Spalili Kaczyńskiemu kandydata na premiera


Kwity” na Obajtka wyciągnął Ziobro, a właściwie układ: Ziobro i Szydło. Wiem to z bardzo sprawdzonych źródeł bliskich PiS.

Roman Mańka: Przez długi czas Obajtek był człowiekiem Szydło. Ale półtora roku temu miała miejsce sytuacja, w której, w sposób dość upokarzający, zlekceważył byłą premier. Szydło przeżyła szok. Od tego momentu prezes „ORLENU” zaczął się dystansować od tandemu Szydło-Ziobro.

Rosnąca pozycja
W polityce takie rzeczy się zdarzają i to być może uszłoby mu na sucho, gdyby jednocześnie dynamicznie nie zaczęła rosnąć jego pozycja. Obajtek poczuł się silny i Szydło oraz Ziobro przestali mu być potrzebni. Zaczął bezpośrednio orientować się na prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Zbiegło się to w czasie z momentem, kiedy w oczach Kaczyńskiego zaczął tracić Mateusz Morawiecki. Przywódca PiS coraz częściej myślał o wymianie premiera. Dla wtajemniczonych w polską politykę nie jest tajemnicą, że Kaczyński „wynajmuje” ludzi do konkretnych ról. W ten sposób postąpił kiedyś z prof. Zytą Gilowską, Januszem Kaczmarkiem, Beatą Szydło, Mateuszem Morawieckim. Później ich “wypluwa”.

Nowy ład
Czas tego ostatniego zaczął się kończyć. Nową zaś „twarzą” PiS miał stać się Daniel Obajtek. On świetnie pasował (lepiej niż Morawiecki) do ducha PiS-u: były wójt, nie bankier, z małej miejscowości, wywodzący się z ludu. Tak jak kiedyś Beata Szydło wpisywał się w mentalność PiS. Miał symbolizować nowy okres w trakcie rządów PiS-u, po uporaniu się z koronawirusem. Miał być „twarzą” „nowego ładu”, programu, którego zadaniem jest odbudowanie PiS. Prawdopodobny był również wariant, że stanie się najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Jarosława Kaczyńskiego w partii. To zaś bardzo mocno krzyżowało plany Ziobro i Szydło.

Kalkulacja polityczna
Dlatego Ziobro wyciągnął z szafy „kwity”, a właściwie nagrania na Obajtka. Raz, że Obajtek zdradził swoich dotychczasowych towarzyszy, zdystansował się od nich. Jednak ważniejsza była kalkulacja polityczna: Szydło i Ziobro ocenili, że Morawiecki jest już słaby, że już im tak mocno nie zagraża, gdyż stracił pozycję, jaką niegdyś cieszył się u prezesa Kaczyńskiego. Tymczasem wymiana Maroawieckiego na Obajtka odświeżyłaby PiS. Na początku Obajtek mógłby stać się silny. Na bazie „nowego ładu” przeprowadzono by przyspieszone wybory parlamentarne, a układ Ziobry i Szydło nie znalazłby się na listach wyborczych.

Materiały na Obajtka wypłynęły z prokuratury kierowanej przez Zbigniewa Ziobro i Bogdana Święczkowskiego.

Ziobro przewidywał, że ze świeżym Obajtkiem, budującym sobie szybko wpływy w głębokim terenie PiS, wśród posłów, działaczy partii, ale również samorządowców (Obajtek sam był kiedyś samorządowcem, a więc dobrze czuł doły), będzie dużo trudniej wygrać niż z Morawieckim.

Dla Szydło i Ziobro dużo lepszy, korzystniejszy jest słaby, zgrany Morawiecki niż świeży i silny Obajtek.

Różnie może być
Czasami takie sytuacje mogą być paradoksalne i przełomowe. Morawiecki stał się – na zasadzie efektu ubocznego – beneficjentem tej rozgrywki. W polityce jest niekiedy podobnie, jak na wojnie, jeżeli się kogoś nie dobije, nie zniszczy do końca, nie doceni, to później zaskakująco oraz niespodziewanie rośnie w siłę.

