kandydaci posiadają przecież wyższe wykształcenie…

Spłycenie
Polskie szkolnictwo wyższe zostało dotknięte przez procesy makdonaldyzacji, które są węższym epizodem ogólnego fenomenu, jakim jest makdonaldyzacja społeczeństwa. Jest to moim zdaniem, najbardziej charakterystyczny rys współczesności, który znakomicie opisał amerykański socjolog, George Ritzer, w książce „Makdonaldyzacja społeczeństwa”, na przełomie lat 50. i 60. XX wieku.

Makdonaldyzacja, wg diagnozy Ritzera, obiwawia się kilkoma kluczowymi elementami: 1) przewagą czynnika ilościowego nad jakościowym; 2) standaryzacją, czyli ujednoliceniem; 3) determinacją parametrów szybkości, prędkości nad starannością;4) kwantyfikowalnością i kalkulacyjnością; 5) rutynizacją; 6) automatyzacją. W opinii Ritzera prowadzi to do odmyślenia i dehumanizacji. Oczekuje się, aby ludzie wykonywali zadania rutynowo (niczym maszyny), a nie myśleli, nie kreowali nowych pomysłów oraz inicjatyw; aby nie byli kreatywni.

Osobiście, określam makdonaldyzację za pomocą jednego słowa: spłycenie. Współczesny świat charakteryzuje się spłyceniem. Taki stan rzeczy (nadmierna rutyna, brak kreatywności, dominacja ilości nad jakością oraz zamkniętych nawyków) wychowa doskonałych konsumentów, lecz fatalnych obywateli.

Co ciekawe, Ritzer wiele pisze również o makdonaldyzacji szkolnicywa wyższego. Zwraca uwagę na jedną niezmiernie ciekawą okoliczność. (otóż) Umasowienie wyższego wykształcenia jest w interesie rządzących, a także najbogatszych grup społecznych. Łatwiej ludźmi manipulować, gdy uważają, że są mądrzy. Powstają artefakty, pozory wysokiej świadomości. Uzyskanie wykstałcenia ponad realną wartość, usypia czujność, demobilizuje.

Umasowienie prowadzi do degeneracji oraz realnego obniżenia poziomu. Wprowadza to granicę, tworzy dystans społeczny, dając przewagę osobom z bogatych rodzin, które ukończyły prestiżowe wyższe uczelnie poza granicami Polski i właśnie ono stanie się awangardowym, w zderzeniu z krajowym umasowionym. (umasowienie mody – Georg Simmel)

W istocie, umasowienie wyższego wykształcenia wcale nie musi działać jako czynnik egalitarny, a wręcz przeciwnie: wykluczający

Na ten ostatni problem zwracał uwagę francuski antopolog i socjolog, Pierre Bourdieu, przy okazji prac nad przemocą symboliczną, twierdząc, że edukacja wcale nie musi być elementem egalitarnym i sprzyjającym społecznej emancypacji, gdyż utrwala istniejący stan społeczny, przedstawiając go jako naturalny.

Gdy się głębiej nad tym zastanowimy, to tak często jest.

Z całą pewnością edukacja pomoże społeczeństwu i jest jednym z największych czynników rozwoju, wzrostu ale nie każda edukacja i nie rzucana na oślep.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

 

Metoda rządzenia

Co robi PiS? Jaka jest ich technika rządzenia? Myślę, że odpowiedź znajdziemy w “Panopticon, or the Inspection House”, Jeremy Benthama (kolegi Jamesa Milla, który był z kolei ojcem słynnego Johna Stuarta Milla).

Roman Mańka: Teoretycznej koncepcji, którą w praktyce próbowano zrealizować tylko w kilku miejscach na świecie: w Bredzie, w Arnheim (1886), w Haarlemie, a przede wszystkim w stanie Illinois, w więzieniu stanowym Stateville Joliet; w paru jeszcze innych miejscach: we Włoszech, na wyspie Santo Stefano, jak również w istniejącym jeszcze do tej pory więzieniu San Vittore w Mediolanie.

Społeczeństwo dyscyplinarne
Właściwie w pracy Benthama metody stosowanej w procesie sprawowania władzy przez PiS i wiele innych rządów na świecie nie ma, lecz jest jej zaczyn: absolutna inwigilacja oraz kontrola w celu uzyskania maksymalizacji użyteczności (utylitaryzm); diagnozowanie dewiacji oraz odstępstw od normalności – nie obiektywnej, lecz arbitralnej, którą się wcześniej zdefiniowało i narzuciło społeczeństwu, a następnie rozprzestrzeniło.

Jeszcze bardziej te elementy zostały uwypuklone przez interpretatorów Benthama, w tym między innymi przez Michela Foucaulta, w jego słynnej pracy “Nadzorować i karać. Historia więziennictwa”

Foucault mówi o społeczeństwie dyscyplinarnym (jednym z pożądanych celów Panopticonu jest dyscyplina) i rozciąga teorię Panopticonu Jeremy’ego Benthama na całe społeczeństwo.

W opinii Foucaulta kluczowa przewaga rządzących nad społeczeństwem polega na asymetrii widzenia. Nierownomierność widzenia oraz brak równowagi w redystrybucji wiedzy determinuje dyscyplinę. Hannah Arendt pisała o narzędziach: gdy władza korzysta z narzędzi, tak naprawdę posuwa się do przemocy.

Instrument ideologiczny
Co jest istotą Panopticonu? (bardziej w interpretacji kontynuatorów niż samego Benthama). Otóż sztuczne problemy. Tak właśnie rządzi PiS.

Ponopticon stanowi instrument ideologiczny, który wytwarza represje w różnych sferach życia społecznego pod pozorem dobrych intencji. Istotą Panopticonu są rzekome dobre intencje, które jednak maskują prawdziwie zamierzone efekty: dyscypliny oraz represji (chodzi o represje inaczej widziane niż tradycyjne – bardziej symboliczne czy psychiczne).

Celem jest stworzenie nowego sposobu rozumienia relacji społecznych. Wymyśla się problemy i udaje że je rozwiązuje. Tymczasem problemy są sztuczne, wyimaginowane, zaś ich rozwiązywanie (załatwianie) rzekome, pozorowane.

Ale w ten sposób, poprzez inscenizację wymyślonych problemów i ich rzekomego rozwiązywania, uzyskuje się potrzebny w rządzeniu efekt dyscypliny oraz konsolidacji, mobilizuje określone grupy docelowe wokół formacji sprawującej władzę. A dodatkowo odwraca się uwagę od prawdziwych, rzeczywistych, i naprawdę istotnych problemów.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

 

Fundusz Odbudowy – za jaką cenę?

Najprawdopodobniej już niebawem Komisja Europejska otrzyma upoważnienie od wszystkich państw Wspólnoty do zaciągnięcia na rynkach finansowych pierwszego ponadpaństwowego superkredytu, który sfinansuje powstanie wartego 750 mld euro Funduszu Odbudowy. Pieniądze mają pomóc unijnym gospodarkom wyjść z pocovidowego kryzysu. Dla przeciwników poszerzenia zasobów własnych UE drogą takiej pożyczki to nic innego jak „cyrograf z diabłem”, który zniewoli pokolenia na lata.

