Ukraińcy kupują Zachodowi czas – jak go wykorzystać?


Przebieg drugiej fazy wojny na Ukrainie, gdzie Rosja radzi sobie lepiej niż w pierwszym miesiącu, potwierdza, jak ważna jest ciężka artyleria oraz to co nad Wisłą praktycznie już nie występuje, a jest w zasięgu ręki.  Czego będzie potrzebować Polska w najbliższych tygodniach by zwiększyć swoje bezpieczeństwo?

Jerzy Mosoń: Nadzieje, że tzw. “wiejskie gry” w postaci partyzantów wyposażonych w NLAW czy Javeliny zapewnią sukces kolejnym zaatakowanym państwom to recepta na samobójstwo. Tym bardziej, że Rosjanie raczej nie popełnią już tych samych błędów, jak w przypadku pierwszych tygodni wojny z Ukraińcami, kiedy to stosowali szybkie rajdy bez odpowiedniego zabezpieczenia flanek. Dzięki temu Kijów nie padł w 72 godziny, czego obawiali się alianci, a armia Putina poniosła ciężkie straty.

Rzeźnik zmienił strategię
Ten czas, wraz z pojawieniem się nowego dowódcy generała Aleksandra Dwornikowa minął. Rosyjski watażka wsławił się w Syrii skutecznym i bezwzględnym prowadzeniem działań z użyciem ciężkiej artylerii. Podobnie postępuje w Ukrainie, sprawiając, że choć front przesuwa się powoli, a Rosjanie wciąż ponoszą straty, to jednak odnoszą sukcesy. Jeśli zatem ciężka artyleria z Zachodu nie dotrze na czas by wspomóc Kijów, to można spodziewać się zajęcia lwiej części tego kraju. Ukraińcom zaczyna brakować już bowiem odwodów, a to przy tak wyczerpującej obronie perspektywa porażki. Wniosek numer jeden z tej lekcji to: czołgów i armatohaubic nigdy zbyt wiele.

Ukraińska armia potrzebuje bardziej konkretnego wsparcia.

Dostęp do morza zobowiązuje
Również na przykładzie Ukrainy widać, że sama obrona nabrzeża to za mało – sytuacja Polski jest w tym zakresie bliźniaczo podobna do ukraińskiej. Potrzebne są okręty, w tym trudniej wykrywalne łodzie podwodne. Czy realizacja programu Miecznik zapewni wystarczające zasoby to już zupełnie inna rzecz. Ważne, że obecnie z jednym pływającym Gawronem sytuacja polskiej floty jest dramatyczna. Jeśli zatem polskie władze chcą zapewnić bezpieczne dostawy paliw do polskich portów to nie ma innej drogi jak wsparcie okrętów NATO do czasu odbudowy polskiej Marynarki Wojennej. Choć szczegóły nie są w tej kwestii znane szerokiej opinii publicznej to już teraz Polska może liczyć na kilka sojuszniczych jednostek, w tym tak potrzebne łodzie podwodne.

 Polska „laserowa kopuła”
Wreszcie obrona przeciwrakietowa i przeciwlotnicza. Ludobójstwo, którego dopuszcza się armia Putina wyraźnie pokazuje, że nie wystarczy chronić infrastrukturę krytyczną w postaci węzłów kolejowych, elektrowni czy składów paliw. Bez własnej “żelaznej kopuły” zabezpieczającej również obiekty cywilne obrona będzie niemożliwa. Warto tu podkreślić, że klasyczne pociski przeciwrakietowe nie są już wystarczająco skuteczne, a przede wszystkim są zbyt drogie by zgromadzić ich wystarczająco dużo wobec potencjalnego, zmasowanego ataku. Stąd potrzeba instalacji laserów dużej mocy tj. 300kW, nawet jeśli byłyby to najpierw konstrukcje jedynie stacjonarne zasilane z magazynów energii i sieci energetycznej. Przy budowie tych konstrukcji warto byłoby wykorzystać polskie badania nad laserami – nie musimy wszystkiego kupować… Centrum Techniki Laserowej – duma polskich badań mogłoby służyć ochronie życia ludzkiego również w inny sposób niż tylko w zastosowaniach medycznych.

 Ludzie muszą mieć gdzie się schować
Last but not least to schrony. Przykład Mariupola pokazuje jaki rodzaj bunkrów jest wystarczająco skuteczny by można było tam przetrwać nawet do dziesięciu tygodni i to wobec zmasowanego ataku. Miasta pozbawione podobnych schronów skazują swą ludność na zagładę. Niestety od dawna przy budowie obiektów użyteczności publicznej nie uwzględnia się potrzeb obrony cywilnej na wypadek wojny, a stare budynki nie są należycie konserwowane, aby ich piwnice mogły stanowić sensowną ochronę. Najbardziej jaskrawym przykładem braku wyobraźni decydentów w sytuacji zagrożenia atakiem jest warszawskie metro, którego budowa była doskonałą okazją do stworzenia dużej liczby schronów. Niestety w większości odcinków tychże, podziemne tunele zostały położone zbyt płytko, aby mogły być dla kogoś bezpieczną kryjówką. Dość powiedzieć, że najgłębsza stacja warszawskiego metra Metro Centrum Nauki Kopernik jest położona na głębokości 23 m i dziesięciu centymetrów. W Moskwie najgłębiej położona stacja leży 84 m pod ziemią.

