Spalili Kaczyńskiemu kandydata na premiera


Kwity” na Obajtka wyciągnął Ziobro, a właściwie układ: Ziobro i Szydło. Wiem to z bardzo sprawdzonych źródeł bliskich PiS.

Roman Mańka: Przez długi czas Obajtek był człowiekiem Szydło. Ale półtora roku temu miała miejsce sytuacja, w której, w sposób dość upokarzający, zlekceważył byłą premier. Szydło przeżyła szok. Od tego momentu prezes „ORLENU” zaczął się dystansować od tandemu Szydło-Ziobro.

Rosnąca pozycja
W polityce takie rzeczy się zdarzają i to być może uszłoby mu na sucho, gdyby jednocześnie dynamicznie nie zaczęła rosnąć jego pozycja. Obajtek poczuł się silny i Szydło oraz Ziobro przestali mu być potrzebni. Zaczął bezpośrednio orientować się na prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Zbiegło się to w czasie z momentem, kiedy w oczach Kaczyńskiego zaczął tracić Mateusz Morawiecki. Przywódca PiS coraz częściej myślał o wymianie premiera. Dla wtajemniczonych w polską politykę nie jest tajemnicą, że Kaczyński „wynajmuje” ludzi do konkretnych ról. W ten sposób postąpił kiedyś z prof. Zytą Gilowską, Januszem Kaczmarkiem, Beatą Szydło, Mateuszem Morawieckim. Później ich “wypluwa”.

Nowy ład
Czas tego ostatniego zaczął się kończyć. Nową zaś „twarzą” PiS miał stać się Daniel Obajtek. On świetnie pasował (lepiej niż Morawiecki) do ducha PiS-u: były wójt, nie bankier, z małej miejscowości, wywodzący się z ludu. Tak jak kiedyś Beata Szydło wpisywał się w mentalność PiS. Miał symbolizować nowy okres w trakcie rządów PiS-u, po uporaniu się z koronawirusem. Miał być „twarzą” „nowego ładu”, programu, którego zadaniem jest odbudowanie PiS. Prawdopodobny był również wariant, że stanie się najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Jarosława Kaczyńskiego w partii. To zaś bardzo mocno krzyżowało plany Ziobro i Szydło.

Kalkulacja polityczna
Dlatego Ziobro wyciągnął z szafy „kwity”, a właściwie nagrania na Obajtka. Raz, że Obajtek zdradził swoich dotychczasowych towarzyszy, zdystansował się od nich. Jednak ważniejsza była kalkulacja polityczna: Szydło i Ziobro ocenili, że Morawiecki jest już słaby, że już im tak mocno nie zagraża, gdyż stracił pozycję, jaką niegdyś cieszył się u prezesa Kaczyńskiego. Tymczasem wymiana Maroawieckiego na Obajtka odświeżyłaby PiS. Na początku Obajtek mógłby stać się silny. Na bazie „nowego ładu” przeprowadzono by przyspieszone wybory parlamentarne, a układ Ziobry i Szydło nie znalazłby się na listach wyborczych.

Materiały na Obajtka wypłynęły z prokuratury kierowanej przez Zbigniewa Ziobro i Bogdana Święczkowskiego.

Ziobro przewidywał, że ze świeżym Obajtkiem, budującym sobie szybko wpływy w głębokim terenie PiS, wśród posłów, działaczy partii, ale również samorządowców (Obajtek sam był kiedyś samorządowcem, a więc dobrze czuł doły), będzie dużo trudniej wygrać niż z Morawieckim.

Dla Szydło i Ziobro dużo lepszy, korzystniejszy jest słaby, zgrany Morawiecki niż świeży i silny Obajtek.

Różnie może być
Czasami takie sytuacje mogą być paradoksalne i przełomowe. Morawiecki stał się – na zasadzie efektu ubocznego – beneficjentem tej rozgrywki. W polityce jest niekiedy podobnie, jak na wojnie, jeżeli się kogoś nie dobije, nie zniszczy do końca, nie doceni, to później zaskakująco oraz niespodziewanie rośnie w siłę.

Morawiecki nie będzie miał łatwo, ale ta sytuacja go wzmocniła i nie można przesądzać do końca jego losu. Jak mawiała Hannah Arend: „polityka, obok religii, to taka dziedzina, gdzie zdarzają się różne cuda”.

Obajtek premierem już na pewno nie zostanie. A Kaczyński w tej chwili nie ma innego kandydata do zastąpienia Morawieckiego. Jeżeli Morawiecki dobrze wykorzysta olbrzymie pieniądze z Unii Europejskiej, a gospodarka ruszy (w Niemczech eksperci zapowiadają konsumpcję po koroonawirusie) różnie to może być.

Wiele będzie zależało od trzech czynników: sytuacji gospodarczej; rozwoju konfliktów wewnątrz PiS; kondycji opozycji i kwestii, czy opozycja znajdzie jakąś wspólną formułę.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Słabość systemu partyjnego!


Z sondażu przeprowadzonego przez Instytut Badan Spraw Publicznych, na zlecenie portalu „StanPolityki.pl” wynika, że gdyby wybory odbyły się dziś, wygrałaby je „Polska2050” Szymona Hołowni (31,26 proc.), na drugim miejscu uplasowałby się PiS (26,96), a trzecią lokatę zajęłaby Koalicja Obywatelska z rezultatem 18,85, czwarta byłaby Lewica (9,34).

Roman Mańka: Teraz widać, jak bardzo słaby i niestabilny mamy system partyjny i jak mylili się ci, którzy narzekali na jego „zabetonowanie”. „Zabetonowanie” zewnętrzne nie jest problemem, bo daje stabilność systemu politycznego (a stabilność to cnota, a nie mankament czy wada); problemem jest „zabetonowanie” wewnętrzne, w głębi partii politycznych oraz – jak ja to nazywam – charyzmatyczny, patriarchalny charakter polskich ugrupowań politycznych. Wewnątrz polskich partii nie ma demokracji.

Redefinicja sympatii
Prognozowałem, że to co się stanie w roku 2021, to zmiana pozycji i statusu KO. W układzie dialektycznym jest tak, że gdy trzeci element stanie się drugim, czyli wejdzie w oś dialektyczną (w polaryzację), to zaczyna „połykać” dotychczasowego drugiego; tu trzecie element stał się pierwszym.

To nowa dynamika.

Moim zdaniem, to może być krytyczny moment rekonfiguracji polskiej polityki. Tendencję uchwyconą w tym sondażu uważam za wysoce prawdopodobną. Gdy dotychczasowy trzeci element (Hołownia) zastępuje dotychczasowy drugi (KO), a w tym przypadku wyszedł nawet na pierwsze miejsce, uruchamia się kilka procesów: pierwszy to doorientowywanie negatywne, a więc przesunięcie poparcia na ten obiekt, który ma największe szanse zwyciężyć z obiektem, który wyborcy chcą odsunąć od władzy (prawo tamy) – to już się dzieje, zwłaszcza wśród elektoratów sympatyzujących z formacjami opozycyjnymi; po drugie, wsparcie ze strony elementu klientelistycznego, w polskiej polityce, wśród osób aktywnych dominuje czynnik koniunkturalny, w ten sposób motywowani klientystycznie działacze będą redefiniować swoje sympatie – to już widać, i w ramach tego procesu Hołownia będzie pozyskiwał z każdej strony grupy interesów: i z opozycji, z PiS, najwięcej z KO; po trzecie, konformizm za darmo *zasada: „biegnij na pomoc zwycięzcy” – po prostu część wyborców lubi popierać tę partię, która lideruje sondażom oraz ma szansę wygrać wybory.