Jerzy Mosoń: Czy naprawdę jest się czego bać i co wspólnego z Funduszem Odbudowy ma finansista i spekulant George Soros? Kto będzie największym beneficjentem tego rewolucyjnego pomysłu, a komu przypadnie rola głównego spłacającego unijny kredyt? Dlaczego Niemcy mieli tak dużo wątpliwości by zatwierdzić zgodę na ponadpaństwową pożyczkę i co mogło ich przekonać do zmiany zdania?

Podatki już nie tylko państwowe
Fundusz Odbudowy w przeciwieństwie do budżetu UE nie będzie opierał się na składkach krajowych. Jeśli wszystkie unijne państwa zatwierdzą zgodę na poszerzenie zasobów własnych UE, o co obecnie toczy się bój m.in. w Polsce, to na mocy właściwego upoważnienia Komisja Europejska będzie mogła pożyczyć te środki na rynkach finansowych. Mogłoby się wydawać, że to kopia pomysłu finansisty i spekulanta George’a Sorosa, który u progu pandemii proponował by UE zaczęła pożyczać pieniądze na rynkach finansowych. Pomysł z Funduszem Odbudowy różni się jednak tym od planu Sorosa, że przynajmniej w planach unijnych urzędników ma być spłacony, i to najpóźniej do…2058 r. Soros z kolei wymarzył sobie, że zobowiązanie będzie wieczne, a spłacane będą jedynie odsetki od pożyczonej kwoty, co na zawsze związałoby państwa w jednej organizacji, a sama UE byłaby zależna od banków i instytucji finansowych. Jednym słowem: urzędnicy unijni staliby się de facto niższym managementem, który dbałby jedynie o właściwą realizację zadań opracowywanych przez zarządy wielkich korporacji finansowych. Można założyć, że tak się nie stanie, chyba, że w najbliższych kilku dekadach pojawi się kolejny wielki kryzys, który uniemożliwi zwrot pieniędzy. Na dzisiaj sprawa wygląda jednak dość niewinnie.

System wpłat i spłat
Pieniądze z Funduszu Odbudowy mają spływać do 2026 roku, a dług powinien być zwracany przez Unię stopniowo, od 2027 r. do 2058 r. Realizację zobowiązania gwarantuje budżet UE. Trzeba przy tym pamiętać, że jego największym płatnikiem są Niemcy. Zgodnie z wyliczeniami Komisji Europejskiej, średni roczny wkład Niemiec w latach 2021-27 do unijnej kasy ma wynieść około 32,8 mld euro – to prawie sześć razy więcej niż przewidziany udział Polski. Z tej perspektywy, w interesie Warszawy oraz innych stolic biedniejszych państw UE byłoby zatwierdzenie Funduszu Odbudowy czym prędzej. Z kolei z punktu widzenia Berlina może istnieć zagrożenie, polegające na tym, że niemiecka gospodarka weźmie na siebie lwią część długu. Bo kto zagwarantuje, że cała Wspólnota za pięć lat wskoczy na ścieżkę rozwoju Chin? Nie ma się, zatem co dziwić, że debata w Niemczech dotycząca Funduszu Odbudowy była tak burzliwa i skończyła się wnioskiem do Trybunału Konstytucyjne w Karlsruhe. Notabene odrzuconym. Ale przecież nikt nie ma wątpliwości, że oponentom powołania Funduszu wcale nie chodziło tylko o jego zgodność z niemiecką ustawą zasadniczą. Czyżby Niemcy upewnili się, że nie stracą na Funduszu? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie są nowe podatki, które nadejdą wraz poszerzeniem zasobów własnych UE oraz mechanizm powiązania funduszy z praworządnością.

Rzeczywiście, gdyby architektura dochodów, UE miała wyglądać tak jak dotychczas (w ramce) to Berlin miałby się czego obawiać. Niemieccy politycy i unijni urzędnicy zadbali jednak o parę zmian, które mogą sprawić problemy szczególnie takim państwom jak Polska i Węgry.

Dotychczasowe składowe unijnego budżetu:

• Dochody własne UE (10-15 proc.), w tym cła,

• VAT (10-15 proc.),

• składki członków Wspólnoty wyliczane na podstawie wielkości ich gospodarek (70 proc.),

• Podatki pracowników instytucji UE,

• Kary nakładane przez KE na firmy za łamanie przepisów antymonopolowych.

Jak nowe podatki sfinansują Fundusz
Zgoda na powiększenie zasobów własnych UE ma zapewnić dochody budżetowi UE w latach 2021-27 na poziomie 1074 mld euro oraz umożliwić powstanie Funduszu Odbudowy o wartości 750 mld euro. Tylko 390 mld euro z tej kwoty państwa otrzymają w subsydiach. Reszta trafi do państw na zasadzie tanich pożyczek.

W debacie publicznej nie przebija się też inna ważna informacja, że zgodna na zwiększenie zasobów własnych UE będzie wiązało się z wprowadzeniem nowych podatków. To, co może najbardziej zaboleć obywateli takich państw jak Polska to opłata proekologiczna. Urzędnicy wyliczą nową daninę od ilości tworzyw sztucznych z opakowań, które nie zostały w danym kraju poddane recyklingowi. I tak za każdy kilogram odpadów, które nie wrócą do gospodarki trzeba będzie oddać UE aż 0,8 euro. Eurokraci liczą na to, że wpływy z nowego podatku będą stanowić nawet cztery procent wszystkich dochodów w budżecie UE. Co to oznacza dla Polski?

Recykling albo miliardy
Badania przeprowadzone w 2020 r. przez producenta zrównoważonych opakowań, firmę DS Smith wskazują na to, że statystyczny Polak przyznaje się do wyrzucania ponad 34 proc. surowców wtórnych do odpadów zmieszanych. Dotychczas oznaczało to prawie 100 mln euro kosztów rocznie dla polskiej gospodarki i to bez unijnego podatku, ponieważ segregacja, składowanie i utylizacja śmieci to też ogromny koszt.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2019 roku w Polsce zebrano 12,8 mln ton odpadów komunalnych, co oznacza 332 kg na jednego mieszkańca. Z tego udało się odzyskać tylko 7 mln 70 tys. ton (55,6 proc.). Jeśli te statystyki się utrzymają to polscy podatnicy będą musieli oddawać UE dodatkowe 4-5 mld euro rocznie. Oczywiście pod warunkiem, że wejdzie w życie powiększenie zasobów własnych UE i finansowany przez nie Fundusz Odbudowy, bo z nimi powiązany jest ten nowy podatek.

Podatki przyszłości
To jednak tylko wierzchołek góry lodowej albo jak kto woli podatkowej. Unijne państwa do 2023 r. mają bowiem wprowadzić także inne daniny, m.in. podatek cyfrowy oraz graniczną opłatę węglową od importu z państw, które za słabo redukują emisje CO2. Opodatkowany ma zostać także handel zezwoleniami na emisję CO2 w sektorze lotniczym czy morskim. Wszystkie wymienione obszary podatkowe to punkty newralgiczne polskiej gospodarki z uwagi na wciąż daleką perspektywę transformacji energetycznej Rzeczpospolitej oraz realizacje nowych, czołowych inwestycji. Dla przykładu: polski rząd od kilku lat stawia na rozwój portów morskich. W samej tylko Gdyni przekazane środki na rozwój tamtejszej infrastruktury sięgnęły już czterech miliardów złotych. Rozpoczęła się też realizacja programu powstania Centralnego Portu Komunikacyjnego, którego elementem składowym ma być Centralnym Port Lotniczy w Baranowie. Zakładając, że Parlament Europejski wymusi na państwach wprowadzenie danin uderzających w energetykę węglową oraz transport to opłacalność z tytułu powołania do życia Funduszu Odbudowy stanie dla Polski pod wielkim znakiem zapytania. No, ale może Polska będzie dużo wpłacać, ale znacznie więcej zyska?