Czy zdążymy zniechęcić agresora?
Największym problemem jest jednak nie fakt obecnych deficytów polskiego wojska czy obrony cywilnej, ale to, że powyższe wnioski powinny być dla władz zarówno centralnych jak i samorządowych znane od tygodni i skłaniać je do błyskawicznych działań. Tych jednak nie widać. Nie, nie dlatego, że prowadzone są w tak ścisłej konspiracji, ale dlatego, że ich nie ma bądź, pomijając zabiegi resortu Obrony w zasadzie nie występują. Obserwowane obecnie kontrole budynków użyteczności publicznej na okoliczność posiadanych w nich piwnic to działanie w najlepszym razie tylko dla pozoru. Takie dane dotyczące informacji, gdzie ludność cywilna mogłaby się schronić w razie wojny powinny być co roku aktualizowane i gromadzone w bazie danych każdego miasta, a nie zbierane ad hoc. Teraz jest czas na to, by nadrabiać inne zaległości: tworzyć nowe, piętrowe schrony jak ten w Mariupolu, wykorzystując korzystne ukształtowanie terenu, porozumieć się z sektorem prywatnym w kwestii technologii do budowy własnych dział laserowych dużych mocy, wymusić na NATO uzupełnienie braków w ciężkiej artylerii.
Ukraińcy przelewając codziennie krew kupują Zachodowi czas, ale ta sytuacja nie będzie trwać wiecznie.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”. Jest także reżyserem i producentem filmów oraz doradcą biznesowym.

Niemcy mają ukraińską krew na rękawiczkach!


I Chińczycy też… Napisałem, że Niemcy oraz Chiny maja krew na rękawiczkach, a nie na rękach, bo wszystko miało być zrobione w białych rękawiczkach. Za brutalną militarną agresją kryje się geopolityczny plan i intryga. To jest to, co Immnuel Kant nazywał noumenem, czyli, mówiąc prościej, istotą rzeczy. Martin Heidegger pisał: sens jest tym, co się nie pojawia.

Roman Mańka: Naocznie widzimy bestialski, bezpardonowy atak Rosji na Ukrainę, ale sens się nie pojawia, sens został ukryty głębiej. A sensem jest geopolityczna strategia, zmierzająca do wyparcia Stanów Zjednoczonych z Euro-Azji, osłabienia Polski, państw bałtyckich, krajów skandynawskich oraz innych wspólnot politycznych Europy Środkowo-Wschodniej.

Tę grę toczyli Chińczycy, Niemcy oraz Rosjanie, którzy mieli odgrywać  (i odgrywają w niej) rolę: kilerów.

Wbrew oficjalnym sojuszom
Amerykanie mieli zostać wypchnięci z Euro-Azji i spaść w globalnej hierarchii na czwartą pozycję, czyli poza “pudło”. Miał zostać uformowany nowy dominujący geopolityczny układ: Chiny – Rosja – Unia Europejska (a więc w praktyce: Niemcy).
Chiny ustawiły się do rządzenia Azją i Pacyfikiem, zaś Niemcy z Rosją – Europą.

Tak miało wyglądać nowe rozdanie globalnych kart.

Na przestrzeni ostatnich 20 lat, Niemcy bardzo intensywnie współpracowały z Rosją. Można powiedzieć, że niesymetrycznie wobec układów geopolitycznych, w których partycypują, łamiąc lojalność wobec Unii Europejskiej oraz NATO. Dla Niemców Rosja stała się jednym z najważniejszych, o ile nie najważniejszym partnerem gospodarczym.
Polityka Niemiec systematycznie, krok po kroku, prowadziła do osłabienia Ukrainy, a także całego regionu Środkowo-Wschodniej Europy. Projekty “Nord Steam I” oraz “Nord Stefam II” uzależniały Europę od rosyjskiego gazu i uniezależniały Rosję od Ukrainy, ominęły Polskę, jak również inne kraje. Jednocześnie, chciano zniszczyć polski węgiel i kopalnie. Kupując od Rosji gaz oraz inne surowce, Niemcy dozbrajały rosyjską armię.

Wyrzucić Amerykanów z Europy
Cała agresja Rosji wobec Ukrainy miała odbyć się szybko, przy milczącym wsparciu Chin oraz Niemiec, które uczestniczyły w tym projekcie niemilitarnie, a politycznie, w białych rękawiczkach, które teraz zostały splamione ukraińską krwią.
Intrygę, wymierzoną w Stany Zjednoczone, Europę oraz NATO, w Świat Euro-Atlantycki zdemaskowało bohaterstwo i poświęcenie Narodu Ukraińskiego.

Heidegger miał rację: “sens to jest to, co się nie pojawia”.

Działania Putina militarnie wycelowane są w Ukrainę, lecz politycznie w Stany Zjednoczone i Zachód. Rosyjski dyktator uważał, że tym ruchem (agresja wobec Ukrainy) przywróci rzeczywistość sprzed 1989 roku i wyniesie Rosję do statusu jednego z dwóch supermocarstw. Taki był jego cel: w Azji miały dominować Chiny; w Europie Rosja, blisko współpracująca z Niemcami. Amerykanie mieli zostać zepchnięci do głębokiej defensywy.

Biden ma jaja
Putin przeliczył się w trzech miejscach, a dwa pierwsze są ze sobą ściśle powiązane. Przede wszystkim nie docenił siły oporu Ukraińców, poświęcenia w walce o niepodległość własnej Ojczyzny, ich heroizmu oraz determinacji. Z tego wziął się drugi czynnik: działania Rosji nie okazały się operacją, łatwo i szybko przeprowadzoną, którą można było przedstawić Europie i Światu jako interwencję w obronie rzekomo prześladowanej rosyjskiej ludności. Ta okoliczność stworzyła problem dla Niemiec, które zostały zawstydzone i musiały dokonać ewolucji własnej postawy, zająć kategoryczne stanowisko.
W tym punkcie Putin pomylił się najbardziej. Spodziewał się, iż przedstawi Niemcom taki obraz wojny (w jego retoryce: operacji ratunkowej), który pozwoli im z zimną twarzą spacyfikować reakcję Unii Europejskiej i zneutralizować działania Stanów Zjednoczonych. Jednak w pewnym momencie, krytyczna czerwona linia została przekroczona, widok okrucieństwa oraz bestialstwa Rosjan na froncie spowodował, iż nawet Niemcy nie mogli wobec tej sytuacji przejść do porządku dziennego.
Trzecią rzeczą, która zaskoczyła Rosjan, a której Putin nie przewidział, była twarda polityka Ameryki. Putin błędnie ocenił obecnego prezydenta USA, tak jak w roku 1962, podczas kryzysu kubańskiego, Chruszczow – Kennye’go. Putinowi się wydawało, że Biden, to „dziaders”, ślamazarny staruszek, nieposiadający zdolności do zdecydowanej polityki. Pewnie na taką percepcję sytuacji złożyły się jesienne wydarzenia w Afganistanie, które były jeszcze pozostałością Donalda Trumpa, chociaż jego następca również nie ustrzegł się błędów i przegapił kluczowy moment.
To utwierdziło Putina w diagnozie, że Ameryka jest słaba, a Biden bezradny. I tu się właśnie Putin bardzo pomylił, bo Biden okazał się twardym graczem, facetem który mimo zaawansowanego wieku ma ciągle duże jaja.