Morawiecki nie będzie miał łatwo, ale ta sytuacja go wzmocniła i nie można przesądzać do końca jego losu. Jak mawiała Hannah Arend: „polityka, obok religii, to taka dziedzina, gdzie zdarzają się różne cuda”.

Obajtek premierem już na pewno nie zostanie. A Kaczyński w tej chwili nie ma innego kandydata do zastąpienia Morawieckiego. Jeżeli Morawiecki dobrze wykorzysta olbrzymie pieniądze z Unii Europejskiej, a gospodarka ruszy (w Niemczech eksperci zapowiadają konsumpcję po koroonawirusie) różnie to może być.

Wiele będzie zależało od trzech czynników: sytuacji gospodarczej; rozwoju konfliktów wewnątrz PiS; kondycji opozycji i kwestii, czy opozycja znajdzie jakąś wspólną formułę.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Słabość systemu partyjnego!


Z sondażu przeprowadzonego przez Instytut Badan Spraw Publicznych, na zlecenie portalu „StanPolityki.pl” wynika, że gdyby wybory odbyły się dziś, wygrałaby je „Polska2050” Szymona Hołowni (31,26 proc.), na drugim miejscu uplasowałby się PiS (26,96), a trzecią lokatę zajęłaby Koalicja Obywatelska z rezultatem 18,85, czwarta byłaby Lewica (9,34).

Roman Mańka: Teraz widać, jak bardzo słaby i niestabilny mamy system partyjny i jak mylili się ci, którzy narzekali na jego „zabetonowanie”. „Zabetonowanie” zewnętrzne nie jest problemem, bo daje stabilność systemu politycznego (a stabilność to cnota, a nie mankament czy wada); problemem jest „zabetonowanie” wewnętrzne, w głębi partii politycznych oraz – jak ja to nazywam – charyzmatyczny, patriarchalny charakter polskich ugrupowań politycznych. Wewnątrz polskich partii nie ma demokracji.

Redefinicja sympatii
Prognozowałem, że to co się stanie w roku 2021, to zmiana pozycji i statusu KO. W układzie dialektycznym jest tak, że gdy trzeci element stanie się drugim, czyli wejdzie w oś dialektyczną (w polaryzację), to zaczyna „połykać” dotychczasowego drugiego; tu trzecie element stał się pierwszym.

To nowa dynamika.

Moim zdaniem, to może być krytyczny moment rekonfiguracji polskiej polityki. Tendencję uchwyconą w tym sondażu uważam za wysoce prawdopodobną. Gdy dotychczasowy trzeci element (Hołownia) zastępuje dotychczasowy drugi (KO), a w tym przypadku wyszedł nawet na pierwsze miejsce, uruchamia się kilka procesów: pierwszy to doorientowywanie negatywne, a więc przesunięcie poparcia na ten obiekt, który ma największe szanse zwyciężyć z obiektem, który wyborcy chcą odsunąć od władzy (prawo tamy) – to już się dzieje, zwłaszcza wśród elektoratów sympatyzujących z formacjami opozycyjnymi; po drugie, wsparcie ze strony elementu klientelistycznego, w polskiej polityce, wśród osób aktywnych dominuje czynnik koniunkturalny, w ten sposób motywowani klientystycznie działacze będą redefiniować swoje sympatie – to już widać, i w ramach tego procesu Hołownia będzie pozyskiwał z każdej strony grupy interesów: i z opozycji, z PiS, najwięcej z KO; po trzecie, konformizm za darmo *zasada: „biegnij na pomoc zwycięzcy” – po prostu część wyborców lubi popierać tę partię, która lideruje sondażom oraz ma szansę wygrać wybory.

Reaktywacja POPiS-u
Co zagraża Hołowni? Wyjście jego partii na pozycję lidera jest trochę przedwczesne. Mam ambiwalentne odczucia, co do utrzymania tej lokaty – może być tak, że Hołownia się jeszcze bardziej wzmocni, lecz może być też tak, że nie dowiezie miejsca lidera do wyborów.