Beneficjenci Funduszu Odbudowy
Celem Funduszu Odbudowy jest przede wszystkim ratowanie gospodarek, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii Covid-19. Dlatego największe środki mają trafić do tych państw, które najmocniej odczuły skutki pandemii. Na pewno są wśród nich państwa południa Europy: Włochy (ten kraj może liczyć nawet na 200 mld euro wsparcia), Hiszpania, Portugalia, a nawet Francja, które znaczną część swojego PKB opierają na turystyce, w zasadzie wyłączonej podczas lockdownów. A co z Polską? Gdyby wsłuchać się w głos premiera Mateusza Morawieckiego, Polska poradziła sobie z pandemią i kryzysem jaki wywołała zaraza wzorcowo: tarcze obroniły miejsca pracy i biznesy tysięcy przedsiębiorców a służba zdrowia stanęła na wysokości zadania. Gdyby te oceny pokryły się z danymi statystycznymi to ciężko byłoby liczyć Warszawie na hojność ze strony Brukseli. Według wstępnych szacunków unijnych urzędników, Polska może liczyć na 23,9 mld euro.

Szczęście w nieszczęściu, że Polska wciąż należy do państw o niewielkich rezerwach służących wychodzeniu z kryzysu, więc przynajmniej można by liczyć na duże środki przyznawane tradycyjnie z unijnego budżetu. Tu dominuje zasada wyrównywania szans, a że realnie relacja polskiego PKB do średniej unijnej stawia Polskę wciąż po stronie uboższych członków wspólnoty to być może uda się nadrobić część z tego, czego nie uda się pozyskać z Funduszu Odbudowy.

Pesymistyczny i realny scenariusz
Może zdarzyć się jednak też tak, że niektóre kraje, w tym Polska nie zobaczą ani euro z Funduszu, stając się jednak zobowiązani do jego spłaty.

– Będę forsowała rozwiązanie, które ewentualną karą obłoży pieniądze, które dopiero mają zostać przekazane, a nie te już rozdysponowane. To wielka zmiana, bo pozwoli nam na podjęcie działań jeszcze w tym roku” – powiedziała wiceprzewodnicząca KE Věra Jourová w niedawnym wywiadzie dla „Bloomberga”.

Wydaje się, że słowa Jourovej nie są groźbami bez pokrycia. Już w styczniu tego roku KE

zażądała od węgierskiego rządu przeprowadzenia szybkich reform w systemie przydzielania zamówień państwowych i przeprowadzania przetargów publicznych, dając do zrozumienia, że jeśli do nich nie dojdzie, Węgry nie otrzymają pieniędzy z Funduszu Odbudowy.

Jourová zapowiedziała też, że planuje zastosowanie nowego mechanizmu powiązania funduszy z praworządnością w szerokim spektrum okoliczności. Kluczowa w jej ocenie ma być właśnie sytuacja systemu zamówień publicznych, sądownictwa oraz funkcjonowania prokuratury – zasugerowała urzędniczka.

Trybunał się pospieszy?
Teoretycznie blokowanie funduszy państwom uznanym za niepraworządne miało być możliwe dopiero po wydaniu w tej sprawie opinii przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, a ta spodziewana było najwcześniej w 2023 r. Takie podejście miało być sukcesem dyplomatycznym Warszawy i Budapesztu w relacji z Komisją Europejską, podczas grudniowego szczytu. Tymczasem okazuje się, że najprawdopodobniej TSUE wypowie się w tej sprawie już latem 2021 r., czyli tuż po ratyfikacjach w poszczególnych państwach zgody na poszerzenie zasobów własnych UE i Funduszu Odbudowy. Po unijnym szczycie w grudniu 2020 r. wiadomo było także, że wypłaty z budżetu będą mogły zostać wstrzymane państwu, który nie przestrzega zasad rządów prawa, jeśli tak zdecyduje 5 z 27 krajów Unii obejmujących 65 proc. ludności UE (czyli większość kwalifikowana). Najbliższe trzy miesiące pokażą zatem czy premierzy: Węgier – Wiktor Orban i Polski – Mateusz Morawiecki dali się okpić unijnym urzędnikom czy raczej gorycz porażki będzie musiała przełknąć komisarz Jourová.

Stany Zjednoczone Europy na kredyt
Ale Fundusz ma nie tylko pomóc państwom najbardziej dotkniętym w następstwie lockdownów spowodowanych pandemią, ale też sprawić, że UE będzie bardziej stabilna politycznie. Trudno w tym kontekście nie dostrzec analogii do słynnego „momentu Hamiltona”, który w historii USA jest postrzegany jako wydarzenie, które najmocniejszy sposób przysłużyło się powstaniu Stanów Zjednoczonych Ameryki. W 1790 r. Alexander Hamilton i Thomas Jefferson zawarli porozumienie, w wyniku którego USA po raz pierwszy zaciągnęły dług jako konfederacja. Jak wiadomo również i z naszego podwórka: nic tak nie łączy jak wspólny kredyt. Niejedna para małżonków przyzna, że scala on niekiedy mocniej niż sakramentalne tak wypowiedziane przed obliczem kapłana. Czy zatem wspólny kredyt państw UE sprawi, że spełni się sen euroentuzjastów o jednym, europejskim superpaństwie?

Oby tylko udało się go spłacić? Inaczej unijni marzyciele zostaną tylko lokajami bankierów?

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Dwa wybrzeża…

Pod koniec ubiegłego (2020) roku napisałem na moim profilu FB, mniej więcej coś takiego: to czego spodziewam się w Nowym 2021 Roku, to bardziej rozpad “Koalicji Obywatelskiej” (“Platformy Obywatelskiej”) niż rozpad “Zjednoczonej Prawicy”.

Roman Mańka: W tym samym wpisie z ubiegłego roku postawiłem również tezę, że rozpad PO doprowadzi do głębokiej rekonfiguracji polskiej sceny politycznej.

To się właśnie materializuje. Ostatni sondaż dla Radia RMF pokazuje w stosunku do Platformy, najgorszy w historii notowań tej partii rezultat (12 proc.). Niezagłosowanie za ratyfikacją Funduszu Odbudowy spowodowało spadek notowań aż o – 6 proc. Tymczasem lewica nie straciła, co zresztą też przewidywałem.

Co teraz będzie?
Spodziewam się kilku procesów. Pierwszy to taki, że wygaśnie, zacznie wygasać, albo co najmniej ulegnie modyfikacji dotychczasowa polaryzacja PO-PiS; swoją drogą może być to również problem dla PiS, bo gdzie dwóch się nie bije, tam trzeci korzysta. Polską polityką rządzi dialektyka; ona wynika z napięć: historycznych, kulturowych, majątkowych, warstwowych, czyli – ujmując problem generalnie – strukturalnych.

