Spalili Kaczyńskiemu kandydata na premiera


Kwity” na Obajtka wyciągnął Ziobro, a właściwie układ: Ziobro i Szydło. Wiem to z bardzo sprawdzonych źródeł bliskich PiS.

Roman Mańka: Przez długi czas Obajtek był człowiekiem Szydło. Ale półtora roku temu miała miejsce sytuacja, w której, w sposób dość upokarzający, zlekceważył byłą premier. Szydło przeżyła szok. Od tego momentu prezes „ORLENU” zaczął się dystansować od tandemu Szydło-Ziobro.

Rosnąca pozycja
W polityce takie rzeczy się zdarzają i to być może uszłoby mu na sucho, gdyby jednocześnie dynamicznie nie zaczęła rosnąć jego pozycja. Obajtek poczuł się silny i Szydło oraz Ziobro przestali mu być potrzebni. Zaczął bezpośrednio orientować się na prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Zbiegło się to w czasie z momentem, kiedy w oczach Kaczyńskiego zaczął tracić Mateusz Morawiecki. Przywódca PiS coraz częściej myślał o wymianie premiera. Dla wtajemniczonych w polską politykę nie jest tajemnicą, że Kaczyński „wynajmuje” ludzi do konkretnych ról. W ten sposób postąpił kiedyś z prof. Zytą Gilowską, Januszem Kaczmarkiem, Beatą Szydło, Mateuszem Morawieckim. Później ich “wypluwa”.

Nowy ład
Czas tego ostatniego zaczął się kończyć. Nową zaś „twarzą” PiS miał stać się Daniel Obajtek. On świetnie pasował (lepiej niż Morawiecki) do ducha PiS-u: były wójt, nie bankier, z małej miejscowości, wywodzący się z ludu. Tak jak kiedyś Beata Szydło wpisywał się w mentalność PiS. Miał symbolizować nowy okres w trakcie rządów PiS-u, po uporaniu się z koronawirusem. Miał być „twarzą” „nowego ładu”, programu, którego zadaniem jest odbudowanie PiS. Prawdopodobny był również wariant, że stanie się najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Jarosława Kaczyńskiego w partii. To zaś bardzo mocno krzyżowało plany Ziobro i Szydło.

Kalkulacja polityczna
Dlatego Ziobro wyciągnął z szafy „kwity”, a właściwie nagrania na Obajtka. Raz, że Obajtek zdradził swoich dotychczasowych towarzyszy, zdystansował się od nich. Jednak ważniejsza była kalkulacja polityczna: Szydło i Ziobro ocenili, że Morawiecki jest już słaby, że już im tak mocno nie zagraża, gdyż stracił pozycję, jaką niegdyś cieszył się u prezesa Kaczyńskiego. Tymczasem wymiana Maroawieckiego na Obajtka odświeżyłaby PiS. Na początku Obajtek mógłby stać się silny. Na bazie „nowego ładu” przeprowadzono by przyspieszone wybory parlamentarne, a układ Ziobry i Szydło nie znalazłby się na listach wyborczych.

Materiały na Obajtka wypłynęły z prokuratury kierowanej przez Zbigniewa Ziobro i Bogdana Święczkowskiego.

Ziobro przewidywał, że ze świeżym Obajtkiem, budującym sobie szybko wpływy w głębokim terenie PiS, wśród posłów, działaczy partii, ale również samorządowców (Obajtek sam był kiedyś samorządowcem, a więc dobrze czuł doły), będzie dużo trudniej wygrać niż z Morawieckim.

Dla Szydło i Ziobro dużo lepszy, korzystniejszy jest słaby, zgrany Morawiecki niż świeży i silny Obajtek.

Różnie może być
Czasami takie sytuacje mogą być paradoksalne i przełomowe. Morawiecki stał się – na zasadzie efektu ubocznego – beneficjentem tej rozgrywki. W polityce jest niekiedy podobnie, jak na wojnie, jeżeli się kogoś nie dobije, nie zniszczy do końca, nie doceni, to później zaskakująco oraz niespodziewanie rośnie w siłę.

Morawiecki nie będzie miał łatwo, ale ta sytuacja go wzmocniła i nie można przesądzać do końca jego losu. Jak mawiała Hannah Arend: „polityka, obok religii, to taka dziedzina, gdzie zdarzają się różne cuda”.

Obajtek premierem już na pewno nie zostanie. A Kaczyński w tej chwili nie ma innego kandydata do zastąpienia Morawieckiego. Jeżeli Morawiecki dobrze wykorzysta olbrzymie pieniądze z Unii Europejskiej, a gospodarka ruszy (w Niemczech eksperci zapowiadają konsumpcję po koroonawirusie) różnie to może być.

Wiele będzie zależało od trzech czynników: sytuacji gospodarczej; rozwoju konfliktów wewnątrz PiS; kondycji opozycji i kwestii, czy opozycja znajdzie jakąś wspólną formułę.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Partia środka…


Strategia PiS na najbliższe lata będzie polegała na próbie przejścia w centrum. Granie aborcją służy właśnie temu celowi; ma pokazać umiarkowaną, powściągliwą formację rządzącą, w kontrze do ekstremizmów.

Roman Mańka: W okresie sprawowania władzy przez koalicję PO-PSL, dr Marek Kochan zidentyfikował zachowanie Platformy, jako budowanie silnego centrum przeciwko ekstremizmom. Było to w czasach (rok 2013), kiedy podczas organizowanych przez środowiska narodowe „Marszów Niepodległości” rozgrywały się ekscesy: szowinistyczne hasła, uliczne rozróby, niszczenie mienia oraz spektakularne walki z policją. To wtedy służby specjalne, na rzekome nieoficjalne polecenie ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Bartłomieja Sienkiewicza, miały użyć prowokacji w postaci podpalenia budki pod rosyjską ambasadą. Wszystko po to, aby pokazać ekstremizm opcji narodowej. Pod drugiej stronie też był kandydat, świetnie nadający się do odgrywania roli radykalizmu: Palikot i stojąca za nim antyklerykalna lewica.

PO próbowała przedstawiać opinii publicznej PiS jako tą samą stronę co narodowcy, jeden obóz (w czym jest zresztą sporo prawdy), tymczasem siebie prezentując społeczeństwu, jako jedyną siłę, polityczne, umiarkowane centrum, zdolną do powstrzymania ekstremizmów.

Niektórzy eksperci, w tym m.in. prof. Antoni Dudek, z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, sugerowali, iż Platforma może się stać, podobnie jak niegdyś chadecja we Włoszech, partią hegemoniczną, sprawującą władzę przez długie lata, na zasadzie „tamy” czy „blokady” wobec innych radykalnych sił, mogących dojść do władzy. We Włoszech chadecja sprawowała władzę w różnych koalicjach z socjalistami, socjaldemokratami, i liberałami, przez 47 lat od zakończenia II wojny światowej, na zasadzie mniejszego zła, gdyż po przeciwnej stronie była włoska partia komunistyczna i właśnie jej obawiało się społeczeństwo Italii.

