Prasa na ropie

Czy inwestowanie w media przez PKN Orlen ma sens? Co nafciarze mogą osiągnąć w prasie i na czym są w stanie się sparzyć?

Jerzy Mosoń: PKN Orlen ogłosił w grudniu 2020 r., że kupuje wydawnictwo Polska Press Grupa, należące do niemieckiej Verlagsgruppe Passau. Transakcja ma wielowymiarowy charakter – biznesowy ze względu na cele jakie w sprzedaży detalicznej chce osiągnąć koncern, wysoki koszt zakupu, a także wyzwanie jakim jest utrzymanie wielu redakcji w dobie koronakryzysu. Nie mniej ważny jest też aspekt polityczny tej decyzji, bo przejęcie kilkuset tytułów, w tym istotnej części mediów regionalnych wpisuje się w apele środowisk prawicowych dotyczące potrzeby repolonizacji mediów. Przeciwstawiają się im opinie szczególnie lobby lewicowo-liberalnego, które obawia się upolitycznienia mediów przejętych przez państwową spółkę. Wątpliwości mają też wydawcy, lokalnej, niezależnej prasy, której już wcześniej trudno było konkurować z Polska Press, a nowy właściciel może tę sytuację jeszcze pogorszyć.

Synergia działań
Eksperci zajmujący się inwestycjami, branża PR oraz medioznawcy zastanawiają się od kilku tygodni nad tym, w jaki sposób zakup Polska Press wpłynie na wyniki sprzedaży paliw polskiego giganta oraz jego wizerunek? Czy da się zrealizować cele, jakie deklaruje Orlen tj. „plan wzmocnienia sprzedaży detalicznej, stworzenie elastycznej, spersonalizowanej i kompleksowej oferty dla klientów, zoptymalizowanie kosztów marketingowych oraz uzyskanie dostępu do big data?” Warto w tym kontekście mieć na uwadze jeszcze jedno przejęcie Orlenu. Niedawno spółka paliwowa nabyła dystrybutora prasy Ruch S.A., co czyni zakup części mediów – tytułów prasowych znacznie bezpieczniejszą, ponieważ zarząd wydawnictwa nie będzie musiał martwić się o nadziały, nawet jeśli sprzedaż tytułów będzie okresowo spadać. Jeśli dodamy do tego fakt, że Orlen posiada także własny, choć budowany od niedawna dom mediowy Sigma Bis to ryzyko zakupu tak wielu tytułów okazuje się jeszcze niższe.

Co jest w pakiecie?
Moloch PKN Orlen przejmuje wydawcę, który w 2019 r. osiągnął przychody przekraczające 398,4 mln zł. Polska Press posiada 20 z 24 wydawanych w Polsce dzienników regionalnych oraz blisko 120 tygodników lokalnych. Zasięg prasy to 15 z 16 województw w Polsce i blisko 17.4 mln odbiorców/czytelników – tyle deklaruje Mediapanel. Do Grupy należy 500 witryn online, co czyni ją liderem polskiej sieci w obszarze informacji i publicystyki oraz w kategorii informacji lokalnych i regionalnych. Orlen przejmuje też drukarnie Grupy, które przydadzą się nie tylko jako element kontroli kosztów drukowania prasy, ale może obniżyć także dotychczasowe wydatki innych podmiotów należących do firmy tj. ulotek, faktur, katalogów.

Zagrożenia dla biznesu
Choć spółka zapewnia, że zakup Polska Press został poprzedzony analizą rynku to warto się zastanowić, czy na pewno nafciarze zdają sobie sprawę ze wszystkich zagrożeń i wyzwań z jakimi będą musieli się zmierzyć jako właściciele tak wielu tytułów na bardzo trudnym rynku. Co prawda wyniki Polska Press za 2019 r. mogą napawać optymizmem, ale informują one na sytuacji sprzed pandemii koronawirusa. Rynek reklamowy w 2020 r. skurczył się; jak bardzo? – Na to pytanie odpowiedzą dane publikowane od końca stycznia. Co więcej sytuacji prasy lokalnej jest bardzo ciężka i kolejne lata na pewno tego nie zmienią. Orlen będzie musiał podjąć bardzo trudne decyzje: czy dotować deficytowe redakcje czy zdecydować się na restrukturyzację i zwolnienia? Obie decyzje mogą okazać się bardzo kosztowne, nie tylko wizerunkowo.