W dialektyce najczęściej ma zastosowanie reguła Hegla, a więc “pana i niewolnika”, w ramach której wrogowie są partnerami, i wzajemnie się legitymizują.

Wielowymiarowa zdolność koalicyjna
To co mogłoby uratować Platformę, to wzmocnienie lub przynajmniej odtworzenie polaryzacji (dlatego wiele wpływowych ośrodków opiniotwórczych oraz grup nacisku, np. TVN, będzie starało się zradykalizować podział), lecz to się raczej nie stanie, ale nawet, gdy do tego dojdzie, to z obecnym – katastrofalnym – przywództwem PO, nic to nie da.

Konsekwencją wygaszenia lub osłabienia polaryzacji będzie wielowymiarowa zdolność koalicyjna; to oznacza, że przyszłe sojusze oraz warianty koalicyjne mogę stać się bardziej złożone i wielowymiarowe. Być może nie będzie ich już porządkowała emocja antyPiS-u, bo sam PiS przesunie się mocno w stronę centrum.

Partie sprawujące władzę, nawet te najbardziej radykalne, prędzej lub później ucentrawiają się, np. Konserwatyści czy Partia Pracy w Wielkiej Brytanii, czy choćby w Polsce SLD.

Wielowymiarowość koalicyjna wytworzy nowe warianty strategiczne w stosunku do PiS, lewicy, “Polski 2050” (Szymona Hołowni), a także w PSL.

Z kolei formacjami o najmniejszym potencjale koalicyjnym staną się PO i “Konfederacja”.

AwueSizacja….Kogo najbardziej dotyczy?
W tle tych procesów wystąpią inne, mniej globalne, uniwersalne procesy. Być może Platformę Obywatelską czeka coś w rodzaju “rozbioru”, podobnego do tego, który kiedyś dotknął AWS. Często wobec “Zjednoczonej Prawicy” komentatorzy polityczni oraz eksperci, używają pojęcia “AWueSizacja”, dla opisania podziałów, konfliktów, działania sił odśrodkowych oraz rozdrobnienia tej formacji; ja od dawna twierdzę, że użycie terminu “AWueSizacja”, byłoby dużo bardziej adekwatne i trafione w odniesieniu do PO.

Całości procesu jeszcze nie widać, gdyż na razie docierają do nas najbardziej spektakularne fenomeny w postaci perfuzji parlamentarzystów z PO do “Polski2050”, ale na dole, na poziomie Polski lokalnej i samorządowej dzieje się dużo więcej niedobrych dla Platformy rzeczy: w stronę Hołowni mkną znani lokalni działacze samorządowi, wielu członków PO zmienia barwy partyjne.

PO przeżywa największy w swojej historii kryzys. Mentalnie oraz strukturalnie jest bardzo słaba.

Wielki wybuch
Przycisk do detonatora znajduje się w ręku jednego człowieka: Rafała Trzaskowskiego. Gdy zdecyduje się bardziej dynamicznie budować własny ruch polityczny (a na to się zanosi), wówczas na polskiej scenie politycznej nastąpi “wielki wybuch”. Wtedy Platforma Obywatelska zniknie z powierzchni ziemi (co prognozuję od wielu lat), a na jej gruzach powstaną dwa nowe ruchy polityczne: Hołowni i Trzaskowskiego. Solidarnie podzielą się oni “spadkiem”, masą upadłosciową po PO.

Jeżeli ktoś kiedyś odsunie PiS od władzy, zrobią to wspólnie Trzaskowski i Hołownia. Będzie to powrót do Polski sprzed czasu rządów PiS; tymczasem w Polsce trzeba naprawić to co zostało zepsute wcześniej i nigdy dobrze nie funkcjonowało.

Bieg wydarzeń może zmienić lewica, jeżeli obierze mądra strategię i zmieni swój dotychczasowy paradygmat.

Lewica nie ma wyboru
W układzie z Hołownią i Trzaskowskim lewica zawsze będzie autsajderem (oni w dużo większym stopniu preferują ludowe i konserwatywne PSL), zaś Polska Hołowni nie będzie mniej konserwatywna niż Polska PiS, ale na pewno mniej socjalna. Ani dla PO (Trzaskowski), ani dla Hołowni, lewica nigdy nie była, nie jest i nigdy nie będzie, partnerem pierwszego wyboru, traktowanym podmiotowo.

Gdy do tej dwójki dojdzie Kosiniak-Kamysz, to Polska stanie się dużo bardziej konserwatywna niż za czasów PiS, natomiast skala nepotyzmu, klientelizmu i korupcji będzie mniej więcej taka sama.

Tak naprawdę Trzaskowski i Hołownia, to politycy zachowawczy, kunktatorscy, którzy nie zamierzają wiele zmienić, tymczasem Polska potrzebuje ogromnych zmian w różnych dziedzinach, jak również wielu głębokich, dalekosieżnych, nowoczesnych reform.

Strategię jaką powinna przyjąć lewica nazywam: “strategią “Dwóch Wybrzeży”.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Zrobili dużo, choć mogli więcej

Chodzi o elementarną uczciwość. Dziś w TVP i w innych mediach publicznych, Platforma Obywatelska przedstawiana jest jako samo zło, zaś okres sprawowania przez tę formację władzy prezentowany jest jako czas katastrof oraz kataklizmów. Czy to jest prawda?

Roman Mańka: Otóż to jest bardzo uproszczona prawda, a jak mawiał Albert Einstein: „pół prawdy, to całe kłamstwo!” Nigdy nie przyłączę się do tych, którzy potępiają PO w czambuł. Gdy tłum gremialnie woła “ukrzyżuj!”, wina wydaje się wątpliwa.

Wiele razy sam krytykowałem Platformę: że rozwiązania gospodarcze zbyt mało liberalne; że polityka gospodarcza nie tak prorynkowa, jakbym chciał; że podatki za wysokie, zaś redystrybucja bogactwa niesprawiedliwa; że innowacji za mało, a prawa (regulacji) w życiu za dużo. Że walka z korupcją oraz zorganizowaną przestępczością pasywna.

Himalaje
Nawet, jeżeli uwzględnimy wszystkie te zastrzeżenia, to nie da się obalić prawdy, że PO zrobiła nieporównanie więcej niż PiS. To są Himalaje więcej.

Przede wszystkim PO wypracowała – w warunkach światowego kryzysu, niesprzyjającego otoczenia, wzrost gospodarczy, który obecnie PiS może konsumować, rozdając swoim partyjnym “klakierom” miliony, a wyborcom – ochłapy.

PO przejęła w Polsce władzę późną jesienią 2007 roku. W tym samym roku, w kwietniu Polska, wraz z Ukrainą, a raczej – mówiąc prawidłowo Ukraina wraz z Polską, otrzymała prawo organizacji wielkiej sportowej imprezy: Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku. Nie było przygotowane absolutnie nic. Ruina. PiS nie posiadał żadnej wizji przeprowadzenia tego prestiżowego, spektakularnego futbolowego wydarzenia. Doszło do tego, że w 2008 roku UEFA poważnie rozważała ewentualność zabrania nam EURO i przeniesienia do Niemiec.