PiS obecnie usiłuje zastosować podobną strategię, jak PO w czasach, gdy formacja ta sprawowała władzę: (czyli) akcentować ekstremizmy, intensyfikować oraz pogłębiać polityczny podział kulturowy, a samemu manifestować się jako rozsądna, siła umiaru, znajdująca się w centrum sceny politycznej.

Legitymizacja symboliczna („błogosławieństwo” elit)
Przemieszczanie się w kierunku centrowym różnych ugrupowań politycznych (zwłaszcza tych, które sprawują władzę), nie jest niczym nowym. Często jest to związane z typem legitymizacji, jakiej w danym momencie procesu politycznego oczekują politycy. Można orientować się na dwa różne sposoby: 1) na społeczeństwo; i na 2) elity. Społeczeństwo jest potrzebne, kiedy walczy się o władzę i właśnie wówczas partie starają się zabiegać o poparcie ludu, w kontrze do elit; jednak, gdy już dana formacja dojdzie do rządzenia, gdy zacznie oswajać się z władzą, wówczas bardziej istotna staje się legitymizacja artykułowana ze strony establishmentu, czyli zabieganie o poparcie elit.

Te dwa typy legitymizacji wynikają pośrednio z taksonomii, jakiej swego czasu dokonał włoski socjolog i politolog, Gaetano Mosca, który podzielił wspólnotę polityczną na: elity oraz resztę społeczeństwa.

Pierwszy czynnik znajduje się w mniejszości (niejednokrotnie w dramatycznej), jednak posiada trzy istotne cechy, które w pewnych warunkach mogą dawać mu przewagę: przede wszystkim posiada zdolność organizacyjną i potencjał opiniotwórczy, a co za tym idzie: umiejętność do mobilizowania, ale i demobilizowania społeczeństwa.

Tymczasem to co Mosca określił jako resztę społeczeństwa znajduje się w przytłaczającej większości, lecz mankamentem społeczeństwa jest brak zdolności organizacyjnej. Jeżeli, wychodząc już poza teorię Moski, poziom tzw. społeczeństwa obywatelskiego jest niski, jeśli niska jest również jego polityczna świadomość, wówczas łatwo jest to społeczeństwo dezinformować i demobilizować albo mobilizować grupy kompletnie nieświadome, co w istocie jest mobilizacją negatywną, a więc czymś gorszym od mobilizacji.

Czasami będące w mniejszości elity, z uwagi na swój potencjał organizacyjny oraz kapitał kulturowy, stają się dla rządzących dużo lepszym partnerem strategicznym, niż zdezorganizowane społeczeństwo; dużo też łatwiej jest zaspokoić oczekiwania establishmentu (choć zazwyczaj gorsząco kosztowne) od potrzeb społeczeństwa.

Establishment posiada nad społeczeństwem jeszcze jedną przewagę w zabieganiu o zapewnianie legitymizacji rządzącym: (otóż) może on udzielać tzw. kapitału kulturowego, a ujmując problem bardziej precyzyjnie, symbolicznego. Elity rządzące, aby być postrzegane jako elity w głębszym sensie, i aby wchodzić w skład szerszego spektrum bardziej uniwersalnie rozumianych elit, muszą posiadać kapitał symboliczny, będący konwersją kapitału kulturowego. Inaczej mówią i uciekając się do zwulgaryzowanego lecz wymownego przykładu, aby rządzący pozyskiwali kapitał symboliczny, Beata Kępa musiałaby zjeść obiad z Krystyną Jandą, bądź z Małgorzatą Rozenek-Majdan.

Mechanizm ten znakomicie zdefiniował francuski antropolog symboliczny i socjolog, Pierre Bourdieu, rozróżniając tzw. pola, m.in. pole władzy, pole produkcji kulturowej; pole polityczne, pole ekonomiczne.

Władza polityczna, lub różne czynniki polityczne wchodzące w obszar pola politycznego, zazwyczaj balansują pomiędzy społeczeństwem (które możemy nazwać polem społecznym), a terenem, określonym przez Bourdieu, jako pole produkcji kulturowej. Gdy trzeba odróżnić się od elit w walce o władzę, rządzący jawią się bliżej pola społecznego, podkreślając swoją fizyczność w opozycji do kulturowości elit; ten schemat ma zazwyczaj miejsce, gdy dana formacja polityczna dopiero idzie po władzę; gdyż zaś konkretne ugrupowanie już znajdzie się w procesie rządzenia, wówczas potrzebuje kapitału symbolicznego, który może zapewnić oraz udzielić pole produkcji kulturowej (elity kulturowe); wówczas rządzący podkreślają swoją kulturową wyższość w opozycji do fizyczności społeczeństwa, i w ten właśnie sposób tworzą dystanse nieodzowne do sprawowania władzy.

Dystans jest kategorią ambiwalentną: dzięki niemu władzę się utrzymuje, utrwala, lecz z jego powodu (gdy dystanse pomiędzy rządzącymi a społeczeństwem są zbyt wielkie) – również traci.

Ewolucja
Każda władza lub formacja znajdująca się w drodze do rządzenia, musi określić swój stosunek do elementu klientelistycznego, czyi do status quo (kulturowego czy ekonomicznego). Do wyboru ma co najmniej trzy możliwości: 1) całkowicie doorientować się do status quo; 2) całkowicie mu zaprzeczyć; bądź 3) doorientować się częściowo albo stopniowo.

PiS wybrał trzecią drogę.
Jednocześnie prawie wszystkie partie, które zdobyły władzę, prędzej lub później, modyfikują swoją lokalizację w przestrzeni politycznej (nie mylić ze sceną polityczną) i przemieszczają się w kierunku położenia centrowego; przy czym centrowość może tu być rozumiana również na kilka sposobów: np., jako wspomniane powyżej zbliżenie do elit, a więc doorientowanie do elementu klientelistycznego status quo, w celu uzyskanie legitymizacji symbolicznej, a w jej ramach czerpania kapitału symbolicznego czy ekonomicznego; lub w rozumieniu klasycznym, jako zajęcie miejsca w centrum sceny politycznej, czyli blisko punktu środka na odcinku lewica – prawica; albo wreszcie, jako zabieganie o wyborców cechujących się mniejszą intensywnością politycznego zaangażowania, bardziej neutralnych, o niższym poziomie socjalizacji politycznej oraz identyfikacji światopoglądowej.

Z wypowiedzi prof. Waldemara Parucha, jeszcze do niedawna głównego stratega PiS, byłego szefa Centrum Analiz Strategicznych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wynikało, że PiS zwyciężał w wyborach przeprowadzonych w latach 2019-2020, odwołując się do tzw, jak ich określił sam Paruch, „wyborców nisko-politycznych”, a zatem tych, którzy nie posiadają silnie zdefiniowanych poglądów politycznych.