Co z reklamami?
Nafciarze powinni mieć też świadomość jak wyglądają przepływy finansowe w prasie regionalnej i lokalnej. Znaczna ich część zależy od sympatii samorządowców. I w tej redystrybucji środków publicznych nie pomoże ani władza centralna ani nowy dom mediowy Orlenu, bo władzę w większych i średnich miastach ma opozycja. Z kolei fundusze, którymi może operować samorząd wiejski, gdzie rządzi PiS są zbyt małe, aby zaspokoić oczekiwania wydawców lokalnych.

Orlen musi zatem spodziewać się odpływu wpływów reklamowych i to już w 2021 r. Sygnałem ostrzegawczym dla nafciarzy powinny być także zapowiedzi bojkotu nie tylko kupionej przez nich prasy, ale też korzystania ze stacji Orlen i Lotos w ramach sprzeciw wobec upolitycznienia prasy. Jeśli te groźby potwierdzą się w działaniu znacznej grupy osób Orlen stanie przed bardzo trudnymi decyzjami, łącznie z koniecznością odsprzedaży Grupy.

Pytanie: czy taka konieczność nie będzie jednocześnie szansą na tzw. ucieczkę do przodu. Jeśli bowiem za kilka lat Prawo i Sprawiedliwość przegra wybory do Parlamentu, a w rękach Orlenu pozostaną media to będą one mogły posłużyć obecnej opozycji do tworzenia własnej narracji, szkodliwej względem całej zjednoczonej prawicy.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Wspólnota na kredyt?


Skąd, z jakich źródeł Unia Europejska bierze pieniądze? To w ogromnej większości środki państw członkowskich (sygnatariuszy), redystrybuowane tylko przez wspólnotowe instytucje. Koronakryzys może jednak zmienić tę sytuację, two
rząc przy okazji nowy ośrodek władzy kierujący Wspólnotą? Czy jest się czego obawiać?

Jerzy Mosoń: Już w listopadzie 2020 r. spekulant George Soros próbował sprzedać UE swój autorski pomysł znalezienia nowego źródła dochodów dla państw Wspólnoty. Pierwsze podejście nie powiodło się, ale pomysł jest wciąż aktualny. Bo pieniędzy na pewno będzie brakować.

Gdy zabraknie środków
Wielu ludzi wciąż nie zastanawia się nad tym, skąd biorą się pieniądze w Unii Europejskiej. Tymczasem ma to zasadnicze znaczenie ze względu na rodzaj podejmowanych decyzji we Wspólnocie oraz w odniesieniu do poziomu suwerenności państw członkowskich. Status quo, zgodnie z którym formalnie poziom decyzyjności w UE zależy w dużej mierze od liczebności państwa, a faktycznie jest mocno związany z wysokością wpłacanych składek może ulec korekcie, i to jeszcze zanim Polska stanie się w Unii płatnikiem netto. Czyhający za rogiem koronakryzys bez wątpienia zmniejszy bowiem dostępność pieniądza, a to z kolei wytworzy pokusę szukania środków na rynkach finansowych. I tu niczym bumerang wraca pomysł Sorosa.

Dług do końca świata
W pierwotnym zamyśle finansisty jego nowa idea miała stanowić rozwiązanie problemu wytworzonego w następstwie zapowiedzianego przez Warszawę i Budapeszt weta względem nowego budżetu Wspólnoty. Jak wiadomo konsekwencją nieprzyjęcia Wieloletnich Ram Finansowych (na lata 2021-2027) byłoby tzw. prowizorium budżetowe oznaczające de facto brak finansowania nowych inwestycji ze środków unijnych oraz konieczność rezygnacji z funduszu odbudowy gospodarki europejskiej po pandemii koronawirusa.

Finansista, szukając rozwiązania dla Europy wymyślił emisję obligacji wieczystych, od których spłacane byłyby tylko odsetki. Wspaniale! Haczyk tkwi w terminie: spłata miałaby trwać do końca świata. Oraz w źródle finansowania: należałoby bardzo mocno związać UE z rynkami finansowymi, skądś bowiem trzeba byłoby te pieniądze pozyskać.