Geopolityczna gra
Tak naprawdę, w głębszym ujęciu, bardziej strategicznym, w warstwie metapolitycznej, wojna w Ukrainie jest wojną Rosji i Chin ze Stanami Zjednoczonymi i Zachodem. W tym sensie, mentalnie jest to już III wojna światowa. Tyle tylko, że wobec Ameryki nie wszyscy sprzymierzeńcy są szczerze lojalni. Na pewno wiarygodna nie jest postawa Niemców. Ich zachowanie jest determinowane sytuacją, moralnie wymuszone, lecz nie wynika z ich geopolitycznych kalkulacji, ani sympatii. Cud dworu brandenburskiego już się kiedyś zdarzył.
Amerykanie w tej sytuacji nie mogli ustąpić. Gdyby to zrobili, utraciliby status globalnego supermocarstwa. Spadliby na pozycję numer trzy, a w dłuższym horyzoncie czasowym, może nawet cztery, zostając za Chinami, Rosją, a niewykluczone, że i za Niemcami. Tym bardziej, że domniemane, niedopowiedziane oczekiwania Putina były bardzo wysokie: wynosić się z wojskami NATO za Odrę, a w dalszej perspektywie za Ocean. W przeciągu kilku najbliższych lat, Pakt Północno-Atlantycki miał stać się bezużyteczny, stracić swoją funkcjonalność.

Lecz Putin i Niemcy przeliczyli się. I to bohaterstwo Narodu Ukraińskiego pokrzyżowało im szyki.

Szanse i zagrożenia
Z tego wszystkiego dwa efekty wynikają dla Polski. Jeden jest bardzo korzystny (o ile w sytuacji, kiedy giną ludzie, w ogóle można mówić o jakichś korzyściach); drugi zaś jest bardzo niekorzystny.
Po pierwsze, rozwój zdarzeń związanych z wojną w Ukrainie, spowodował, że – przynajmniej na jakiś czas – rozpadł się sojusz rosyjsko-niemiecki. Niemcy przyłączyli się do ostrych sankcji wobec Rosji. „Nord Stream II” nie ruszył. Być może gaz z Rosji do Niemiec w ogóle nie popłynie. Podczas walk w Ukrainie, rosyjscy żołnierze zabijani są niemiecką bronią, ich pancerfausty niszczą rosyjskie czołgi.

To musi pozostawić głęboką rysę na stosunkach rosyjsko-niemieckich.

Po drugie, i to jest właśnie dla Polski bardzo niebezpieczne, Niemcy wykorzystali obecną sytuację do radykalnego zwiększenia wydatków na rozbudowę oraz modernizację własnej armii. W ferworze agresji Rosji na Ukrainę, kanclerz federalny, Olaf Scholz zapowiedział, iż Niemcy będą przeznaczać 2 proc. własnego wzrostu gospodarczego (PKB) na rozwój Bundeswehry. Wzrost wojskowych oraz militarnych zdolności Niemiec, nie jest dla nas Polaków dobrą informacją. Kiedyś może dojść do sytuacji, w której, gdy w Stanach Zjednoczonych zdarzy się prezydent podobny do Trumpa, Amerykanie zostaną z Europy dyplomatycznie wyparci, albo sami się wycofają. Ich rolę przejmą wtedy Niemcy, którzy mogą podzielić się z Rosją strefami wpływów na Starym Kontynencie.

Asymetryczna sytuacja
Oczywiście dziś Niemcy są naszymi przyjaciółmi, ale żadne uczucie, zwłaszcza na gruncie polityki, nie musi trwać wiecznie. Powinniśmy starać się budować, jak najlepsze relacje z naszym zachodnim sąsiadem, lecz nie możemy być naiwni (bo w polityce największym grzechem jest naiwność), czyli musimy pamiętać o historii, o imperialnej polityce Piotra I oraz intrygach carycy Katarzyny i Fryderyka II przeciwko Polsce, i o II wojnie światowej. Jak mawiał Henri Kissinger: „najlepsza polityka, to polityka realna”.
Obawiam się, że wojna w Ukrainie jest ostatnim konfliktem, kiedy NATO występuje razem. W przyszłości, w ramach Paktu może dojść do poważnego napięcia interesów (co w przeszłości już się zdarzało), a to spowoduje, że pozornie scementowany dziś układ Euro-Atlantycki rozpadnie się.
Sytuacja, w której bezpieczeństwo Europy gwarantują państwa pozaeuropejskie jest asymetryczna, i ten czynnik kiedyś da o sobie mocno znać.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Putin może grać na kilka strategicznych efektów


Roman Mańka:  1) Zniszczenie Ukrainy, zrównanie z ziemią. Nawet, jeżeli Ukraina ocali niepodległość, w pierwszej fazie pogrąży się w głębokim kryzysie i długotrwałej odbudowie.

2) Efektem wtórnym, choć bardzo bezpośrednim jest zaatakowanie Polski oraz innych krajów Europy Śridkowo-Wschodniej i Europy w ogóle, falą uchodźców. Teraz społeczeństwo polskie okazuje głęboko moralny odruch, empatię i entuzjazm pomocy, lecz gdy opadnie “wojenny kurz, przyjdą realne problemy do rozwiązania i pojawi się kryzys. Wybuchną silne napięcia.