“Orliki” nadzieją polskiego piłkarstwa
Nie wdając się w szczegóły i mówiąc najkrócej, jak można: rząd Donalda Tuska, w trudnym czasie oraz niesprzyjających okolicznościach zewnętrznych, udźwignął ciężar wyzwania. Powstały cztery nowoczesne stadiony (we Wrocławiu, w Krakowie, w Gdańsku, i w Warszawie), a także podstawowa infrastruktura potrzebna do sprawnego przeprowadzenia imprezy.

Jednak jeszcze bardziej istotne jest to, co stało się na dole Polski, w wymiarze powiatów oraz prowincji: właśnie tam, na obszarze, gdzie dziś czas rządów PO bezlitośnie się kontestuje, w ramach autorskiego programu premiera Tuska zaczęły powstawać wspaniałe stadiony i boiska piłkarskie, dzięki czemu tysiące młodych chłopców zaczęło grać w piłkę.

Jeżeli kiedyś narodowa reprezentacja Polski nawiąże do sukcesów Górskiego czy Piechniczka z lat 70. i 80. XX wieku, źródła tego osiągnięcia będą w programie “Orliki”. Może Tuskowi trzeba będzie postawić pomnik.

Były również inne programy oraz strategie adresowane na obszar Polski powiatowej: że przypomnę chociażby “program Schetyny”, z funduszy którego samorządy budowały drogi lokalne.

Paradoks wsi
Dziś PiS chwali się stanem oraz wyposażeniem jednostek OSP, ale prawda jest taka, że ogromny progres tych struktur zaczął się w czasach rządów koalicji PO-PSL; i paradoksalnie bardziej dzięki PO niż hamulcowemu PSL.

Między innymi wtedy jednostka z mojej rodzinnej gminy, OSP Dobrów zdobyła mistrzostwo Polski (rok 2011), prezentując w wyszkoleniu przeciwpożarniczym światowy poziom i bijąc rekordy.

Paradoksalnie, na rządach PO najbardziej skorzystały tereny wiejskie oraz rolnicy. Na polską wieś trafiły ogromne pieniądze. Budowano nowe drogi, mosty, stadiony, boiska piłkarskie, amfiteatry, ścieżki rowerowe oraz remizy.

Prezes Kaczyński w tym czasie jeździł na wieś, do działacza PiS zajmującego się hodowlą zwierząt (dziś posła PiS) i klepał krowy po tyłkach.

Niedoceniane osiągnięcia
Za czasów rządów PO dokonał się ogromny skok w dziedzinie infrastruktury krytycznej. Wybudowano dwie strategiczne dla komunikacji oraz połączenia Polski z Europą autostrady (A-1 oraz A-2), jak również setki kilometrów dróg ekspresowych. Na poziomie samorządów oddano do użytku wiele drugi gminnych i powiatowych. Stworzono trasy kolejowe przeznaczone dla szybkiej kolei i zakupiono szybkie pociągi.

To właśnie za czasów rządów koalicji PO-PSL znacząco wzrosła płaca minimalna, a rząd Tuska zainicjował oskladkowanie umów cywilno-prawnych; nie było to wówczas łatwe, bo trwał światowy kryzys gospodarczy, tymczasem dzięki – tak dziś zwalczanym – umową cywilno-prawnym (zwanym niesłusznie “śmieciowymi”), udało się zmniejszyć bezrobocie.

Tusk nie trafił w koniunkturę
Gdy w grudniu 2010 roku, rozmawiałem z jednym z najlepszych w Polsce ekonomistów, Markiem Zuberem, neutralnym politycznie, ale mimo wszystko sytuującym się bliżej PiS, powiedział uczciwie: “rząd Tuska miał wielkiego pecha” (wywiad z Zuberem ukazał się w “Gazecie Finansowej w grudniu 2010 roku).

Niespełna rok po przejęciu w Polsce władzę prze PO, na świecie wybuchł wielki globalny kryzys. Uderzył on również silnie w Europę (zwłaszcza kryzys 02). Pod jego ciężarem ugięły się gospodarcze potęgi, zaś biedniejsze kraje Unii Europejskiej, takie jak Grecja – zbankrutowały. Włochy, Hiszpania, Portugalia przeżywamy ogromne perturbacje społeczno-gospodarcze. Ludzie wyszli tam na ulice.

Dzięki szybkiemu i kontrolowanemu obniżeniu kursu złotówki oraz przemyślanej polityce gospodarczej, Polska przez kryzys przeszła łagodnie; na tle Europy prezentowała się jako jedyne państwo, które mogło wylegitymować się dodatnim wzrostem gospodarczym.

Rząd Tuska i ówczesny minister finansów, Jacek Rostowski zastosowali politykę pragmatyczną: wycofali się z wcześniej zapowiadanego przyjęcia waluty euro, bo rozumieli, iż w dobie trwającego kryzysu byłaby to katastrofa.

Dziś w czasie dobrej koniunktury ekonomicznej i wzrostu gospodarczego, można by to zrobić, lecz nie wiedzieć czemu rząd PiS tego nie robi.

Odmienili Polskę w jedną dobę
Rząd Tuska zrobił bardzo wiele. “Suchą nogą” przeprowadził Polskę przez potężny kryzys i znacząco rozbudował infrastrukturę. Oczywiście mógł zrobić więcej, ale zrobił dużo i pozostawił następcą (PiS-owi) kraj w bardzo dobrym stanie.

Problem PO polegał na tym, że – wbrew temu co się wówczas uważało – nie chwaliła się zbyt bardzo swoimi sukcesami. Nie nagrywała zarozumiałych, aroganckich, bezkrytycznych programów (poematów lirycznych) sama o sobie, z cyklu ile to ona nie zrobiła i jak rząd jest wspaniały; z drugiej strony, nie kręciła również haniebnych horrorów na temat opozycji.

Jeszcze w maju 2015 roku, PiS głosił diagnozę “Polski w ruinie”. Chwilę później, po przejęciu władzy, uznał, że Polska płynie mlekiem i miodem.

“Czarodzieje”, którzy odmienili Polskę w jedną dobę.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

I zero aut

Stworzenie polskiej marki samochodów to marzenie towarzyszące wielu Polakom od dziesięcioleci. Zaprezentowany w zeszłym roku przez spółkę ElectroMobility Poland prototyp samochodu Izera ma być pierwszym od lat seryjnie produkowanym polskim pojazdem i to w nowoczesnej e-wersji. Mrzonki? – Niekoniecznie. Twórcy projektu muszą jednak być ostrożni, bo niektóre ich założenia już teraz stają się nieaktualne.

Jerzy Mosoń: Na temat trudności, jakie napotka pierwszy polski „elektryk” powstały już opasłe tomy. Wiadomo już, że inwestycja jest nieopłacalna, bez sensu, a poza tym niepotrzebna, skoro samochód można kupić u… Niemców. W związku z tym poniższy tekst nie traktuje o wymienionych impossibiliach ani też nie podnosi zarzutu, że fabryka koło Jaworzna mająca produkować Izerę będzie w istocie jedynie montownią. Ma jednak stanowić ostrzeżenie dla osób zaangażowanych w projekt, by ten jak wiele innych nie stał się „pułkownikiem”.

Pułkownik” to zwyczajowe i dość często spotykane określenie ambitnego, polskiego projektu, którego realizacja rozpoczynała się i kończyła na bogatych planach.

