Zamiast depopulacji

Ekolodzy od lat zabiegają o zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych, które zdaniem wielu naukowców przyczyniają się do niebezpiecznych dla Ziemi zmian klimatycznych. Jednym z głoszonych coraz śmielej postulatów w ramach walki z zanieczyszczeniem środowiska, oprócz nierealnego stworzenia gospodarki względem niego neutralnej jest ograniczenie rosnącej liczby ludności.

Jerzy Mosoń: Czy współczesna cywilizacja nie jest w stanie zaproponować lepszego pomysłu na rozwiązanie tego kryzysu? A może zwyczajnie jest już za późno, bo trwająca od roku pandemia potwierdza, że redukując liczbę populacji i styl życia większości obywateli świat na naszych oczach staje się właśnie bardziej eko?

Gospodarka nie może być neutralna
Na wstępie warto wyjaśnić, skąd wzięła się teza, że gospodarka neutralna dla środowiska, o której zupełnie na poważnie rozmawiają wielcy tego świata, jest projektem nierealnym. Otóż, nie można uprawdopodobnić stworzenia czegoś, co byłoby możliwe jedynie w sytuacji anihilacji ludzkości lub za sprawą pominięcia praw fizyki.

Istnienie gospodarki jest bowiem nierozerwalnie związane z istnieniem ludzi, a oni sami, odkąd stanęli na najwyższym stopniu drabinki łańcucha pokarmowego nigdy nie byli względem świata neutralni. Również wbrew snom niektórych wegetarian pozostaniemy tam nawet wówczas, gdy jedyne kotlety, jakie będzie można legalnie kupić będą wytwarzane z roślin. Czy naprawdę politycy, naukowcy, szefowie organizacji międzynarodowych i korporacji nie zdają sobie z tego sprawy? A może tylko chcą, abyśmy wierzyli w tę utopię?

Jest nas za dużo
I znów niczym bumerang wraca sprawa depopulacji, ponieważ prosta logika podpowiada, że rzeczywiście w osiągnięciu równowagi klimatycznej na Ziemi najbardziej przeszkadza rozwijający się człowiek. Kłopot w tym, że podobny mechanizm myślenia zaprezentowali Niemcy w latach 30. I 40. ubiegłego wieku – im w osiągnięciu wielkości mieli przeszkadzać ci „źli Żydzi”, Słowianie, Romowie, itp. No i stało się to, co się stało…

Ale jak doszliśmy do tego, że dziś coraz swobodniej można rozmawiać o depopulacji jako sposobie rozwiązania kryzysu klimatycznego, a inne pomysły okazują się zbyt drogie lub science fiction?

Gdyby do lat 90. poprzedniego stulecia ktoś opiniotwórczy odważył się choć zasugerować potrzebę zdepopulowania ludności na Ziemi to pewnie w przestrzeni publicznej zostałby potraktowany na równi z nazistami odpowiedzialnymi za holocaust Żydów. Od czasu jednak kiedy pewna prominentna działaczka Organizacji Narodów Zjednoczonych odważnie powiązała zmiany klimatyczne z rosnącą liczbą ludności coraz więcej osób waży się mówić o kontroli populacji jak o czymś normalnym, a nawet pożądanym.

Koniec tabu
Kilka lat temu, w jednym z wywiadów Kostarykanka Christiana Figueres w czasie pełnienia funkcji Sekretarz Wykonawczej Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (2010-2016 r.) zasugerowała, że trzeba dążyć do zahamowania rosnącej liczby ludzi, których jej zdaniem: już wtedy było zbyt wielu. Działaczka ONZ przyznała jednocześnie, że sama depopulacja to za mało, i ona sama nie rozwiąże problemu postępujących zmian klimatycznych. Ten wywiad, jak i inne wystąpienia kostarykańskiej dyplomatki umknęły przeważającej części opinii publicznej, ale ośmieliły tych, którzy ze zmianami klimatu walczą od dawna i proponują w tej kwestii coraz bardziej radykalne rozwiązania. Niektóre z propozycji szokują przede wszystkim podczas manifestacji radykalnych ekologów i stanowią dzwonek alarmowy przed pojawieniem się eko-terroryzmu w skali globalnej, ale inne znajdują już odzwierciedlenie w gospodarce, jak produkcja elektrycznych samochodów mających zastąpić auta spalinowe. Elektryki być może wychodzą naprzeciw idei zrównoważonego rozwoju, ale z punktu widzenia bilansu emisji bardziej trują środowisko od nowoczesnych diesli.

Według badań prof. Christopha Buchala z Uniwersytetu w Kolonii, opublikowanych przez Instytut Ifo w Monachium w kwietniu 2019 r.: „pojazdy elektryczne mają znacznie wyższą emisję CO2 niż samochody z silnikami diesla”. Ma to wynikać z dużej ilości energii wykorzystywanej do wydobywania i przetwarzania: kobaltu, litu i manganu – niezbędnych surowców potrzebnych do produkcji baterii do samochodów elektrycznych. W przyszłości problemem może okazać się także przechowywanie zużytych akumulatorów.

Zamiast jednak sprawdzać, kto w ostatnich latach inwestuje w fałszywie ekologiczne pomysły albo którzy politycy czy biznesmeni wskazują na potrzebę kontroli populacji warto przyjrzeć się zmianom w prawie i w kulturze, bo one odpowiedzą na pytanie dotyczące powszechności tych zjawisk.

Chiny dały przykład
Postulat by ograniczyć wzrost liczby ludności nie jest wcale nowy. Palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie wciąż dzierży Chińska Republika Ludowa, gdzie w 1977 r. komunistyczna partia wdrożyła „politykę planowania narodzin”. Program ten polegał na promowaniu przez państwo posiadania przez parę maksymalnie jednego dziecka. Gdyby wszyscy Chińczycy posłuchali się swoich władz to dziś kraj ten nie zbliżałby się do dwóch miliardów ludzi, ponieważ arytmetyka w tym względzie jest bezwzględna. Łatwo obliczyć, że cztery osoby potrzebne do utworzenia dwóch par oddadzą społeczeństwu tylko dwie istoty, a same będą musiały kiedyś odejść, więc społeczeństwo skurczy się. Przy jednym dziecku na parę populacja będzie maleć o połowę na pokolenie. Chińska polityka: „jedna para – jedno dziecko” zakończyła się w 2015 r., czyli mniej więcej w okresie, kiedy na Zachodzie głoszenie haseł na razie tylko łagodnie wspominających o depopulacji stało się dopuszczalne w ramach merytorycznej dyskusji.

Aborcja i eutanazja
Być może jednak ważniejsze od wpuszczenia na salony pomysłu depopulacji jest jednak to, że w ostatnich dwudziestu latach Zachód wykonał największy w historii postęp w kwestii praktycznego ograniczania liczby ludności poprzez legalizację niemal już wszędzie aborcji (tu Polska jest zieloną wyspą) oraz gdzieniegdzie eutanazji, która staje się coraz powszechniejsza w: Holandii, Belgii, Luksemburgu, Szwajcarii oraz Albanii, a poza Europą w stanach Teksas i Oregon. W gwoli ścisłości: na Dalekim Wschodzie, w Japonii hara-kiri na życzenie również jest legalne, a ze względu na bogatą tradycję w dokonywaniu seppuku można się spodziewać, że ma przy tym najciekawszą oprawę. Zatem nie tylko Zachód.

Model 2+1 zamiast programu 2+1
Warto zaznaczyć, że rezygnacja Chin z programu ograniczającego przyrost naturalny nie wynika bynajmniej ze zmiany strategii tego kraju w kwestii kontroli urodzeń, a jedynie z ustania konieczności wymuszania ograniczeń w tym obszarze. Odkąd kraj ten stał się światowym liderem w produkcji przemysłowej i jednym z wiodących państw pod względem innowacji Chińczycy z każdym rokiem stają się bowiem społeczeństwem bardziej konsumpcyjnym, gdzie model 2+1 to przejaw akceptowalnego konformizmu. Takie społeczeństwo, podobnie jak stało się na Zachodzie, z każdą dekadą będzie coraz bardziej zdolne do samoograniczania się w kwestii budowania rodzin. Może w Chinach zmiany nie nastąpią od razu, może nie w każdej prowincji, pewnie szybciej w miastach niż na wsi, ale nic nie szkodzi, bo światowa produkcja przeniesiona przez Zachód do Chin, nomen omen między innymi z pobudek ekologicznych, wciąż potrzebuje rąk do pracy. Nadal bowiem stosunkowo wąska grupa najbogatszych ludzi w świecie, pomimo świadomości ekologicznej i wbrew głoszonym przez siebie hasłom nie chce ponosić kosztów zmian, ponieważ wtedy sama musiałaby zrezygnować ze swego energochłonnego stylu życia.

Kto płaci za zmiany
Na dziś największe koszty zmniejszenia emisji ponoszą biedni i średnio zamożni ludzie – to oni nie wjadą do niektórych nowoczesnych miast swoimi dieslami. Milionerzy mają już przecież elektryczne SUV-y, a jeśli nie to takie auto można przecież wynająć, a na co dzień jeździć terenówką, która nie zaznała absurdalnego downsizingu silnika.

To europejska biedota musi męczyć się od września 2017 r. ze słabymi odkurzaczami o mocy maksimum 900 VAT, bo tylko takie wolno już sprzedawać na unijnym rynku. Właściciele rezydencji nie muszą jednak przejmować się bezużytecznymi ssawkami, bo przecież zlecają sprzątanie innym. Podobnych przykładów jest bez liku.

Z perspektywy kosztów poszczególnych państw, w najgorszej sytuacji są takie kraje jak Polska, której gospodarka przez lata oparta była na węglu ze względu na rodzaj posiadanych złóż i opóźnienia technologiczne wynikające z kolei z faktycznej 44 – letniej okupacji ze strony ZSRR. Zmiana tej struktury wymagać będzie wielu lat i miliardów euro, pieniędzy, które w tym czasie bogatsze kraje będą inwestować w służbę zdrowia czy lepszą infrastrukturę.

Downsizing a ostateczne rozwiązanie
Należy jednak przyznać, że redukcja potrzeb osób najbiedniejszych jest stosunkowo rozsądną alternatywą względem innego rozwiązania, a w zasadzie: ostatecznego rozwiązania kwestii zmian klimatycznych, czyli: depopulacji. Bo nie miejmy złudzeń ci, którzy rozważają tego typu pomysły nie myślą o sobie, jak o tych, którzy mogliby odciążyć Ziemię – oni mają prawo przemieszczać się paliwożernymi limuzynami, latać bez ograniczeń, używać. Zatem niezmiennie będą również mieć prawo do życia. Historia pokazuje, że redukcja populacji zawsze dotykała przede wszystkim najsłabszych, starych i schorowanych. I to się nie zmienia, mimo postępu cywilizacyjnego. Czy można uznać za prawdopodobny scenariusz, w którym ludność podlega celowej depopulacji? A może inaczej: czy wobec torpedujących opinię publiczną rewelacji naukowych o coraz szybszym umieraniu Planety będą brane pod uwagę inne rozwiązania?

