Dwa wybrzeża…

Pod koniec ubiegłego (2020) roku napisałem na moim profilu FB, mniej więcej coś takiego: to czego spodziewam się w Nowym 2021 Roku, to bardziej rozpad “Koalicji Obywatelskiej” (“Platformy Obywatelskiej”) niż rozpad “Zjednoczonej Prawicy”.

Roman Mańka: W tym samym wpisie z ubiegłego roku postawiłem również tezę, że rozpad PO doprowadzi do głębokiej rekonfiguracji polskiej sceny politycznej.

To się właśnie materializuje. Ostatni sondaż dla Radia RMF pokazuje w stosunku do Platformy, najgorszy w historii notowań tej partii rezultat (12 proc.). Niezagłosowanie za ratyfikacją Funduszu Odbudowy spowodowało spadek notowań aż o – 6 proc. Tymczasem lewica nie straciła, co zresztą też przewidywałem.

Co teraz będzie?
Spodziewam się kilku procesów. Pierwszy to taki, że wygaśnie, zacznie wygasać, albo co najmniej ulegnie modyfikacji dotychczasowa polaryzacja PO-PiS; swoją drogą może być to również problem dla PiS, bo gdzie dwóch się nie bije, tam trzeci korzysta. Polską polityką rządzi dialektyka; ona wynika z napięć: historycznych, kulturowych, majątkowych, warstwowych, czyli – ujmując problem generalnie – strukturalnych.

W dialektyce najczęściej ma zastosowanie reguła Hegla, a więc “pana i niewolnika”, w ramach której wrogowie są partnerami, i wzajemnie się legitymizują.

Wielowymiarowa zdolność koalicyjna
To co mogłoby uratować Platformę, to wzmocnienie lub przynajmniej odtworzenie polaryzacji (dlatego wiele wpływowych ośrodków opiniotwórczych oraz grup nacisku, np. TVN, będzie starało się zradykalizować podział), lecz to się raczej nie stanie, ale nawet, gdy do tego dojdzie, to z obecnym – katastrofalnym – przywództwem PO, nic to nie da.

Konsekwencją wygaszenia lub osłabienia polaryzacji będzie wielowymiarowa zdolność koalicyjna; to oznacza, że przyszłe sojusze oraz warianty koalicyjne mogę stać się bardziej złożone i wielowymiarowe. Być może nie będzie ich już porządkowała emocja antyPiS-u, bo sam PiS przesunie się mocno w stronę centrum.

Partie sprawujące władzę, nawet te najbardziej radykalne, prędzej lub później ucentrawiają się, np. Konserwatyści czy Partia Pracy w Wielkiej Brytanii, czy choćby w Polsce SLD.

Wielowymiarowość koalicyjna wytworzy nowe warianty strategiczne w stosunku do PiS, lewicy, “Polski 2050” (Szymona Hołowni), a także w PSL.

Z kolei formacjami o najmniejszym potencjale koalicyjnym staną się PO i “Konfederacja”.

AwueSizacja….Kogo najbardziej dotyczy?
W tle tych procesów wystąpią inne, mniej globalne, uniwersalne procesy. Być może Platformę Obywatelską czeka coś w rodzaju “rozbioru”, podobnego do tego, który kiedyś dotknął AWS. Często wobec “Zjednoczonej Prawicy” komentatorzy polityczni oraz eksperci, używają pojęcia “AWueSizacja”, dla opisania podziałów, konfliktów, działania sił odśrodkowych oraz rozdrobnienia tej formacji; ja od dawna twierdzę, że użycie terminu “AWueSizacja”, byłoby dużo bardziej adekwatne i trafione w odniesieniu do PO.

Całości procesu jeszcze nie widać, gdyż na razie docierają do nas najbardziej spektakularne fenomeny w postaci perfuzji parlamentarzystów z PO do “Polski2050”, ale na dole, na poziomie Polski lokalnej i samorządowej dzieje się dużo więcej niedobrych dla Platformy rzeczy: w stronę Hołowni mkną znani lokalni działacze samorządowi, wielu członków PO zmienia barwy partyjne.

PO przeżywa największy w swojej historii kryzys. Mentalnie oraz strukturalnie jest bardzo słaba.