Reaktywacja POPiS-u
Co zagraża Hołowni? Wyjście jego partii na pozycję lidera jest trochę przedwczesne. Mam ambiwalentne odczucia, co do utrzymania tej lokaty – może być tak, że Hołownia się jeszcze bardziej wzmocni, lecz może być też tak, że nie dowiezie miejsca lidera do wyborów.

A wybory, przy takiej strukturze sondaży, raczej nie będą przedterminowe. Chyba, że w „Zjednoczonej Prawicy” wybuchnie konflikt, którego nie można będzie zażegnać/opanować. Na marginesie można powiedzieć, że pierwsze miejsce Hołowni w badaniach preferencji politycznych, to dla PiS szansa na dotrwanie do końca kadencji.

Zagrożeniem dla Hołowni jest to, co jest też jego siłą. Pozycja numer jeden w sondażach, jeśli inne ankiety to potwierdzą, oznacza reaktywację (mobilizację) PO-PiSu. Obydwie, dotychczas najbardziej popularne partie, będą zainteresowane, aby „zniszczyć” Hołownię. Widzieliśmy to już w ostatnich wyborach prezydenckich, kiedy PiS i KO dogadały się w sprawie wymiany kandydata – bez przyzwolenia PiS, KO nie udałoby się wymienić Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego. PiS i PO zagrożone zburzeniem dualistycznego układu przez kogoś trzeciego mogą zacząć mocniej współpracować.

System partyjny w Polsce to katastrofa. Jest to jedna z największych dysfunkcji państwa.

Stara jakość
Szybki skok ruchu „Polska2050” na pozycję lidera sondażu/y wskazuje na ogromną słabość polskiego systemu politycznego oraz niską świadomość wyborców. Partia Hołowni nie funkcjonuje nawet w rejestrach partii politycznych. Nie posiada wiarygodnego, kompleksowego programu, ani struktur terenowych. Brak kadr.

Jest produktem czysto wirtualnym, marketingowym. W zasadzie nie proponuje nowej polityki, tak jak deklaruje (to pozory), tylko starą, i to jeszcze w najgorszym wydaniu.

Świadczy to również niestety o niskiej świadomości wyborców. Hołownia nie posiada żadnych atutów przywódczych, które mogłyby go predestynować do roli polityka wielkiego formatu oraz męża stanu. W debatach prezydenckich wypał przeciętnie, charyzmy, zmysłu strategicznego, a także zdolności do kształtowania wizji czy programów też u niego nie widzę.

Ulica nie zawsze mówi prawdę…
Na koniec, sprawdza się to co mówiłem niedawno w „Halo Radio”. Teraz widzimy jak w rzeczywistości społeczno-politycznej silne są pozory (jak w filozofii Platona). Sądząc po niedawnych ulicznych protestach można by było powiedzieć, iż w Polsce mamy do czynienia z lewicową rewolucją, że następuje ogromny przechył w lewo. Jeszcze raz potwierdza się reguła, o której często mówię: ulica nie jest najlepszym barometrem. W maju 1968 roku we Francji protestowało w Paryżu milion osób, a miesiąc później wybory parlamentarne wygrała prawica; lewica doszła tam do władzy dopiero 13 lat później (Mitterrand).

Gdyby podliczyć głosy stron politycznych wg cytowanego sondażu, to centroprawica i prawica ma łącznie (nie licząc KO), co najmniej 63 proc. Taki wniosek byłby jednak zbyt wielkim uproszczeniem, ale wyniki tego sondażu pokazują jednak, że niedawne uliczne protesty nie przekładają się w prosty sposób na sympatie polityczne; nie ma adekwatności, korespondencyjności pomiędzy przestrzenią społeczną a polityczną.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Partia środka…


Strategia PiS na najbliższe lata będzie polegała na próbie przejścia w centrum. Granie aborcją służy właśnie temu celowi; ma pokazać umiarkowaną, powściągliwą formację rządzącą, w kontrze do ekstremizmów.

Roman Mańka: W okresie sprawowania władzy przez koalicję PO-PSL, dr Marek Kochan zidentyfikował zachowanie Platformy, jako budowanie silnego centrum przeciwko ekstremizmom. Było to w czasach (rok 2013), kiedy podczas organizowanych przez środowiska narodowe „Marszów Niepodległości” rozgrywały się ekscesy: szowinistyczne hasła, uliczne rozróby, niszczenie mienia oraz spektakularne walki z policją. To wtedy służby specjalne, na rzekome nieoficjalne polecenie ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Bartłomieja Sienkiewicza, miały użyć prowokacji w postaci podpalenia budki pod rosyjską ambasadą. Wszystko po to, aby pokazać ekstremizm opcji narodowej. Pod drugiej stronie też był kandydat, świetnie nadający się do odgrywania roli radykalizmu: Palikot i stojąca za nim antyklerykalna lewica.

PO próbowała przedstawiać opinii publicznej PiS jako tą samą stronę co narodowcy, jeden obóz (w czym jest zresztą sporo prawdy), tymczasem siebie prezentując społeczeństwu, jako jedyną siłę, polityczne, umiarkowane centrum, zdolną do powstrzymania ekstremizmów.

Niektórzy eksperci, w tym m.in. prof. Antoni Dudek, z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, sugerowali, iż Platforma może się stać, podobnie jak niegdyś chadecja we Włoszech, partią hegemoniczną, sprawującą władzę przez długie lata, na zasadzie „tamy” czy „blokady” wobec innych radykalnych sił, mogących dojść do władzy. We Włoszech chadecja sprawowała władzę w różnych koalicjach z socjalistami, socjaldemokratami, i liberałami, przez 47 lat od zakończenia II wojny światowej, na zasadzie mniejszego zła, gdyż po przeciwnej stronie była włoska partia komunistyczna i właśnie jej obawiało się społeczeństwo Italii.

PiS obecnie usiłuje zastosować podobną strategię, jak PO w czasach, gdy formacja ta sprawowała władzę: (czyli) akcentować ekstremizmy, intensyfikować oraz pogłębiać polityczny podział kulturowy, a samemu manifestować się jako rozsądna, siła umiaru, znajdująca się w centrum sceny politycznej.

Legitymizacja symboliczna („błogosławieństwo” elit)
Przemieszczanie się w kierunku centrowym różnych ugrupowań politycznych (zwłaszcza tych, które sprawują władzę), nie jest niczym nowym. Często jest to związane z typem legitymizacji, jakiej w danym momencie procesu politycznego oczekują politycy. Można orientować się na dwa różne sposoby: 1) na społeczeństwo; i na 2) elity. Społeczeństwo jest potrzebne, kiedy walczy się o władzę i właśnie wówczas partie starają się zabiegać o poparcie ludu, w kontrze do elit; jednak, gdy już dana formacja dojdzie do rządzenia, gdy zacznie oswajać się z władzą, wówczas bardziej istotna staje się legitymizacja artykułowana ze strony establishmentu, czyli zabieganie o poparcie elit.