Pandemia na smutki ekologów
Z pewnością skutki trwającej od roku pandemii mogą przekonać niektórych do tego, że redukcja ludności oraz jej potrzeb ma korzystny wpływ na środowisko naturalne. W okresie najostrzejszego lockdownu wiosną zeszłego roku, gdy ludzie tygodniami pozostawali w domach można było organoleptycznie przekonać się, że poziom smogu w powietrzu był niższy, a ci, którzy dysponują profesjonalnymi miernikami zapewne byliby w stanie potwierdzić to liczbami. Tylko czekać aż pojawią się fachowe publikacje dokumentujące mniejszą emisję dwutlenku węgla do atmosfery i innych szkodliwych substancji w całym roku 2020. Ale trwająca nawet trzy lata epidemia nie powstrzyma, a co najwyżej spowolni zmiany klimatyczne. No chyba, że zaraza wybije połowę ludzkości…

Musimy się wynieść
Gdyby jednak okazało się, że ludzkość przetrwa pandemię koronawirusa to wciąż aktualne pozostanie pytanie o sposoby rozwiązania kryzysu klimatycznego. Kłopot w tym, że świat poznał już na nie najlepszą odpowiedź, ale niewiele zrobił z tą wiedzą. A może inaczej: decydenci z jakichś powodów spowolnili realizację remedium. Od czasu rewolucji przemysłowej, która to dokonała w środowisku naturalnym największego spustoszenia było wiadomo, że prędzej czy później człowiek będzie musiał szukać nowych przestrzeni do zagospodarowania. Wraz z pierwszymi lotami kosmicznymi w II połowie XX wieku te marzenia nabrały realności. Plany podbicia Kosmosu miały być realizowane na dwa sposoby: kolonizację Układu Słonecznego oraz szukanie napędu na tyle dobrego by można było wylecieć dużo dalej w poszukiwaniu planet o podobnej atmosferze do ziemskiej.

Problemy w przestworzach
Pierwsze plany stworzenia stacji kosmicznej na orbicie okołoziemskiej datowane są na lata 80. ubiegłego wieku. Ostatecznie stała załoga pojawiła się na międzynarodowej stacji okołoziemskiej w 2000 r. Wszystko przebiegało dobrze do 2003 r. kiedy to doszło do katastrofy amerykańskiego promu Columbia. Po wypadku na dwa lata wstrzymano kursy amerykańskich statków na orbitę okołoziemską. W następstwie dyskusji na temat finansowania załogowych lotów w Kosmos oraz bezpieczeństwa astronautów, w 2011 roku władze USA zakończyły program wahadłowców, a jedynym przewoźnikiem astronautów zostały rosyjskie rakiety Sojuz. W 2020 roku dołączył do nich amerykański statek Crew Dragon prywatnej firmy SpaceX.

W czasie, gdy program podboju Kosmosu wyraźnie spowolniał doszło do historycznych odkryć. W 2014 r. badacze zaobserwowali planetę Kepler-186f określaną jako najbardziej jak dotąd podobną do Ziemi. W tamtym roku astronomowie odkryli łącznie 20 egzoplanet, na których mogłaby znajdować się woda w stanie płynnym. Nadzieja, że jest po co lecieć znacznie dalej odżyła, tym bardziej, że kolonizacja Układu Słonecznego może niewiele pomóc.

Im dalej, tym lepiej
Rzeczywiście wysłanie łącznie kilkudziesięciu tysięcy ludzi na orbitę okołoziemską, na Księżyc lub na Marsa, nie rozwiąże problemu przeludnienia na Ziemi. Więcej sensu mają misje odkrywcze trwające kilka pokoleń, z perspektywą transferu części ludzkości na odkryte w ten sposób planety. Zadziałałby podobny mechanizm do tego, jaki miał miejsce w przypadku odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba albo w następstwie trzeciego odkrycia Australii przez Jamesa Cooka, kiedy to po pierwszych dwóch negatywnych ocenach nowego lądu dopiero ten żeglarz udowodnił, że na australijskiej ziemi można się osiedlić. Wiadomo nie od dziś, że aby transferować ludzi poza Ziemię potrzeba znacznie lepszej technologii i lat by osiągnąć cel, tymczasem nasza Planeta nie chce spowolnić swego procesu starzenia. Rozwiązaniem byłoby zwiększenie środków na badania kosmiczne, ale USA nie są już tak skore do wydawania publicznych środków na podbój Kosmosu jak podczas zimnej wojny, a prywatny biznes oczekuje zwrotu z kosmicznych inwestycji w perspektywie krótko – i średnioterminowej – takie dają szansę jedynie loty okołoziemskie bądź górnictwo kosmiczne. A to oznacza robienie kroczków, podczas gdy potrzeba kroków milowych.

Ułamek prędkości światła
Astrofizycy przekonują, że aby dotrzeć na planetę ziemiopodobną w czasie jednego pokolenia potrzeba napędu pozwalającego uzyskać prędkość na poziomie mniej więcej 17 proc. prędkości światła. Wówczas podróż do jedynego naturalnego satelity Ziemi trwałaby osiem sekund, a nie jak obecnie trzy dni

Takie prędkości można uzyskać tylko za sprawą: fuzji jądrowej lub ujarzmiając antymaterię. Na stworzenie obydwu technologii potrzeba jeszcze sporo czasu. Ale przy odpowiednich inwestycjach można byłoby zbudować rakietę wyposażoną w unowocześniony silnik plazmowy Halla. Taki prom umożliwiłby pierwszą wielopokoleniową ekspedycję kosmiczną w kierunku egzoplanety, ponieważ do jej odbycia wystarczyłyby zbiorniki mogące pomieścić jedynie kilkaset kilogramów paliwa. Dotychczasowe konstrukcje takich silników były stosunkowo wolne i bazowały na drogim w pozyskaniu ksenonie. Dlatego też od lat 70. używane są przede wszystkim do przeprowadzania precyzyjnych manewrów i korekt orbit satelitów. Ale to właśnie ta technologia daje obecnie największe powody do optymizmu.

Pieniądze muszą się znaleźć
Aby jednak myśleć o podboju Kosmosu, a tym samym o ratowaniu Ziemi potrzebne są znaczne środki finansowe, którymi dysponują obecnie jedynie międzynarodowe korporacje, którym z kolei nie spieszy się do płacenia wyższych podatków, podobnie jak ich szefostwu, które niechętnie ponosi koszty transformacji energetycznej, obciążając nimi uboższą część społeczeństwa. Na koniec rysuje się zatem smutna konstatacja, że być może niebawem trzeba będzie zaakceptować depopulację jako sposób przetrwania bogatych i najbardziej wpływowych kosztem słabszych? Alternatywą dla tej postawy jest wywarcie nacisków na rządy i organizacje międzynarodowe by korporacje dorzuciły się do prawdziwie skutecznych sposobów ratowania Ziemi. Nie w formie nowych, dochodowych biznesów ubranych w modne ekohasła, a w ramach realnych działań, do których należy właśnie kolonizacja Kosmosu.

Polskie zasługi
Warto jednak zachować optymizm, bowiem wspomniany, unowocześniony silnik plazmowy, który mógłby pozwolić eksplorować świat poza Układem Słonecznym, od stycznia 2021 roku nie jest już w obszarze science-fiction. To wszystko dzięki konstrukcji Fatimy Ebrahimi z Princeton Plasma Physics Laboratory Departamentu Energii USA. Naukowiec opracowała innowacyjny typ tego napędu, który będzie w stanie osiągać nawet dziesięciokrotnie wyższe prędkości od silników używanych obecnie. Problemem nie będzie też drogi w pozyskaniu ksenon, a to dzięki Polakom. Zespół naukowców i inżynierów z Instytutu Fizyki Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy w Warszawie zbudował niedawno własny silnik typu Halla zoptymalizowany do pracy z kryptonem – ten szlachetny gaz jest nawet dziesięć razy tańszy od ksenonu. Nową, dużo bardziej wydajną konstrukcję silnika plazmowego mają już podobno Chińczycy. To dobrze, bo to zdrowy wyścig, który może okazać się ratunkiem dla nas wszystkich.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Partia środka…


Strategia PiS na najbliższe lata będzie polegała na próbie przejścia w centrum. Granie aborcją służy właśnie temu celowi; ma pokazać umiarkowaną, powściągliwą formację rządzącą, w kontrze do ekstremizmów.

Roman Mańka: W okresie sprawowania władzy przez koalicję PO-PSL, dr Marek Kochan zidentyfikował zachowanie Platformy, jako budowanie silnego centrum przeciwko ekstremizmom. Było to w czasach (rok 2013), kiedy podczas organizowanych przez środowiska narodowe „Marszów Niepodległości” rozgrywały się ekscesy: szowinistyczne hasła, uliczne rozróby, niszczenie mienia oraz spektakularne walki z policją. To wtedy służby specjalne, na rzekome nieoficjalne polecenie ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Bartłomieja Sienkiewicza, miały użyć prowokacji w postaci podpalenia budki pod rosyjską ambasadą. Wszystko po to, aby pokazać ekstremizm opcji narodowej. Pod drugiej stronie też był kandydat, świetnie nadający się do odgrywania roli radykalizmu: Palikot i stojąca za nim antyklerykalna lewica.

PO próbowała przedstawiać opinii publicznej PiS jako tą samą stronę co narodowcy, jeden obóz (w czym jest zresztą sporo prawdy), tymczasem siebie prezentując społeczeństwu, jako jedyną siłę, polityczne, umiarkowane centrum, zdolną do powstrzymania ekstremizmów.

Niektórzy eksperci, w tym m.in. prof. Antoni Dudek, z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, sugerowali, iż Platforma może się stać, podobnie jak niegdyś chadecja we Włoszech, partią hegemoniczną, sprawującą władzę przez długie lata, na zasadzie „tamy” czy „blokady” wobec innych radykalnych sił, mogących dojść do władzy. We Włoszech chadecja sprawowała władzę w różnych koalicjach z socjalistami, socjaldemokratami, i liberałami, przez 47 lat od zakończenia II wojny światowej, na zasadzie mniejszego zła, gdyż po przeciwnej stronie była włoska partia komunistyczna i właśnie jej obawiało się społeczeństwo Italii.

PiS obecnie usiłuje zastosować podobną strategię, jak PO w czasach, gdy formacja ta sprawowała władzę: (czyli) akcentować ekstremizmy, intensyfikować oraz pogłębiać polityczny podział kulturowy, a samemu manifestować się jako rozsądna, siła umiaru, znajdująca się w centrum sceny politycznej.

Legitymizacja symboliczna („błogosławieństwo” elit)
Przemieszczanie się w kierunku centrowym różnych ugrupowań politycznych (zwłaszcza tych, które sprawują władzę), nie jest niczym nowym. Często jest to związane z typem legitymizacji, jakiej w danym momencie procesu politycznego oczekują politycy. Można orientować się na dwa różne sposoby: 1) na społeczeństwo; i na 2) elity. Społeczeństwo jest potrzebne, kiedy walczy się o władzę i właśnie wówczas partie starają się zabiegać o poparcie ludu, w kontrze do elit; jednak, gdy już dana formacja dojdzie do rządzenia, gdy zacznie oswajać się z władzą, wówczas bardziej istotna staje się legitymizacja artykułowana ze strony establishmentu, czyli zabieganie o poparcie elit.

Te dwa typy legitymizacji wynikają pośrednio z taksonomii, jakiej swego czasu dokonał włoski socjolog i politolog, Gaetano Mosca, który podzielił wspólnotę polityczną na: elity oraz resztę społeczeństwa.