Wielki wybuch
Przycisk do detonatora znajduje się w ręku jednego człowieka: Rafała Trzaskowskiego. Gdy zdecyduje się bardziej dynamicznie budować własny ruch polityczny (a na to się zanosi), wówczas na polskiej scenie politycznej nastąpi “wielki wybuch”. Wtedy Platforma Obywatelska zniknie z powierzchni ziemi (co prognozuję od wielu lat), a na jej gruzach powstaną dwa nowe ruchy polityczne: Hołowni i Trzaskowskiego. Solidarnie podzielą się oni “spadkiem”, masą upadłosciową po PO.

Jeżeli ktoś kiedyś odsunie PiS od władzy, zrobią to wspólnie Trzaskowski i Hołownia. Będzie to powrót do Polski sprzed czasu rządów PiS; tymczasem w Polsce trzeba naprawić to co zostało zepsute wcześniej i nigdy dobrze nie funkcjonowało.

Bieg wydarzeń może zmienić lewica, jeżeli obierze mądra strategię i zmieni swój dotychczasowy paradygmat.

Lewica nie ma wyboru
W układzie z Hołownią i Trzaskowskim lewica zawsze będzie autsajderem (oni w dużo większym stopniu preferują ludowe i konserwatywne PSL), zaś Polska Hołowni nie będzie mniej konserwatywna niż Polska PiS, ale na pewno mniej socjalna. Ani dla PO (Trzaskowski), ani dla Hołowni, lewica nigdy nie była, nie jest i nigdy nie będzie, partnerem pierwszego wyboru, traktowanym podmiotowo.

Gdy do tej dwójki dojdzie Kosiniak-Kamysz, to Polska stanie się dużo bardziej konserwatywna niż za czasów PiS, natomiast skala nepotyzmu, klientelizmu i korupcji będzie mniej więcej taka sama.

Tak naprawdę Trzaskowski i Hołownia, to politycy zachowawczy, kunktatorscy, którzy nie zamierzają wiele zmienić, tymczasem Polska potrzebuje ogromnych zmian w różnych dziedzinach, jak również wielu głębokich, dalekosieżnych, nowoczesnych reform.

Strategię jaką powinna przyjąć lewica nazywam: “strategią “Dwóch Wybrzeży”.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Zrobili dużo, choć mogli więcej

Chodzi o elementarną uczciwość. Dziś w TVP i w innych mediach publicznych, Platforma Obywatelska przedstawiana jest jako samo zło, zaś okres sprawowania przez tę formację władzy prezentowany jest jako czas katastrof oraz kataklizmów. Czy to jest prawda?

Roman Mańka: Otóż to jest bardzo uproszczona prawda, a jak mawiał Albert Einstein: „pół prawdy, to całe kłamstwo!” Nigdy nie przyłączę się do tych, którzy potępiają PO w czambuł. Gdy tłum gremialnie woła “ukrzyżuj!”, wina wydaje się wątpliwa.

Wiele razy sam krytykowałem Platformę: że rozwiązania gospodarcze zbyt mało liberalne; że polityka gospodarcza nie tak prorynkowa, jakbym chciał; że podatki za wysokie, zaś redystrybucja bogactwa niesprawiedliwa; że innowacji za mało, a prawa (regulacji) w życiu za dużo. Że walka z korupcją oraz zorganizowaną przestępczością pasywna.

Himalaje
Nawet, jeżeli uwzględnimy wszystkie te zastrzeżenia, to nie da się obalić prawdy, że PO zrobiła nieporównanie więcej niż PiS. To są Himalaje więcej.

Przede wszystkim PO wypracowała – w warunkach światowego kryzysu, niesprzyjającego otoczenia, wzrost gospodarczy, który obecnie PiS może konsumować, rozdając swoim partyjnym “klakierom” miliony, a wyborcom – ochłapy.

PO przejęła w Polsce władzę późną jesienią 2007 roku. W tym samym roku, w kwietniu Polska, wraz z Ukrainą, a raczej – mówiąc prawidłowo Ukraina wraz z Polską, otrzymała prawo organizacji wielkiej sportowej imprezy: Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku. Nie było przygotowane absolutnie nic. Ruina. PiS nie posiadał żadnej wizji przeprowadzenia tego prestiżowego, spektakularnego futbolowego wydarzenia. Doszło do tego, że w 2008 roku UEFA poważnie rozważała ewentualność zabrania nam EURO i przeniesienia do Niemiec.