Te dwa typy legitymizacji wynikają pośrednio z taksonomii, jakiej swego czasu dokonał włoski socjolog i politolog, Gaetano Mosca, który podzielił wspólnotę polityczną na: elity oraz resztę społeczeństwa.

Pierwszy czynnik znajduje się w mniejszości (niejednokrotnie w dramatycznej), jednak posiada trzy istotne cechy, które w pewnych warunkach mogą dawać mu przewagę: przede wszystkim posiada zdolność organizacyjną i potencjał opiniotwórczy, a co za tym idzie: umiejętność do mobilizowania, ale i demobilizowania społeczeństwa.

Tymczasem to co Mosca określił jako resztę społeczeństwa znajduje się w przytłaczającej większości, lecz mankamentem społeczeństwa jest brak zdolności organizacyjnej. Jeżeli, wychodząc już poza teorię Moski, poziom tzw. społeczeństwa obywatelskiego jest niski, jeśli niska jest również jego polityczna świadomość, wówczas łatwo jest to społeczeństwo dezinformować i demobilizować albo mobilizować grupy kompletnie nieświadome, co w istocie jest mobilizacją negatywną, a więc czymś gorszym od mobilizacji.

Czasami będące w mniejszości elity, z uwagi na swój potencjał organizacyjny oraz kapitał kulturowy, stają się dla rządzących dużo lepszym partnerem strategicznym, niż zdezorganizowane społeczeństwo; dużo też łatwiej jest zaspokoić oczekiwania establishmentu (choć zazwyczaj gorsząco kosztowne) od potrzeb społeczeństwa.

Establishment posiada nad społeczeństwem jeszcze jedną przewagę w zabieganiu o zapewnianie legitymizacji rządzącym: (otóż) może on udzielać tzw. kapitału kulturowego, a ujmując problem bardziej precyzyjnie, symbolicznego. Elity rządzące, aby być postrzegane jako elity w głębszym sensie, i aby wchodzić w skład szerszego spektrum bardziej uniwersalnie rozumianych elit, muszą posiadać kapitał symboliczny, będący konwersją kapitału kulturowego. Inaczej mówią i uciekając się do zwulgaryzowanego lecz wymownego przykładu, aby rządzący pozyskiwali kapitał symboliczny, Beata Kępa musiałaby zjeść obiad z Krystyną Jandą, bądź z Małgorzatą Rozenek-Majdan.

Mechanizm ten znakomicie zdefiniował francuski antropolog symboliczny i socjolog, Pierre Bourdieu, rozróżniając tzw. pola, m.in. pole władzy, pole produkcji kulturowej; pole polityczne, pole ekonomiczne.

Władza polityczna, lub różne czynniki polityczne wchodzące w obszar pola politycznego, zazwyczaj balansują pomiędzy społeczeństwem (które możemy nazwać polem społecznym), a terenem, określonym przez Bourdieu, jako pole produkcji kulturowej. Gdy trzeba odróżnić się od elit w walce o władzę, rządzący jawią się bliżej pola społecznego, podkreślając swoją fizyczność w opozycji do kulturowości elit; ten schemat ma zazwyczaj miejsce, gdy dana formacja polityczna dopiero idzie po władzę; gdyż zaś konkretne ugrupowanie już znajdzie się w procesie rządzenia, wówczas potrzebuje kapitału symbolicznego, który może zapewnić oraz udzielić pole produkcji kulturowej (elity kulturowe); wówczas rządzący podkreślają swoją kulturową wyższość w opozycji do fizyczności społeczeństwa, i w ten właśnie sposób tworzą dystanse nieodzowne do sprawowania władzy.

Dystans jest kategorią ambiwalentną: dzięki niemu władzę się utrzymuje, utrwala, lecz z jego powodu (gdy dystanse pomiędzy rządzącymi a społeczeństwem są zbyt wielkie) – również traci.

Ewolucja
Każda władza lub formacja znajdująca się w drodze do rządzenia, musi określić swój stosunek do elementu klientelistycznego, czyi do status quo (kulturowego czy ekonomicznego). Do wyboru ma co najmniej trzy możliwości: 1) całkowicie doorientować się do status quo; 2) całkowicie mu zaprzeczyć; bądź 3) doorientować się częściowo albo stopniowo.

PiS wybrał trzecią drogę.
Jednocześnie prawie wszystkie partie, które zdobyły władzę, prędzej lub później, modyfikują swoją lokalizację w przestrzeni politycznej (nie mylić ze sceną polityczną) i przemieszczają się w kierunku położenia centrowego; przy czym centrowość może tu być rozumiana również na kilka sposobów: np., jako wspomniane powyżej zbliżenie do elit, a więc doorientowanie do elementu klientelistycznego status quo, w celu uzyskanie legitymizacji symbolicznej, a w jej ramach czerpania kapitału symbolicznego czy ekonomicznego; lub w rozumieniu klasycznym, jako zajęcie miejsca w centrum sceny politycznej, czyli blisko punktu środka na odcinku lewica – prawica; albo wreszcie, jako zabieganie o wyborców cechujących się mniejszą intensywnością politycznego zaangażowania, bardziej neutralnych, o niższym poziomie socjalizacji politycznej oraz identyfikacji światopoglądowej.

Z wypowiedzi prof. Waldemara Parucha, jeszcze do niedawna głównego stratega PiS, byłego szefa Centrum Analiz Strategicznych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wynikało, że PiS zwyciężał w wyborach przeprowadzonych w latach 2019-2020, odwołując się do tzw, jak ich określił sam Paruch, „wyborców nisko-politycznych”, a zatem tych, którzy nie posiadają silnie zdefiniowanych poglądów politycznych.

Zazwyczaj przesunięciu pozycji formacji rządzącej w stronę establishmentu czy w kierunku elit, towarzyszy także modyfikacja miejsca partii sprawującej władzę na scenie politycznej, właśnie w kierunku centrum.

Populizm jest bardziej użyteczny, kiedy się walczy o władzę, gdy się natomiast ją sprawuje obiektywnie dużo trudniej jest opierać się na populizmie. Gdy w roku 1922, w rezultacie „marszu Czarnych Koszul”, faszysta Benito Mussolini został przez króla Emanuela III mianowany premierem Włoch, stopniowo zaczął przesuwać się z pozycji obrońców uboższych grup społecznych w stronę reprezentantów elit, klasy średniej, oraz klas bogatszych.

Ta ewolucyjność ugrupowań o różnym stopniu populizmu obserwowana była w wielu krajach: we Francji, po tym, jak na czele Frontu Narodowego, Jean Marie Le Pena zastąpiła jego córka, Marin Le Pen, ugrupowanie (jednak) wykonało krok w kierunku centrum, w większym stopniu odwołując się do klasy średniej, dzięki czemu między innymi wygrało wybory do Europarlamentu w 2014 roku, otrzymując poparcie na poziomie 24,86 proc. i tym samym zdobywając 23 mandaty.