Brak weta to nie koniec
Choć widmo weta udało się zażegnać to pomysł Sorosa może być wciąż aktualny, nawet jeśli miliarder przed kamerami rozpacza z powodu zawartego kompromisu na linii Warszawa – Budapeszt – Berlin, i straconej przez to szansy związania już teraz budżetu unijnego z rynkami finansowymi. Nowy budżet UE jest bardzo wysoki i wynosi około 1.8 bln euro, a sam Fundusz Odbudowy to 750 mld euro. Przy czym trzeba wziąć pod uwagę, że UE będzie biedniejsza nie tylko o konsekwencje trwającej pandemii, ale tez w następstwie odejścia jednego z członków tj. Wielkiej Brytanii. Być może zawierane właśnie umowy handlowe między Brukselą a Londynem nieco zmniejszą te straty, ale na pewno nie wypełnią w całości luki powstałej wskutek straty jednego z najbogatszych państw Wspólnoty. Nie ma też co raczej liczyć na to, że mieszkańcy UE z dnia na dziej staną się patriotami kontynentalnymi i zamiast kupować znacznie tańsze produkty chińskie postawią na rozwiązania europejskie.

Jak się zadłużać?
Brakujące Europie środki są jednak łatwo dostępne. Pomóc mogą banki, instytucje finansowe, rozmaite fundusze inwestycyjne. UE może zadłużać się jako Wspólnota, ale też poprzez swych członków np. drogą emisji obligacji państwowych czy też poprzez kredyty i pożyczki zaciągane przez Ministra Finansów jak ma to miejsce w Polsce. Wygląda to tak, że zgodnie Art. 80. Ustawy z dnia 27 sierpnia 2009 r. o finansach publicznych:

Skarb Państwa może zaciągać pożyczki i kredyty wyłącznie na finansowanie potrzeb pożyczkowych budżetu państwa, z zastrzeżeniem art. 81.

Jak to zwykle bywa, kluczowy jest jednak właśnie ten kolejny, bo 81. artykuł, dający znacznie większe możliwości zadłużania się państwa, jak również ratowania budżetu innego kraju członkowskiego.

Z punktu widzenia zależności państwa, czym innym będzie jednak zaciąganie kredytu od Wspólnoty Europejskiej dysponującej własnymi pieniędzmi aniżeli od organizacji, która kredytowana jest przez zewnętrzne podmioty.

Wierzyciel ma władzę
Zmiana źródła pochodzenia pieniądza niesie ze sobą szereg niebezpieczeństw. Najłatwiej wytłumaczyć to na przykładzie samochodu/mieszkania na kredyt – aż do ostatniej raty przedmiot zakupu jest własnością banku. W przypadku zadłużonej do końca świata UE wszelkie noworozpoczęte inwestycje np. infrastrukturalne byłyby własnością banku lub właściwego funduszu, a opuszczenie struktur Wspólnoty jak to ma miejsce obecnie w przypadku Wielkiej Brytanii graniczyłoby z cudem bądź wiązałoby się z koniecznością wypłat ogromnych odszkodowań na rzecz podmiotu finansującego inwestycje.

Mandaty europosłów, podobnie jak głosy w Radzie Unii Europejskiej miałyby tylko formalne znaczenie, bowiem kluczowe decyzje podejmowane byłyby nawet nie tyle przez najbogatsze państwa, a przez zarządy międzynarodowych korporacji.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Polscy Demokraci i Republikanie


System polityczny danego kraju jest lustrzanym odbiciem sposobu myślenia, który reprezentują jego obywatele. W Polsce sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Fakt sąsiadowania z Niemcami powoduje, że system polityczny nad Wisłą ciąży w kierunku systemu kanclerskiego, z kilkoma partiami politycznymi i raczej tylko reprezentacyjną rolą prezydenta. Jednak sympatia narodu polskiego do USA przejawia się z kolei dominującą od ponad dekady tendencją idącą w drugą stronę, gdzie o władzę rywalizują dwa ugrupowania polityczne, a na czele państwa stoi prezydent. Która z wizji wygra?