A wybory, przy takiej strukturze sondaży, raczej nie będą przedterminowe. Chyba, że w „Zjednoczonej Prawicy” wybuchnie konflikt, którego nie można będzie zażegnać/opanować. Na marginesie można powiedzieć, że pierwsze miejsce Hołowni w badaniach preferencji politycznych, to dla PiS szansa na dotrwanie do końca kadencji.

Zagrożeniem dla Hołowni jest to, co jest też jego siłą. Pozycja numer jeden w sondażach, jeśli inne ankiety to potwierdzą, oznacza reaktywację (mobilizację) PO-PiSu. Obydwie, dotychczas najbardziej popularne partie, będą zainteresowane, aby „zniszczyć” Hołownię. Widzieliśmy to już w ostatnich wyborach prezydenckich, kiedy PiS i KO dogadały się w sprawie wymiany kandydata – bez przyzwolenia PiS, KO nie udałoby się wymienić Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego. PiS i PO zagrożone zburzeniem dualistycznego układu przez kogoś trzeciego mogą zacząć mocniej współpracować.

System partyjny w Polsce to katastrofa. Jest to jedna z największych dysfunkcji państwa.

Stara jakość
Szybki skok ruchu „Polska2050” na pozycję lidera sondażu/y wskazuje na ogromną słabość polskiego systemu politycznego oraz niską świadomość wyborców. Partia Hołowni nie funkcjonuje nawet w rejestrach partii politycznych. Nie posiada wiarygodnego, kompleksowego programu, ani struktur terenowych. Brak kadr.

Jest produktem czysto wirtualnym, marketingowym. W zasadzie nie proponuje nowej polityki, tak jak deklaruje (to pozory), tylko starą, i to jeszcze w najgorszym wydaniu.

Świadczy to również niestety o niskiej świadomości wyborców. Hołownia nie posiada żadnych atutów przywódczych, które mogłyby go predestynować do roli polityka wielkiego formatu oraz męża stanu. W debatach prezydenckich wypał przeciętnie, charyzmy, zmysłu strategicznego, a także zdolności do kształtowania wizji czy programów też u niego nie widzę.

Ulica nie zawsze mówi prawdę…
Na koniec, sprawdza się to co mówiłem niedawno w „Halo Radio”. Teraz widzimy jak w rzeczywistości społeczno-politycznej silne są pozory (jak w filozofii Platona). Sądząc po niedawnych ulicznych protestach można by było powiedzieć, iż w Polsce mamy do czynienia z lewicową rewolucją, że następuje ogromny przechył w lewo. Jeszcze raz potwierdza się reguła, o której często mówię: ulica nie jest najlepszym barometrem. W maju 1968 roku we Francji protestowało w Paryżu milion osób, a miesiąc później wybory parlamentarne wygrała prawica; lewica doszła tam do władzy dopiero 13 lat później (Mitterrand).

Gdyby podliczyć głosy stron politycznych wg cytowanego sondażu, to centroprawica i prawica ma łącznie (nie licząc KO), co najmniej 63 proc. Taki wniosek byłby jednak zbyt wielkim uproszczeniem, ale wyniki tego sondażu pokazują jednak, że niedawne uliczne protesty nie przekładają się w prosty sposób na sympatie polityczne; nie ma adekwatności, korespondencyjności pomiędzy przestrzenią społeczną a polityczną.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Polscy Demokraci i Republikanie


System polityczny danego kraju jest lustrzanym odbiciem sposobu myślenia, który reprezentują jego obywatele. W Polsce sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Fakt sąsiadowania z Niemcami powoduje, że system polityczny nad Wisłą ciąży w kierunku systemu kanclerskiego, z kilkoma partiami politycznymi i raczej tylko reprezentacyjną rolą prezydenta. Jednak sympatia narodu polskiego do USA przejawia się z kolei dominującą od ponad dekady tendencją idącą w drugą stronę, gdzie o władzę rywalizują dwa ugrupowania polityczne, a na czele państwa stoi prezydent. Która z wizji wygra?