Pierwszy czynnik znajduje się w mniejszości (niejednokrotnie w dramatycznej), jednak posiada trzy istotne cechy, które w pewnych warunkach mogą dawać mu przewagę: przede wszystkim posiada zdolność organizacyjną i potencjał opiniotwórczy, a co za tym idzie: umiejętność do mobilizowania, ale i demobilizowania społeczeństwa.

Tymczasem to co Mosca określił jako resztę społeczeństwa znajduje się w przytłaczającej większości, lecz mankamentem społeczeństwa jest brak zdolności organizacyjnej. Jeżeli, wychodząc już poza teorię Moski, poziom tzw. społeczeństwa obywatelskiego jest niski, jeśli niska jest również jego polityczna świadomość, wówczas łatwo jest to społeczeństwo dezinformować i demobilizować albo mobilizować grupy kompletnie nieświadome, co w istocie jest mobilizacją negatywną, a więc czymś gorszym od mobilizacji.

Czasami będące w mniejszości elity, z uwagi na swój potencjał organizacyjny oraz kapitał kulturowy, stają się dla rządzących dużo lepszym partnerem strategicznym, niż zdezorganizowane społeczeństwo; dużo też łatwiej jest zaspokoić oczekiwania establishmentu (choć zazwyczaj gorsząco kosztowne) od potrzeb społeczeństwa.

Establishment posiada nad społeczeństwem jeszcze jedną przewagę w zabieganiu o zapewnianie legitymizacji rządzącym: (otóż) może on udzielać tzw. kapitału kulturowego, a ujmując problem bardziej precyzyjnie, symbolicznego. Elity rządzące, aby być postrzegane jako elity w głębszym sensie, i aby wchodzić w skład szerszego spektrum bardziej uniwersalnie rozumianych elit, muszą posiadać kapitał symboliczny, będący konwersją kapitału kulturowego. Inaczej mówią i uciekając się do zwulgaryzowanego lecz wymownego przykładu, aby rządzący pozyskiwali kapitał symboliczny, Beata Kępa musiałaby zjeść obiad z Krystyną Jandą, bądź z Małgorzatą Rozenek-Majdan.

Mechanizm ten znakomicie zdefiniował francuski antropolog symboliczny i socjolog, Pierre Bourdieu, rozróżniając tzw. pola, m.in. pole władzy, pole produkcji kulturowej; pole polityczne, pole ekonomiczne.

Władza polityczna, lub różne czynniki polityczne wchodzące w obszar pola politycznego, zazwyczaj balansują pomiędzy społeczeństwem (które możemy nazwać polem społecznym), a terenem, określonym przez Bourdieu, jako pole produkcji kulturowej. Gdy trzeba odróżnić się od elit w walce o władzę, rządzący jawią się bliżej pola społecznego, podkreślając swoją fizyczność w opozycji do kulturowości elit; ten schemat ma zazwyczaj miejsce, gdy dana formacja polityczna dopiero idzie po władzę; gdyż zaś konkretne ugrupowanie już znajdzie się w procesie rządzenia, wówczas potrzebuje kapitału symbolicznego, który może zapewnić oraz udzielić pole produkcji kulturowej (elity kulturowe); wówczas rządzący podkreślają swoją kulturową wyższość w opozycji do fizyczności społeczeństwa, i w ten właśnie sposób tworzą dystanse nieodzowne do sprawowania władzy.

Dystans jest kategorią ambiwalentną: dzięki niemu władzę się utrzymuje, utrwala, lecz z jego powodu (gdy dystanse pomiędzy rządzącymi a społeczeństwem są zbyt wielkie) – również traci.

Ewolucja
Każda władza lub formacja znajdująca się w drodze do rządzenia, musi określić swój stosunek do elementu klientelistycznego, czyi do status quo (kulturowego czy ekonomicznego). Do wyboru ma co najmniej trzy możliwości: 1) całkowicie doorientować się do status quo; 2) całkowicie mu zaprzeczyć; bądź 3) doorientować się częściowo albo stopniowo.

PiS wybrał trzecią drogę.
Jednocześnie prawie wszystkie partie, które zdobyły władzę, prędzej lub później, modyfikują swoją lokalizację w przestrzeni politycznej (nie mylić ze sceną polityczną) i przemieszczają się w kierunku położenia centrowego; przy czym centrowość może tu być rozumiana również na kilka sposobów: np., jako wspomniane powyżej zbliżenie do elit, a więc doorientowanie do elementu klientelistycznego status quo, w celu uzyskanie legitymizacji symbolicznej, a w jej ramach czerpania kapitału symbolicznego czy ekonomicznego; lub w rozumieniu klasycznym, jako zajęcie miejsca w centrum sceny politycznej, czyli blisko punktu środka na odcinku lewica – prawica; albo wreszcie, jako zabieganie o wyborców cechujących się mniejszą intensywnością politycznego zaangażowania, bardziej neutralnych, o niższym poziomie socjalizacji politycznej oraz identyfikacji światopoglądowej.

Z wypowiedzi prof. Waldemara Parucha, jeszcze do niedawna głównego stratega PiS, byłego szefa Centrum Analiz Strategicznych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wynikało, że PiS zwyciężał w wyborach przeprowadzonych w latach 2019-2020, odwołując się do tzw, jak ich określił sam Paruch, „wyborców nisko-politycznych”, a zatem tych, którzy nie posiadają silnie zdefiniowanych poglądów politycznych.

Zazwyczaj przesunięciu pozycji formacji rządzącej w stronę establishmentu czy w kierunku elit, towarzyszy także modyfikacja miejsca partii sprawującej władzę na scenie politycznej, właśnie w kierunku centrum.

Populizm jest bardziej użyteczny, kiedy się walczy o władzę, gdy się natomiast ją sprawuje obiektywnie dużo trudniej jest opierać się na populizmie. Gdy w roku 1922, w rezultacie „marszu Czarnych Koszul”, faszysta Benito Mussolini został przez króla Emanuela III mianowany premierem Włoch, stopniowo zaczął przesuwać się z pozycji obrońców uboższych grup społecznych w stronę reprezentantów elit, klasy średniej, oraz klas bogatszych.

Ta ewolucyjność ugrupowań o różnym stopniu populizmu obserwowana była w wielu krajach: we Francji, po tym, jak na czele Frontu Narodowego, Jean Marie Le Pena zastąpiła jego córka, Marin Le Pen, ugrupowanie (jednak) wykonało krok w kierunku centrum, w większym stopniu odwołując się do klasy średniej, dzięki czemu między innymi wygrało wybory do Europarlamentu w 2014 roku, otrzymując poparcie na poziomie 24,86 proc. i tym samym zdobywając 23 mandaty.

Pod koniec XX wieku manewr modyfikacji położenia na scenie politycznej z wielkim sukcesem wykonała w Wielkiej Brytanii Partia Pracy, za sprawą swojego przywódcy, Tony’ego Blaira. Zapewniło jej to bezapelacyjne zwycięstwo nad konserwatystami, po ich bez mała dwóch dekadach dominacji oraz spowodowało uzyskanie bezwzględnej, samodzielnej większości: 179 mandatów w Izbie Gmin. Osiągnięcie zostało powtórzone w dwóch kolejnych wyborach: 2001 i 2005 roku.

Metamorfoza formacji rządzących, wyrażająca się w przejściu od ekstremizmu czy populizmu w kierunku elit i centrum, nie jest niczym nowym. Także w Polsce miała miejsce. Typowym tego przykładem jest SLD. Na początku lat 90. XX wieku było to ugrupowanie radykale, o wyraźnie antyestablishmentowym charakterze. Niczym tradycyjna lewica werbalnie wypowiadało się przeciwko najbogatszym warstwom społecznym, kwestionowało rozpoczętą nad Wisłą w 1989 roku transformację ustrojową, a także euroatlantycki kurs Polski, będąc m.in. przeciwko przystąpieniu Polski do NATO.

Po zdobyciu władzy wykonawczej w roku 1993 oraz prezydenckiej w 1995, SLD odeszło od swoich populistycznych, rewindykacyjnych, a nawet lewicowych, socjalnych postulatów, stając się typową partią elit. Pod koniec lat. 90 XX wieku i na początku trzeciego tysiąclecia, establishment uwielbiał SLD, o czym świadczy choćby „eskapada” Lwa Rywina do Adama Michnika.

Niewolnik własnego elektoratu
Czy PiS wykona podobny manewr? Zbliżenie z elitami, dużo większy poziom fraternizacji z establishmentem, jak również przesunięcie na scenie politycznej w kierunku centrum, jest dla PiS-u korzystne z dwóch głównych powodów: pierwszy można określić jako merkantylny i jest on związany z tym co nazywa się konsumpcją władzy; drugi wynika z potrzeb strategicznych zorientowanych na utrzymywanie władzy.

Każda władza, w tym również PiS, chce konsumować korzyści związane z rządzeniem. Nie ograniczają się one jedynie do czerpania z immanentnego kapitału posiadanego przez państwo, czyli zarobków z tytułu świadczonej pracy w aparacie administracyjnym państwa, czy beneficjów płynących z okoliczności zasiadania w spółkach skarbu państwa (samych funkcjonariuszy partyjnych PiS, jak i ich rodzin). Dużo większe zyski dla środowisk oraz grup składających się na obóz władzy, w tym przypadku PiS, może dać to, co socjolog związany z PiS, prof. Andrzej Zybertowicz, określił niegdyś jako „klientelistyczną sieć korzyści”, a więc wejście z rozmaitymi grupami interesów w relacje klientelistyczne, czy może nawet korupcyjne. Zbudowanie takiego klientelistycznego układu może zapewnić formacji rządzącej lub raczej funkcjonującym w jej ramach koteriom, wiele wymiernych korzyści; choćby tego rodzaju działania jak lobbing w parlamencie na rzecz konkretnych rozwiązań legislacyjnych (a stopień przeregulowania stanowi często barometr korupcji), jest w stanie przynieść określone, niebagatelne zyski.

Jednak w polityce nie chodzi tylko o pieniądze. Ważne są również korzyści niewymierne. Gdy formacja rządząca wejdzie z „klientelistyczną siecią korzyści” (czyli tym co w uproszczeniu możemy nazwać elitami, a co Pierre Bourdieu określił jako pola: produkcji kulturowej, bądź ekonomicznej), tworzy się pewnego rodzaju „pole grawitacyjne” dysponujące ogromną siłą politycznego, kulturowego oraz ekonomicznego oddziaływania. Taka struktura, złożona z jednej strony z politycznego pola władzy, a z drugiej z sprzyjającej jej pól kulturowych, jak i ekonomicznych czy biznesowych, posiada niebywałą zdolność opiniotwórczą, a także mobilizacyjną. Dzięki temu może kontrolować obieg informacji (oficjalny i nieoficjalny), dezinformować, mobilizować i demobilizować wyborców.

Klientelistyczna sieć korzyści jest dla każdej władzy atrakcyjnym sojusznikiem… Czy PiS zawrze układ z „układem”?

W sprawowaniu władzy niezwykle ważne są pieniądze, rozpatrując politykę w aspekcie pragmatycznym, oportunistycznym, czy koniunkturalnym poprzez wejście rządzących w układ z „klientelistyczną sieć korzyści” można czerpać wiele zysków o charakterze ekonomicznym; z puntu widzenia władzy dużo ważniejsze od pieniędzy jest jednak znaczenie, prestiż. Prestiż jest czynnikiem nieodzownym w dążeniu do rządzenia, zdobywania, a przede wszystkim utrzymywania władzy. Jest zarazem najistotniejszym środkiem prowadzącym do władzy, lecz również celem, gdyż władza w sprzężeniu zwrotnym, daje również prestiż oraz wytwarza potencjał jego zdobywania. Ten zaś prestiż rządzącym może zapewnić, to co Pierre Bourdieu nazwał: „polem produkcji kulturowej”.