Jerzy Mosoń: Polskim obywatelom będzie coraz trudniej funkcjonować w świecie tzw. demokracji liberalnej, w granicach, jakie zapewnia wyborcom obecny system polityczny. Konflikty między prezydentem a premierem w sytuacji, gdy obaj urzędnicy reprezentują konkurujące partie są nieuniknione. A to z kolei w skrajnych przypadkach będzie uniemożliwiało sprawne rządzenie – tak potrzebne w okresie szybkich zmian, niepokojów społecznych, nowych chorób i wzrostu napięć między państwami.

Jeszcze większą rolę w kwestii kształtowania się systemu politycznego w Polsce może jednak odegrać sposób finansowania partii politycznych. Od lat sprzyja on dużym, ugruntowanym na scenie politycznej ugrupowaniom, spychając na dalszy plan mniejsze ugrupowania i w zasadzie uniemożliwiając rozwój małym graczom.

Dwa obozy wciąż z nieukształtowanymi ideami
Od kilkunastu lat możemy zaobserwować w Polsce zaostrzenie rywalizacji w polskiej polityce między dwoma głównymi obozami, które w skrócie można by określić jako: liberalny i konserwatywny. Choć dawne podziały na postkomunistów i obóz solidarnościowy nie zniknęły to ustępują miejsca nowym osiom sporu, związanym z próbą zmiany wartości, roli państw i organizacji we współczesnym świecie, a także znaczenia narodów.

Twierdzenie, że obóz pierwszy to ten reprezentowany przez Platformę Obywatelską, a konserwatywny to Prawo i Sprawiedliwość jest zbyt dużym uproszczeniem. Obydwie partie nie uporządkowały jeszcze w 100 proc. kwestii światopoglądowych, choć od lat PO staje się ugrupowaniem coraz mniej konserwatywnym, otwierając się szerzej na lewicę światopoglądową, czym dość skutecznie uszczupla elektorat partii lewicowych. Z kolei na prawo od PiS jest jeszcze Konfederacja – największy realny rywal tej partii, zagrażający jej kształtowi w obecnej formie jako integratora tzw. zjednoczonej prawicy.

Rządy w trudnych warunkach
Spory jakie można było zaobserwować między śp. prof. Lechem Kaczyńskim, gdy polityk ten pełnił urząd prezydenta a premierem Donaldem Tuskiem pokazały tylko próbkę tego, co nas czeka, gdy PiS będzie musiał bardziej dzielić się władzą niż obecnie. Czas pokoju i względnego spokoju uśpił konstytucjonalistów, ale pandemia Covid-19 pokazała już, jak trudno zarządzać państwem, gdy decyzje trzeba podejmować sprawnie, a jeden z organów – w tym przypadku Senat kierowany przez opozycyjnego marszałka prof. Tomasza Grodzkiego może je realnie spowalniać. Oczywiście przy obecnym systemie politycznym istotne może być także to, na czyją rzecz PiS straci któryś z kolejnych urzędów lub organów. Można się bowiem spodziewać, że jeśli za kilka lat urząd prezydenta trafiłby do reprezentanta Konfederatów to konflikt byłby słabszy niż, gdyby następcą Prezydenta Andrzeja Dudy został np. Rafał Trzaskowski – reprezentant środowisk liberalnych.

Czy inni przetrwają?
Aby jednak można było mówić o tym, czy przedstawiciel innego środowiska politycznego niż PiS i PO będzie mógł skutecznie ubiegać się o tak prestiżową funkcję trzeba będzie najpierw odpowiedzieć na pytanie: czy przy obecnym finansowaniu partii politycznych inne ugrupowania przetrwają do kolejnych wyborów prezydenckich? Choć może lepiej byłoby spytać o to czy mając znacząco niższe finansowanie od dwóch graczy można skutecznie prowadzić jakąkolwiek kampanię? Utrzymanie się w polityce może być bowiem jedynie stanem przechodnim, docelowo główny cel działaczy to sprawowanie władzy, a to bez finansów jest niemożliwe. Przyjrzyjmy się zatem legalnym możliwościom uzyskiwania dochodów przez partie polityczne. Przede wszystkim takie dochody partia może generować wykorzystując własny majątek. Kłopot w tym, że aby wykreować majątek trwały w postaci np. nieruchomości trzeba byłoby nakłonić do składek, darowizn, etc. sporą część członków, co wynika z kolejnych ograniczeń związanych z pozostałymi źródłami dochodów.