Zazwyczaj przesunięciu pozycji formacji rządzącej w stronę establishmentu czy w kierunku elit, towarzyszy także modyfikacja miejsca partii sprawującej władzę na scenie politycznej, właśnie w kierunku centrum.

Populizm jest bardziej użyteczny, kiedy się walczy o władzę, gdy się natomiast ją sprawuje obiektywnie dużo trudniej jest opierać się na populizmie. Gdy w roku 1922, w rezultacie „marszu Czarnych Koszul”, faszysta Benito Mussolini został przez króla Emanuela III mianowany premierem Włoch, stopniowo zaczął przesuwać się z pozycji obrońców uboższych grup społecznych w stronę reprezentantów elit, klasy średniej, oraz klas bogatszych.

Ta ewolucyjność ugrupowań o różnym stopniu populizmu obserwowana była w wielu krajach: we Francji, po tym, jak na czele Frontu Narodowego, Jean Marie Le Pena zastąpiła jego córka, Marin Le Pen, ugrupowanie (jednak) wykonało krok w kierunku centrum, w większym stopniu odwołując się do klasy średniej, dzięki czemu między innymi wygrało wybory do Europarlamentu w 2014 roku, otrzymując poparcie na poziomie 24,86 proc. i tym samym zdobywając 23 mandaty.

Pod koniec XX wieku manewr modyfikacji położenia na scenie politycznej z wielkim sukcesem wykonała w Wielkiej Brytanii Partia Pracy, za sprawą swojego przywódcy, Tony’ego Blaira. Zapewniło jej to bezapelacyjne zwycięstwo nad konserwatystami, po ich bez mała dwóch dekadach dominacji oraz spowodowało uzyskanie bezwzględnej, samodzielnej większości: 179 mandatów w Izbie Gmin. Osiągnięcie zostało powtórzone w dwóch kolejnych wyborach: 2001 i 2005 roku.

Metamorfoza formacji rządzących, wyrażająca się w przejściu od ekstremizmu czy populizmu w kierunku elit i centrum, nie jest niczym nowym. Także w Polsce miała miejsce. Typowym tego przykładem jest SLD. Na początku lat 90. XX wieku było to ugrupowanie radykale, o wyraźnie antyestablishmentowym charakterze. Niczym tradycyjna lewica werbalnie wypowiadało się przeciwko najbogatszym warstwom społecznym, kwestionowało rozpoczętą nad Wisłą w 1989 roku transformację ustrojową, a także euroatlantycki kurs Polski, będąc m.in. przeciwko przystąpieniu Polski do NATO.

Po zdobyciu władzy wykonawczej w roku 1993 oraz prezydenckiej w 1995, SLD odeszło od swoich populistycznych, rewindykacyjnych, a nawet lewicowych, socjalnych postulatów, stając się typową partią elit. Pod koniec lat. 90 XX wieku i na początku trzeciego tysiąclecia, establishment uwielbiał SLD, o czym świadczy choćby „eskapada” Lwa Rywina do Adama Michnika.

Niewolnik własnego elektoratu
Czy PiS wykona podobny manewr? Zbliżenie z elitami, dużo większy poziom fraternizacji z establishmentem, jak również przesunięcie na scenie politycznej w kierunku centrum, jest dla PiS-u korzystne z dwóch głównych powodów: pierwszy można określić jako merkantylny i jest on związany z tym co nazywa się konsumpcją władzy; drugi wynika z potrzeb strategicznych zorientowanych na utrzymywanie władzy.

Każda władza, w tym również PiS, chce konsumować korzyści związane z rządzeniem. Nie ograniczają się one jedynie do czerpania z immanentnego kapitału posiadanego przez państwo, czyli zarobków z tytułu świadczonej pracy w aparacie administracyjnym państwa, czy beneficjów płynących z okoliczności zasiadania w spółkach skarbu państwa (samych funkcjonariuszy partyjnych PiS, jak i ich rodzin). Dużo większe zyski dla środowisk oraz grup składających się na obóz władzy, w tym przypadku PiS, może dać to, co socjolog związany z PiS, prof. Andrzej Zybertowicz, określił niegdyś jako „klientelistyczną sieć korzyści”, a więc wejście z rozmaitymi grupami interesów w relacje klientelistyczne, czy może nawet korupcyjne. Zbudowanie takiego klientelistycznego układu może zapewnić formacji rządzącej lub raczej funkcjonującym w jej ramach koteriom, wiele wymiernych korzyści; choćby tego rodzaju działania jak lobbing w parlamencie na rzecz konkretnych rozwiązań legislacyjnych (a stopień przeregulowania stanowi często barometr korupcji), jest w stanie przynieść określone, niebagatelne zyski.

Jednak w polityce nie chodzi tylko o pieniądze. Ważne są również korzyści niewymierne. Gdy formacja rządząca wejdzie z „klientelistyczną siecią korzyści” (czyli tym co w uproszczeniu możemy nazwać elitami, a co Pierre Bourdieu określił jako pola: produkcji kulturowej, bądź ekonomicznej), tworzy się pewnego rodzaju „pole grawitacyjne” dysponujące ogromną siłą politycznego, kulturowego oraz ekonomicznego oddziaływania. Taka struktura, złożona z jednej strony z politycznego pola władzy, a z drugiej z sprzyjającej jej pól kulturowych, jak i ekonomicznych czy biznesowych, posiada niebywałą zdolność opiniotwórczą, a także mobilizacyjną. Dzięki temu może kontrolować obieg informacji (oficjalny i nieoficjalny), dezinformować, mobilizować i demobilizować wyborców.

Klientelistyczna sieć korzyści jest dla każdej władzy atrakcyjnym sojusznikiem… Czy PiS zawrze układ z „układem”?

W sprawowaniu władzy niezwykle ważne są pieniądze, rozpatrując politykę w aspekcie pragmatycznym, oportunistycznym, czy koniunkturalnym poprzez wejście rządzących w układ z „klientelistyczną sieć korzyści” można czerpać wiele zysków o charakterze ekonomicznym; z puntu widzenia władzy dużo ważniejsze od pieniędzy jest jednak znaczenie, prestiż. Prestiż jest czynnikiem nieodzownym w dążeniu do rządzenia, zdobywania, a przede wszystkim utrzymywania władzy. Jest zarazem najistotniejszym środkiem prowadzącym do władzy, lecz również celem, gdyż władza w sprzężeniu zwrotnym, daje również prestiż oraz wytwarza potencjał jego zdobywania. Ten zaś prestiż rządzącym może zapewnić, to co Pierre Bourdieu nazwał: „polem produkcji kulturowej”.