3) W wyniku pkt. 2 powstanie analogiczny do sytuacji pomiędzy pierwszą, a drugą wojną światową problem: bezpaństwowców, wędrujących mniejszości etnicznych. Spowoduje to w Polsce oraz Europie wzrost napięć, a także znaczenia ugrupowań i środowisk faszystowskich, prorosyjskich i finansowanych przez Rosję.

4) W rezultacie konfliktu interesów może nastąpić rozpad NATO oraz podziały w gronie Unii Europejskiej.

Takie założenie może wydawać się nieracjonalne, gdyż w pierwszej reakcji osiągnięto w obozie zachodnim, transatlantyckim jedność. W tego rodzaju sytuacjach, gdy media pokazują widok ginących ludzi, zabijanych dzieci, niszczonych miast, zawsze na początku pojawiają się reakcje emocjonalne i postawy moralne, ale później, kiedy ucichnie medialny szum, do głosu najczęściej dochodzi cynizm i kalkulacja interesów.

Do trzeciej wojny światowej (właściwie to drugiej, bo pierwsza i druga były tak naprawdę jednym wydarzeniem i tak w przyszłości historia je oceni) dojdzie wtedy, gdy rozpadnie się NATO, zaś Unia Europejska straci funkcjonalność.

5) W wyniku wojny w Ukrainie do głosu mogą dojść nieobliczalni gracze tacy, jak: Iran, Indie, Wenezuela, Seria, kraje arabskie, itp.

6) Demonstracja siły i pokaz bestialstwa. Brutalna agresja Rosji na Ukrainę jest swego rodzaju terrorystycznym przekazem psychologicznym. Za pomocą mediów ma obniżyć morale i zniszczyć mentalnie inne kraje (np. Polskę), które Rosja, być może, w przyszłości zamierza zaatakować. Jest to technika zarządzania globalnym strachem i celowe redukowanie przyszłego oporu.

7) Podsumowując, Putin, chce uruchomić procesy. Postawił na wojnę z Ukrainą i w ogóle na wojnę, bo wojna to najskuteczniejszy reset, za pomocą wojny najłatwiej zresetować geopolitykę.

Rosyjski dyktator postanowił wysadzić w powietrze postzimnowojenny świat, który ukształtował się po 1989 roku, albowiem uznał, iż pozycja Rosji jest słaba, a Rosja w powstałych warunkach traci status supermocarstwa na rzecz Stanów Zjednoczonych i Chin, i nie może się rozwijać.

Uznał, że po wojnie będzie miało miejsce nowe rozdanie kart, dużo korzystniejsze dla Rosji.

W wyniku drugiej wojny światowej, Niemcy choć ją przegrały, stały się, paradoksalnie, dużo silniejsze niż wcześniej.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Przyczajony Tygrys. Ukryty Smok – czyli co planuje Trump?

Mijają kolejne miesiące od wyborów w USA. Były Prezydent Donald Trump już nie stara się podważać ważności głosowania, które wskazało na Joe Bidena, ale tak jak obiecał swoim wyborcom nie składa też broni. O co dziś gra zdetronizowany polityk?

 Jerzy Mosoń: Nie ma wątpliwości, że z ostatnimi wyborami w USA było coś nie tak i nie chodzi tylko o zarzuty dotyczące fałszowania głosów czy też brak jedności wśród Republikanów w kwestii poparcia dla ich kandydata. Po raz pierwszy w historii media poprzez sposób relacjonowania kampanii tak otwarcie „zagłosowały” na swojego kandydata – Joe Bidena.

Duet dziadka i wnuczki kontra twardziel
Od początku kampanii przedwyborczej faworytem większości amerykańskich mediów był polityczny tandem złożony z ujmującego staruszka, Demokraty Joe Bidena i wspierającej go młodej prawniczki Kamalii Harris, budzącej z racji swego egzotycznego pochodzenia oczywiste resentymenty związane z kadencją pierwszego czarnego prezydenta USA Baracka Obamy. Ten swoisty marketingowy duet „dziadka i wnuczki” zdeklasował medialny wizerunek twardego konserwatysty budującego mury – ten fizyczny z Meksykiem, ale także gospodarcze z Chinami i z Iranem.

 Hollywood oddało głos
Po raz kolejny w USA zagłosował też przemysł filmowy stanowiący silną gałąź tamtejszej gospodarki. Tym razem nie było już tak żenująco, gdy kandydowała Hillary Clinton – aktorzy, reżyserzy, producenci odrobili lekcję z poprzedniej przegranej swojej kandydatki i pokazali zupełnie na poważnie, że nie zgodzą się na drugą kadencję konserwatysty.

W swoim filmie „Kevin sam w Nowym Jorku” nie chciał go nawet odtwórca głównej roli słynny świąteczny dzieciak – Macaulay Culkin. Aktor żądał publicznie by wyciąć ze słynnego hitu scenę, w której prawie 20 lat temu wystąpił razem z Donaldem Trumpem. To musiało boleć i było niezwykle skuteczne.

Donald Trump zachował polityczne ambicje, aby znów zostać przywódcą Ameryki.

 Media społecznościowe ocenzurowały kampanię
Trump nie przegrał jednak tylko dlatego, że nie lubi go mały Kevin i spółka. Pierwszą kadencję wygrał przecież, właśnie pomimo nagonki, jaką przeprowadziło na niego środowisko filmowe. Więcej, osiągnął sukces pomimo niechęci wielu Republikanów. Zwyciężył, bo miał to, czego zabrakło mu za drugim razem – pomimo zgromadzonego miliardowego majątku był symbolem oddolnego ruchu walczącego o rozbicie systemu, który w celu maksymalizacji zysków stosunkowo wąskiej grupy osób pozwala na przenoszenie środków produkcji z USA za granicę. Trump kupił wtedy rodaków hasłem „America First”. Ale miał szansę to zrobić, tylko dlatego, że był w stanie wykorzystać media społeczłościowe. Za drugim razem już mu się to nie udało, a symbolem niechęci właścicieli tych medialnych gigantów do Trumpa było pierwsze w historii zawieszenie konta Prezydenta na Twitterze.