Pod koniec XX wieku manewr modyfikacji położenia na scenie politycznej z wielkim sukcesem wykonała w Wielkiej Brytanii Partia Pracy, za sprawą swojego przywódcy, Tony’ego Blaira. Zapewniło jej to bezapelacyjne zwycięstwo nad konserwatystami, po ich bez mała dwóch dekadach dominacji oraz spowodowało uzyskanie bezwzględnej, samodzielnej większości: 179 mandatów w Izbie Gmin. Osiągnięcie zostało powtórzone w dwóch kolejnych wyborach: 2001 i 2005 roku.

Metamorfoza formacji rządzących, wyrażająca się w przejściu od ekstremizmu czy populizmu w kierunku elit i centrum, nie jest niczym nowym. Także w Polsce miała miejsce. Typowym tego przykładem jest SLD. Na początku lat 90. XX wieku było to ugrupowanie radykale, o wyraźnie antyestablishmentowym charakterze. Niczym tradycyjna lewica werbalnie wypowiadało się przeciwko najbogatszym warstwom społecznym, kwestionowało rozpoczętą nad Wisłą w 1989 roku transformację ustrojową, a także euroatlantycki kurs Polski, będąc m.in. przeciwko przystąpieniu Polski do NATO.

Po zdobyciu władzy wykonawczej w roku 1993 oraz prezydenckiej w 1995, SLD odeszło od swoich populistycznych, rewindykacyjnych, a nawet lewicowych, socjalnych postulatów, stając się typową partią elit. Pod koniec lat. 90 XX wieku i na początku trzeciego tysiąclecia, establishment uwielbiał SLD, o czym świadczy choćby „eskapada” Lwa Rywina do Adama Michnika.

Niewolnik własnego elektoratu
Czy PiS wykona podobny manewr? Zbliżenie z elitami, dużo większy poziom fraternizacji z establishmentem, jak również przesunięcie na scenie politycznej w kierunku centrum, jest dla PiS-u korzystne z dwóch głównych powodów: pierwszy można określić jako merkantylny i jest on związany z tym co nazywa się konsumpcją władzy; drugi wynika z potrzeb strategicznych zorientowanych na utrzymywanie władzy.

Każda władza, w tym również PiS, chce konsumować korzyści związane z rządzeniem. Nie ograniczają się one jedynie do czerpania z immanentnego kapitału posiadanego przez państwo, czyli zarobków z tytułu świadczonej pracy w aparacie administracyjnym państwa, czy beneficjów płynących z okoliczności zasiadania w spółkach skarbu państwa (samych funkcjonariuszy partyjnych PiS, jak i ich rodzin). Dużo większe zyski dla środowisk oraz grup składających się na obóz władzy, w tym przypadku PiS, może dać to, co socjolog związany z PiS, prof. Andrzej Zybertowicz, określił niegdyś jako „klientelistyczną sieć korzyści”, a więc wejście z rozmaitymi grupami interesów w relacje klientelistyczne, czy może nawet korupcyjne. Zbudowanie takiego klientelistycznego układu może zapewnić formacji rządzącej lub raczej funkcjonującym w jej ramach koteriom, wiele wymiernych korzyści; choćby tego rodzaju działania jak lobbing w parlamencie na rzecz konkretnych rozwiązań legislacyjnych (a stopień przeregulowania stanowi często barometr korupcji), jest w stanie przynieść określone, niebagatelne zyski.

Jednak w polityce nie chodzi tylko o pieniądze. Ważne są również korzyści niewymierne. Gdy formacja rządząca wejdzie z „klientelistyczną siecią korzyści” (czyli tym co w uproszczeniu możemy nazwać elitami, a co Pierre Bourdieu określił jako pola: produkcji kulturowej, bądź ekonomicznej), tworzy się pewnego rodzaju „pole grawitacyjne” dysponujące ogromną siłą politycznego, kulturowego oraz ekonomicznego oddziaływania. Taka struktura, złożona z jednej strony z politycznego pola władzy, a z drugiej z sprzyjającej jej pól kulturowych, jak i ekonomicznych czy biznesowych, posiada niebywałą zdolność opiniotwórczą, a także mobilizacyjną. Dzięki temu może kontrolować obieg informacji (oficjalny i nieoficjalny), dezinformować, mobilizować i demobilizować wyborców.

Klientelistyczna sieć korzyści jest dla każdej władzy atrakcyjnym sojusznikiem… Czy PiS zawrze układ z „układem”?

W sprawowaniu władzy niezwykle ważne są pieniądze, rozpatrując politykę w aspekcie pragmatycznym, oportunistycznym, czy koniunkturalnym poprzez wejście rządzących w układ z „klientelistyczną sieć korzyści” można czerpać wiele zysków o charakterze ekonomicznym; z puntu widzenia władzy dużo ważniejsze od pieniędzy jest jednak znaczenie, prestiż. Prestiż jest czynnikiem nieodzownym w dążeniu do rządzenia, zdobywania, a przede wszystkim utrzymywania władzy. Jest zarazem najistotniejszym środkiem prowadzącym do władzy, lecz również celem, gdyż władza w sprzężeniu zwrotnym, daje również prestiż oraz wytwarza potencjał jego zdobywania. Ten zaś prestiż rządzącym może zapewnić, to co Pierre Bourdieu nazwał: „polem produkcji kulturowej”.

PiS nie różni się od innych partii funkcjonujących na scenie politycznej. Działacze PiS oraz różne koterie czy środowiska działające w ramach tej formacji są tak samo, a może nawet bardziej napędzani motywami koniunkturalnymi, merkantylnymi, jak członkowie i ośrodki skupione w innych ugrupowaniach. Jak powiedział jednen z niedawno nagranych działaczy PiS z Wałbrzycha: „my jesteśmy tacy sami jak członkowie PO czy SLD” (cytat nie jest wierny, ale całkowice oddaje sens wypowiedzi).

Dla celów konsumpcyjnych PiS już dawno wszedłby w układ z „układem”, który sam swego czasu usiłował werbalnie zwalczać i piętnować: a więc z „klientelistyczną siecią korzyści”. Przemawiają za tym kalkulowane przez działaczy PiS różnego szczebla korzyści prestiżowe oraz ekonomiczne., które następnie mogą zostać rekonwertowane na polityczne zyski.

Jest jednak jeden problem uniemożliwiający PiS-owi wejście w alians ze istniejącym w Polsce status quo, czyli z elitami: żelazny elektorat PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego dysponuje niezwykle specyficznymi wyborcami: można próbować nazwać ich ambitnymi albo pryncypialnymi, lecz obydwa terminy byłyby poznawczo mylące.

W istocie wyborcy PiS nie cechują się pryncypialności ani dogmatycznością; w wielu przypadkach potrafili być niezwykle pragmatyczni czy nawet oportunistyczni, akceptując dla celów strategicznych różnego rodzaju wolty Jarosława Kaczyńskiego i centrali na Nowogrodzkiej. Prawidłowa definicja populacji wyborczej popierającej PiS jest inna: elektorat PiS jest pretensjonalny, zaś jego poparcie wobec „Zjednoczonej Prawicy” napędzane jest przez resentyment, sprowadzający się do nienawiści wobec tego, co sami wyborcy PiS nazywają: „liberalnymi elitami”. Elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego wybaczy wiele, zaakceptuje prawie wszystko, ale nie alians z establishmentem III Rzeczpospolitej, przynajmniej z jego dominującą, ortodoksyjną częścią.