“Orliki” nadzieją polskiego piłkarstwa
Nie wdając się w szczegóły i mówiąc najkrócej, jak można: rząd Donalda Tuska, w trudnym czasie oraz niesprzyjających okolicznościach zewnętrznych, udźwignął ciężar wyzwania. Powstały cztery nowoczesne stadiony (we Wrocławiu, w Krakowie, w Gdańsku, i w Warszawie), a także podstawowa infrastruktura potrzebna do sprawnego przeprowadzenia imprezy.

Jednak jeszcze bardziej istotne jest to, co stało się na dole Polski, w wymiarze powiatów oraz prowincji: właśnie tam, na obszarze, gdzie dziś czas rządów PO bezlitośnie się kontestuje, w ramach autorskiego programu premiera Tuska zaczęły powstawać wspaniałe stadiony i boiska piłkarskie, dzięki czemu tysiące młodych chłopców zaczęło grać w piłkę.

Jeżeli kiedyś narodowa reprezentacja Polski nawiąże do sukcesów Górskiego czy Piechniczka z lat 70. i 80. XX wieku, źródła tego osiągnięcia będą w programie “Orliki”. Może Tuskowi trzeba będzie postawić pomnik.

Były również inne programy oraz strategie adresowane na obszar Polski powiatowej: że przypomnę chociażby “program Schetyny”, z funduszy którego samorządy budowały drogi lokalne.

Paradoks wsi
Dziś PiS chwali się stanem oraz wyposażeniem jednostek OSP, ale prawda jest taka, że ogromny progres tych struktur zaczął się w czasach rządów koalicji PO-PSL; i paradoksalnie bardziej dzięki PO niż hamulcowemu PSL.

Między innymi wtedy jednostka z mojej rodzinnej gminy, OSP Dobrów zdobyła mistrzostwo Polski (rok 2011), prezentując w wyszkoleniu przeciwpożarniczym światowy poziom i bijąc rekordy.

Paradoksalnie, na rządach PO najbardziej skorzystały tereny wiejskie oraz rolnicy. Na polską wieś trafiły ogromne pieniądze. Budowano nowe drogi, mosty, stadiony, boiska piłkarskie, amfiteatry, ścieżki rowerowe oraz remizy.

Prezes Kaczyński w tym czasie jeździł na wieś, do działacza PiS zajmującego się hodowlą zwierząt (dziś posła PiS) i klepał krowy po tyłkach.

Niedoceniane osiągnięcia
Za czasów rządów PO dokonał się ogromny skok w dziedzinie infrastruktury krytycznej. Wybudowano dwie strategiczne dla komunikacji oraz połączenia Polski z Europą autostrady (A-1 oraz A-2), jak również setki kilometrów dróg ekspresowych. Na poziomie samorządów oddano do użytku wiele drugi gminnych i powiatowych. Stworzono trasy kolejowe przeznaczone dla szybkiej kolei i zakupiono szybkie pociągi.

To właśnie za czasów rządów koalicji PO-PSL znacząco wzrosła płaca minimalna, a rząd Tuska zainicjował oskladkowanie umów cywilno-prawnych; nie było to wówczas łatwe, bo trwał światowy kryzys gospodarczy, tymczasem dzięki – tak dziś zwalczanym – umową cywilno-prawnym (zwanym niesłusznie “śmieciowymi”), udało się zmniejszyć bezrobocie.

Tusk nie trafił w koniunkturę
Gdy w grudniu 2010 roku, rozmawiałem z jednym z najlepszych w Polsce ekonomistów, Markiem Zuberem, neutralnym politycznie, ale mimo wszystko sytuującym się bliżej PiS, powiedział uczciwie: “rząd Tuska miał wielkiego pecha” (wywiad z Zuberem ukazał się w “Gazecie Finansowej w grudniu 2010 roku).

Niespełna rok po przejęciu w Polsce władzę prze PO, na świecie wybuchł wielki globalny kryzys. Uderzył on również silnie w Europę (zwłaszcza kryzys 02). Pod jego ciężarem ugięły się gospodarcze potęgi, zaś biedniejsze kraje Unii Europejskiej, takie jak Grecja – zbankrutowały. Włochy, Hiszpania, Portugalia przeżywamy ogromne perturbacje społeczno-gospodarcze. Ludzie wyszli tam na ulice.