Prezydencki portal jednak powstanie
Donald Trump zdaje się dostrzegać przyczyny porażki. Jesienią ogłosił, że zbuduje własną sieć medialną, w tym platformę mediów społecznościowych. Firma byłego prezydenta ma zadebiutować na giełdzie. Ale od początku. Platforma mediów społecznościowych będzie nazywać się „TRUTH Social”. Nowa aplikacja będzie pierwszym projektem w ramach firmy Trump Media and Technology Group (TMTG).

Medialna grupa Trumpa będzie mogła funkcjonować na Nasdaqu dzięki fuzji z Digital World Acquisition Group, która jest spółką SPAC. Cały biznes może mieć wartość nawet 1,7 mld USD – tak przynajmniej twierdzi rzeczniczka byłego prezydenta Liz Harrington.

Biden z mniejszym poparciem niż rywal
Ktoś może powiedzieć, że to wszystko za późno. Że Donald Trump niedługo zniknie z pamięci Amerykanów. Że podobnie jak Joe Biden nie jest już najmłodszym politykiem. Ale za Trumpem przemawia coraz więcej argumentów. Od czasu przegranych wyborów Demokraci nie byli w stanie wykreować nowego silnego lidera swojej partii. Kraj zarządzany przez nową administrację jest ogrywany gospodarczo przez Chiny, co pokazuje chociażby deficyt na rynku półprzewodników uderzający w amerykańskie firmy technologiczne, jak i geopolityczne – przez Rosją, która umiejętnie zarządza kryzysem na rynku paliw. Co więcej, amerykańska stopa inflacji w październiku była najwyższa od 31 lat!

Nie ma się zatem co dziwić, że obecnie Joe Bidena popiera mniej Amerykanów niż Donalda Trumpa w ostatnich miesiącach jego prezydentury. Niekorzystne dla Bidena wyniki badań opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych opublikował w grudniu portal FiveThirtyEight. Według badaczy, sędziwego prezydenta popiera obecnie tylko 36 proc. respondentów.

A co z Kamalą?
Warto jednak pamiętać, że Joe Biden nigdy nie był w pełni samodzielnym prezydentem, choć należałoby powiedzieć kandydatem na prezydenta. Razem z nim, niejako w tandemie walczyła Kamala Harris, której wieszczono zostanie następcą starszego kolegi jeszcze przed upływem pierwszej kadencji. Joe Biden jednak umiejętnie pozbył się rywalki z najbliższego otoczenia. Co prawda w listopadzie 2021 Kamala Harris na półtorej godziny przejęła obowiązki prezydenta USA, w czasie, gdy ten przechodził badania, to jednak przez ostatni rok nie była zbyt widoczna. Nic dziwnego, pani wiceprezydent od razu po objęciu władzy przez Bidena musiała zająć się niewdzięczną walką z nielegalną imigracją, a przecież to na „kolorowej” ludności Stanów Zjednoczonych miała ona budować swą popularność. Co więcej w połowie 2021 r. wokół Harris wybuchł skandal. Odpowiada za to głośny artykuł opublikowany przez „The Washington Post”, w którym prawniczka przedstawiona została jako tyranka. Dziennik dotarł do 18 osób, które skrytykowały jej sposób zarządzania i traktowania ludzi.

Atak na elity?
Gdyby zatem o fotel prezydenta USA znów w szranki miał stanąć Donald Trump to przeciwko sobie nie będzie miał już kryształowej Kamalii Harris, co znacząco ułatwi mu zadanie. Co jeszcze przemawia za Trumpem? Wszystkich kart były prezydent nie ujawnia. Ale kilka razy przed i w czasie prezydentury ujawniał informacje na temat elit, które jego zdaniem zarządzają światem, wypowiadając się o nich krytycznie. Czy wyciągnie przysłowiowego królika z kapelusza, a może użyje karty, która zmieni wszystko?

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów. 

Wspólnota na kredyt?


Skąd, z jakich źródeł Unia Europejska bierze pieniądze? To w ogromnej większości środki państw członkowskich (sygnatariuszy), redystrybuowane tylko przez wspólnotowe instytucje. Koronakryzys może jednak zmienić tę sytuację, two
rząc przy okazji nowy ośrodek władzy kierujący Wspólnotą? Czy jest się czego obawiać?

Jerzy Mosoń: Już w listopadzie 2020 r. spekulant George Soros próbował sprzedać UE swój autorski pomysł znalezienia nowego źródła dochodów dla państw Wspólnoty. Pierwsze podejście nie powiodło się, ale pomysł jest wciąż aktualny. Bo pieniędzy na pewno będzie brakować.

Gdy zabraknie środków
Wielu ludzi wciąż nie zastanawia się nad tym, skąd biorą się pieniądze w Unii Europejskiej. Tymczasem ma to zasadnicze znaczenie ze względu na rodzaj podejmowanych decyzji we Wspólnocie oraz w odniesieniu do poziomu suwerenności państw członkowskich. Status quo, zgodnie z którym formalnie poziom decyzyjności w UE zależy w dużej mierze od liczebności państwa, a faktycznie jest mocno związany z wysokością wpłacanych składek może ulec korekcie, i to jeszcze zanim Polska stanie się w Unii płatnikiem netto. Czyhający za rogiem koronakryzys bez wątpienia zmniejszy bowiem dostępność pieniądza, a to z kolei wytworzy pokusę szukania środków na rynkach finansowych. I tu niczym bumerang wraca pomysł Sorosa.

Dług do końca świata
W pierwotnym zamyśle finansisty jego nowa idea miała stanowić rozwiązanie problemu wytworzonego w następstwie zapowiedzianego przez Warszawę i Budapeszt weta względem nowego budżetu Wspólnoty. Jak wiadomo konsekwencją nieprzyjęcia Wieloletnich Ram Finansowych (na lata 2021-2027) byłoby tzw. prowizorium budżetowe oznaczające de facto brak finansowania nowych inwestycji ze środków unijnych oraz konieczność rezygnacji z funduszu odbudowy gospodarki europejskiej po pandemii koronawirusa.