Z tego właśnie powodu, do dziś PiS nie wszedł otwarcie w typowo konsumpcyjną funkcję władzy, nie zawarł sojuszu z „klientelistyczną siecią korzyści. Po prostu stał się niewolnikiem własnego elektoratu.

Substytut dynamitu
PiS przesunie się w kierunku centrum z powodów strategicznych. Będzie to podyktowane dwoma celami: utrzymania przy sobie wyborców, jak to określił po wyborach do Europarlamentu w 2019 roku, jeden z głównych ówcześnie strategów PiS, prof. Waldemar Paruch, „nisko-politycznych”, a więc tych o mniejszym natężeniu emocjonalnym; wrażliwych w większym stopniu na impulsy pragmatyczne czy redystrybucyjne.

W filozofii istnieje pojęcie „posiadania tematu”, jest ono mniej więcej tym samym, co w piłce nożnej posiadanie piłki. Drużyna, która w ujęciu statystycznym dominuje w aspekcie posiadania piłki, może kontrolować rytm gry, a dzięki temu stwarza sobie większe (choć bywają wyjątki) szanse na zwycięstwo.

PiS celowo wrzuca w przestrzeń polityczną tematy ideologiczne, światopoglądowe, emocjonalne, gdyż czyniąc to spycha opozycję do politycznej defensywy i powoduje w jej ramach polityczne podziały. Opozycji może wydawać się, iż jest w ofensywie, że posiada polityczną inicjatywę, lecz to wszystko odbywa się na polach ideologicznych. Tymczasem dla pozyskania albo utrzymania wyborców o mniejszym zaangażowaniu politycznym, dużo istotniejsze okazują się pola pragmatyczne.

Inaczej mówiąc: opozycja dominuje w obszarze ideologicznym, a PiS na terytorium egzystencjalnym. W kontekście wyborów parlamentarnych w 2023 roku (pamiętajmy, że mniej więcej w tym samym czasie odbędzie się elekcja samorządowa), „Zjednoczona Prawica” będzie robiła wszystko, aby utrzymać przy sobie tematy socjalne, aby je, jak mówi filozofia polityki: posiadać.

Rytm gry w dalszym ciągu kontroluje partia Jarosława Kaczyńskiego.

Wg rachub PiS, utrzymanie inicjatywy politycznej w obszarze postulatów egzystencjalnych (socjalnych) ma dla partii znaczenie strategiczne i zapewni sympatię ze strony wyborców centrowych, czyli wg definicji prof., Parucha, wyborców mniej intensywnych w artykułowaniu emocji politycznych, o słabszym poziomie zaangażowania („nisko-politycznych) oraz skromniejszej socjalizacji politycznej.

Drugi poziom definiowania centrowego położenia elektoratu, odwołuje się do stosunku wobec radykalnych postaw w polityce, wobec tego co nazywamy ekstremizmami. Ważnym momentem w polskiej polityce, i paradoksalnie, wbrew temu co twierdzi wielu ekspertów, korzystnym dla PiS, było pojawienie się na scenie politycznej środowisk narodowych, zinstytucjonalizowanych następnie w „Konfederacji”. To pozwoliło „odbić” PiS-owi od skrajnie prawej strony i przesuwać się w kierunku centrum. Diagnoza, że „na prawo od PiS jest już tylko ściana”, dziś nie obowiązuje. Tym samym „Zjednoczona Prawica” może schodzić z osi konfliktu politycznego, a zwłaszcza kulturowego i uciekać od polaryzacji w pragmatyzm, w socjal, w problemy egzystencjalne. Może tworzyć iluzję, że nie jest jednym z dwóch głównych biegunów polaryzacyjnych, a także, że nie jest stroną ostrej wojny światopoglądowej.

Wrzucanie tematów ideologicznych w przestrzeń debaty politycznej, powoduje, że PiS uwypukla ekstremizmy: z jednej strony lewicowy, z drugiej prawicowy, w ramy którego łatwo jest PiS-owi włożyć „Konfederację” oraz środowiska narodowe. Poza tym, za pomocą konfliktów ideologicznych „wypalane” są emocje społeczne i rozładowywane napięcie. Warto przywołać metaforę saperów, którzy detonują miny poprzez celowe wrzucenie granatu na pole minowe. W miarę, jak kolejne dni zaczną Polskę przybliżać do wyborów parlamentarnych, „Zjednoczona Prawica” będzie coraz częściej sięgała po kwestie ideologiczne, aby inspirować ostry, gwałtowny ideologiczny konflikt uwypuklający ekstremizmy – lewicowy oraz skrajnie prawicowy, tymczasem sam PiS spróbuje się zaprezentować jako umiarkowane, rozsądne centrum przeciwko ekstremizmom, siła rozsądna, pragmatyczna, mogąca powstrzymać radykalizmy.

Ideologia jest jak dynamit. Może spowodować wybuch, który przebuduje całą scenę polityczną.

Uruchomienie problemów światopoglądowych (takich jak aborcja czy LGBT) będzie przebudowywało polską scenę polityczną i może automatycznie zepchnąć PO na lewą stronę, zaś PiS przesunąć w kierunku centrum. Taka jest strategia PiS.

Główny nurt PiS z pewnością będzie się starał przesunąć w kierunku centrum. Pytanie jest inne: czy „Zjednoczona Prawica” pozostanie do wyborów w 2023 roku nadal zjednoczona? Czy może rozpadnie się w rezultacie spontanicznych procesów odśrodkowych, czy może z powodów taktycznych i instrumentalnych?

Nie jest wykluczone, iż operacji przesuwania PiS do centrum, będzie towarzyszyła, jako swego rodzaju support, wyreżyserowana, kontrolowana fronda, polityków fundamentalnych oraz radykalnie konserwatywnych, takich jak np. Zbigniew Ziobro czy Przemysław Czarnek, których zadaniem będzie zbudowanie pozornie odrębnego ugrupowania posiadającego zdolność zagospodarowania konserwatywnych, katolickich oraz narodowych wyborców.

Zresztą, w zarysowanej hipotetycznie sytuacji, jeżeli miałoby do niej dojść, momentalnie zafunkcjonują automatyzmu. Jakakolwiek fronda po prawej stronie PiS poskutkuje przesunięciem jego jądra do centrum.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

PiS jeszcze nie przegrał…


Rok 2021 zadecyduje o kształcenie procesu politycznego w Polsce. Ta siła polityczna, która zdobędzie inicjatywę strategiczną, najprawdopodobniej stworzy sobie przedpole do zwycięstwa w najbliższych wyborach parlamentarnych, które odbędą się za ponad dwa lata. Wydarzenia tego roku będą zatem kluczowe w perspektywie najbliższej przyszłości polskiej polityki.