Rzeczywiście niektóre argumenty krytykantów pomysłu stworzenia polskiej marki auta są sensowne – będzie drogo, nawet, jeśli częściowo polski producent uniknie kosztów związanych z własnym centrum badawczym. Wygląda jednak na to, że z większości zagrożeń zdają sobie sprawę osoby skupione wokół ElectroMobility Poland – stąd właśnie zamiast tworzyć wszystko od podstaw poszczególne elementy Izery mają być kupione od sprawdzonych dostawców, co pozwoli zaoszczędzić czas, koszty tworzenia myśli technicznej, ale podniesie wydatki na gotowe moduły. Izera nie będzie miała też typowej salonowej sprzedaży, choć nie można wykluczyć, że będzie oferowana przez graczy multibrandowych – to dobra decyzja, bo także ograniczy koszty. Gorzej z promocją, choć można założyć, że dwa, trzy showroomy, plus reklamy w mediach publicznych załatwią sprawę, przynajmniej, jeśli chodzi o rynek polski. Oby jego wielkość wystarczyła, bo pomysłu na zdobywanie świata przez Izerę jeszcze nie poznaliśmy.

Z linii włoskiej do polskiej
Na razie, mimo wszystko jest dobrze. Tym bardziej, że projekt Izery nie odstrasza, choć zawsze mogłoby być lepiej, jak w przypadku Stadionu Narodowego, zwanego przez złośliwych „koszykiem”. Wygląda na to, że Roberto Piatti, który stworzył m.in. piękną Alfę GT i charakterystyczną Pandę, a teraz wymyślił linię Izery starał się pogodzić uniwersalizm nowego auta ze swoim wyobrażeniem o polskim designie.

Bez wątpienia Włosi znają się na projektowaniu, jak mało który naród. Mogliby z nimi konkurować chyba tylko…Polacy. No właśnie, bo jeśli Izera miała być w zamyśle możliwie najbardziej polska z polskich to można było w przypadku designerów podjąć nieco inną decyzję, wszak jeśli chodzi o Polaków projektujących w świecie auta nie mamy się czego ani kogo wstydzić: Kamil Łabanowicz to stylista Audi, a Tadeusz Jelec Jaguara, z kolei Marek Reichman zasłynął jako szef designerów Aston Martina – to zaprojektowanym przez niego autem jeździł agent James Bond. Jeśli dodamy do tego jeszcze paru innych projektantów, na czele ze stylistą BMW Tomaszem Sychą, który błysnął modelem Z4 Coupe możemy zacząć wątpić w słuszność włoskiego kierunku wybranego przez ElectroMobility Poland. Tego jednak już nie da się odkręcić. A co można?

Wyzwanie zasięgu
Po premierze Izery, mającej miejsce w lecie zeszłego roku, niestety tylko online, twórcy projektu zaczęli ujawniać co raz więcej szczegółów dotyczących dwóch pierwszych modeli tego pojazdu: hatchbacka i SUV-a. A to jedna z najciekawszych wypowiedzi:

Stosowany w samochodach elektryczny napęd pozwoli osiągnąć przyspieszenie od 0 do 100 km/h w niecałe osiem sekund. Planujemy wprowadzenie dwóch pojemności baterii. Wszystko po to, żeby najlepiej dopasować oferowany zasięg do potrzeb użytkowników. Samochodami będzie można przejechać do 400 km na jednym ładowaniu. Bez problemu naładujemy je w domowych ładowarkach typu „powerwall” i szybkich stacjach ładowania – obiecywał Łukasz Maliczenko, dyrektor ds. rozwoju technicznego produktu ElectroMobility Poland.

Z powyższej wypowiedzi wynika, że maksymalny, planowany zasięg Izery to 400 km. Czy to dużo/mało? Jednym z podstawowych powodów, dla których „elektryki” nie cieszą się popularnością, obok wysokiej ceny i braku infrastruktury do ładowania jest właśnie mały zasięg. Pierwszym samochodem oferowanym na rodzimym rynku, któremu udało się osiągnąć wynik wydawałoby się akceptowalny dla polskiego kierowcy jest koreański model samochodu elektrycznego koncernu KIA – e-Niro. Według testu przeprowadzonego w 2020 r. przez dziennikarza motoryzacyjnego Marka Wieruszewskiego, można tym autem dojechać z Warszawy do Zakopanego na jednym ładowaniu. To niezły wynik, tym bardziej, że to jeden z najtańszych „elektryków” na rynku. Ale mimo to wciąż bardziej popularna jest jego wersja hybrydowa. Czyli 400-450 km w 2020 r. to jednak za mało dla polskiego kierowcy?

Krótkodystansowiec z przeszłości
Skoro w 2020 r. 450 km zasięgu to mało to na jakiej podstawie pomysłodawcy Izery uważają, że za trzy lata, kiedy już Izera będzie, optymistycznie rzecz ujmując, powszechnie dostępna maksymalny zasięg tego auta tj. 400 km będzie wystarczający? No tak, powstaną wreszcie w Polsce szybkie ładowarki i co jakiś czas w drodze na wypoczynek będzie można zjechać z drogi by doładować auto… Tylko po co kupować Izerę z tak niedużym zasięgiem, jeśli już w 2021 r. można nabyć od naszych południowych sąsiadów Škodę Enyaq zdolną przejechać ponad 500 km? A co z wersjami Izery mającymi mniejsze baterie? Komu będą potrzebne? Do miasta – owszem. To może być hit flotowy, pod warunkiem bardzo niskiej ceny, graniczącej z opłacalnością produkcji. Warto to przemyśleć.

Technologia robi różnicę
Szcześliwie się składa, że projekt Izery mający niestety potencjał wspomnianego „pułkownika” nie ma jeszcze zakontraktowanych kooperantów. Jednym słowem nie wiadomo, jaką, od kogo i za ile Izera dostanie baterię. Być może, zatem jest jeszcze czas by rozejrzeć się na rynku za innowacyjnymi rozwiązaniami. Są już baterie z grafenem, w fazie testów, badań, ale to jest właśnie ten moment by nie przegapić szansy, tym bardziej, że całkiem niedawno to właśnie polscy naukowcy chwalili się wynalezieniem taniej metody pozyskiwania grafenu. Baterie z grafenem dadzą więcej mocy i pozwolą na szybsze ładowanie – to realna przewaga nad konkurencją. Ale za trzy lata nie będą już nowością. Może zatem paliwo wodorowe? To też nie nowość, ale Polska dość szybko może zyskać na tym polu przewagę. Po pierwsze bogate plany w obszarze zielonego wodoru ma LOTOS, a już dzisiaj największym producentem tego pierwiastka w kraju jest Grupa Azoty, która przy odpowiedniej perspektywie wzrostu zapotrzebowania na takie paliwo w kraju mogłaby bezpiecznie planować wzrost i unowocześnienie produkcji. Paliwo wodorowe pozwoliłoby odetchnąć polskim sieciom energetycznym, nie wspominając o elektrowniach, które już teraz funkcjonują na granicy black out’u, a przy konieczności ładowania aut elektrycznych tę granicę łatwo przekroczyć.