PiS nie różni się od innych partii funkcjonujących na scenie politycznej. Działacze PiS oraz różne koterie czy środowiska działające w ramach tej formacji są tak samo, a może nawet bardziej napędzani motywami koniunkturalnymi, merkantylnymi, jak członkowie i ośrodki skupione w innych ugrupowaniach. Jak powiedział jednen z niedawno nagranych działaczy PiS z Wałbrzycha: „my jesteśmy tacy sami jak członkowie PO czy SLD” (cytat nie jest wierny, ale całkowice oddaje sens wypowiedzi).

Dla celów konsumpcyjnych PiS już dawno wszedłby w układ z „układem”, który sam swego czasu usiłował werbalnie zwalczać i piętnować: a więc z „klientelistyczną siecią korzyści”. Przemawiają za tym kalkulowane przez działaczy PiS różnego szczebla korzyści prestiżowe oraz ekonomiczne., które następnie mogą zostać rekonwertowane na polityczne zyski.

Jest jednak jeden problem uniemożliwiający PiS-owi wejście w alians ze istniejącym w Polsce status quo, czyli z elitami: żelazny elektorat PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego dysponuje niezwykle specyficznymi wyborcami: można próbować nazwać ich ambitnymi albo pryncypialnymi, lecz obydwa terminy byłyby poznawczo mylące.

W istocie wyborcy PiS nie cechują się pryncypialności ani dogmatycznością; w wielu przypadkach potrafili być niezwykle pragmatyczni czy nawet oportunistyczni, akceptując dla celów strategicznych różnego rodzaju wolty Jarosława Kaczyńskiego i centrali na Nowogrodzkiej. Prawidłowa definicja populacji wyborczej popierającej PiS jest inna: elektorat PiS jest pretensjonalny, zaś jego poparcie wobec „Zjednoczonej Prawicy” napędzane jest przez resentyment, sprowadzający się do nienawiści wobec tego, co sami wyborcy PiS nazywają: „liberalnymi elitami”. Elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego wybaczy wiele, zaakceptuje prawie wszystko, ale nie alians z establishmentem III Rzeczpospolitej, przynajmniej z jego dominującą, ortodoksyjną częścią.

Z tego właśnie powodu, do dziś PiS nie wszedł otwarcie w typowo konsumpcyjną funkcję władzy, nie zawarł sojuszu z „klientelistyczną siecią korzyści. Po prostu stał się niewolnikiem własnego elektoratu.

Substytut dynamitu
PiS przesunie się w kierunku centrum z powodów strategicznych. Będzie to podyktowane dwoma celami: utrzymania przy sobie wyborców, jak to określił po wyborach do Europarlamentu w 2019 roku, jeden z głównych ówcześnie strategów PiS, prof. Waldemar Paruch, „nisko-politycznych”, a więc tych o mniejszym natężeniu emocjonalnym; wrażliwych w większym stopniu na impulsy pragmatyczne czy redystrybucyjne.

W filozofii istnieje pojęcie „posiadania tematu”, jest ono mniej więcej tym samym, co w piłce nożnej posiadanie piłki. Drużyna, która w ujęciu statystycznym dominuje w aspekcie posiadania piłki, może kontrolować rytm gry, a dzięki temu stwarza sobie większe (choć bywają wyjątki) szanse na zwycięstwo.

PiS celowo wrzuca w przestrzeń polityczną tematy ideologiczne, światopoglądowe, emocjonalne, gdyż czyniąc to spycha opozycję do politycznej defensywy i powoduje w jej ramach polityczne podziały. Opozycji może wydawać się, iż jest w ofensywie, że posiada polityczną inicjatywę, lecz to wszystko odbywa się na polach ideologicznych. Tymczasem dla pozyskania albo utrzymania wyborców o mniejszym zaangażowaniu politycznym, dużo istotniejsze okazują się pola pragmatyczne.

Inaczej mówiąc: opozycja dominuje w obszarze ideologicznym, a PiS na terytorium egzystencjalnym. W kontekście wyborów parlamentarnych w 2023 roku (pamiętajmy, że mniej więcej w tym samym czasie odbędzie się elekcja samorządowa), „Zjednoczona Prawica” będzie robiła wszystko, aby utrzymać przy sobie tematy socjalne, aby je, jak mówi filozofia polityki: posiadać.

Rytm gry w dalszym ciągu kontroluje partia Jarosława Kaczyńskiego.

Wg rachub PiS, utrzymanie inicjatywy politycznej w obszarze postulatów egzystencjalnych (socjalnych) ma dla partii znaczenie strategiczne i zapewni sympatię ze strony wyborców centrowych, czyli wg definicji prof., Parucha, wyborców mniej intensywnych w artykułowaniu emocji politycznych, o słabszym poziomie zaangażowania („nisko-politycznych) oraz skromniejszej socjalizacji politycznej.

Drugi poziom definiowania centrowego położenia elektoratu, odwołuje się do stosunku wobec radykalnych postaw w polityce, wobec tego co nazywamy ekstremizmami. Ważnym momentem w polskiej polityce, i paradoksalnie, wbrew temu co twierdzi wielu ekspertów, korzystnym dla PiS, było pojawienie się na scenie politycznej środowisk narodowych, zinstytucjonalizowanych następnie w „Konfederacji”. To pozwoliło „odbić” PiS-owi od skrajnie prawej strony i przesuwać się w kierunku centrum. Diagnoza, że „na prawo od PiS jest już tylko ściana”, dziś nie obowiązuje. Tym samym „Zjednoczona Prawica” może schodzić z osi konfliktu politycznego, a zwłaszcza kulturowego i uciekać od polaryzacji w pragmatyzm, w socjal, w problemy egzystencjalne. Może tworzyć iluzję, że nie jest jednym z dwóch głównych biegunów polaryzacyjnych, a także, że nie jest stroną ostrej wojny światopoglądowej.

Wrzucanie tematów ideologicznych w przestrzeń debaty politycznej, powoduje, że PiS uwypukla ekstremizmy: z jednej strony lewicowy, z drugiej prawicowy, w ramy którego łatwo jest PiS-owi włożyć „Konfederację” oraz środowiska narodowe. Poza tym, za pomocą konfliktów ideologicznych „wypalane” są emocje społeczne i rozładowywane napięcie. Warto przywołać metaforę saperów, którzy detonują miny poprzez celowe wrzucenie granatu na pole minowe. W miarę, jak kolejne dni zaczną Polskę przybliżać do wyborów parlamentarnych, „Zjednoczona Prawica” będzie coraz częściej sięgała po kwestie ideologiczne, aby inspirować ostry, gwałtowny ideologiczny konflikt uwypuklający ekstremizmy – lewicowy oraz skrajnie prawicowy, tymczasem sam PiS spróbuje się zaprezentować jako umiarkowane, rozsądne centrum przeciwko ekstremizmom, siła rozsądna, pragmatyczna, mogąca powstrzymać radykalizmy.

Ideologia jest jak dynamit. Może spowodować wybuch, który przebuduje całą scenę polityczną.

Uruchomienie problemów światopoglądowych (takich jak aborcja czy LGBT) będzie przebudowywało polską scenę polityczną i może automatycznie zepchnąć PO na lewą stronę, zaś PiS przesunąć w kierunku centrum. Taka jest strategia PiS.

Główny nurt PiS z pewnością będzie się starał przesunąć w kierunku centrum. Pytanie jest inne: czy „Zjednoczona Prawica” pozostanie do wyborów w 2023 roku nadal zjednoczona? Czy może rozpadnie się w rezultacie spontanicznych procesów odśrodkowych, czy może z powodów taktycznych i instrumentalnych?

Nie jest wykluczone, iż operacji przesuwania PiS do centrum, będzie towarzyszyła, jako swego rodzaju support, wyreżyserowana, kontrolowana fronda, polityków fundamentalnych oraz radykalnie konserwatywnych, takich jak np. Zbigniew Ziobro czy Przemysław Czarnek, których zadaniem będzie zbudowanie pozornie odrębnego ugrupowania posiadającego zdolność zagospodarowania konserwatywnych, katolickich oraz narodowych wyborców.

Zresztą, w zarysowanej hipotetycznie sytuacji, jeżeli miałoby do niej dojść, momentalnie zafunkcjonują automatyzmu. Jakakolwiek fronda po prawej stronie PiS poskutkuje przesunięciem jego jądra do centrum.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Wchłanianie buntu


W 1968 roku podczas pamiętnych protestów studentów we Francji,
w pewnym momencie, na trasie do Gare de l’Est do placu Denfert-Rochereau swój sprzeciw wobec francuskich władz, prezydenta Charlesa de Gaulle’a oraz premiera Georgesa Pompidou, manifestowało ponad milion osób. Była to wspólna demonstracja środowisk studenckich, robotników
i członków partii komunistycznej.

Roman Mańka: Mimo ogromnej skali społecznego wzburzenia we Francji, do dziś wydarzenia z drugiej połowy lat 60. XX wieku przywoływane są jako symbol spektakularnego buntu, trudno doszukiwać się bezpośrednich konsekwencji politycznych, również kapitalistyczny system organizacji gospodarki nie został zasadniczo zmieniony.

Prezydentem dalej pozostał Charles de Gaulle. Zmiana dotknęła funkcji premiera: Georgesa Pompidou zastąpił Maurice Couve de Murville; ale Pompidou szybko powrócił do francuskiej polityki i to na najwyższy urząd
w państwie, gdy w 1969 roku, w rezultacie przegranego referendum
w sprawie reformy Senatu, de Gaulle zrezygnował.

Wybory parlamentarne z czerwca 1968 roku przyniosły zwycięstwo prawicy gaullistowskiej, socjaliści ponieśli miażdżąca klęskę, komuniści zdobyli 20 proc. Dominacja prawicy we Francji trwało jeszcze przez całą dekadę lat 70., socjaliści doszli do władzy dopiero 13 lat później, kiedy prezydentem kraju nad Sekwaną został François Mitterrand.

Tolerancja represywna
Z francuskiej lekcji płyną wnioski o bardziej ogólnym charakterze, które szanując wszelkie osobliwości, można przenieść na teren innych wspólnot politycznych, w tym również Polski. Obecnie w Polsce trwa zażarty spór światopoglądowy wokół problemu aborcji, środowiska lewicowe organizują intensywne protesty, zaś wielu obserwatorów dopatruje się analogii pomiędzy przykładem polskim a francuskim, mimo nieco innej zawartości merytorycznej konfliktu. Pytanie, jakie pojawia się w tle całej sytuacji, dotyczy kwestii: czy zmiana jest możliwa? Czy w rezultacie społecznych protestów można zmodyfikować system?