Tylko bogaci i z historią
Przechodząc do rzeczy – chodzi o dochody od osób fizycznych w postaci składek członkowskich, darowizn, spadków oraz zapisów. Łączna suma wpłat od osoby fizycznej (wpłaty od osób prawnych są zakazane) na rzecz partii, z wyłączeni składek członkowskich w kwocie nieprzekraczającej w jednym roku minimalnego wynagrodzenia za pracę, oraz wpłat na Fundusz Wyborczy partii politycznej, nie może przekraczać w jednym roku 15-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę. Zważywszy na fakt, że płaca minimalna w Polsce to w 2020 r. 2600 zł brutto miesięcznie (w 2021 r. będzie to 2800 zł brutto miesięcznie), a średnia cena metra kwadratowego lokalu nadającego się na siedzibę partii jest 2,5 razy wyższa, to łatwo policzyć, że aby w ogóle zacząć tworzyć struktury partia musi mieć co najmniej kilkudziesięciu hojnych założycieli. Zadanie do wykonania, ale trzeba zadbać też o finanse na kampanię, choćby informacyjną, a w tym przypadku kosztu ulegają zwielokrotnieniu.

Luki w systemie
Zostaje jeszcze trzecie źródło finansowania, tj. subwencje z budżetu państwa. Aby jednak można było otrzymać te środki partia musi uzyskać w wyborach do Sejmu, tworząc samodzielnie komitet wyborczy, co najmniej 3 proc. ważnie oddanych głosów na jej okręgowe listy kandydatów w skali kraju. Właśnie to trzecie źródło finansowania betonuje najmocniej system polityczny w Polsce, ponieważ powoduje największe różnice między dużymi a małymi. Mamy zatem dwa źródła dochodów partii sprzyjające ugruntowanym „markom” politycznym oraz jedno źródło obwarowane ograniczeniami, które może przynieść istotny dochód jedynie przy znacznej powszechności oraz zamożności członków partii. Trzeci rodzaj dochodu stanowi zatem wykluczenie samo w sobie względem ruchów osób mających skromne możliwości finansowe.

Mali zepchnięci i niebezpieczni
Nowi gracze muszą być zamożni lub mieć nielegalne wsparcie, a to już problem dla bezpieczeństwa państwa. Co prawda wpłaty własne od osób fizycznych obwarowane są pewnymi ograniczeniami jak choćby wymóg pochodzenia środków jedynie od obywateli mieszkających w kraju, ale mają też szereg furtek otwartych na ingerencję z zewnątrz. Można bowiem wyobrazić sobie bez trudu, że mała partia X jest wspierana przez obcy wywiad lub organizację międzynarodową za pośrednictwem obywateli, którzy uprzednio te środki uzyskali w formie fikcyjnie świadczonej pracy na rzecz wskazanych podmiotów gospodarczych lub organizacji pozarządowych. Wszystko w majestacie prawa, choć wbrew interesom państwa. Co gorsze trudne do udowodnienia. Ale o tym przy innej okazji.

Stare maki w odwrocie
Sposób finansowania partii promujący dużych graczy oraz trudności starych ugrupowań z dostosowaniem swojego wizerunku ideowego do nowych wyzwań sprawia, że część z nich ratując się przed anihilacją szuka rozwiązań w fuzjach czy zmianach szyldów. W 2020 r. warszawski sąd zmienił statut Sojuszu Lewicy Demokratycznej, przemianowując to ugrupowanie na Nową Lewicę. Przyspieszeniu uległ także proces łączenia struktur partii z Wiosną Roberta Biedronia, w świadomości Polaków ugrupowania lewicowo-liberalnego. Prędzej czy później Nowa Lewica będzie musiała zbliżyć się także do PO albo Platforma do niej, tworząc obóz demokratyczny. Przed wchłonięciem w struktury PO broni się jak tylko może najstarsza polska partia PSL, która jeszcze niedawno marzyła o roli integratora – stąd np. stworzenie Koalicji Polskiej. Nie udało się z powodu problemów ideologicznych. PSL nie do końca wie, czy chce być bardziej konserwatywny jak 100 lat temu czy bardziej lewicowy jak po II wojnie światowej. Na pewno jednak w procesie integracji dwóch obozów Demokratów i Republikanów to właśnie ludowcy mogą odegrać czołową rolę.