PiS nie różni się od innych partii funkcjonujących na scenie politycznej. Działacze PiS oraz różne koterie czy środowiska działające w ramach tej formacji są tak samo, a może nawet bardziej napędzani motywami koniunkturalnymi, merkantylnymi, jak członkowie i ośrodki skupione w innych ugrupowaniach. Jak powiedział jednen z niedawno nagranych działaczy PiS z Wałbrzycha: „my jesteśmy tacy sami jak członkowie PO czy SLD” (cytat nie jest wierny, ale całkowice oddaje sens wypowiedzi).

Dla celów konsumpcyjnych PiS już dawno wszedłby w układ z „układem”, który sam swego czasu usiłował werbalnie zwalczać i piętnować: a więc z „klientelistyczną siecią korzyści”. Przemawiają za tym kalkulowane przez działaczy PiS różnego szczebla korzyści prestiżowe oraz ekonomiczne., które następnie mogą zostać rekonwertowane na polityczne zyski.

Jest jednak jeden problem uniemożliwiający PiS-owi wejście w alians ze istniejącym w Polsce status quo, czyli z elitami: żelazny elektorat PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego dysponuje niezwykle specyficznymi wyborcami: można próbować nazwać ich ambitnymi albo pryncypialnymi, lecz obydwa terminy byłyby poznawczo mylące.

W istocie wyborcy PiS nie cechują się pryncypialności ani dogmatycznością; w wielu przypadkach potrafili być niezwykle pragmatyczni czy nawet oportunistyczni, akceptując dla celów strategicznych różnego rodzaju wolty Jarosława Kaczyńskiego i centrali na Nowogrodzkiej. Prawidłowa definicja populacji wyborczej popierającej PiS jest inna: elektorat PiS jest pretensjonalny, zaś jego poparcie wobec „Zjednoczonej Prawicy” napędzane jest przez resentyment, sprowadzający się do nienawiści wobec tego, co sami wyborcy PiS nazywają: „liberalnymi elitami”. Elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego wybaczy wiele, zaakceptuje prawie wszystko, ale nie alians z establishmentem III Rzeczpospolitej, przynajmniej z jego dominującą, ortodoksyjną częścią.

Z tego właśnie powodu, do dziś PiS nie wszedł otwarcie w typowo konsumpcyjną funkcję władzy, nie zawarł sojuszu z „klientelistyczną siecią korzyści. Po prostu stał się niewolnikiem własnego elektoratu.

Substytut dynamitu
PiS przesunie się w kierunku centrum z powodów strategicznych. Będzie to podyktowane dwoma celami: utrzymania przy sobie wyborców, jak to określił po wyborach do Europarlamentu w 2019 roku, jeden z głównych ówcześnie strategów PiS, prof. Waldemar Paruch, „nisko-politycznych”, a więc tych o mniejszym natężeniu emocjonalnym; wrażliwych w większym stopniu na impulsy pragmatyczne czy redystrybucyjne.

W filozofii istnieje pojęcie „posiadania tematu”, jest ono mniej więcej tym samym, co w piłce nożnej posiadanie piłki. Drużyna, która w ujęciu statystycznym dominuje w aspekcie posiadania piłki, może kontrolować rytm gry, a dzięki temu stwarza sobie większe (choć bywają wyjątki) szanse na zwycięstwo.

PiS celowo wrzuca w przestrzeń polityczną tematy ideologiczne, światopoglądowe, emocjonalne, gdyż czyniąc to spycha opozycję do politycznej defensywy i powoduje w jej ramach polityczne podziały. Opozycji może wydawać się, iż jest w ofensywie, że posiada polityczną inicjatywę, lecz to wszystko odbywa się na polach ideologicznych. Tymczasem dla pozyskania albo utrzymania wyborców o mniejszym zaangażowaniu politycznym, dużo istotniejsze okazują się pola pragmatyczne.

Inaczej mówiąc: opozycja dominuje w obszarze ideologicznym, a PiS na terytorium egzystencjalnym. W kontekście wyborów parlamentarnych w 2023 roku (pamiętajmy, że mniej więcej w tym samym czasie odbędzie się elekcja samorządowa), „Zjednoczona Prawica” będzie robiła wszystko, aby utrzymać przy sobie tematy socjalne, aby je, jak mówi filozofia polityki: posiadać.

Rytm gry w dalszym ciągu kontroluje partia Jarosława Kaczyńskiego.

Wg rachub PiS, utrzymanie inicjatywy politycznej w obszarze postulatów egzystencjalnych (socjalnych) ma dla partii znaczenie strategiczne i zapewni sympatię ze strony wyborców centrowych, czyli wg definicji prof., Parucha, wyborców mniej intensywnych w artykułowaniu emocji politycznych, o słabszym poziomie zaangażowania („nisko-politycznych) oraz skromniejszej socjalizacji politycznej.

Drugi poziom definiowania centrowego położenia elektoratu, odwołuje się do stosunku wobec radykalnych postaw w polityce, wobec tego co nazywamy ekstremizmami. Ważnym momentem w polskiej polityce, i paradoksalnie, wbrew temu co twierdzi wielu ekspertów, korzystnym dla PiS, było pojawienie się na scenie politycznej środowisk narodowych, zinstytucjonalizowanych następnie w „Konfederacji”. To pozwoliło „odbić” PiS-owi od skrajnie prawej strony i przesuwać się w kierunku centrum. Diagnoza, że „na prawo od PiS jest już tylko ściana”, dziś nie obowiązuje. Tym samym „Zjednoczona Prawica” może schodzić z osi konfliktu politycznego, a zwłaszcza kulturowego i uciekać od polaryzacji w pragmatyzm, w socjal, w problemy egzystencjalne. Może tworzyć iluzję, że nie jest jednym z dwóch głównych biegunów polaryzacyjnych, a także, że nie jest stroną ostrej wojny światopoglądowej.

Wrzucanie tematów ideologicznych w przestrzeń debaty politycznej, powoduje, że PiS uwypukla ekstremizmy: z jednej strony lewicowy, z drugiej prawicowy, w ramy którego łatwo jest PiS-owi włożyć „Konfederację” oraz środowiska narodowe. Poza tym, za pomocą konfliktów ideologicznych „wypalane” są emocje społeczne i rozładowywane napięcie. Warto przywołać metaforę saperów, którzy detonują miny poprzez celowe wrzucenie granatu na pole minowe. W miarę, jak kolejne dni zaczną Polskę przybliżać do wyborów parlamentarnych, „Zjednoczona Prawica” będzie coraz częściej sięgała po kwestie ideologiczne, aby inspirować ostry, gwałtowny ideologiczny konflikt uwypuklający ekstremizmy – lewicowy oraz skrajnie prawicowy, tymczasem sam PiS spróbuje się zaprezentować jako umiarkowane, rozsądne centrum przeciwko ekstremizmom, siła rozsądna, pragmatyczna, mogąca powstrzymać radykalizmy.