Finansista, szukając rozwiązania dla Europy wymyślił emisję obligacji wieczystych, od których spłacane byłyby tylko odsetki. Wspaniale! Haczyk tkwi w terminie: spłata miałaby trwać do końca świata. Oraz w źródle finansowania: należałoby bardzo mocno związać UE z rynkami finansowymi, skądś bowiem trzeba byłoby te pieniądze pozyskać.

Brak weta to nie koniec
Choć widmo weta udało się zażegnać to pomysł Sorosa może być wciąż aktualny, nawet jeśli miliarder przed kamerami rozpacza z powodu zawartego kompromisu na linii Warszawa – Budapeszt – Berlin, i straconej przez to szansy związania już teraz budżetu unijnego z rynkami finansowymi. Nowy budżet UE jest bardzo wysoki i wynosi około 1.8 bln euro, a sam Fundusz Odbudowy to 750 mld euro. Przy czym trzeba wziąć pod uwagę, że UE będzie biedniejsza nie tylko o konsekwencje trwającej pandemii, ale tez w następstwie odejścia jednego z członków tj. Wielkiej Brytanii. Być może zawierane właśnie umowy handlowe między Brukselą a Londynem nieco zmniejszą te straty, ale na pewno nie wypełnią w całości luki powstałej wskutek straty jednego z najbogatszych państw Wspólnoty. Nie ma też co raczej liczyć na to, że mieszkańcy UE z dnia na dziej staną się patriotami kontynentalnymi i zamiast kupować znacznie tańsze produkty chińskie postawią na rozwiązania europejskie.

Jak się zadłużać?
Brakujące Europie środki są jednak łatwo dostępne. Pomóc mogą banki, instytucje finansowe, rozmaite fundusze inwestycyjne. UE może zadłużać się jako Wspólnota, ale też poprzez swych członków np. drogą emisji obligacji państwowych czy też poprzez kredyty i pożyczki zaciągane przez Ministra Finansów jak ma to miejsce w Polsce. Wygląda to tak, że zgodnie Art. 80. Ustawy z dnia 27 sierpnia 2009 r. o finansach publicznych:

Skarb Państwa może zaciągać pożyczki i kredyty wyłącznie na finansowanie potrzeb pożyczkowych budżetu państwa, z zastrzeżeniem art. 81.

Jak to zwykle bywa, kluczowy jest jednak właśnie ten kolejny, bo 81. artykuł, dający znacznie większe możliwości zadłużania się państwa, jak również ratowania budżetu innego kraju członkowskiego.

Z punktu widzenia zależności państwa, czym innym będzie jednak zaciąganie kredytu od Wspólnoty Europejskiej dysponującej własnymi pieniędzmi aniżeli od organizacji, która kredytowana jest przez zewnętrzne podmioty.

Wierzyciel ma władzę
Zmiana źródła pochodzenia pieniądza niesie ze sobą szereg niebezpieczeństw. Najłatwiej wytłumaczyć to na przykładzie samochodu/mieszkania na kredyt – aż do ostatniej raty przedmiot zakupu jest własnością banku. W przypadku zadłużonej do końca świata UE wszelkie noworozpoczęte inwestycje np. infrastrukturalne byłyby własnością banku lub właściwego funduszu, a opuszczenie struktur Wspólnoty jak to ma miejsce obecnie w przypadku Wielkiej Brytanii graniczyłoby z cudem bądź wiązałoby się z koniecznością wypłat ogromnych odszkodowań na rzecz podmiotu finansującego inwestycje.

Mandaty europosłów, podobnie jak głosy w Radzie Unii Europejskiej miałyby tylko formalne znaczenie, bowiem kluczowe decyzje podejmowane byłyby nawet nie tyle przez najbogatsze państwa, a przez zarządy międzynarodowych korporacji.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Dlaczego Polska i Rosja wojują?

Historia wojen polsko-rosyjskich sięga Średniowiecza. Ze względu na długoletnie, trudne relacje ze wschodnim sąsiadem, Polacy to najlepsi eksperci od Rosji, choć Zachód, dla którego polityka Moskwy bywa równie kłopotliwa, jak dla Warszawy, nigdy w wystarczającym stopniu nie chciał korzystać z tej wiedzy. Dlaczego? Czy niechęć zachodniej dyplomacji wobec polskiego pośrednictwa w stosunkach z Moskwą, może mieć obiektywne przesłanki?

Jerzy Mosoń: Twierdzenie, że za fatalne kontakty polsko-rosyjskie odpowiada tylko jedna ze stron sporu jest fałszywe, jakkolwiek trzeba mieć na uwadze umiar w ocenie krzywd i win obydwu krajów. Z kolei, przyznanie się do tego przez stronę polską stanowiłoby zbyt duże ryzyko dla strategii dyplomatycznej Warszawy w relacjach z Europą Zachodnią oraz Waszyngtonem. Kłopot w tym, że zachodni politycy mają świadomość złożoności relacji polsko-rosyjskich, więc poczytują postawę Polski, która przedstawia się jako historyczna ofiara „Niedźwiedzia ze Wschodu”, jako słabość. Może, gdyby Polacy byli Żydami, to udałoby się przekonać Świat do holocaustu narodu polskiego z rąk rosyjskich, ale to niemożliwe, więc czas przemyśleć nowe podejście, biorąc pod uwagę obecny stan izolacji polskiej myśli dyplomatycznej oraz pewne historyczne prawdy.

Polska ekspansywna
Najpierw trochę historii. Gdy Rzeczpospolita była już nieźle zorganizowanym państwem to ludy, które dziś określamy Rosją, były, mówiąc oględnie, w fazie dość wczesnego rozwoju.