Francuski filozof reprezentujący Frankfurcką Szkołę Krytyczną, jednocześnie mentor zbuntowanej młodzieży z roku 1968, Herbert Marcuse, uważa, że nie jest to możliwe. W jego opinii, społeczeństwa industrialne (dziś już postindustrialne), a więc społeczeństwa późnego kapitalizmu, wypracowały pewną specyficzną dynamikę, która neutralizuje poczynania opozycji politycznej, w taki sposób, że zmiana, a mówiąc bardziej precyzyjnie: radykalna zmiana, przestaje być możliwa. Po fali burzliwych protestów, francuscy studenci, a także wspierający ich robotnicy, wycofali się w głąb społeczeństwa konsumpcyjnego, zadowolili się konsumpcją oraz dobrobytem. Na podobną, jak w 1968 roku skalę, sytuacja już się w najnowszej historii Francji nie powtórzyła.

Marcuse używa w tym kontekście, kluczowego chyba dla zrozumienia procesów współczesności terminu, „tolerancji represywnej”. Jest to mechanizm wykształcony przez społeczeństwa konsumpcyjne czy, jak kto woli, industrialne i postindustrialne, który pacyfikuje wszelką możliwość zmian, odnoszących się do głębszej struktury systemu. W żądnym z krajów zachodnich, mimo rozmaitych napięć oraz kryzysów, radykalna zmiana okazała się niemożliwa. Szczególnie w przestrzeni gospodarki status quo zostało utrzymane.

Cicha większość
Strajki kobiet, które miały miejsce w Polsce na jesieni 2020 roku i odbywają się teraz, są jakby kontynuowane, nie nastawiają się na zmianę
o charakterze ekonomicznym, nie odnoszą się do próby zmodyfikowania przestrzeni gospodarczej, jeżeli podnoszona jest w ich ramach problematyka ekonomiczna, to w sposób marginalny i niebezpośredni. Protesty koncentrują się głównie wokół tematu aborcji, która w rezultacie decyzji Trybunału Konstytucyjnego, została mocno ograniczona oraz obalenia rządu. Na ulice wychodzi sporo osób. Niektórzy szacują, że
w jednej z jesiennych demonstracji brało udział nawet 100 tys. manifestujących. Czy to oznacza, że w Polsce może dojść do rychłej zmiany rządu albo wycofania się prawicowej ekipy z zaostrzenia aborcji pod naciskiem protestów?

Oprócz tolerancji represywnej, która w tym przypadku, a więc w obliczu polskich protestów w sprawie aborcji, może mieć jakieś znaczenie, Hektor Marcuse posługuje się drugim jeszcze pojęciem: „cichej większości”. Nazwa ta została zapożyczona od Massimo de Carolisa i pozostaje w stosunku antynomicznym, jest antytezą, do zbuntowanej mniejszości. We Francji lat 60. XX wieku protesty miały niesamowicie intensywny przebieg, mogły wskazywać (patrząc na ulice), że to studenci oraz wspierające ich grupy lewicowe posiadają przygniatającą większość, tymczasem prawda okazała się inna: zorganizowane miesiąc później wybory parlamentarne pokazały, że to Charles de Gaulle i popierająca go formacja prawicowa ma w społeczeństwie dużo większe poparcie.

Fałszywy barometr
Czasami ulica daje fałszywy odczyt sympatii politycznych albo rozkładu opinii w danej sprawie. Czy tak jest w tym przypadku? Trudno powiedzieć. W każdym razie badania preferencji politycznych, analizy socjometryczne, nie pokazują, aby gwałtowne oraz spektakularne protesty w sprawie aborcji miały wpływ na poważną re-konfigurację sceny politycznej. Nie zyskuje lewica, co wielu może dziwić, gdyż demonstracje mają „Lewicowy” charakter. Ale swojego kapitału politycznego nie pomnaża również Platforma Obywatelska.

Dzieje się tak dlatego, że relacja pomiędzy społeczną przestrzenią protestów a polityczną strefą debaty publicznej, jest asymetryczna. Nie istnieje kompatybilność jednego wymiaru w stosunku do drugiego. Strajkujące kobiety nie dysponują zdefiniowaną reprezentacją polityczną. Żadne z istniejących w Polsce ugrupowań nie reprezentuje protestujących jako prosta emanacja polityczna.

Stąd bunt, choć intensywny i głośny, nie koresponduje ze wzrostem sympatii politycznych.

Kluczowe jest jednak użyte przez Massimo de Carolisa, którego sens
w swoich pracach wyrażał również Hektor Marcuse, pojęcie „cichej większości”. Jeśli partia obecnie rządząca Polską (PiS) o coś gra, to jest to właśnie „cicha większość”, a zatem ta populacja, która nie artykułuje swojego niezadowolenia i nie uczestniczy w demonstracjach. Zachowuje się w sposób bierny, często poziom socjalizacji politycznej tej grupy jest niski, lecz pójdzie do wyborczych lokali i można ją bardzo łatwo zmobilizować różnego rodzaju projektami socjalnymi.

Niewidzialna rewolucja
W socjologii polityki istnieje termin posiadania tematu. Dla wyjaśnienia: posiadanie tematu jest mniej więcej tym samym, co w piłce nożnej: posiadanie piłki. Zespół, który dłużej utrzymuje się przy piłce ma większe szans na zwycięstwo (choć to nie reguła) i może regulować rytm gry. PiS celowo wpycha opozycji temat aborcji, aby utrzymać się przy tematach socjalnych, aby posiadać tematy socjalne.

Swego czasu amerykański socjolog, Ronald Inglehart zauważył tak zwaną „cichą rewolucję”, wyrażającą się w niewidzialnym przejściu pomiędzy wartościami materialnymi a postmaterialnymi; pierwsze odwołują się do potrzeb bytowych, związanych z bezpieczeństwem społeczno-ekonomicznym; drugie do potrzeb kulturowych, duchowych, takich jak np. edukacja, samorealizacja, czy prawa człowieka.

O zapotrzebowaniu na określone wartości, o orientacji na konkretne potrzeby, decyduje okres adolescencji, a właściwie niedobór, deficyt
w okresie adolescencji. Nastawiamy się na te wartości, które są deficytowe w czasie dojrzewania. Podstawą jest piramida potrzeb Abrahama Maslowa. W miarę, jak społeczeństwa się bogacą, wahadło zapotrzebowania powinno się przesuwać od wartości materialnych w stronę postmaterialnych.

Pytanie: czy w Polsce to już jest ten czas? Czy uda się wygrać wybory parlamentarne za pomocą akcentowania wartości postmaterialnych, czyli
w uproszczeniu: kulturowych?
PiS zakłada, że nie, dlatego „wpychając” opozycji temat aborcji, prowokując ją do ulicznych protestów, chce utrzymać przy sobie tematy społeczno-ekonomiczne, a zwłaszcza socjalne. Partia Kaczyńskiego spycha opozycję w przestrzeń wartości postmaterialnych, albowiem uważa, że będzie osiągała kolejne sukcesy polityczne, jeżeli utrzyma posiadanie wartości materialnych.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami
z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Rasizm odwrócony, czyli „biała małpa” istnieje


Analitycy niechętnie spekulują o podłożu zabójstw dokonywanych na farmerach w Republice Południowej Afryki. A winę za rosnące napięcia w imigranckich dzielnicach państw Europy Zachodniej, zrzucają najczęściej na: biedę, narkotyki i fanatyzm religijny.

Jerzy Mosoń: Nadszedł czas, by zadać pytanie: czy aby na pewno badacze wskazują wszystkie przyczyny rosnącej polaryzacji w świecie? Czy dostrzegają pewien przemilczany problem, który powoli staje się jednak codziennością coraz większej grupy osób, w każdym zakątku globu?

Biali przedstawiciele gatunku ludzkiego, bez wątpienia zasłużyli sobie na to, aby to właśnie im przypisywać powstanie i rozwój rasizmu. Towarzyszył on ludzkości od zarania dziejów, stojąc często u podstawy niewolnictwa, jak również innych form prześladowań wobec osób o ciemniejszym odcieniu skóry. To zatem zrozumiałe, że gdy pojawia się określenie „rasista”, większość ludzi wyobraża sobie białego człowieka krzywdzącego przedstawiciela czarnej lub żółtej kategorii etnicznej.

Jeśli rasista to biały…
Tak, bez wątpienia utożsamianie rasisty z człowiekiem białym, to także stereotyp, a być może nawet uprzedzenie. O tyle niebezpieczne, że przy panującej wciąż „pedagogice wstydu” z powodu grzechów przodków, może utrudniać dostrzeżenie tego, co dzieje się obecnie z samym zjawiskiem rasizmu. Czy rzeczywiście rasizm zanika, a jeśli tak to gdzie, w jakich grupach społecznych? A może tylko zmienia on wektory albo wcale nie odchodzi do historii? Co ewolucja rasizmu oznacza dla kolejnych pokoleń?

Farmerzy bez ziemi
Wracając do wskazanej na początku sytuacji farmerów w RPA, warto podkreślić, że prześladowania, jakim są tam poddawani biali, niegdyś rządzący tym krajem obywatele mają charakter zarówno oddolny, jak i instytucjonalny. Ataki odbywają się przy akceptacji społeczeństwa oraz zastanawiającej ciszy ze strony światowej opinii publicznej. Co więcej, władze RPA wprowadziły prawo dotyczące konfiskaty majątków białych farmerów, pośrednio potwierdzając tym samym, że szykany względem potomków kolonizatorów mają błogosławieństwo czarnej, rządzącej większości.

To tylko rabunek
Kłopot w tym, że nie można jeszcze uznać tych prześladowań za ludobójstwo, a jednym z argumentów utrudniających taką kwalifikację jest okoliczność, że podczas ataków na białych giną też czarni, najczęściej pracownicy plantacji należących do białych farmerów. To z kolei znakomite „paliwo” dla „ekspertów” kontestujących rasistowskie pobudki agresorów. Z łatwością wskazują oni na motyw rabunkowy ataków i odsuwają tym samym uwagę opinii publicznej od faktów, które naprawdę leżą u podstaw rasizmu w Afryce. A dzieje się źle!

Wyjeżdżają ponieważ chcą czy muszą
Tylko w latach 2001-2018 doszło do 1 647 morderstw, na farmach zdominowanych przez białych mieszkańców RPA. Od kilkunastu lat zmniejsza się też populacja białej ludności tego państwa, w następstwie emigracji. Niedawno społeczność ta liczyła znacznie powyżej 4.5 mln z 52 mln mieszkańców. Obecnie, choć ogólna liczba ludności w tym kraju rośnie i zbliża się do 58 mln, w okresie tylko jednego dziesięciolecia można było doliczyć się ponad miliona białych uchodźców, którzy opuścili ten kraj..

Jest dokąd uciec?
Zachód wita obywateli RPA z otwartymi rękoma. W okresie kilku pokoleń, biali farmerzy oraz przedsiębiorcy zdołali zgromadzić, bowiem znaczne środki finansowe. Co jednak czeka ich po przyjeździe do dawnych ojczyzn? Europa Zachodnia od dawna nie jest już wolna od niepokojów. W następstwie wojny, jaką po 2001 roku, tj. ataku na World Trade Center, wydał terrorystom prezydent USA, George Bush junior, napięcia między muzułmanami a pozostałą ludnością Zachodu, utrzymują się na bardzo wysokim poziomie. Nieco bezpieczniej jest, paradoksalnie, w samych Stanach Zjednoczonych, ale wynika to zarówno z innego, dużo bardziej zdecydowanego podejścia tamtejszych służb, jak i samej struktury tego kraju, zbudowanego od podstaw na imigrantach. Warto zatem najpierw przyjrzeć się Europie.