Ideologia jest jak dynamit. Może spowodować wybuch, który przebuduje całą scenę polityczną.

Uruchomienie problemów światopoglądowych (takich jak aborcja czy LGBT) będzie przebudowywało polską scenę polityczną i może automatycznie zepchnąć PO na lewą stronę, zaś PiS przesunąć w kierunku centrum. Taka jest strategia PiS.

Główny nurt PiS z pewnością będzie się starał przesunąć w kierunku centrum. Pytanie jest inne: czy „Zjednoczona Prawica” pozostanie do wyborów w 2023 roku nadal zjednoczona? Czy może rozpadnie się w rezultacie spontanicznych procesów odśrodkowych, czy może z powodów taktycznych i instrumentalnych?

Nie jest wykluczone, iż operacji przesuwania PiS do centrum, będzie towarzyszyła, jako swego rodzaju support, wyreżyserowana, kontrolowana fronda, polityków fundamentalnych oraz radykalnie konserwatywnych, takich jak np. Zbigniew Ziobro czy Przemysław Czarnek, których zadaniem będzie zbudowanie pozornie odrębnego ugrupowania posiadającego zdolność zagospodarowania konserwatywnych, katolickich oraz narodowych wyborców.

Zresztą, w zarysowanej hipotetycznie sytuacji, jeżeli miałoby do niej dojść, momentalnie zafunkcjonują automatyzmu. Jakakolwiek fronda po prawej stronie PiS poskutkuje przesunięciem jego jądra do centrum.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Żyjemy w słowach…


Gdy 13 stycznia 2019 roku trójmiejski psychopata Stefan W. wtargnął na scenę i zamordował prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, wielu publicystów i komentatorów twierdziło, że to wina PiS, że przyczyniła się do tego mowa nienawiści emitowana przez TVP. Dziś opozycja idzie tą samą drogą, aczkolwiek na szczęście tak dramatyczne konsekwencje jeszcze się nie wydarzyły.

Roman Mańka: Istnieją w życiu publicznym mosty, za które nie wolno przechodzić. Są granice, których nie powinno się przekraczać. Takim punktem jest przyzwoitość oraz zasady fair play. Nawet, gdy druga strona gra nieczysto, nie można iść tą samą drogą. Nie należy równać w dół, bo to postawa prymitywna. Zło jednych nie stanowi usprawiedliwienia dla poczynań drugich. Agresja nigdy nie jest dobrym programem i zawsze prowadzi do katastrofy.

Użycie nadaje sens
Każdy człowiek definiuje sytuację po swojemu, zaś słowa mogą mieć różne znaczenia dla poszczególnych osób. Nie dotykamy rzeczywistości bezpośrednio. Nakładamy na nią kulturę i jednocześnie odczytujemy ją za pomocą kultury. Ludzie działają poprzez język. – „Język jest domem bytu” – twierdził niemiecki filozof, Martin Heidegger, choć stanowi to pewne uproszczenie jego filozoficznych poglądów. – „Granica twojego języka, jest granicą twojego świata” – pisał z kolei słynny Wiedeńczyk, Ludwig Wittgenstein. Świat rozpoznajemy poprzez język. Rzeczą nadajemy nazwy. Podróżujemy za pomocą słów i znaczeń. Tyle tylko, że desygnaty nie dla wszystkich muszą być tożsame i nosić identyczne treści.

Jacques Derrida pisał o „śmierci autora”. Zwracał uwagę na drogę, którą przechodzi znaczenie pokonując odcinek autor – odbiorca. Gdy znaczenie opuszcza usta nadawcy albo kiedy wydobywa się spod jego pióra, następuje śmierć sensu. W ten sposób odbiorca może nadać mu już inne znaczenie. Poszczególne strony nie muszą rozumieć wyrażeń tak samo.

Harold Garfinkel i Aaron V. Cicourel, to socjologowie zajmujący się etnometodologią, działem nauk humanistycznych badającym wypracowane metody porozumiewania się, czyli środki, narzędzia oraz ramy regulujące interakcje, dzięki którym członkowie populacji porządkują świat społeczny, nadając mu sens i realność. W ramach etnometodologii kluczową rolę odgrywa indeksykalność znaczeń. Stosując skrót myślowy można powiedzieć, że jest to zdroworozsądkowe odczytywanie wyrażeń. Przekazy symboliczne nie mogą być rozumiane w oderwaniu od kontekstu znaczeniowego. W opinii Garfinkla i Cicourela, o znaczeniu decyduje kontekst oraz definicja sytuacji. Komunikacja nie może być zredukowana do nominalnego znaczenia wyrazów, jak również tylko do reguł gramatycznych, albowiem będzie to powodowało błędne interpretacje i nieporozumienia. Język jest podatny na ambiwalencje oraz niuanse znaczeniowe. Ludzie w różny sposób mogą definiować sytuację, co przekłada się na określone rozumienie komunikacji oraz na działania. Słowo „dziękuję” może posiadać wiele sensów, podobnie wyrażenie „przepraszam”, nie mówiąc już o wulgarnym oraz obscenicznym, odczytanym w indeksykalnym, zdroworozsądkowym, praktycznym rozumieniu, zdaniu: „chodź zrobię ci loda”.

To ostatnie wyrażenie co innego będzie oznaczało w języku kulinarnym czy gastronomicznym, co innego w potocznym, zaś gdyby miało być rozpatrywane na sali sądowej, podczas np. procesu w przedmiocie udzielenia rozwodu, może powstać problem z jego właściwym odczytaniem.

Terroryzm symboliczny
Wspomniany powyżej Wittgenstein uważał, że o znaczeniu przesądza użycie, a więc praktyczne zastosowanie słów. Friedrich Nietzsche wypowiedział z kolei słynne zdanie: „nie ma faktów, są (tylko) interpretacje”.

Na tym właśnie polega problem, że przekaz symboliczny może być przez ludzi, w zależności od uwarunkowań kulturowych, społecznych, psychologicznych, mentalnych, genetycznych, zatem od ich cech wrodzonych, wychowania, wykształcenia, predyspozycji, środowiska, w bardzo różny sposób odczytywany.

Istnieje szereg sytuacji, w których nie ma jednego absolutnego, obiektywnego rozumienia. O znaczeniu zawsze decyduje kontekst, który nie musi mieć jednolitej dla wszystkich figury.

Wykorzystują to osadzeni w więzieniach przestępcy, kiedy informacje przekazują sobie, w sposób zakamuflowany, za pomocą grypsów. Ten rodzaj mówienia występuje również w życiu potocznym, kiedy porozumiewamy się na zasadzie mowy et cetera, używając daleko idących uproszczeń i skrótów myślowych, które jednak nie dla wszystkich mogą być zrozumiałe. Z podobnych form korzystają służby specjalne, przekazując sobie ważne informacje ukryte w komunikatach medialnych, dotyczących zupełnie innych spraw, niż zaszyfrowany w indeksykalnym znaczeniu tekst.