Demokraci wokół PO
Tworzenie obozu Demokratów wokół PO nie jest wcale takie proste. Również ta partia ma problem ze swą tożsamością. Dlatego właśnie już w 2021 r. partia ta ma przyjąć nową deklarację ideową. Wiadomo, że dojdzie do dużego przełomu, zapewne rozdziału państwa od Kościoła. Być może lewicowa flanka w PO wywalczy także liberalizację w kwestii aborcji oraz uprzywilejowanie związków jednopłciowych, na wzór małżeństw. A może PO zrobi pół kroku i uzna jedynie majątkowe prawa osób pozostających w związkach partnerskich, ale wtedy na szybkie wchłonięcie lewicy nie będzie mogła liczyć. Czy to mało? Poprzednia deklaracja ideowa PO z 2001 r. w swym pięciopunktowym dokumencie mówiła m.in. o wolnym rynku, konieczności ochrony życia ludzkiego oraz wspieraniu rodziny i „tradycyjnych normach obyczajowych”. A we fragmencie dotyczącym gospodarki znalazło się nawet odwołanie do jednej z encyklik Jana Pawła II. To tylko pokazuje jak bardzo zmienia się PO. A co z PiS?

Problemy po odejściu lidera
Wyzwania ideologiczne partii Jarosława Kaczyńskiego nie budzą aż takich emocji. Więcej problemów może wywołać kwestia trwałej integracji środowisk prawicowych, zagrożonej niechybnym odejściem z polityki lidera PiS-u. Dziś rolę integratora zjednoczonej prawicy pełni PiS pod silnym przywództwem Kaczyńskiego, który w 2020 r. zapowiedział jednak, że po raz ostatni będzie ubiegał się o przywództwo w swej partii. Tymczasem na horyzoncie nie widać jego następcy, choć kandydatów nie brakuje. Sympatycy PiS-u jednym tchem wymieniają co prawda: ministra Zbigniewa Ziobro, Jarosława Gowina czy premiera Mateusza Morawieckiego, ale dwaj pierwsi nie należą nawet do PiS-u, a szef rządu nie ma odpowiedniego zaplecza politycznego by zastąpić Jarosława Kaczyńskiego. Co więcej po koronakryzysie może być jednym z najmniej lubianych polityków w Polsce.

Języczek u wagi
Zostaje jeszcze Konfederacja, ze stosunkowo młodym elektoratem i coraz bardziej rozpoznawalnymi działaczami. Jej szansą wydaje się anomia PiS-u w czasie bezkrólewia. Jeśli politycy tej formacji wykażą się sprytem, to przyszła zjednoczona prawica będzie powstawać właśnie wokół tego ugrupowania i utworzy obóz republikański. Ale aby Konfederaci mieli na to szansę muszą zrezygnować z sympatii ukierunkowanych na Wschód, a to już sprawa znacznie trudniejsza. No chyba, że USA pod rządami Demokratów, tak bardzo zmienią politykę względem Warszawy, że działacze Konfederacji nic nie będą musieli zmieniać. Ale to raczej scenariusz political fiction. Obecnie wydaje się, że konflikt o władzę w ramach Zjednoczonej Prawicy będzie trwał długo i pozwoli ukształtować się najpierw polskim Demokratom. Republikanie powstać będą mogli jedynie na fali zmęczenia ich rządami. Czy integratorem będzie Konfederacja, a może jednak PSL, który ratując się przed anihilacją bądź wchłonięciem przez Demokratów wróci do konserwatyzmu? A może pojawi się na prawicy nowy podmiot, wbrew trudnościom związanym z finansowaniem takich bytów? Istnieje oczywiście prawdopodobieństwo zachowania statusu quo, który jednak będzie zabójczy dla skutecznego sprawowania władzy.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.