Partnerzy w zasięgu ręki
Żeby jednak Izera miała napęd wodorowy potrzeba technologii albo koncernu Toyota, Hyundaia albo Nissana. I tu znów wraca temat wyboru odpowiedniego dostawcy – partnera. Eksperyment Toyoty z paliwem wodorowym okazał się co prawda falstartem (w norweskiej miejscowości Sandavika 10 czerwca 2019 r. doszło do potężnego wybuchu zbiornika z wodorem na stacji tankowania), ale fachowcy wyciągnęli jednak wnioski i nic nie stoi na przeszkodzie by wrócić do pomysłu. Tym bardziej, że Japończycy już teraz inwestują w swe fabryki na Dolnym Śląsku miliardy złotych.

Paliwo wodorowe pozwoli przetrwać energetyce?
Wspólny projekt ElectroMobility Poland z największym koncernem motoryzacyjnym świata oznaczałby wzrost szans powodzenia projektu. A co nie mniej ważne, polska gospodarka zyskałaby nieco czasu na wybudowanie elektrowni atomowej, bez której elektromobilność oparta na dużych, energochłonnych bateriach samochodowych to pomysł samobójczy dla co raz bardziej niewydolnej, polskiej energetyki. Trzeba bowiem stale przypominać, że nawet perspektywa budowy na Bałtyku turbin offshor’owych o wysokiej sprawności nie załatwia tematu ryzyka braku prądu. Trzeba będzie i to już niebawem zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest zabezpieczenie dostaw energii na wypadek niekorzystnych warunków pogodowych. Jeśli zatem w perspektywie kilkunastu lat dojdzie w Polsce do zamknięcia elektrowni węglowych, stanowiących obecnie takie zabezpieczenie, to będą musiały je zastąpić inne, najpewniej jądrowe.

Jeśli do gry wejdzie inna branża
Żeby jednak trochę ostudzić emocje związane z perspektywą budowy Izery w wersji z ogniwami wodorowymi trzeba przypomnieć, jakie podmioty kontrolują ElectroMobility Poland. Spółka należy do czterech koncernów energetycznych: PGE, Energi, Enei oraz Taurona. Oznacza to, że właściciele mogą być bardziej zainteresowani sprzedażą kierowcom Izer swojego głównego produktu, czyli prądu, pomimo ryzyka black out’u, co oznacza perspektywę importu mniej lub bardziej nowoczesnych, sporych baterii i śmierć tematu ogniw wodorowych. No chyba, że w projekt Izery zaangażują się koncerny chemiczne i paliwowe. Wtedy będzie można liczyć na to, że przynajmniej jeden model Izery będzie wyposażony w nowoczesną instalację wodorową.

Sposób zakupu
Na końcu, choć nie jest to sprawa wcale najmniej ważna jest sposób w jaki producent Izery chce sprzedawać swój produkt. Wielokrotnie w wypowiedziach osób związanych z ElectroMobility Poland pojawiały się sugestie dotyczące wynajmu abonamentowego. Wygląda na to, że klienci generalnie nie będą kupować Izer, a jedynie wynajmować te samochody, płacąc miesięczne raty. Mają one być atrakcyjne i zawierać także koszt tankowania – zyskają dodatkowo obecni właściciele spółki, czyli koncerny energetyczne. Ma to swoje plusy i minusy. Bo choć ElectroMobility Poland zapewnia, że tradycyjny zakup również będzie możliwy, to postawienie akcentu na abonament oznacza, że gotówkowa forma pozyskania Izery będzie mniej konkurencyjna. Tymczasem warto mieć świadomość, że polski klient wciąż ceni sobie własność, a nie samą możliwość korzystania z urządzenia. Za trzy lata, przy wyborze auta elektrycznego będzie miał do wyboru nie tylko szeroki wachlarz aut zagranicznych, z różnymi formami ich pozyskania, ale też ofertę atrakcyjną cenowo. Izera, która będzie samochodem złożonym z drogich, bo zakupionych za granicą elementów, autem w którym nawet design nie jest made in Poland może okazać się wyborem zbyt kosztownym dla Kowalskiego. Czy zattem jest przyszłość przed Izerą?

*Skomplikowana sytuacja rynkowa, z jaką mamy do czynienia oznacza to, że osoby skupione wokół projektu polskiego „elektryka” muszą patrzeć na Izerę holistycznie, zwracając uwagę na szereg czynników – począwszy od nowinek technologicznych, na sytuacji energetycznej kraju kończąc. W innym wypadku zamiast seryjnej produkcji samochodu polskiej marki będziemy wspominać Izerę jako tylko pomysł… i zero aut. A jedynym polskim „elektrykiem” pozostanie ten, który po wejściu Polski do Unii Europejskiej zdobywał serca francuskich czy angielskich gospodyń domowych.

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Dlaczego Polska i Rosja wojują?

Historia wojen polsko-rosyjskich sięga Średniowiecza. Ze względu na długoletnie, trudne relacje ze wschodnim sąsiadem, Polacy to najlepsi eksperci od Rosji, choć Zachód, dla którego polityka Moskwy bywa równie kłopotliwa, jak dla Warszawy, nigdy w wystarczającym stopniu nie chciał korzystać z tej wiedzy. Dlaczego? Czy niechęć zachodniej dyplomacji wobec polskiego pośrednictwa w stosunkach z Moskwą, może mieć obiektywne przesłanki?

Jerzy Mosoń: Twierdzenie, że za fatalne kontakty polsko-rosyjskie odpowiada tylko jedna ze stron sporu jest fałszywe, jakkolwiek trzeba mieć na uwadze umiar w ocenie krzywd i win obydwu krajów. Z kolei, przyznanie się do tego przez stronę polską stanowiłoby zbyt duże ryzyko dla strategii dyplomatycznej Warszawy w relacjach z Europą Zachodnią oraz Waszyngtonem. Kłopot w tym, że zachodni politycy mają świadomość złożoności relacji polsko-rosyjskich, więc poczytują postawę Polski, która przedstawia się jako historyczna ofiara „Niedźwiedzia ze Wschodu”, jako słabość. Może, gdyby Polacy byli Żydami, to udałoby się przekonać Świat do holocaustu narodu polskiego z rąk rosyjskich, ale to niemożliwe, więc czas przemyśleć nowe podejście, biorąc pod uwagę obecny stan izolacji polskiej myśli dyplomatycznej oraz pewne historyczne prawdy.

Polska ekspansywna
Najpierw trochę historii. Gdy Rzeczpospolita była już nieźle zorganizowanym państwem to ludy, które dziś określamy Rosją, były, mówiąc oględnie, w fazie dość wczesnego rozwoju.

Już wtedy, tj. za czasów Mieszka I, toczyła się rywalizacja z Rusinami o ziemie ważne z punktu widzenia relacji handlowych, w szczególności dla transkontynentalnego szlaku z Europy zachodniej na Bliski Wschód, który prowadził z Andaluzji poprzez Francję, Niemcy, czeską Pragę, Bramę Morawską, Kraków oraz Bramę Przemyską do Morza Czarnego i Kijowa, a nawet dalej, na Bliski i Daleki Wschód. Dopiero jednak w okresie Kazimierza Wielkiego, wschodnia granica kraju zaczęła wykraczać daleko poza Bug. Jeszcze przed zawarciem unii polsko-litewskiej, Kazimierz Wielki dał początek ekspansji Polski w kierunku wschodnim, zajmując Grody Czerwieńskie. Zakończył tym samym kilkuwiekowe zmagania z władcami Rusi Kijowskiej, a następnie Halicko-Włodzimierskiej. Od tej pory Polska miała na Wschodzie wielkiego wroga. Ta niechęć została pogłębiona wydarzeniami z początku XVII wieku, kiedy to 29 października 1611 roku, zdetronizowany przez Polaków car Wasyl IV złożył hołd królowi Zygmuntowi III Wazie.