Jerzy Mosoń: Polskim obywatelom będzie coraz trudniej funkcjonować w świecie tzw. demokracji liberalnej, w granicach, jakie zapewnia wyborcom obecny system polityczny. Konflikty między prezydentem a premierem w sytuacji, gdy obaj urzędnicy reprezentują konkurujące partie są nieuniknione. A to z kolei w skrajnych przypadkach będzie uniemożliwiało sprawne rządzenie – tak potrzebne w okresie szybkich zmian, niepokojów społecznych, nowych chorób i wzrostu napięć między państwami.

Jeszcze większą rolę w kwestii kształtowania się systemu politycznego w Polsce może jednak odegrać sposób finansowania partii politycznych. Od lat sprzyja on dużym, ugruntowanym na scenie politycznej ugrupowaniom, spychając na dalszy plan mniejsze ugrupowania i w zasadzie uniemożliwiając rozwój małym graczom.

Dwa obozy wciąż z nieukształtowanymi ideami
Od kilkunastu lat możemy zaobserwować w Polsce zaostrzenie rywalizacji w polskiej polityce między dwoma głównymi obozami, które w skrócie można by określić jako: liberalny i konserwatywny. Choć dawne podziały na postkomunistów i obóz solidarnościowy nie zniknęły to ustępują miejsca nowym osiom sporu, związanym z próbą zmiany wartości, roli państw i organizacji we współczesnym świecie, a także znaczenia narodów.

Twierdzenie, że obóz pierwszy to ten reprezentowany przez Platformę Obywatelską, a konserwatywny to Prawo i Sprawiedliwość jest zbyt dużym uproszczeniem. Obydwie partie nie uporządkowały jeszcze w 100 proc. kwestii światopoglądowych, choć od lat PO staje się ugrupowaniem coraz mniej konserwatywnym, otwierając się szerzej na lewicę światopoglądową, czym dość skutecznie uszczupla elektorat partii lewicowych. Z kolei na prawo od PiS jest jeszcze Konfederacja – największy realny rywal tej partii, zagrażający jej kształtowi w obecnej formie jako integratora tzw. zjednoczonej prawicy.

Rządy w trudnych warunkach
Spory jakie można było zaobserwować między śp. prof. Lechem Kaczyńskim, gdy polityk ten pełnił urząd prezydenta a premierem Donaldem Tuskiem pokazały tylko próbkę tego, co nas czeka, gdy PiS będzie musiał bardziej dzielić się władzą niż obecnie. Czas pokoju i względnego spokoju uśpił konstytucjonalistów, ale pandemia Covid-19 pokazała już, jak trudno zarządzać państwem, gdy decyzje trzeba podejmować sprawnie, a jeden z organów – w tym przypadku Senat kierowany przez opozycyjnego marszałka prof. Tomasza Grodzkiego może je realnie spowalniać. Oczywiście przy obecnym systemie politycznym istotne może być także to, na czyją rzecz PiS straci któryś z kolejnych urzędów lub organów. Można się bowiem spodziewać, że jeśli za kilka lat urząd prezydenta trafiłby do reprezentanta Konfederatów to konflikt byłby słabszy niż, gdyby następcą Prezydenta Andrzeja Dudy został np. Rafał Trzaskowski – reprezentant środowisk liberalnych.

Czy inni przetrwają?
Aby jednak można było mówić o tym, czy przedstawiciel innego środowiska politycznego niż PiS i PO będzie mógł skutecznie ubiegać się o tak prestiżową funkcję trzeba będzie najpierw odpowiedzieć na pytanie: czy przy obecnym finansowaniu partii politycznych inne ugrupowania przetrwają do kolejnych wyborów prezydenckich? Choć może lepiej byłoby spytać o to czy mając znacząco niższe finansowanie od dwóch graczy można skutecznie prowadzić jakąkolwiek kampanię? Utrzymanie się w polityce może być bowiem jedynie stanem przechodnim, docelowo główny cel działaczy to sprawowanie władzy, a to bez finansów jest niemożliwe. Przyjrzyjmy się zatem legalnym możliwościom uzyskiwania dochodów przez partie polityczne. Przede wszystkim takie dochody partia może generować wykorzystując własny majątek. Kłopot w tym, że aby wykreować majątek trwały w postaci np. nieruchomości trzeba byłoby nakłonić do składek, darowizn, etc. sporą część członków, co wynika z kolejnych ograniczeń związanych z pozostałymi źródłami dochodów.