Już wtedy, tj. za czasów Mieszka I, toczyła się rywalizacja z Rusinami o ziemie ważne z punktu widzenia relacji handlowych, w szczególności dla transkontynentalnego szlaku z Europy zachodniej na Bliski Wschód, który prowadził z Andaluzji poprzez Francję, Niemcy, czeską Pragę, Bramę Morawską, Kraków oraz Bramę Przemyską do Morza Czarnego i Kijowa, a nawet dalej, na Bliski i Daleki Wschód. Dopiero jednak w okresie Kazimierza Wielkiego, wschodnia granica kraju zaczęła wykraczać daleko poza Bug. Jeszcze przed zawarciem unii polsko-litewskiej, Kazimierz Wielki dał początek ekspansji Polski w kierunku wschodnim, zajmując Grody Czerwieńskie. Zakończył tym samym kilkuwiekowe zmagania z władcami Rusi Kijowskiej, a następnie Halicko-Włodzimierskiej. Od tej pory Polska miała na Wschodzie wielkiego wroga. Ta niechęć została pogłębiona wydarzeniami z początku XVII wieku, kiedy to 29 października 1611 roku, zdetronizowany przez Polaków car Wasyl IV złożył hołd królowi Zygmuntowi III Wazie.

Warto pamiętać o tym, że Rosjanom tak bardzo doskwierała polska okupacja, że w dniu 4 listopada (święto cerkiewne Matki Boskiej Kazańskiej), każdego roku, w rocznicę udanego powstania przeciw Polakom z dnia 7 listopada 1612 r. obchodzą święto narodowe, pod nazwą Dzień Jedności Narodowej.

Jak trudno podpić Rosję
W opinii ekspertów z zakresu geopolityki, Rosja jest krajem bardzo trudnym do zdobycia, m.in. ze względu na swe położenie geograficzne. Od strony zachodniej tym newralgicznym terenem dla obcych wojsk ma być Nizina Środkowoeuropejska, tak rozległa, że stworzenie sprawnie działających linii zaopatrzeniowych wydaje się niemożliwe. Tym bardziej fakt z jaką łatwością udało się wejść Polakom do Moskwy i zaprowadzić tam swoje rządy, musi budzić u Rosjan niechęć oraz strach względem swego sąsiada. Znakomity dziennikarz i ekspert w obszarze stosunków międzynarodowych, Tim Marschall, był łaskaw napomknąć w swej książce „Więźniowie geografii” o tym, że Polakom udało się przekroczyć Nizinę Europejską. Zestawił ten sukces z krótkotrwałym pobytem Szwedów, Napoleona oraz Hitlera na ziemiach rosyjskich. Gdyby jednak wykazał się większą dbałością o szczegóły musiałby przyznać, że tylko polskim wojskom udało się na kilka lat sparaliżować strategiczną część państwa ówczesnych Rosjan. Mają tego świadomość sami Rosjanie, dlatego w kolejnych wiekach, sednem polityki zagranicznej Moskwy, stała się „gra” na osłabienie swojego zachodniego sąsiada, jako jedynego państwa realnie potrafiącego zagrozić istnieniu imperium. Również w nowym milenium Moskwa nie zmieniła swej polityki względem Warszawy, prowadząc zręczną grę z Paryżem, Berlinem i Londynem, gdzie na samym końcu stratna symbolicznie bądź gospodarczo ma być Polska.

Ostatni sukces w Gruzji
W ostatnich dwudziestu latach, Polska już nie raz została upokorzona poprzez odrzucenie jej pośrednictwa w rozwiązaniu konfliktów, w których brała udział Rosja, a to właśnie sprawność dyplomatyczna państwa, świadczy dziś o jego realnej sile. O ile jednak w przypadku wojny rosyjsko-gruzińskiej, brawurowa szarża nieżyjącego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który ryzykując życie, wraz kilkoma innymi przywódcami Europy Środkowej i Wschodniej, zapobiegł rosyjskiemu „Blitzkriegowi”, a także nie pozwolił tym samym na marginalizowanie polskiej dyplomacji, to w przypadku ataku na Ukrainę, Polakom już nie udało się skutecznie zareagować. Warto przy okazji zaznaczyć, że wbrew temu, co Gruzini i Polacy sądzą o zasługach ś.p. Lecha Kaczyńskiego, w kwestii powstrzymania Rosji, to w Europie Zachodniej dominuje przeświadczenie o tym, że decydująca w wygaszeniu rosyjsko-gruzińskiego konfliktu z 2008 roku, była „umiarkowanie udana” misja prezydenta, ale nie Polski a Francji, Nicolasa Sarkozy’ego, który miał doprowadzić do końca „wojny pięciodniowej”. Umiarkowanie udana, bo dyplomacja francuska nie zapobiegła zmianom na mapie i konieczności migracji ponad 150 tysięcy Gruzinów. Tak naprawdę jednak dyplomacja francuska została rozegrana przez Kreml, ale historię piszą najsilniejsi.

Ukraińska izolacja
Lecz najważniejsze jest to, że w kolejnym konflikcie, w którym agresorem była Rosja, polska dyplomacja nie miała już zbyt wiele do powiedzenia. Niektórzy komentatorzy mogą z perspektywy czasu odczytywać, że odsunięcie Polski jako pośrednika, po ataku Rosji na Ukrainę w 2014 roku, było największą porażką polityki zagranicznej gabinetu Donalda Tuska. Problem w tym, że o polskie pośrednictwo w rozwiązaniu tego konfliktu nie zabiegał sam Kijów, a przynajmniej, nie w takim stopniu, jak czynił to prezydent Gruzji, Micheil Saakaszwili, sześć lat wcześniej. Trzeba mieć też na uwadze, histeryczne słowa ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, wypowiedziane u progu konfliktu, do ukraińskich opozycjonistów: „Jeśli nie poprzecie tego porozumienia, będziecie mieli stan wojenny, będziecie mieli wojsko, wszyscy będziecie martwi”. Słowa te zakończyły de facto dyplomatyczną rolę Polski, jako potencjalnego rozjemcy. Można zatem spekulować czy pozycja Polski od 2008 do 2014 roku spadła tak bardzo za sprawą ogólnej słabości Polski, czy jednak decydujące okazały się pojedyncze akcje polityków – jedna niebezpieczna, ale skuteczna, druga histeryczna i wyłączająca? Tego nie dowiemy się nigdy. Faktem niezaprzeczalnym jest izolowanie polskiej dyplomacji od konfliktów, w których uczestniczy Rosja. A to już niebezpieczne z punktu widzenia, nie tylko strat symbolicznych, lecz także interesów gospodarczych Polski.