Strefy szariatu” czy rasowe getta?
W ostatnich latach furorę robiło publicystyczne określenie dzielnic zdominowanych przez ludność napływową, mianem „stref szariatu”. Nazwa wzięła się z przeświadczenia obserwatorów o tym, że w tych dystryktach nie obowiązuje faktycznie prawo danego państwa, a zasady stanowione przez islamską część imigrantów. W takich dzielnicach niechętnie ma interweniować policja, zaś wycieczka do „stref szariatu” niemuzułmanina, oznacza spore ryzyko. Zaraz, zaraz, ale skąd „ci źli fundamentalistyczni muzułmanie” mają wiedzieć czy ktoś wierzy w Allaha czy nie? Nie każdy muzułmanin nosi przecież brodę, tak jak nie każdy brodacz wykonuje pokłony wobec Mahometa. Czynnikiem wyróżniającym jest na pewno kolor skóry, a i ten może wprowadzać w błąd, bo na przykład Persowie to biali, a mimo tego faktu, większość z nich to muzułmanie. Przeprowadzony oraz opisany poniżej eksperyment potwierdza, że kolor skóry może być jednak kluczowym czynnikiem, co oczywiście nie wyklucza dyskryminacji z innych powodów.

Idzie biały
Gdy kilkanaście lat temu postanowiłem zwiedzić imigranckie dzielnice Europy Zachodniej i opisać swe wnioski w jednym z ogólnopolskich dzienników, większość przychylnych mi osób odradzała mi ten eksperyment, twierdząc, że jestem na to… zbyt biały. Odrzuciłem te ostrzeżenia, traktując je jako niesłuszne oskarżenia wobec imigrantów, którzy przecież mogliby być co najwyżej ofiarami rasistów, a nie rasistami. Problem miał tkwić w fundamentalizmie religijnym, a to oznaczało, że jeśli nie będę głosił ewangelii Chrystusa, to pośród muzułmanów powinienem czuć się bezpieczny.

Już jednak pierwsza wycieczka na obrzeża Kopenhagi potwierdziła, jak bardzo się myliłem, bowiem z wrogością spotkałem się niedługo po przekroczeniu strefy.

Uwierzyłem wówczas, że nawet, jeśli jednym z przejawów dyskryminacji imigrantów, w odniesieniu do rdzennych mieszkańców Europy, jest religia, to zdecydowanie kolor skóry ma pierwszorzędne znaczenie, gdyż stanowi rodzaj negatywnej identyfikacji.

Małpy są różne
Co do rasistowskiego charakteru niechęci okazywanej obcym, upewniłem się jednak dopiero we własnej Ojczyźnie. Pewnego dnia robiąc zakupy warzywne na jednym ze stołecznych, już nieistniejących bazarków, mijałem azjatycki stragan z ubraniami. Sprzedawca zaczepił mnie, chcąc zachęcić do zakupu kurtki zimowej. Z grzeczności przystanąłem, obejrzałem i odmawiając – podziękowałem. W odpowiedzi usłyszałem: „Ty biała małpo!” Nie wiem czy bardziej mnie to zdziwiło czy zezłościło, ale zapewniam, że straganiarz przeżył swe zuchwalstwo, mimo, że jeszcze dwukrotnie powtórzył wyzwisko.

Wyższa cywilizacja Wschodu
Postanowiłem na spokojnie dalej drążyć temat, rozmawiając z ludźmi, którzy o Wschodzie, szczególnie tym Dalekim, wiedzą znacznie więcej ode mnie. Okazało się, że określenie białego „białą małpą”, to wypowiedź raczej typowa dla Azjatów, którzy czują się cywilizacyjnie bardziej rozwinięci od rdzennych Europejczyków. Nie ma z czym dyskutować, na naszych oczach Chiny stają się największą gospodarką świata, czołowe firmy technologiczne pochodzą z Azji, a Europa produkuje coraz mniej urządzeń innowacyjnych. Jeśli zaś chodzi o kulturę, to sztuka nowoczesna, w wydaniu białych, opiera się na skandalizowaniu, co w Azji byłoby nie do zaakceptowania, gdyż tam szacunek to jedna z podstawowych wartości, którą biali depczą w imię źle pojmowanej wolności. Zostawmy zatem tę rywalizację rasową, pomiędzy żółtymi a białymi.

A co z czarnymi?
W toku badań i rozmów ze znajomymi podróżnikami, a jednocześnie badaczami, dowiedziałem się także, że określenie „biała małpa”, stanowi sformułowanie nieobce również wielu czarnym, którzy używają je, niby to w odwecie, za obraźliwe przezywanie ich przez lata: małpami… Cóż, obecnie statut osób czarnoskórych jest wyższy niż kilka dekad temu. Dwie kadencje, ich nieformalny przedstawiciel Barack Obama, rządził w sposób najbardziej formalny, najpotężniejszym krajem świata. Ludzi o czarnej karnacji, od lat są traktowani w sposób uprzywilejowany, w show-biznesie, w sporcie i kulturze, w myśl poprawności politycznej, która każe zadośćuczynić im za winy białych przodków-rasistów i panów, którzy zrobili z nich niewolników. Jak widać, sporo tych animozji, a także rywalizacji między rasami w świecie, gdzie rasizmu miało już nie być. Ale sporo też niekonsekwencji.

 

Black/white lives matter?
Rzeczywiście każde życie powinno być ważne, dlatego ruch „Black lives matter”, trafił PR-owo w dziesiątkę, ze swym sprzeciwem wobec przemocy, jakiej bez wątpienia od czasu do czasu, dopuszczają się funkcjonariusze różnych służb, wobec czarnoskórych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Ale czy na pewno przemoc wynikająca z rasizmu, ukierunkowana jest tylko w osoby o czarnym kolorze skóry? Kłopot w tym, że nagłaśniane są przede wszystkim ataki, w których ofiarami są oni.

Postrzelenie w rewanżu za śmierć czarnoskórego nastolatka, dwóch policjantów w Ferguson i inicjatywa „Blue lives matter”, nie odbiły się już tak szerokim echem, a już na pewno nie spotkały się z podobnym zainteresowaniem mediów, jak zabicie w 2020 roku, przez policjanta, czarnoskórego przestępcy, George’a Floyda. Również próba zainicjowania ruchu „All lives matter”, nie spotkała się z pozytywnym odzewem, choć w przeciwieństwie do BLM, ruch bardziej łączył niż dzielił. Być może zabrakło liderów opinii publicznej, a może środków finansowych, jakimi dysponuje z kolei ruch „Black lives matter”, wspierany przez organizację Open Society Foundation, założoną z inicjatywy spekulanta finansowego, George’a Sorosa, jak również Ford Foundation, Borealis Philanthrop oraz wiele innych podmiotów.

Rasizm w służbie polityki
Na pewno jednak ci, którzy mówią o możliwości instrumentalnego traktowania kwestii rasizmu, np. w celach politycznych, mogą mieć trochę racji. Największe protesty zainicjowane przez „Black lives matter” w 2020 roku, tj. w roku wyborów prezydenckich w USA, przerodziły się w zamieszki, przy okazji których chuligani demolowali i okradali sklepy, pokazując, że władza niewiele może. Ostatecznie napięcia te mocno ograniczyły szanse na reelekcję prezydenta USA, Donalda Trumpa, i jako drugi czynnik po pandemii, można uznać je za przyczynę przegranej republikańskiego lidera, utożsamianego często z przedstawicielem białej części Amerykanów. Tak, prezydent-elekt, Joe Biden, zdążył już namaścić swą zastępczynię i… następczynię, czarnoskórą Kamalę Harris.

Tego nie wolno…
Jesienią 2020 roku, światowe media obiegła wieść, że czarnoskóra modelka i aktorka, Jodie Turner-Smith, zagra królową Annę Boleyn, w serialu brytyjskiego Channel 5. Zapewne w agencjach aktorskich nie brakuje pań, które samym swym wyglądem wierniej oddałyby tę postać. To mniej więcej tak, jakby królową „Marysieńkę” miała zagrać Whoopi Goldberg. Ale kto w świecie poprawności politycznej odważyłby się sprzeciwić takiemu zakłamywaniu historii i zakwestionować powierzenie czarnej aktorce roli, w której miałaby odtwarzać postać białą jak ściana? Nikt nie chce przecież być nazwany rasistą. Ale w drugą stronę – proszę bardzo.

A to już tak
W 2018 rok, Netflix wyemitował adaptację powieści Richarda K. Morgana pt. „Modyfikowany węgiel”. Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, w 2384 roku, z udziałem Azjaty Takeshiego, który ginie, a następnie ma się odrodzić w innym ciele. Kłopot w tym, że Takeshi odradza się w ciele szwedzkiego, białego aktora Joela Kinnamana, co nie spodobało się opinii publicznej. Magazyn „Time” pokusił się o komentarz: „Modyfikowany węgiel rozgrywa się w przyszłości. Ale daleko mu do orientacji na przyszłość”. Z tekstu artykułu można było się dowiedzieć, że atmosfera serialu jest „nieodwołalnie wsteczna”, a to za sprawą w jaki sposób twórcy pokazali „rasy, płci oraz klasy”. A gdyby tak Takeshi zmienił rasę w drugą stronę? Pewnie byłoby już cudnie… Podobnych przykładów jest zresztą znacznie więcej: Sierra Boggess została tak zaszczuta przez latynoską opinię publiczną, że wycofała się z roli w koncertowej wersji „West Side Story”, robiąc miejsce aktorce o bardziej portorykańskim wyglądzie.

Najciekawsze te i podobne historie zebrał Douglas Murray, który w odważnej książce: „Szaleństwo tłumów” opisuje m.in. współczesny rasizm. I jak twierdzi z przekonaniem: „(…) cechy rasowe aktora czy innego wykonawcy są najważniejszymi czynnikami przy obsadzaniu danej roli. Ważniejszymi nawet od scenicznych umiejętności.”

Prawda, że to smutne?

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Żyjemy w słowach…


Gdy 13 stycznia 2019 roku trójmiejski psychopata Stefan W. wtargnął na scenę i zamordował prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, wielu publicystów i komentatorów twierdziło, że to wina PiS, że przyczyniła się do tego mowa nienawiści emitowana przez TVP. Dziś opozycja idzie tą samą drogą, aczkolwiek na szczęście tak dramatyczne konsekwencje jeszcze się nie wydarzyły.

Roman Mańka: Istnieją w życiu publicznym mosty, za które nie wolno przechodzić. Są granice, których nie powinno się przekraczać. Takim punktem jest przyzwoitość oraz zasady fair play. Nawet, gdy druga strona gra nieczysto, nie można iść tą samą drogą. Nie należy równać w dół, bo to postawa prymitywna. Zło jednych nie stanowi usprawiedliwienia dla poczynań drugich. Agresja nigdy nie jest dobrym programem i zawsze prowadzi do katastrofy.

Użycie nadaje sens
Każdy człowiek definiuje sytuację po swojemu, zaś słowa mogą mieć różne znaczenia dla poszczególnych osób. Nie dotykamy rzeczywistości bezpośrednio. Nakładamy na nią kulturę i jednocześnie odczytujemy ją za pomocą kultury. Ludzie działają poprzez język. – „Język jest domem bytu” – twierdził niemiecki filozof, Martin Heidegger, choć stanowi to pewne uproszczenie jego filozoficznych poglądów. – „Granica twojego języka, jest granicą twojego świata” – pisał z kolei słynny Wiedeńczyk, Ludwig Wittgenstein. Świat rozpoznajemy poprzez język. Rzeczą nadajemy nazwy. Podróżujemy za pomocą słów i znaczeń. Tyle tylko, że desygnaty nie dla wszystkich muszą być tożsame i nosić identyczne treści.