Najnowsza metodologia działań terrorystycznych odwołuje się właśnie do języka. Cel ataku czy agresji zostaje wskazany za pomocą stygmatyzacji (ofiara zostaje oznaczona przy użyciu słów, języka), później ma w niego uderzyć konkretny, uruchomiony symbolicznie, wykonawca. Unika się komunikatów sformułowanych bezpośrednio, w ramach fizycznego kontaktu. Nie ma przestrzeni na wydany w sposób tradycyjny rozkaz. Cel zostaje wskazany poprzez media. Później terrorysta z pomocą sugestii symbolicznych emitowanych w telewizji, radiu, bądź Internecie, sam sobie wydaje rozkaz. Jednak zlecenie zostało przekazane symbolicznie w przestrzeni medialnej.

Język jest niesowicie ważny. Nie dotykamy realnego świata bezpośrednio, poruszamy się w nim za pomocą języka. Z autopsji zaś wiemy, że agresję fizyczną poprzedzają przeważnie słowa lub znaczące gesty. Mówi się: od słowa do słowa…

Pomiędzy ustami a uszami
Gdy kobiety z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, organizacji o tak pięknej nazwie, nawiązującej do twórczości Arystotelesa, protestujące, co trzeba powiedzieć na samym początku, w merytorycznie słusznej sprawie, gdyż zostały sprowokowane przez autorytarny rząd PiS, w okresie pandemii koronawirusa, przy użyciu ideologicznego tematu aborcji (zaostrzenia ustawy aborcyjnej przez Trybunał Konstytucyjny), krzyczą „to jest wojna”, „j…. PiS”, czy „w……….”, to każdy może te znaczenie w różny sposób zinterpretować. To co jest oczywiste dla walczących o swoje prawa pań, nie musi oznaczać tego samego w recepcji poszczególnych ludzi. Sens określonych (co tu dużo mówić: wulgarnych) słów w ustach liderek OSK, nie zawsze będzie taki sam, jak w uszach odbiorców. Każdy zdefiniuje sytuację po swojemu, odczyta znaczenia poprzez własne konteksty. I w tym jest właśnie zasadniczy problem.

Kobiety komunikują się w ramach formuły indeksykalnej, badanej przez etnometodologię. Kiedy mówią: „to jest wojna” albo „j…. PiS”, to zapewne nie mają na myśli brutalnej walki zbrojnej z bronią w ręku, militarnej konfrontacji, czy wymiany ciosów na śmierć i życie, albo fizycznego unicestwienia PiS. Większości z nich zapewne nie chodzi o prawdziwą, wyniszczającą wojnę, a tylko o starcie ideologii, koncepcji światopoglądowych, sposobów myślenia, różnych praktyk medycznych stosowanych w zakresie aborcji. Pamiętajmy jednak o tym, co na początku lat 90. XX wieku, sformułował Samuel Huntington, w polemice z Francisem Fukuyamą, w „Foreign Affairs, pisząc „The Clash of Civilizations i definiując nowy charakter stosunków społecznych jako „zderzenie cywilizacji”: politykę mają zdominować starcia pomiędzy cywilizacjami, zaś źródłem konfliktów staną się różnice kulturowe, wywodzące się z podziałów religijnych.

Wprawdzie diagnoza Huntingtona miała ramy geopolityczne i odnosiła się do stosunków międzynarodowych, w ujęciu globalnym, to jednak jest możliwe również jej lokalne zaistnienie, w układzie diagonalnym, w poprzek konkretnych państw. Mechanizm zarysowany przez Huntingtona, może występować na różnym poziomie: zarówno globalnym, jak i lokalnym.

Nigdy nie możemy wiedzieć czy statystyczny mieszkaniec któregoś z miast w Polsce nie zrozumie zbyt dosłownie słów demonstrujących kobiet z OSK, odczytując je w wąskim znaczeniu gramatycznym, i czy nie pomyśli sobie, że to jest rzeczywiście wojna i trzeba fizycznie zniszczyć PiS. Dlatego posługiwanie się wulgarnymi, napełnionymi agresją komunikatami, jest „zabawą zapałkami w fabryce dynamitu” i stanowi niesłychanie nieodpowiedzialny akt. Polska debata publiczna została w wystarczającym stopniu zdewastowana.

Dno nienawiści
Tymczasem ofiar podziału kulturowego mającego miejsce w Polsce jest już sporo. 19 października 2010 roku, kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej, w rezultacie ataku na biuro poselskie PiS, zginął działacz tej partii, Marek Rosiak, druga ofiara, Paweł Kowalski, została z poważnymi obrażeniami odwieziona do szpitala. Sprawcą zamachu był Ryszard Cyba. Wg ustaleń „Gazety Wyborczej” (pisma nieprzychylnego PiS) docelową ofiarą agresji Cyby miał być przywódca PiS, Jarosław Kaczyński. Sam sprawca w wypowiedziach medialnych oświadczył: (…) „żałuję, że nie mam już broni, bo bym powystrzelał wszystkich pisowców”. Wg informacji przedstawionych przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji, Jerzego Millera: Cyba rozpaczał też, że z 49 posiadanych pocisków, użył tylko ośmiu.

Za morderstwo PiS obarczył rządzącą wówczas w Polsce Platformę Obywatelską. Prominentni politycy partii Jarosława Kaczyńskiego, jak również związani z nią konserwatywni publicyści, próbowali wykazywać, iż prawdziwym, najgłębszym źródłem morderstwa był tzw. przemysł pogardy uruchomiony w odniesieniu do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a następnie wobec całej formacji PiS.

Niespełna 10 lat później, historia się powtórzyła, tylko że w drugą stronę. 13 stycznia 2019 roku, podczas 27. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w jej lokalnej odsłonie w Gdańsku, na scenę wkroczył Stefan W., zadając nożem desantowym, jakiego zwykle używają komandosi, trzy ciosy prezydentowi Gdańska, wcześniej związanemu z PO, Pawłowi Adamowiczowi. Zaraz po przemówieniu Adamowicza, w trakcie odliczania przed tzw. światełkiem do nieba, Stefan W. wtargnął na scenę, przejął mikrofon i zaczął krzyczeń: „nazywam się Stefan W. Siedziałem za (rządów) Platformy. PO mnie torturowała. I dlatego Adamowicz musiał zginąć”.