Tylko bogaci i z historią
Przechodząc do rzeczy – chodzi o dochody od osób fizycznych w postaci składek członkowskich, darowizn, spadków oraz zapisów. Łączna suma wpłat od osoby fizycznej (wpłaty od osób prawnych są zakazane) na rzecz partii, z wyłączeni składek członkowskich w kwocie nieprzekraczającej w jednym roku minimalnego wynagrodzenia za pracę, oraz wpłat na Fundusz Wyborczy partii politycznej, nie może przekraczać w jednym roku 15-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę. Zważywszy na fakt, że płaca minimalna w Polsce to w 2020 r. 2600 zł brutto miesięcznie (w 2021 r. będzie to 2800 zł brutto miesięcznie), a średnia cena metra kwadratowego lokalu nadającego się na siedzibę partii jest 2,5 razy wyższa, to łatwo policzyć, że aby w ogóle zacząć tworzyć struktury partia musi mieć co najmniej kilkudziesięciu hojnych założycieli. Zadanie do wykonania, ale trzeba zadbać też o finanse na kampanię, choćby informacyjną, a w tym przypadku kosztu ulegają zwielokrotnieniu.

Luki w systemie
Zostaje jeszcze trzecie źródło finansowania, tj. subwencje z budżetu państwa. Aby jednak można było otrzymać te środki partia musi uzyskać w wyborach do Sejmu, tworząc samodzielnie komitet wyborczy, co najmniej 3 proc. ważnie oddanych głosów na jej okręgowe listy kandydatów w skali kraju. Właśnie to trzecie źródło finansowania betonuje najmocniej system polityczny w Polsce, ponieważ powoduje największe różnice między dużymi a małymi. Mamy zatem dwa źródła dochodów partii sprzyjające ugruntowanym „markom” politycznym oraz jedno źródło obwarowane ograniczeniami, które może przynieść istotny dochód jedynie przy znacznej powszechności oraz zamożności członków partii. Trzeci rodzaj dochodu stanowi zatem wykluczenie samo w sobie względem ruchów osób mających skromne możliwości finansowe.

Mali zepchnięci i niebezpieczni
Nowi gracze muszą być zamożni lub mieć nielegalne wsparcie, a to już problem dla bezpieczeństwa państwa. Co prawda wpłaty własne od osób fizycznych obwarowane są pewnymi ograniczeniami jak choćby wymóg pochodzenia środków jedynie od obywateli mieszkających w kraju, ale mają też szereg furtek otwartych na ingerencję z zewnątrz. Można bowiem wyobrazić sobie bez trudu, że mała partia X jest wspierana przez obcy wywiad lub organizację międzynarodową za pośrednictwem obywateli, którzy uprzednio te środki uzyskali w formie fikcyjnie świadczonej pracy na rzecz wskazanych podmiotów gospodarczych lub organizacji pozarządowych. Wszystko w majestacie prawa, choć wbrew interesom państwa. Co gorsze trudne do udowodnienia. Ale o tym przy innej okazji.

Stare maki w odwrocie
Sposób finansowania partii promujący dużych graczy oraz trudności starych ugrupowań z dostosowaniem swojego wizerunku ideowego do nowych wyzwań sprawia, że część z nich ratując się przed anihilacją szuka rozwiązań w fuzjach czy zmianach szyldów. W 2020 r. warszawski sąd zmienił statut Sojuszu Lewicy Demokratycznej, przemianowując to ugrupowanie na Nową Lewicę. Przyspieszeniu uległ także proces łączenia struktur partii z Wiosną Roberta Biedronia, w świadomości Polaków ugrupowania lewicowo-liberalnego. Prędzej czy później Nowa Lewica będzie musiała zbliżyć się także do PO albo Platforma do niej, tworząc obóz demokratyczny. Przed wchłonięciem w struktury PO broni się jak tylko może najstarsza polska partia PSL, która jeszcze niedawno marzyła o roli integratora – stąd np. stworzenie Koalicji Polskiej. Nie udało się z powodu problemów ideologicznych. PSL nie do końca wie, czy chce być bardziej konserwatywny jak 100 lat temu czy bardziej lewicowy jak po II wojnie światowej. Na pewno jednak w procesie integracji dwóch obozów Demokratów i Republikanów to właśnie ludowcy mogą odegrać czołową rolę.