Roman Mańka: Czy PiS już przegrał? Parafrazując słynne zdanie Marka Twaina: „pogłoski o śmierci PiS są przedwczesne”. Ci którzy głosili rychły koniec PiS opierali się na pozorach. To co wydawało się na jesieni 2020 roku oczywistym zjawiskiem, rzekomy odwrót społecznego poparcia od Zjednoczonej Prawicy, okazało się tylko powierzchownym efektem, wynikającym z błędów w obozie formacji rządzącej: walki wewnętrznej oraz tak zwanej „piątki dla zwierząt”, czyli ustawy, która uderzała w interesy elektoratu PiS.

W żadnym razie do spadku popularności partii Jarosława Kaczyńskiego nie przyczyniły się demonstracje oraz protesty organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet, w reakcji na zaostrzenie przez Trybunał Konstytucyjny prawa aborcyjnego. Wbrew temu co twierdzą różnego rodzaju eksperci, politolodzy i socjologowie, a także wielu publicystów, w Polsce nie doszło do żadnego przełomu; nie zmienił się radykalnie sposób myślenia społeczeństwa ani nastroje.

Opozycja, ta parlamentarna i ta społeczna, pozaparlamentarna, w dalszym ciągu nie ma wpływu na bieg procesu politycznego oraz rozwój wydarzeń w Polsce, gdyż nie potrafi wejść w mechanizm relacji kauzalnej, to nie jej działania przekładają się na konsekwencje polityczne. Nadal zasadniczy wpływ na sytuację posiada PiS.

Demografia jest nieubłagana
Manifestacje i protesty, które na jesieni 2020 roku przetoczyły się przez Polskę, wyraźnie (zresztą zupełnie zgodnie z tym co wcześniej przewidywałem), wygasły, i raczej trudno się spodziewać, aby w najbliższym czasie doszło do ich odnowienia. Być może niepokoje społeczne nadal będą miały miejsce; niewykluczone, że nawet się nasilą, lecz z innego – społeczno-gospodarczego, a nie kulturowego– powodu.

Zdecydowana większość obserwatorów polskiego życia politycznego, źle oceniła ciężar oraz znaczenie protestów inicjowanych przez kobiety z OSK, jak również związane z nimi nastroje społeczne. Przede wszystkim mające miejsce na jesieni ubiegłego roku demonstracje, nie były reprezentatywne dla emocji i poglądów całego polskiego społeczeństwa. Filozofia Platona powinna nas nauczyć, iż to co widzimy zmysłami, bezpośrednio nie musi być prawdą. Prawdziwa rzeczywistość kryje się poza pozorami. Często dochodzi do asymetrii pomiędzy wrażeniami powziętymi na podstawie obserwacji wydarzeń dziejących się na ulicy, a wnioskami wynikającymi z bardziej wszechstronnej oraz głębszej analizy racjonalnej. Nie zawsze ulica jest miarodajna i reprezentatywna dla nastrojów społecznych: np. organizowany przez środowiska narodowe „Marsz Niepodległości” potrafił w latach szczytu przyciągać do Warszawy nawet i 200 tys. demonstrujących ludzi, tymczasem poparcie dla „Konfederacji” w wyborach do Sejmu wynosiło 6,81 proc. Gdyby siłę formacji skupiającej ugrupowania narodowe oceniać po wielkości „Marszu Niepodległości”, powinna ona dzisiaj (a nie PiS) rządzić w Polsce.

W protestach organizowanych przez OSK brali zazwyczaj udział ludzie młodzi, na ulicach było ich widać, stanowili tam dominującą oraz mobilną siłę, byli w większości. Jednak struktura polskiego społeczeństwa tak nie wygląda, można nawet powiedzieć, że jej obraz jest odwrotny. Procesy demograficzne układają się w ten sposób, iż w polskim społeczeństwie, a co się z tym wiąże, również wśród wyborców, przewagę mają pokolenia senioralne albo bliskie tej kategorii: generalnie osoby, które przekroczyły 50. rok życia.

PiS ma to dobrze policzone. Tzn. dysponuje dokładnym rozeznaniem, popartym szczegółowymi badaniami socjologicznymi, na temat liczebności poszczególnych grup wiekowych, a przede wszystkim dominujących wśród nich preferencji politycznych. Póki co, demografia działa na rzecz PiS-u. Dlatego, manifestacje inicjowane przez OSK, aż tak bardzo partii Jarosława Kaczyńskiego nie zaszkodziły, zaś pod pewnym kątem były dla Zjednoczonej Prawicy nawet korzystne.

Niekompatybilność wymiarów
Spontanicznych wybuchów społecznego niezadowolenia, rozgrywających się wokół problemu aborcji, nie da się już odbudować, a przynajmniej, nie pojawi się nic, co byłoby ich kontynuacją. Protesty po prostu zgasły. Stało się tak z kilku powodów.

Po pierwsze, nikt nie będzie demonstrował na ulicach wiecznie; ludzie mają również swoje sprawy i w związku z tym, prędzej lub później, przesuną się z przestrzeni publicznej do sfery prywatnej, uciekną w własną prywatność. W relacjach społecznych działa znana z psychologii zasada malejącej użyteczności krańcowej, która w uproszczeniu oznacza mniej więcej tyle, że powtarzalność szkodzi intensywności oraz sile wywoływanego efektu. Wszystko się kiedyś zużywa, a w organizacjach społecznych oraz ruchach społecznych istnieje napięcie, które Hannah Arendt w książce, „O rewolucji”, określała jako opozycję pomiędzy spontanicznością czy żywiołowością a instytucjonalizacją i biurokratyzacją.

Bez nowych impulsów trudno utrzymać energię społeczną na stabilnym poziomie, zaś próba nadania społecznemu procesowi rutyny, osłabi go.

Po drugie, nie było kompatybilności pomiędzy wymiarem społecznym, w ramach którego rozgrywały się wydarzenia inspirowane przez OSK, a wymiarem politycznym, gdzie działają partie polityczne, nie powodowało to zatem typowych konsekwencji politycznych, w postaci np. zmiany preferencji politycznych czy nastrojów odnoszących się do popularności poszczególnych ugrupowań; nad protestami unosił się duch lewicowości lecz paradoksalnie „Lewica” nie zyskiwała na nich, zaś spadek poparcia dla partii rządzącej PiS wynikał z innych wydarzeń: konfliktów wewnętrznych, a zwłaszcza „piątki dla zwierząt”.

Po trzecie, w roku 2021 kalendarz różnego rodzaju okoliczności pozapolitycznych, lecz odwracających społeczną uwagę od polityki, nie będzie sprzyjał organizacji protestów o charakterze innym niż społeczno-gospodarczy: latem odbędą się dwie wielkie, spektakularne imprezy sportowe, przełożone z ubiegłego roku, z powodu pandemii koronawirusa: Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej oraz Igrzyska Olimpijskie, poza tym prawie równocześnie rozpoczną się eliminacje do Mundialu w Katarze.

Tego rodzaju sytuacje skutecznie odciągają uwagę opinii publicznej od polityki. Po wprowadzeniu stanu wojennego, nastroje społeczne zaczęły się poprawiać dopiero od czerwca i lipca 1982 roku, gdy na futbolowych Mistrzostwach Świata w Hiszpanii, reprezentacja Polski szła od zwycięstwa do zwycięstwa, sięgając po trzecie miejsce na globie; także w 2016 roku wydarzenia sportowe skutecznie odwróciły zainteresowanie od działań inicjowanych przez Komitet Obrony Demokracji.