Na około dwa lata przed zdarzeniem, media kontrolowane przez partię rządzącą (PiS), zwłaszcza telewizja publiczna, uruchomiły przeciwko Adamowiczowi totalną kampanię: donosiły o rzekomych nieprzejrzystych działaniach Adamowicza. W przekazie medialnym sugerowano korupcję. Prezydent Gdańska miał mieć problem z wykazaniem własnego majątku. Publiczne media twierdziły m.in., że w sprawozdaniach majątkowych nie ujawnił wszystkich posiadanych mieszkań, i że dysponował wieloma kontami bankowymi.

Politycy PO, a także komentatorzy i publicyści związani z opozycją, uważają, że właśnie te przekazy, mogły być źródłem ataku na prezydenta Adamowicza, a tym samym pośrednią przyczyną jego śmierci.

Sam Stefan W., w zeznaniach odebranych przez prokuraturę, miał powiedzieć, że zamierzał się przeprowadzić do województwa, w którym władze sprawuje PiS, co miało świadczyć o jego sympatiach w stosunku do partii Jarosława Kaczyńskiego oraz politycznych motywach morderstwa.

Mimo tych wydarzeń, nieustannie, zarówno strona PiS, jak i tzw. liberalna (choć jest to określenie dalece nieprecyzyjne oraz nieadekwatne), posługuje się mową nienawiści. W trakcie kampanii prezydenckiej w czerwcu 2020 roku, PiS stygmatyzował środowisko LGBT; obecnie kobiety z OSK krzyczą: „to jest wojna”, j…. PiS oraz w……….

Co gorsza, po obydwu stronach znajdują się ludzie nauki, mediów, kultury, artyści i celebryci, którzy tego rodzaju działania starają się uzasadniać i usprawiedliwiać.

Polska polityka sięgnęła dna.

Hipokryzja
W lutym 2020 roku, po przegłosowaniu ustawy przydzielającej ogromną dotację finansową telewizji publicznej, w wysokości 2 mld zł rocznie, posłanka PiS, a wcześniej dziennikarka między innymi TVP oraz „Gazety Polskiej”, Joanna Lichocka, w aroganckiej, tryumfalnej konwencji, pokazała wobec posłów opozycji, głównie PO, wulgarny, obsceniczny gest, znany np. z popularnego swego czasu izraelskiego serialu „Lody na patyku”: wyciągnięty palec oznaczający fuck off. Stosując interpretację etnometodologiczną tego gestu znaczącego, wyrażonego za pomocą mowy ciała i opierając się na indeksykalności znaczenia, czyli tak jak może zostać odczytane w rozumieniu potocznym, z uwagi na definicję sytuacji, oznacza ono: o…….. …, a właściwie p…… … Gest w semantycznym znaczeniu odsyła tak naprawdę do onanizmu.

Sama Lichocka próbowała swoje zachowanie tłumaczyć, czynnością praktyczną, użyteczną: ogarnięciem włosów z oka. Jednak była to czysta hipokryzja i czysty cynizm.

W sumie gest Lichockiej posiada bardzo podobne znaczenie, jak werbalny przekaz artykułowany przez kobiety z OSK. Inne jest tylko tło sytuacji: Lichocka sięgnęła po wulgarną mowę ciała tryumfalnie, ale trzeba pamiętać, że w reakcji na krzyczących w jej kierunku za pomocą dość ostrego i prowokacyjnego słownictwa, posłów opozycji; kobiety z OSK zareagowały w odruchu oburzenia w związku z prowokacją PiS, za którą można uznać postanowienie czy orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wprowadzenia zakazu aborcji, z powodu wady płodu.

Po tym jak Lichocka wykonała swój gest, przez sprzyjające opozycji, „liberalne” media przetoczyła się fala oburzenia, wielu publicystów i komentatorów związanych z TVN24, „Gazetą Wyborczą”, „Oko Press”, „Newsweek Polska”, Radiem TOK FM, piętnowało postawę posłanki Lichockiej, jako niemieszczącą się w ramach standardów życia publicznego. W tej krytyce wtórowało wiele osób ze świata nauki, kultury, show biznesu. Dziś te same postacie próbują usprawiedliwiać wulgarny język prezentowany przez protestujące na ulicach kobiety z OSK.

Jest to przykład niebywałej hipokryzji, podwójnych standardów, konformizmu rozdzielonego na dwie strony, oraz syndromu myślenia grupowego. Typowa moralność Kalego albo Dulskiej.

Żadna, nawet najbardziej słuszna sprawa, nawet najbardziej wzniosła idea nie może usprawiedliwiać agresji w życiu publicznym i wulgarnego języka.

Nieskuteczna skuteczność…
Autorzy wulgarnych treści, kiedy tłumaczą swoje obsceniczne zachowania, odwołują się często do kategorii skuteczności. Zapominają, że wg wielu filozofów polityki, m.in. Johna Rawlsa, Richarda Rorty’ego, czy Bertranda Russella, tym co zepsuło życie publiczne i politykę były właśnie pragmatyzm oraz utylitaryzm. W opinii Rorty’ego obydwa nurty są antynomiczne, jednak wywodzą się z jednego źródła: oświeceniowego racjonalizmu.

Twierdzenie pragmatyzmu, że prawdą jest wszystko to co wartościowe praktycznie, zaś utylitaryzmu, że to co skuteczne oraz użyteczne, na płaszczyźnie polityki i moralności wywołuje katastrofalne skutki.

Jak pisze Russell: jeżeli w demokracji prawda opiera się na większości, to można ją przegłosować; tym sposobem można przegłosować wszystko, nawet to, że ziemia jest płaska.

W opinii Rawlsa, twórcy „Teorii sprawiedliwości”: utylitaryzm bagatelizuje wymiar indywidualny, dobro jednostek, zmierzając jedynie do dobra uniwersalnego, uzyskiwanego na wyższym poziomie abstrakcji i uogólnień (np. PKB).

W takim układzie polityki, jak wskazuje Rawls, czynnik strukturalny – preferencja – staje się ważniejszy od wartości humanistycznej: człowieka. W ten sposób polityka próbuje spełniać potrzeby preferencji, nie zaś realizować praw indywidualnych, składających się na dobro wspólne. W imię dobra wspólnego nie można podeptać praw indywidualnych, jednostkowych, a do tego właśnie prowadzi kierowanie się preferencjami. Dwa przeciwstawne, zwalczające się wzajemnie systemy – komunizm i kapitalizm – jednocześnie całymi garściami czerpały z utylitaryzmu. W ramach tego procesu, ulegania utylitaryzmowi, dochodzi bardzo często do stygmatyzacji oraz pogwałcenia praw mniejszości, gdy np. w ślad za społeczną niechęcią do środowisk homoseksualnych i homofobii, rząd stosuje język nienawiści wobec społeczności LGBT albo kiedy druga strona (opozycyjna) determinowana oczekiwaniami swoich zwolenników, posuwa się do wulgarnego, agresywnego języka.

W obydwu przypadkach jest to populizm, będący konsekwencją złego zastosowania pragmatyzmu i utylitaryzmu w polityce.