Demokraci wokół PO
Tworzenie obozu Demokratów wokół PO nie jest wcale takie proste. Również ta partia ma problem ze swą tożsamością. Dlatego właśnie już w 2021 r. partia ta ma przyjąć nową deklarację ideową. Wiadomo, że dojdzie do dużego przełomu, zapewne rozdziału państwa od Kościoła. Być może lewicowa flanka w PO wywalczy także liberalizację w kwestii aborcji oraz uprzywilejowanie związków jednopłciowych, na wzór małżeństw. A może PO zrobi pół kroku i uzna jedynie majątkowe prawa osób pozostających w związkach partnerskich, ale wtedy na szybkie wchłonięcie lewicy nie będzie mogła liczyć. Czy to mało? Poprzednia deklaracja ideowa PO z 2001 r. w swym pięciopunktowym dokumencie mówiła m.in. o wolnym rynku, konieczności ochrony życia ludzkiego oraz wspieraniu rodziny i „tradycyjnych normach obyczajowych”. A we fragmencie dotyczącym gospodarki znalazło się nawet odwołanie do jednej z encyklik Jana Pawła II. To tylko pokazuje jak bardzo zmienia się PO. A co z PiS?

Problemy po odejściu lidera
Wyzwania ideologiczne partii Jarosława Kaczyńskiego nie budzą aż takich emocji. Więcej problemów może wywołać kwestia trwałej integracji środowisk prawicowych, zagrożonej niechybnym odejściem z polityki lidera PiS-u. Dziś rolę integratora zjednoczonej prawicy pełni PiS pod silnym przywództwem Kaczyńskiego, który w 2020 r. zapowiedział jednak, że po raz ostatni będzie ubiegał się o przywództwo w swej partii. Tymczasem na horyzoncie nie widać jego następcy, choć kandydatów nie brakuje. Sympatycy PiS-u jednym tchem wymieniają co prawda: ministra Zbigniewa Ziobro, Jarosława Gowina czy premiera Mateusza Morawieckiego, ale dwaj pierwsi nie należą nawet do PiS-u, a szef rządu nie ma odpowiedniego zaplecza politycznego by zastąpić Jarosława Kaczyńskiego. Co więcej po koronakryzysie może być jednym z najmniej lubianych polityków w Polsce.

Języczek u wagi
Zostaje jeszcze Konfederacja, ze stosunkowo młodym elektoratem i coraz bardziej rozpoznawalnymi działaczami. Jej szansą wydaje się anomia PiS-u w czasie bezkrólewia. Jeśli politycy tej formacji wykażą się sprytem, to przyszła zjednoczona prawica będzie powstawać właśnie wokół tego ugrupowania i utworzy obóz republikański. Ale aby Konfederaci mieli na to szansę muszą zrezygnować z sympatii ukierunkowanych na Wschód, a to już sprawa znacznie trudniejsza. No chyba, że USA pod rządami Demokratów, tak bardzo zmienią politykę względem Warszawy, że działacze Konfederacji nic nie będą musieli zmieniać. Ale to raczej scenariusz political fiction. Obecnie wydaje się, że konflikt o władzę w ramach Zjednoczonej Prawicy będzie trwał długo i pozwoli ukształtować się najpierw polskim Demokratom. Republikanie powstać będą mogli jedynie na fali zmęczenia ich rządami. Czy integratorem będzie Konfederacja, a może jednak PSL, który ratując się przed anihilacją bądź wchłonięciem przez Demokratów wróci do konserwatyzmu? A może pojawi się na prawicy nowy podmiot, wbrew trudnościom związanym z finansowaniem takich bytów? Istnieje oczywiście prawdopodobieństwo zachowania statusu quo, który jednak będzie zabójczy dla skutecznego sprawowania władzy.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.