Gaz i polityka
Gdyby Zachód ufał bardziej temu, co polscy eksperci wiedzą o rosyjskich zamiarach, to pewnie żadne „łapówki” nie miałyby szansy przekonać decydentów z Zachodu, że nie ma zagrożenia w związku z budową Nord Stream II – zdają się komunikować polscy politycy. W takiej sytuacji pozostaje uwierzyć, straszącym albo poprosić ich o dowody. Trudno powiedzieć, co takiego zadziało się za kadencji prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa, że administracja amerykańska uwierzyła i wprowadziła sankcje wobec firm, które chcą uczestniczyć w budowie niemiecko-rosyjskiego gazociągu. Prawdopodobnie jednak nie jest to zasługa polskich ekspertów, zajmujących się stricte Rosją, a tych, którzy na cyferkach pokazali Amerykanom, ile mogą stracić, jeśli rosyjski gaz jeszcze bardziej zaleje Europę. W końcu Amerykanie również handlują tym surowcem, a nic tak nie przekonuje do stałych argumentów emocjonalnych, jak suche wyliczenia. Kłopot w tym, że aby tego dokonać, Polska musiała złożyć obietnicę zakupu gazu na wiele lat, i o ile, w okresie prosperity gospodarczej wypełnienie zobowiązań wydawało się wykonalne, to nie wiadomo czy uda się te plany utrzymać po koronawirusie. W świecie, z nowym prezydentem USA, Joe Bidenem, który podczas kampanii prezydenckiej w nieraz dał wyraz swej słabej orientacji w geopolityce, budząc jednocześnie obawy czy polska dyplomacja na pewno postąpiła słusznie, stawiając w budowaniu sojuszów na jedną amerykańską kartę.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Skok na przywództwo

undefinedFot: pixabay.com

Niedobrze dzieje się w cywilizacji Zachodu. Zagrożenia migracyjne, konfrontacyjna postawa Korei Północnej czy zbrojąca się Rosja, to wszystko powinno raczej skłaniać do szukania wspólnego mianownika, tymczasem ostatnie miesiące potwierdzają budowę dwóch konkurencyjnych wobec siebie centrów świata Zachodu. Kto może skorzystać na bratobójczym sporze, a dla kogo rywalizacja Waszyngtonu z Berlinem może okazać się zbyt kosztowna?

Jerzy Mosoń – Gdy podczas 72. sesji Zgromadzenia Narodowego Organizacji Narodów Zjednoczonych prezydent USA Donald Trump znów stawiał za wzór patriotyzmu Polskę, Wielką Brytanię i dość niespodziewanie Francję, to wobec pominięcia w gronie faworytów (kolejny raz) Niemiec, jasne stało się, że tym razem było to dyplomatyczne „puszczenia oka” do Francuzów. Ale jak to mówią Jankesi „Wthat’s the deal”? Przecież oś Berlin-Paryż to miał być nierozrywalny trzon Unii Europejskiej, a w przyszłości być może nawet centrum całego Zachodu. Z drugiej strony, czy naprawdę Paryż jest tak istotny, że prezydent Donald Trump odważy się podjąć próbę wyrwania go z objęć Berlina? Wskutek kryzysu z Koreą Północną odpowiedź na to pytanie może się opóźnić, ale od początku. Czytaj dalej Skok na przywództwo

Piłkarski poker dyplomatów

undefinedFot: pixabay.com

Nasza dyplomacja wciąż nie wykorzystuje „darów losu”, które mogłyby przenieść Polskę do pierwszej ligi światowej polityki. Być może te szanse nie są nawet zauważane przez establishment. Tymczasem popularne powiedzenie z piłkarskiego świata mówi: „niewykorzystane sytuacje się mszczą”.

Jerzy Mosoń – Sprawdźmy zatem czy mamy szanse zdobyć kilka bramek w polityce międzynarodowej i awansować do ekstraklasy. A jeśli tak, to przygotujmy akcje, które nie narażą nas na zgubne kontry przeciwników. Czytaj dalej Piłkarski poker dyplomatów

Rozgrywka o miejsca strategiczne

undefinedFot: golden-gate-bridge/pixabay.com

Zachodni Pacyfik, Krym, Europa Środkowo-Wschodnia, Syria – to dziś kluczowe obszary, o które grę toczą dwa największe światowe mocarstwa. Od jej rozstrzygnięcia zależeć będzie światowy pokój.

Jerzy Mosoń – Gdy w połowie grudnia 2016 roku prezydent Władimir Putin, po dwuletniej izolacji Rosji spowodowanej agresją na Ukrainę, odwiedził Japonię, wiadome było, że kolejny ruch będzie należał do Waszyngtonu. Stało się: na początku nowego roku pierwszy z 16 ultranowoczesnych i najdroższych na świecie samolotów F-35s wylądował na japońskiej wyspie Honsiu. Czytaj dalej Rozgrywka o miejsca strategiczne

Polska strategiczną Trump-oliną globalnego bezpieczeństwa

undefinedFot: luck/pixabay.com

Amerykańscy wyborcy zerwali w minionym roku niepisaną umowę, ograniczającą przez lata demokratyczny wybór obywateli tego kraju do dwóch – w ostatnim ćwierćwieczu coraz bardziej lewicujących, a tym samym, co raz mniej różniących się od siebie – obozów. Zadali tym samym potężny cios globalnemu porządkowi, zdominowanemu przez rządy liberalnej lewicy.

Jerzy Mosoń – Jak świat odnajdzie się w nowych warunkach gry, gdzie ambicje narodów znów zyskują na znaczeniu, kosztem otwartości na innych? Czy Polacy powinni patrzeć w przyszłość z nadzieją czy z obawami? Czytaj dalej Polska strategiczną Trump-oliną globalnego bezpieczeństwa