Dzięki szybkiemu i kontrolowanemu obniżeniu kursu złotówki oraz przemyślanej polityce gospodarczej, Polska przez kryzys przeszła łagodnie; na tle Europy prezentowała się jako jedyne państwo, które mogło wylegitymować się dodatnim wzrostem gospodarczym.

Rząd Tuska i ówczesny minister finansów, Jacek Rostowski zastosowali politykę pragmatyczną: wycofali się z wcześniej zapowiadanego przyjęcia waluty euro, bo rozumieli, iż w dobie trwającego kryzysu byłaby to katastrofa.

Dziś w czasie dobrej koniunktury ekonomicznej i wzrostu gospodarczego, można by to zrobić, lecz nie wiedzieć czemu rząd PiS tego nie robi.

Odmienili Polskę w jedną dobę
Rząd Tuska zrobił bardzo wiele. “Suchą nogą” przeprowadził Polskę przez potężny kryzys i znacząco rozbudował infrastrukturę. Oczywiście mógł zrobić więcej, ale zrobił dużo i pozostawił następcą (PiS-owi) kraj w bardzo dobrym stanie.

Problem PO polegał na tym, że – wbrew temu co się wówczas uważało – nie chwaliła się zbyt bardzo swoimi sukcesami. Nie nagrywała zarozumiałych, aroganckich, bezkrytycznych programów (poematów lirycznych) sama o sobie, z cyklu ile to ona nie zrobiła i jak rząd jest wspaniały; z drugiej strony, nie kręciła również haniebnych horrorów na temat opozycji.

Jeszcze w maju 2015 roku, PiS głosił diagnozę “Polski w ruinie”. Chwilę później, po przejęciu władzy, uznał, że Polska płynie mlekiem i miodem.

“Czarodzieje”, którzy odmienili Polskę w jedną dobę.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Płynąć trzeba na kurs!

Wyobraźmy sobie, że Sejm, głosami całej opozycji oraz “Solidarnej Polski” nie wyraża zgody na upoważnienie prezydenta do ratyfikowania Funduszu Odbudowy. Załóżmy również, choć to dziś już utopia, że w rezultacie nie przyjęcia ustawy o zasobach własnych oraz braku ratyfikacji, rząd “Zjednoczonej Prawicy” Mateusza Morawieckiego upada.

Roman Mańka: Idźmy jeszcze dalej i przyjmijmy scenariusz, iż w to miejsce, na zasadzie konstruktywnego wotum nieufności, powstaje nowy rząd na czele z liderem PSL, Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, współtworzony przez KO, Ludowców, “Nową Lewicę”, Gowina i “Konfederację”.

Zapętlenie
Nowa większość, zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami, chce przegłosować upoważnienie prezydenta do ratyfikowania funduszu odbudowy, w kolejnym głosowaniu Sejmu, aby pieniądze dzielić już pod rządami nowej rady ministrów. Tu pojawia się jednak jeden problem: nie ma większości – przeciwko jest w sposób dla siebie naturalny “Konfederacja” oraz opozycyjny już wtedy PiS, który przyjmuje postawę tak samo destrukcyjną jak obecnie Koalicja Obywatelska.

Możemy się tak zaplątać. Wówczas Europejski Fundusz Odbudowy upadnie. Setki milionów euro nie trafią do Polski. Bruksela oraz wszystkie Państwa Sygnatariusze będą mieli pretensje do Polski. W Europie skompromitowany zostanie nie tylko PiS, lecz ciesząca się do tej pory dobrą recepcją Brukseli opozycja; wstyd padnie na całą polską klasę polityczną (oprócz “Konfederacji”).

Liczy się dobro wspólne
Najbogatsze państwa Europy, czyli dawni Sygnatariusze EWG, lub tak zwana Europa Franków, pokażą nam wówczas “gest Lichockiej” i powiedzą “łaski bez”, sami sobie zrobimy lepszy fundusz dla siebie i go podzielimy. Dokona się coś w rodzaju polexitu.

Członkostwo w Unii Europejskiej jest największym sukcesem oraz dobrodziejstwem w dziejach Polski. Obecność we Wspólnocie Europejskiej zwieńcza marzenia wielu powojennych Pokoleń Polaków (również moje wielkie marzenie). Udało nam się ten strategiczny cel osiągnąć z jednego powodu: bo był on niekontrowersyjny, traktowany jako priorytet ponad podziałami, co do którego zgadzały się i dążyły do jego realizacji wszystkie najpoważniejsze siły polityczne występujące na polskiej scenie politycznej.