Nigdy nie wolno bagatelizować znaczenia czynników pozapolitycznych w polityce, które choć mają treść niepolityczną, to powodują konsekwencje sensu scricto polityczne, aczkolwiek często niezauważane wprost.

Metamorfoza… marsz do centrum
Jest jeszcze czwarty element, wynikający z głębszej, a także bardziej dalekosiężnej strategii PiS-u, kobiety z OSK chętnie weszły w zastawioną przez PiS „pułapkę” i uruchomiły swój radykalizm. Wulgarne hasła, takie jak znak ośmiu gwiazd czy słowo rozpoczynające się na literę „w”, trafią tylko do osób nastawionych najbardziej ekstremalnie, przeciwników PiS, jednak ludzi o umiarkowanych bądź centowych poglądach, lub niezaangażowanych aż tak bardzo w politykę, mogą poważnie zrazić. To odium spadnie na całą opozycję (oprócz Hołowni).

PiS-owi zależy, aby opozycja miała radykalne oblicze. Zjednoczona Prawica prowadzi grę podobną do tej, którą swego czasu prezentowała Platforma Obywatelska, a którą dobrze zdefiniował dr Marek Kochan z Katedry Dziennikarstwa Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS, mówiąc, iż PO chce się jawić jako rozsądne centrum przeciwko ekstremizmom. Było to w 2013 roku, kiedy minister spraw wewnętrznych, Bartłomiej Sienkiewicz, miał zlecić służbom specjalnym podpalenie budki przed rosyjską ambasadą, aby zrzucić odpowiedzialność za to na środowiska i organizacje narodowe, pokazując ich ekstremizm.

PiS obecnie gra podobnie. Zjednoczonej Prawicy chodzi w ogóle o modyfikację swojego miejsca na scenie politycznej i stopniowe przesuwanie się w kierunku centrum, w czym bardzo pomaga obecność ugrupowań narodowych, a zwłaszcza Konfederacji w polskim życiu politycznym, gdyż odsuwa PiS od prawej strony, pozwala „odbić się od prawej bury”. Sytuacja nie wygląda tak, jak opisuje to część publicystów, iż Jarosławowi Kaczyńskiemu zależy, aby „na prawo od PiS była tylko ściana”; może kiedyś przywódca Zjednoczonej Prawicy myślał w ten sposób, ale obecnie definiuje polską scenę polityczną inaczej: PiS ma się przesuwać w centrum, ale w taki sposób, aby nie utracić prawej strony; tam ma funkcjonować taka siła, która jednocześnie powoli PiS przesunąć się w centrum, lecz nie zabierze mu dużej części prawicowego elektoratu.

Cały ruch (z tym co osobiście nazywam roszadą) zamiany Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego, na stanowisku premiera, dedykowany był intencji modyfikacji pozycji PiS na scenie politycznej i stopniowego przesuwania Zjednoczonej Prawicy w centrum. Był to jeden z warunków zwycięstw w wyborach samorządowych (do sejmików wojewódzkich), do europarlamentu, jak również – tych kluczowych – do polskiego parlamentu.

Historia pokazuje, że formacje populistyczne bardzo często przechodzą podobną metamorfozę, czyli przejście od radykalnej prawicowości bądź lewicowości w stronę centrum: pokazują to choćby przykłady ruchu faszystowskiego Mussoliniego w przedwojennych Włoszech, Partii Pracy w Wielkiej Brytanii w okresie Tony’ego Blaira, czy polski przykład Sojuszu Lewicy Demokratycznej w czasach Kwaśniewskiego i Millera.

Teraz podobną drogą będzie chciał pójść PiS.

Użyteczna twarz
Pytanie: kto wygra wewnętrzną rywalizację, jaka ma miejsce w Zjednoczonej Prawicy: Mateusz Morawiecki czy Zbigniew Ziobro (?), wydaje się rozstrzygnięte. Zresztą ono było przesądzone od samego początku, już w punkcie wyjścia.

Jedynym z polityków, który posiada zdolność dawania akceptowalnej społecznie „twarzy” jest premier Mateusz Morawiecki, którego toleruje również spora część politycznego centrum. Morawiecki nie posiada charyzmy, nie został obdarzony charakterem przywódczym, nie ma cech lidera, nie wydaje się być wizjonerem, lecz paradoksalnie właśnie dlatego cieszy się relatywną akceptowalnością.

W ramach PiS jest niewielu polityków, których nie tylko prawicowy, ale również umiarkowano-centrowy elektorat byłby w stanie zaakceptować: jednym z nich, co pokazały ostatnie i przedostatnie wybory prezydenckie, jest Andrzej Duda, jednak wyłączony z gry ze zrozumiałego względu piastowania urzędu prezydenckiego; drugim takim aprobowanym politykiem okazał się Mateusz Morawiecki; może znalazłoby się jeszcze kilku pomniejszych, takich jak Łukasz Schreiber, Kamil Bortniczuk, czy Michał Dworczyk. Reszta jest nieakceptowalna.

Również Jarosław Kaczyński, choć posiada niekwestionowany status przywódcy Zjednoczonej Prawicy i od wielu lat wyznacza strategię tej formacji, wydaje się zbyt wyrazisty, aby poprowadzić PiS do zwycięstwa.

Ziobro jest zbyt radykalny. Pod jego przywództwem PiS nigdy by w Polsce niczego nie wygrał.

Pozostaje więc jedynie Morawiecki. Premier nie ma alternatywy. Tylko on, z uwagi na paradoksalność przymiotów osobowych: niską wyrazistość, technokratyczny charakter obecności w polityce, brak cech jednoznacznie przywódczych, niepewność, nieokreśloność, może dać PiS-owi „twarz” potrzebną do pozyskania centrowego i umiarkowanego elektoratu, a tym samym zapewnienia zwycięstwa w wyborach 2023 roku i zdobycia trzeciej kadencji z rzędu.

Żeby tak się stało muszą jednak zostać spełnione jeszcze cztery inne elementy: 1) muszą zostać zakończone destruktywne wewnętrzne rozgrywki oraz konflikty w ramach Zjednoczonej Prawicy; 2) PiS nie może ostentacyjnie konsumować władzy, wszelkie koniunkturalne skłonności powinny zostać powściągnięte, zaś arogancja i bezkarność „swoich” – przytępiona; 3) szansą PiS-u jest dalsza słabość oraz fragmentaryzacja opozycji, właściwie PiS dotychczas zwyciężał dlatego, że system partyjny w Polsce uległ w ogromnym stopniu czemuś w rodzaju dystrofii czy nawet atrofii, oprócz PiS inne ugrupowania właściwie nie działały, a PiS był najsilniejszą formacją spośród słabych; z drugiej strony, jeśli w ramach opozycji powstania jakaś jednocząca formacja, PiS przegra; 4) jednym z kluczowych czynników będzie sytuacja gospodarcza, co oznacza, że gdy do Polski w rezultacie pandemii koronawirusa przyjdzie kryzys lub poważne spowolnienie gospodarze, uderzy to w popularność rządzących.