Jacques Derrida pisał o „śmierci autora”. Zwracał uwagę na drogę, którą przechodzi znaczenie pokonując odcinek autor – odbiorca. Gdy znaczenie opuszcza usta nadawcy albo kiedy wydobywa się spod jego pióra, następuje śmierć sensu. W ten sposób odbiorca może nadać mu już inne znaczenie. Poszczególne strony nie muszą rozumieć wyrażeń tak samo.

Harold Garfinkel i Aaron V. Cicourel, to socjologowie zajmujący się etnometodologią, działem nauk humanistycznych badającym wypracowane metody porozumiewania się, czyli środki, narzędzia oraz ramy regulujące interakcje, dzięki którym członkowie populacji porządkują świat społeczny, nadając mu sens i realność. W ramach etnometodologii kluczową rolę odgrywa indeksykalność znaczeń. Stosując skrót myślowy można powiedzieć, że jest to zdroworozsądkowe odczytywanie wyrażeń. Przekazy symboliczne nie mogą być rozumiane w oderwaniu od kontekstu znaczeniowego. W opinii Garfinkla i Cicourela, o znaczeniu decyduje kontekst oraz definicja sytuacji. Komunikacja nie może być zredukowana do nominalnego znaczenia wyrazów, jak również tylko do reguł gramatycznych, albowiem będzie to powodowało błędne interpretacje i nieporozumienia. Język jest podatny na ambiwalencje oraz niuanse znaczeniowe. Ludzie w różny sposób mogą definiować sytuację, co przekłada się na określone rozumienie komunikacji oraz na działania. Słowo „dziękuję” może posiadać wiele sensów, podobnie wyrażenie „przepraszam”, nie mówiąc już o wulgarnym oraz obscenicznym, odczytanym w indeksykalnym, zdroworozsądkowym, praktycznym rozumieniu, zdaniu: „chodź zrobię ci loda”.

To ostatnie wyrażenie co innego będzie oznaczało w języku kulinarnym czy gastronomicznym, co innego w potocznym, zaś gdyby miało być rozpatrywane na sali sądowej, podczas np. procesu w przedmiocie udzielenia rozwodu, może powstać problem z jego właściwym odczytaniem.

Terroryzm symboliczny
Wspomniany powyżej Wittgenstein uważał, że o znaczeniu przesądza użycie, a więc praktyczne zastosowanie słów. Friedrich Nietzsche wypowiedział z kolei słynne zdanie: „nie ma faktów, są (tylko) interpretacje”.

Na tym właśnie polega problem, że przekaz symboliczny może być przez ludzi, w zależności od uwarunkowań kulturowych, społecznych, psychologicznych, mentalnych, genetycznych, zatem od ich cech wrodzonych, wychowania, wykształcenia, predyspozycji, środowiska, w bardzo różny sposób odczytywany.

Istnieje szereg sytuacji, w których nie ma jednego absolutnego, obiektywnego rozumienia. O znaczeniu zawsze decyduje kontekst, który nie musi mieć jednolitej dla wszystkich figury.

Wykorzystują to osadzeni w więzieniach przestępcy, kiedy informacje przekazują sobie, w sposób zakamuflowany, za pomocą grypsów. Ten rodzaj mówienia występuje również w życiu potocznym, kiedy porozumiewamy się na zasadzie mowy et cetera, używając daleko idących uproszczeń i skrótów myślowych, które jednak nie dla wszystkich mogą być zrozumiałe. Z podobnych form korzystają służby specjalne, przekazując sobie ważne informacje ukryte w komunikatach medialnych, dotyczących zupełnie innych spraw, niż zaszyfrowany w indeksykalnym znaczeniu tekst.

Najnowsza metodologia działań terrorystycznych odwołuje się właśnie do języka. Cel ataku czy agresji zostaje wskazany za pomocą stygmatyzacji (ofiara zostaje oznaczona przy użyciu słów, języka), później ma w niego uderzyć konkretny, uruchomiony symbolicznie, wykonawca. Unika się komunikatów sformułowanych bezpośrednio, w ramach fizycznego kontaktu. Nie ma przestrzeni na wydany w sposób tradycyjny rozkaz. Cel zostaje wskazany poprzez media. Później terrorysta z pomocą sugestii symbolicznych emitowanych w telewizji, radiu, bądź Internecie, sam sobie wydaje rozkaz. Jednak zlecenie zostało przekazane symbolicznie w przestrzeni medialnej.

Język jest niesowicie ważny. Nie dotykamy realnego świata bezpośrednio, poruszamy się w nim za pomocą języka. Z autopsji zaś wiemy, że agresję fizyczną poprzedzają przeważnie słowa lub znaczące gesty. Mówi się: od słowa do słowa…

Pomiędzy ustami a uszami
Gdy kobiety z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, organizacji o tak pięknej nazwie, nawiązującej do twórczości Arystotelesa, protestujące, co trzeba powiedzieć na samym początku, w merytorycznie słusznej sprawie, gdyż zostały sprowokowane przez autorytarny rząd PiS, w okresie pandemii koronawirusa, przy użyciu ideologicznego tematu aborcji (zaostrzenia ustawy aborcyjnej przez Trybunał Konstytucyjny), krzyczą „to jest wojna”, „j…. PiS”, czy „w……….”, to każdy może te znaczenie w różny sposób zinterpretować. To co jest oczywiste dla walczących o swoje prawa pań, nie musi oznaczać tego samego w recepcji poszczególnych ludzi. Sens określonych (co tu dużo mówić: wulgarnych) słów w ustach liderek OSK, nie zawsze będzie taki sam, jak w uszach odbiorców. Każdy zdefiniuje sytuację po swojemu, odczyta znaczenia poprzez własne konteksty. I w tym jest właśnie zasadniczy problem.

Kobiety komunikują się w ramach formuły indeksykalnej, badanej przez etnometodologię. Kiedy mówią: „to jest wojna” albo „j…. PiS”, to zapewne nie mają na myśli brutalnej walki zbrojnej z bronią w ręku, militarnej konfrontacji, czy wymiany ciosów na śmierć i życie, albo fizycznego unicestwienia PiS. Większości z nich zapewne nie chodzi o prawdziwą, wyniszczającą wojnę, a tylko o starcie ideologii, koncepcji światopoglądowych, sposobów myślenia, różnych praktyk medycznych stosowanych w zakresie aborcji. Pamiętajmy jednak o tym, co na początku lat 90. XX wieku, sformułował Samuel Huntington, w polemice z Francisem Fukuyamą, w „Foreign Affairs, pisząc „The Clash of Civilizations i definiując nowy charakter stosunków społecznych jako „zderzenie cywilizacji”: politykę mają zdominować starcia pomiędzy cywilizacjami, zaś źródłem konfliktów staną się różnice kulturowe, wywodzące się z podziałów religijnych.

Wprawdzie diagnoza Huntingtona miała ramy geopolityczne i odnosiła się do stosunków międzynarodowych, w ujęciu globalnym, to jednak jest możliwe również jej lokalne zaistnienie, w układzie diagonalnym, w poprzek konkretnych państw. Mechanizm zarysowany przez Huntingtona, może występować na różnym poziomie: zarówno globalnym, jak i lokalnym.

Nigdy nie możemy wiedzieć czy statystyczny mieszkaniec któregoś z miast w Polsce nie zrozumie zbyt dosłownie słów demonstrujących kobiet z OSK, odczytując je w wąskim znaczeniu gramatycznym, i czy nie pomyśli sobie, że to jest rzeczywiście wojna i trzeba fizycznie zniszczyć PiS. Dlatego posługiwanie się wulgarnymi, napełnionymi agresją komunikatami, jest „zabawą zapałkami w fabryce dynamitu” i stanowi niesłychanie nieodpowiedzialny akt. Polska debata publiczna została w wystarczającym stopniu zdewastowana.

Dno nienawiści
Tymczasem ofiar podziału kulturowego mającego miejsce w Polsce jest już sporo. 19 października 2010 roku, kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej, w rezultacie ataku na biuro poselskie PiS, zginął działacz tej partii, Marek Rosiak, druga ofiara, Paweł Kowalski, została z poważnymi obrażeniami odwieziona do szpitala. Sprawcą zamachu był Ryszard Cyba. Wg ustaleń „Gazety Wyborczej” (pisma nieprzychylnego PiS) docelową ofiarą agresji Cyby miał być przywódca PiS, Jarosław Kaczyński. Sam sprawca w wypowiedziach medialnych oświadczył: (…) „żałuję, że nie mam już broni, bo bym powystrzelał wszystkich pisowców”. Wg informacji przedstawionych przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji, Jerzego Millera: Cyba rozpaczał też, że z 49 posiadanych pocisków, użył tylko ośmiu.

Za morderstwo PiS obarczył rządzącą wówczas w Polsce Platformę Obywatelską. Prominentni politycy partii Jarosława Kaczyńskiego, jak również związani z nią konserwatywni publicyści, próbowali wykazywać, iż prawdziwym, najgłębszym źródłem morderstwa był tzw. przemysł pogardy uruchomiony w odniesieniu do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a następnie wobec całej formacji PiS.

Niespełna 10 lat później, historia się powtórzyła, tylko że w drugą stronę. 13 stycznia 2019 roku, podczas 27. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w jej lokalnej odsłonie w Gdańsku, na scenę wkroczył Stefan W., zadając nożem desantowym, jakiego zwykle używają komandosi, trzy ciosy prezydentowi Gdańska, wcześniej związanemu z PO, Pawłowi Adamowiczowi. Zaraz po przemówieniu Adamowicza, w trakcie odliczania przed tzw. światełkiem do nieba, Stefan W. wtargnął na scenę, przejął mikrofon i zaczął krzyczeń: „nazywam się Stefan W. Siedziałem za (rządów) Platformy. PO mnie torturowała. I dlatego Adamowicz musiał zginąć”.

Na około dwa lata przed zdarzeniem, media kontrolowane przez partię rządzącą (PiS), zwłaszcza telewizja publiczna, uruchomiły przeciwko Adamowiczowi totalną kampanię: donosiły o rzekomych nieprzejrzystych działaniach Adamowicza. W przekazie medialnym sugerowano korupcję. Prezydent Gdańska miał mieć problem z wykazaniem własnego majątku. Publiczne media twierdziły m.in., że w sprawozdaniach majątkowych nie ujawnił wszystkich posiadanych mieszkań, i że dysponował wieloma kontami bankowymi.

Politycy PO, a także komentatorzy i publicyści związani z opozycją, uważają, że właśnie te przekazy, mogły być źródłem ataku na prezydenta Adamowicza, a tym samym pośrednią przyczyną jego śmierci.

Sam Stefan W., w zeznaniach odebranych przez prokuraturę, miał powiedzieć, że zamierzał się przeprowadzić do województwa, w którym władze sprawuje PiS, co miało świadczyć o jego sympatiach w stosunku do partii Jarosława Kaczyńskiego oraz politycznych motywach morderstwa.