Tak postępować nie wolno!

Ps. Bardzo przepraszam i proszę mi to wybaczyć, że w celach lepszej zrozumiałości tekstu sięgnąłem w niektórych miejscach po wulgarne cytaty i przykłady wieloznaczności obscenicznych wypowiedzi (nie używam wulgarnych zdań, lecz je cytuję). W przestrzeni publicznej w ogóle nie używam takiego języka, a agresja jest mi obca. Uważam, że w życiu publicznym na takie zjawiska jak wulgarne, ordynarne słownictwo, przemoc, nienawiść, agresję, okrucieństwo nie ma i nie może być miejsca, i trzeba zdecydowanie te zjawiska zwalczać.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Miażdżąca przewaga PiS

Jak wynika z najnowszego sondażu IBRiS, którego wyniki zostały ujawnione 5 września 2019 roku, obóz Zjednoczonej Prawicy pewnie maszeruje po wyborcze zwycięstwo. Z rezultatów badania wynika, że partia rządząca może być spokojna o samodzielną większość i spokojne rządzenie przez najbliższe 4 lata.

Łukasz Ziaja –43,4 proc. respondentów deklaruje, że w najbliższych wyborach odda głos na kandydatów Prawa i Sprawiedliwości, Koalicja Obywatelska może liczyć na 21,2 proc. głosów, Sojusz Lewicy Demokratycznej planuje poprzeć 14,1 proc. pytanych, a Polskie Stronnictwo Ludowe otrzyma 5,7 proc. głosów. Takie wyniki przełożyłyby się na 259 mandatów dla Prawa i Sprawiedliwości, 119 mandatów dla Koalicji Obywatelskiej, 65 mandatów dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej, 15 mandatów dla Polskiego Stronnictwa Ludowego i 1 mandat dla przedstawiciela mniejszości niemieckiej. Czytaj dalej Miażdżąca przewaga PiS

Budżet bez deficytu

Rada Ministrów przyjęła, w dniu 27 sierpnia 2019 roku, projekt budżetu na 2020 rok – projekt, który zakłada brak deficytu, po raz pierwszy od początku transformacji gospodarczej.

 Łukasz Ziaja –Rząd Zjednoczonej Prawicy, przez niektórych ekonomistów i dziennikarzy jest krytykowany za nadmierne wydawanie publicznych pieniędzy. Niezaprzeczalne jest, że obecny rząd jest aktywny w sferze przyznawania, a mówiąc precyzyjnie zwracania społeczeństwu środków pieniężnych. Czytaj dalej Budżet bez deficytu

Dlaczego afery nie osłabiają popularności PiS

W 2003 roku przypadkowo natrafiłem w jednych z lokali na spotkanie policjantów, członków sekcji kryminalnej z ludźmi uchodzącymi w potocznej opinii publicznej za gangsterów, parających się handlem lewym alkoholem, papierosami, itd. 

Roman Mańka – Później zacząłem opisywać w prasie powiązania zorganizowanych grup przestępczych z lokalnymi politykami, urzędnikami, prokuraturą. Zdemaskowałem wiele spraw dotyczących prostytucji, przemycania lewego alkoholu, podrabianych papierosów, narkotyków, handlu samochodami, korupcji w policyjnej drogówce, oraz mechanizmu kupowania głosów w wyborach samorządowych. Czytaj dalej Dlaczego afery nie osłabiają popularności PiS

Jak PiS doszedł do władzy

Prof. Antoni Dudek uważa, iż PiS zdobył i utrzymuje władzę, uzyskując społeczną legitymizację w kolejnych wyborach, dzięki transferom socjalnym. Nie zgadzam się z prof. Dudkiem, a właściwie zgadzam się z nim jedynie połowicznie. Uważam bowiem, że pierwotny był głęboki proces kulturowy, jaki wydarzył się w Polsce, zaś świadczenia socjalne tworzyły swego rodzaj support, coś w rodzaju wsparcia i osłony.

Roman Mańka – Dlaczego i w jakich warunkach PiS doszedł do władzy, i na czym polegał wspomniany powyżej proces kulturowy? Kiedyś podobne zjawisko opisał już Friedrich Nietzsche, głosząc przewartościowanie wszystkim wartości oraz definiując fenomen resentymentu. Niemiecki filozof pokazał, jak w ramach procesu historycznego, klasa kapłańska zastąpiła klasę rycerską; przywołując wprost metaforę Nietzschego: baranki zajęły miejsce orłów.  Czytaj dalej Jak PiS doszedł do władzy

Genealogia zwycięstw PiS

Żadna poważna pracownia badań socjologicznych nie przewidziała skali zwycięstwa PiS, w wyborach do Europarlamentu. Uśredniając nieco pomiary przedwyborczych sondaży, które próbowały antycypować rezultat partii Jarosława Kaczyńskiego, najczęściej padającymi liczbami były 38, 39, kilka razy pojawiło się 41; tymczasem PiS uzyskał 45,38 proc. Takiego rezultatu nie uchwycił ani jeden ośrodek.

Roman Mańka: Ale to stało się nie po raz pierwszy. Podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku, prognozę exit poll, korzystając z dwóch różnych ośrodków badania opinii publicznej, zamówiły dwie stacje telewizyjne: TVN24 i TVP; rezultat okazał się wyraźnie rozbieżny. Czytaj dalej Genealogia zwycięstw PiS

Czy Kaczyński panuje nad sytuacją?

undefined

Sigurd Decroos/freeimages.com

 

Przez wiele lat mówiło się, jakoby w polskim systemie politycznym funkcja premiera była bardzo silna i tym samym sugerowano, iż opiera się o mocne prerogatywy konstytucyjne. Jest to jednak jedno z większych nieporozumień, jakie forsowano w przestrzeni publicznych, w okresie znajdującym się pod rządami konstytucji z 2 kwietnia 1997 r.Czy Jerzy Buzek był premierem silnym? Wszyscy, którzy znają kulisy rządów Akcji Wyborczej Solidarność wiedzą, że tak nie było, z tylnego siedzenia państwem zarządzał szef NSZZ „Solidarność” oraz lider AWS, Marian Krzaklewski. Czy prof. Marek Belka był premierem silnym? W pewnym sensie tak, ale tylko dlatego, że mało zajmował się polityką, skupiając uwagę na gospodarce. W sensie politycznym był premierem słabym, sprawującym tę funkcję w sposób bardzo spolegliwy w stosunku do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, kiedy ten ostatecznie wyeliminował z gry Leszka Millera. Analogicznie było z Kazimierzem Marcinkiewiczem, gdy tylko próbował wywalczyć sobie minimum swobody w działaniu, Jarosław Kaczyński się go pozbył. Czytaj dalej Czy Kaczyński panuje nad sytuacją?