Warto pamiętać o tym, że Rosjanom tak bardzo doskwierała polska okupacja, że w dniu 4 listopada (święto cerkiewne Matki Boskiej Kazańskiej), każdego roku, w rocznicę udanego powstania przeciw Polakom z dnia 7 listopada 1612 r. obchodzą święto narodowe, pod nazwą Dzień Jedności Narodowej.

Jak trudno podpić Rosję
W opinii ekspertów z zakresu geopolityki, Rosja jest krajem bardzo trudnym do zdobycia, m.in. ze względu na swe położenie geograficzne. Od strony zachodniej tym newralgicznym terenem dla obcych wojsk ma być Nizina Środkowoeuropejska, tak rozległa, że stworzenie sprawnie działających linii zaopatrzeniowych wydaje się niemożliwe. Tym bardziej fakt z jaką łatwością udało się wejść Polakom do Moskwy i zaprowadzić tam swoje rządy, musi budzić u Rosjan niechęć oraz strach względem swego sąsiada. Znakomity dziennikarz i ekspert w obszarze stosunków międzynarodowych, Tim Marschall, był łaskaw napomknąć w swej książce „Więźniowie geografii” o tym, że Polakom udało się przekroczyć Nizinę Europejską. Zestawił ten sukces z krótkotrwałym pobytem Szwedów, Napoleona oraz Hitlera na ziemiach rosyjskich. Gdyby jednak wykazał się większą dbałością o szczegóły musiałby przyznać, że tylko polskim wojskom udało się na kilka lat sparaliżować strategiczną część państwa ówczesnych Rosjan. Mają tego świadomość sami Rosjanie, dlatego w kolejnych wiekach, sednem polityki zagranicznej Moskwy, stała się „gra” na osłabienie swojego zachodniego sąsiada, jako jedynego państwa realnie potrafiącego zagrozić istnieniu imperium. Również w nowym milenium Moskwa nie zmieniła swej polityki względem Warszawy, prowadząc zręczną grę z Paryżem, Berlinem i Londynem, gdzie na samym końcu stratna symbolicznie bądź gospodarczo ma być Polska.

Ostatni sukces w Gruzji
W ostatnich dwudziestu latach, Polska już nie raz została upokorzona poprzez odrzucenie jej pośrednictwa w rozwiązaniu konfliktów, w których brała udział Rosja, a to właśnie sprawność dyplomatyczna państwa, świadczy dziś o jego realnej sile. O ile jednak w przypadku wojny rosyjsko-gruzińskiej, brawurowa szarża nieżyjącego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który ryzykując życie, wraz kilkoma innymi przywódcami Europy Środkowej i Wschodniej, zapobiegł rosyjskiemu „Blitzkriegowi”, a także nie pozwolił tym samym na marginalizowanie polskiej dyplomacji, to w przypadku ataku na Ukrainę, Polakom już nie udało się skutecznie zareagować. Warto przy okazji zaznaczyć, że wbrew temu, co Gruzini i Polacy sądzą o zasługach ś.p. Lecha Kaczyńskiego, w kwestii powstrzymania Rosji, to w Europie Zachodniej dominuje przeświadczenie o tym, że decydująca w wygaszeniu rosyjsko-gruzińskiego konfliktu z 2008 roku, była „umiarkowanie udana” misja prezydenta, ale nie Polski a Francji, Nicolasa Sarkozy’ego, który miał doprowadzić do końca „wojny pięciodniowej”. Umiarkowanie udana, bo dyplomacja francuska nie zapobiegła zmianom na mapie i konieczności migracji ponad 150 tysięcy Gruzinów. Tak naprawdę jednak dyplomacja francuska została rozegrana przez Kreml, ale historię piszą najsilniejsi.

Ukraińska izolacja
Lecz najważniejsze jest to, że w kolejnym konflikcie, w którym agresorem była Rosja, polska dyplomacja nie miała już zbyt wiele do powiedzenia. Niektórzy komentatorzy mogą z perspektywy czasu odczytywać, że odsunięcie Polski jako pośrednika, po ataku Rosji na Ukrainę w 2014 roku, było największą porażką polityki zagranicznej gabinetu Donalda Tuska. Problem w tym, że o polskie pośrednictwo w rozwiązaniu tego konfliktu nie zabiegał sam Kijów, a przynajmniej, nie w takim stopniu, jak czynił to prezydent Gruzji, Micheil Saakaszwili, sześć lat wcześniej. Trzeba mieć też na uwadze, histeryczne słowa ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, wypowiedziane u progu konfliktu, do ukraińskich opozycjonistów: „Jeśli nie poprzecie tego porozumienia, będziecie mieli stan wojenny, będziecie mieli wojsko, wszyscy będziecie martwi”. Słowa te zakończyły de facto dyplomatyczną rolę Polski, jako potencjalnego rozjemcy. Można zatem spekulować czy pozycja Polski od 2008 do 2014 roku spadła tak bardzo za sprawą ogólnej słabości Polski, czy jednak decydujące okazały się pojedyncze akcje polityków – jedna niebezpieczna, ale skuteczna, druga histeryczna i wyłączająca? Tego nie dowiemy się nigdy. Faktem niezaprzeczalnym jest izolowanie polskiej dyplomacji od konfliktów, w których uczestniczy Rosja. A to już niebezpieczne z punktu widzenia, nie tylko strat symbolicznych, lecz także interesów gospodarczych Polski.

Gaz i polityka
Gdyby Zachód ufał bardziej temu, co polscy eksperci wiedzą o rosyjskich zamiarach, to pewnie żadne „łapówki” nie miałyby szansy przekonać decydentów z Zachodu, że nie ma zagrożenia w związku z budową Nord Stream II – zdają się komunikować polscy politycy. W takiej sytuacji pozostaje uwierzyć, straszącym albo poprosić ich o dowody. Trudno powiedzieć, co takiego zadziało się za kadencji prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa, że administracja amerykańska uwierzyła i wprowadziła sankcje wobec firm, które chcą uczestniczyć w budowie niemiecko-rosyjskiego gazociągu. Prawdopodobnie jednak nie jest to zasługa polskich ekspertów, zajmujących się stricte Rosją, a tych, którzy na cyferkach pokazali Amerykanom, ile mogą stracić, jeśli rosyjski gaz jeszcze bardziej zaleje Europę. W końcu Amerykanie również handlują tym surowcem, a nic tak nie przekonuje do stałych argumentów emocjonalnych, jak suche wyliczenia. Kłopot w tym, że aby tego dokonać, Polska musiała złożyć obietnicę zakupu gazu na wiele lat, i o ile, w okresie prosperity gospodarczej wypełnienie zobowiązań wydawało się wykonalne, to nie wiadomo czy uda się te plany utrzymać po koronawirusie. W świecie, z nowym prezydentem USA, Joe Bidenem, który podczas kampanii prezydenckiej w nieraz dał wyraz swej słabej orientacji w geopolityce, budząc jednocześnie obawy czy polska dyplomacja na pewno postąpiła słusznie, stawiając w budowaniu sojuszów na jedną amerykańską kartę.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.