Mimo tych wydarzeń, nieustannie, zarówno strona PiS, jak i tzw. liberalna (choć jest to określenie dalece nieprecyzyjne oraz nieadekwatne), posługuje się mową nienawiści. W trakcie kampanii prezydenckiej w czerwcu 2020 roku, PiS stygmatyzował środowisko LGBT; obecnie kobiety z OSK krzyczą: „to jest wojna”, j…. PiS oraz w……….

Co gorsza, po obydwu stronach znajdują się ludzie nauki, mediów, kultury, artyści i celebryci, którzy tego rodzaju działania starają się uzasadniać i usprawiedliwiać.

Polska polityka sięgnęła dna.

Hipokryzja
W lutym 2020 roku, po przegłosowaniu ustawy przydzielającej ogromną dotację finansową telewizji publicznej, w wysokości 2 mld zł rocznie, posłanka PiS, a wcześniej dziennikarka między innymi TVP oraz „Gazety Polskiej”, Joanna Lichocka, w aroganckiej, tryumfalnej konwencji, pokazała wobec posłów opozycji, głównie PO, wulgarny, obsceniczny gest, znany np. z popularnego swego czasu izraelskiego serialu „Lody na patyku”: wyciągnięty palec oznaczający fuck off. Stosując interpretację etnometodologiczną tego gestu znaczącego, wyrażonego za pomocą mowy ciała i opierając się na indeksykalności znaczenia, czyli tak jak może zostać odczytane w rozumieniu potocznym, z uwagi na definicję sytuacji, oznacza ono: o…….. …, a właściwie p…… … Gest w semantycznym znaczeniu odsyła tak naprawdę do onanizmu.

Sama Lichocka próbowała swoje zachowanie tłumaczyć, czynnością praktyczną, użyteczną: ogarnięciem włosów z oka. Jednak była to czysta hipokryzja i czysty cynizm.

W sumie gest Lichockiej posiada bardzo podobne znaczenie, jak werbalny przekaz artykułowany przez kobiety z OSK. Inne jest tylko tło sytuacji: Lichocka sięgnęła po wulgarną mowę ciała tryumfalnie, ale trzeba pamiętać, że w reakcji na krzyczących w jej kierunku za pomocą dość ostrego i prowokacyjnego słownictwa, posłów opozycji; kobiety z OSK zareagowały w odruchu oburzenia w związku z prowokacją PiS, za którą można uznać postanowienie czy orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wprowadzenia zakazu aborcji, z powodu wady płodu.

Po tym jak Lichocka wykonała swój gest, przez sprzyjające opozycji, „liberalne” media przetoczyła się fala oburzenia, wielu publicystów i komentatorów związanych z TVN24, „Gazetą Wyborczą”, „Oko Press”, „Newsweek Polska”, Radiem TOK FM, piętnowało postawę posłanki Lichockiej, jako niemieszczącą się w ramach standardów życia publicznego. W tej krytyce wtórowało wiele osób ze świata nauki, kultury, show biznesu. Dziś te same postacie próbują usprawiedliwiać wulgarny język prezentowany przez protestujące na ulicach kobiety z OSK.

Jest to przykład niebywałej hipokryzji, podwójnych standardów, konformizmu rozdzielonego na dwie strony, oraz syndromu myślenia grupowego. Typowa moralność Kalego albo Dulskiej.

Żadna, nawet najbardziej słuszna sprawa, nawet najbardziej wzniosła idea nie może usprawiedliwiać agresji w życiu publicznym i wulgarnego języka.

Nieskuteczna skuteczność…
Autorzy wulgarnych treści, kiedy tłumaczą swoje obsceniczne zachowania, odwołują się często do kategorii skuteczności. Zapominają, że wg wielu filozofów polityki, m.in. Johna Rawlsa, Richarda Rorty’ego, czy Bertranda Russella, tym co zepsuło życie publiczne i politykę były właśnie pragmatyzm oraz utylitaryzm. W opinii Rorty’ego obydwa nurty są antynomiczne, jednak wywodzą się z jednego źródła: oświeceniowego racjonalizmu.

Twierdzenie pragmatyzmu, że prawdą jest wszystko to co wartościowe praktycznie, zaś utylitaryzmu, że to co skuteczne oraz użyteczne, na płaszczyźnie polityki i moralności wywołuje katastrofalne skutki.

Jak pisze Russell: jeżeli w demokracji prawda opiera się na większości, to można ją przegłosować; tym sposobem można przegłosować wszystko, nawet to, że ziemia jest płaska.

W opinii Rawlsa, twórcy „Teorii sprawiedliwości”: utylitaryzm bagatelizuje wymiar indywidualny, dobro jednostek, zmierzając jedynie do dobra uniwersalnego, uzyskiwanego na wyższym poziomie abstrakcji i uogólnień (np. PKB).

W takim układzie polityki, jak wskazuje Rawls, czynnik strukturalny – preferencja – staje się ważniejszy od wartości humanistycznej: człowieka. W ten sposób polityka próbuje spełniać potrzeby preferencji, nie zaś realizować praw indywidualnych, składających się na dobro wspólne. W imię dobra wspólnego nie można podeptać praw indywidualnych, jednostkowych, a do tego właśnie prowadzi kierowanie się preferencjami. Dwa przeciwstawne, zwalczające się wzajemnie systemy – komunizm i kapitalizm – jednocześnie całymi garściami czerpały z utylitaryzmu. W ramach tego procesu, ulegania utylitaryzmowi, dochodzi bardzo często do stygmatyzacji oraz pogwałcenia praw mniejszości, gdy np. w ślad za społeczną niechęcią do środowisk homoseksualnych i homofobii, rząd stosuje język nienawiści wobec społeczności LGBT albo kiedy druga strona (opozycyjna) determinowana oczekiwaniami swoich zwolenników, posuwa się do wulgarnego, agresywnego języka.

W obydwu przypadkach jest to populizm, będący konsekwencją złego zastosowania pragmatyzmu i utylitaryzmu w polityce.

Tak postępować nie wolno!

Ps. Bardzo przepraszam i proszę mi to wybaczyć, że w celach lepszej zrozumiałości tekstu sięgnąłem w niektórych miejscach po wulgarne cytaty i przykłady wieloznaczności obscenicznych wypowiedzi (nie używam wulgarnych zdań, lecz je cytuję). W przestrzeni publicznej w ogóle nie używam takiego języka, a agresja jest mi obca. Uważam, że w życiu publicznym na takie zjawiska jak wulgarne, ordynarne słownictwo, przemoc, nienawiść, agresję, okrucieństwo nie ma i nie może być miejsca, i trzeba zdecydowanie te zjawiska zwalczać.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Kryzys polityki i życia społecznego

Zjawisko, które teraz pokrótce opiszę dobrze ilustruje współczesne czas, a także mechanizmy działające w dzisiejszym świecie, życia kulturowego i społeczno-politycznego. Wspomina o tym również Maria Jose Guerra Palmero.

Roman Mańka – Wg statystyk na przełomie lat 60. i 70. XX wieku 88,8 proc. Amerykanów posiadało odbiorniki telewizyjne. Był to czas wyborów prezydenckich, a w ramach politycznej rywalizacji, także pierwszej telewizyjnej debaty kandydatów, w której Richard Nixon starł się z Johnem Kennedym. Czytaj dalej Kryzys polityki i życia społecznego

Kierunek: informatyzacja

undefined

Pod koniec czerwca 2016 roku ówczesny Minister Finansów Paweł Szałamacha podpisał akt założycielski spółki celowej Aplikacje Krytyczne. Powołał ją w celu realizacji projektów mających na celu informatyzację służb skarbowych. Niespełna dwa miesiące temu został ukończony jeden z projektów.

Patrycja Dziadosz: Światowe rankingi niestety nadal nie napawają nas optymizmem. Polska w zakresie rozwoju e-administracji, jak wskazuje zestawienie przygotowane przez Organizację Narodów Zjednoczonych, zajmuje dopiero 42 miejsce. Wyprzedza nas m.in. Litwa, Łotwa oraz Słowenia, jesteśmy tylko niewiele lepsi od Czarnogóry czy Kolumbii. Z roku na rok powiększa się pula niezakończonych projektów, a obietnice nowoczesnego i przyjaznego dla obywatela państwa są jedynie mrzonką. Czytaj dalej Kierunek: informatyzacja

Jak tu żyć?

undefinedFot: pixabay.com

Czy wolność jest dzisiaj możliwa? Do myślenia na tym zagadnieniem zainspirował mnie stary, popularny, można powiedzieć, że nawet kultowy polski film. Gdy podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia ze znudzenia wertowałem po programach telewizyjnych, przypadkowo natrafiłem na taką scenę…

Roman Mańka: Bohaterowie „Samych swoich”, Pawlak i Kargul, przyjechali do Ameryki, w pokoju w którym zamieszkali, w chicagowskiej wili grał telewizor, utrudniając rozmowę; w pewnym momencie zirytowany tym faktem Pawlak, krzyknął do wnuczki: „wyłącz to!”; młoda ciekawa świata Ania, chcąc spełnić żądanie dziadka przekręciła pokrętłem, jednak telewizor nie przestał pracować, zaś każdy kolejny ruch Ani powodował zmianę kanału. Widzący skonfundowanie gości, Amerykanin polskiego pochodzenia, mówiący po polsku, który podczas amerykańskiej eskapady Pawlaków i Karguli „robił” za przewodnika – wyjaśnił: „tu jest 10 programów”; na co zdumiony Pawlak odparł: „Boże jak tu żyć…?”. Czytaj dalej Jak tu żyć?

Przyczyna kryzysu parlamentarnego

undefinedFot: epidaurus/pixabay.com

Wydaje się, że kryzys parlamentarny przełomu roku 2016 i 2017 już się zakończył. Czy polski system parlamentarny czegoś się nauczył?

dr Krzysztof Kasianiuk – Zacząć należy od stanu dotychczasowej wiedzy na temat działalności posłów w parlamencie. Następnie mowa będzie o działaniu systemu. Czytaj dalej Przyczyna kryzysu parlamentarnego

Media są wielką chorobą polskiej demokracji

undefinedFot: brain/pixabay.com

Albert Einstein: „Pół prawdy to całe kłamstwo”

W zakulisowych rozmowach politycznych od lat obecny jest pogląd: kto ma telewizję, ten ma władzę. Z tego oto względu od lat elity polityczne, niezależnie od prezentowanych przez siebie poglądów, dążą do zapewnienia sobie wpływu na media publiczne. Na telewizję prywatną również, chociaż formalnie nie mają na nią żadnego wpływu. Dlaczego tak się dzieje?

Patrycja Dziadosz – Politycy wierzą, że wpływ na media, w szczególności na telewizję, zagwarantuje im osiągnięcie sukcesu wyborczego i wzbudzi aprobatę, wśród obywateli, dla głoszonych przez nich idei czy prezentowanych projektów. Lata zebranych doświadczeń (od 1952 roku – początek TVP w Polsce), w jednoznaczny sposób ukazują, że wpływ polityczny na telewizję publiczną nie przekłada się na sukces wyborczy rządzącego ugrupowania. Politycy zdają się jednak nie przykładać do tego jakiejkolwiek wagi i nadal stosują liczne naciski na telewizję, w związku z czym cały czas mamy problem z jej politycznym uwikłaniem… Czytaj dalej Media są wielką chorobą polskiej demokracji