Innym wywołującym już konsekwencje poważnym problemem jest perspektywa odejścia przywódcy Zjednoczonej Prawicy, Jarosława Kaczyńskiego. Choć prezes PiS jeszcze nie składa dymisji, zapowiedział nawet intencję kandydowania w wyborach parlamentarnych 2023 roku, to jednak sama perspektywa jego odejścia, domniemanie, dynamizuje walkę o sukcesję oraz związane z tym konflikty wewnętrzne; sama predykacja odejścia Kaczyńskiego, nieokreślone bliżej czasowo prawdopodobieństwo, domniemanie, napędza wewnętrzne kryzysy.

Jest to zatem kłopot już w tej chwili, a po odejściu przywódcy Zjednoczonej Prawicy stanie się on jeszcze większy, gdyż żaden z pozostałych polityków PiS oraz „przybudówek” nie zapewni tej formacji stabilizacji oraz sterowności..

Charyzmatyczne partie posiadają jeden wrażliwy punkt, który jest zarazem ich największą siłą oraz słabością: przywódca; cała ich działalność opiera się o osobę lidera, ale po jego odejściu ugrupowanie się rozpada.

Syndrom Lewandowskiego…
Dziś trudno wyrokować czy PiS wygra czy przegra wybory w 2023 roku. Na jesieni wielu obserwatorom polskiego życia politycznego wydawało się, że Zjednoczona Prawica została dotknięta przez tak olbrzymi kryzys, że nie tylko przegra kolejne kalendarzowe wybory parlamentarne, ale również nie dotrwa do końca aktualnej kadencji. Były to jednak pozory, wnioski wynikające ze zbyt powierzchownych oraz uproszczonych analiz, zaś wszelkie tego typu rachuby są przedwczesne.

W PiS już jakiś czas temu rozpoczął się nieodwracalny proces anihilacji (o czym pisałem w Czasopiśmie Ekspertów FIBRE w listopadzie 2020 roku), który na pewno doprowadzi tę formację do upadku, nie wiadomo jednak czy Zjednoczona Prawica zdąży przegrać w 2023 roku, być może zadziała prawo rozpędzonej lokomotywy, która choć hamuje i wytraca prędkość, to jednak zdoła dojechać do kolejnej stacji. To byłby dla Polski najgorszy scenariusz, gdyż partia rządząca dotknięta erozją najbardziej szkodzi państwu: pogrążona w klientelistycznych mechanizmach, korupcji oraz wewnętrznych wojnach.

Póki co, to PiS posiada w Polsce inicjatywę strategiczną i to formacja Jarosława Kaczyńskiego w dużo większym stopniu kreuje polityczną grę niż opozycja; od opozycji właściwie nic nie zależy. PiS znajduje się dokładnie w takiej samej sytuacji, jaką w 2011 roku zdefiniował Donald Tusk w odniesieniu do Platformy Obywatelskiej: „nie ma z kim przegrać”. Ze zwycięstwami PiS-u jest analogicznie, jak z tryumfem Roberta Lewandowskiego w plebiscycie FIFA na najlepszego piłkarza świata w 2020 roku: wygrał w sezonie koronawirusa, w okresie, w którym nie odbyły się Mistrzostwa Europy, zaś rozgrywki Ligii Mistrzów były rozgrywane można powiedzieć: „zaocznie” lub „zdalnie”; zwyciężył zatem w momencie, w którym się niewiele w piłce nożnej działo, mecze odbywały się przy pustych trybunach, bez publiczności; i choć to stwierdzenie będzie oczywiście przesadą, uproszczeniem, to warto je wypowiedzieć dla zilustrowania sytuacji: nikt nie był szczególnie zainteresowany, a już na pewno usposobiony, zmotywowany żeby wygrać.

Sytuacji partii Kaczyńskiego jest podobna.

Jeżeli PiS w dalszym ciągu nie będzie miał z kim przegrać, to ma szansę zwyciężyć również w wyborach parlamentarnych 2023 roku, aczkolwiek tym razem, w tym przypadku, sama determinanta, że nie ma z kim przegrać może okazać się niewystarczająca. W każdym razie, na pewno sytuacja nie wygląda tak, że Zjednoczona Prawica znajduje się w beznadziejnej sytuacji.

Pieniądze z UE również nie śmierdzą
Paradoksalnie dla zwycięstwa PiS kluczowe oraz decydujące może okazać się to, co PiS w prowadzonej przez siebie polityce najbardziej zwalcza: europejskość, czyli przynależność Polski do Unii Europejskiej, a zwłaszcza beneficja wynikające z partycypacji Polski w kontynentalnej Wspólnocie.

Przełomowy moment miał miejsce w grudniu. Protesty oraz manifestacje organizowane przez OSK wygasły, Morawiecki w negocjacjach z UE odniósł relatywny sukces, udało mu się osiągnąć kompromis, a w rezultacie tego faktu trwający od wielu miesięcy ostry konflikt w ramach Zjednoczonej Prawicy został rozstrzygnięty: „miękiszonem” okazał się nie premier Morawiecki jakby chciał Zbigniew Ziobro, tylko sam Ziobro.

Właściwie więc w grudniu 2020 roku PiS „upiekł” trzy „pieczenie” na jednym „ogniu”: 1) uspokoiła się sytuacja na ulicach; 2) z UE udało się zawrzeć porozumienie, co oznacza ogromny strumień pieniędzy z Funduszu Solidarności dla Polski; 3) kryzys wewnętrzny w partii został (przynajmniej czasowo) zażegnany.

Europejskie pieniądze będą kluczowe, bo to stan polskiej gospodarki w dużej mierze zadecyduje, jak Zjednoczona Prawica zostanie oceniona w 2023 roku. Ekonomiści przewidują, że po przeminięciu pandemii koronawirusa, w Niemczech nadciągnie fala ogromnej konsumpcji. Zazwyczaj było tak, iż dobra kondycja niemieckiej gospodarki, wywoływała bardzo korzystne rezultaty w Polsce. Po pandemii koronawirusa Europa, a zwłaszcza Unia Europejska, wcale nie jest skazana na katastrofę. Może bowiem zaistnieć zjawisko, analogiczne do tego, które miało miejsce po zakończeniu II wojny światowej, kiedy straty demograficzne oraz ubytki infrastruktury (zgodnie z teorią cykli koniunkturalnych Nikołaja Kondratiewa) zaowocowały dynamicznym wzrostem gospodarczym oraz latami ekonomicznej prosperity w Europie Zachodniej. Konsumpcyjny głód jest w stanie wywołać szybki gospodarczy rozwój. Jak pisze w książce „Doktryna szoku” Naomi Klein: współczesny kapitalizm najlepiej rozwija się w warunkach kataklizmów oraz społecznych kryzysów.

W nowym rok 2021 PiS wszedł z polityczną inicjatywą oraz ofensywą w sferze dyskursu, łapiąc celebrytów na szczepieniach poza kolejnością i po znajomości, co zbulwersowało sporą część środowisk społecznych, zaś elektorat PiS na nowo zmobilizowało wokół antyelitarnego przekazu partii.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.