Mówiłem/pisałem to wielokrotnie, powtórzę jeszcze raz: ważną wartością polityki jest spór, różnica zdań, w dialektyce oraz w sprzecznościach jest czasami konstruktywna siła, która napędza system, tworzy nowe idee, lecz jeszcze ważniejszą umiejętność stanowi zdolność do dialogu oraz porozumienia wokół najważniejszych spraw państwa. Bo liczy się dobro wspólne!

Czy stać nas na zmarnowanie szansy?
Są kwestie, które muszą zostać wyłączone z bieżącego sporu czy konfliktu politycznego i umieszczone poza linią wszelkich podziałów; tak było z naszymi aspiracjami w kwestii przystąpienia do NATO oraz UE, żadna z poważnych sił tego nie kwestionowała.

Unia Europejska jest ogromną wartością. Integrację należy pielęgnować oraz pogłębiać. Teraz jest ku temu wspaniała okazja, podobna do tej, którą kraje zachodnie otrzymały po II wojnie światowej (Plan Marshalla). My wtedy nie… Czy chcemy to przeżyć po raz drugi…?

Na pieniądze z Europejskiego Funduszu Odbudowy czekają miliony ludzi, nie tylko w Polsce, ale również w wielu innych państwach Unii Europejskiej, tak tragicznie doświadczonych przez pandemię koronawirusa, w tym m.in. we Włoszech, gdzie prognoza zapaści gospodarczej wynosi na rok 2021 – 10 proc., albo w Hiszpanii, Portugalii, gdzie sytuacja jest tylko trochę lepsza.

Pragmatyczna postawa
W tych warunkach, wobec tego rodzaju dramatycznych okoliczności, głosowanie przeciwko temu Funduszowi będzie rzeczą moralnie niestosowną (mam na końcu języka bardziej adekwatne słowo), a także niehumanitarną.

Ktoś powie: “przecież, gdy rząd “Zjednoczonej Prawicy” upadnie można przeprowadzić nowe wybory parlamentarne”. A wiadomo kto w tym momencie i w tym chaosie je wygra…? Obyśmy się jeszcze bardziej nie zaplątali…

Po władzę można sięgać nie dla samej władzy, lecz dla odpowiedzialnego, skutecznego rządzenia dobrego dla ludzi oraz głębokich, strategicznych reform wybiegających daleko w przyszłość; lecz nie dla dryfowania.

Gdy się nie ma gwarancji skutecznych rządów oraz ambitnego Programu, dalekosiężnej wizji przyszłości, lepiej nie brać władzy. Poczekać aż przyjdzie odpowiedni moment (on przyjdzie).

W polityce, identycznie jak na oceanie, płynąć trzeba na kurs.

Jeżeli Lewica zagłosuje jutro za upoważnieniem prezydenta do ratyfikacji porozumienia w sprawie Europejskiego Funduszu Odbudowy, zagłosuje tak naprawdę za Polską oraz za Unią Europejską; będzie to oznaczać postawę patriotyczną, proeuropejską, pragmatyczną i odpowiedzialną.

Historia Wam tego nigdy nie zapomni!!!

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Dla kogo pracuje czas?

Wielu komentatorów porównuje obecną sytuację polityczną w Polsce do okresu rządów AWS-u z przełomu pierwszego i drugiego tysiąclecia. Jednak to nie jest w stu procentach trafna analogia. Istnieje jedna istotna osobliwość, która powoduje różnicę: (otóż) AWS miał z kim przegrać, istniała bardzo silna, jak na polskie warunki, opozycja, w postaci jednej, zwartej formacji SLD. Czy PiS ma w tej chwili z kim przegrać (?), trzeba by się długo zastanawiać

Roman Mańka:  W przestrzeni publicznej krążą od dłuższego czasu dwa warianty rozwoju sytuacji politycznej w Polsce. Scenariusz pierwszy mówi, że pod wpływem walki o władzę, konfliktów interesów oraz wewnętrznych gier i działania sił odśrodkowych, „Zjednoczona Prawica” nie wytrzyma ciśnienia i się rozpadnie; w ten sposób nie dotrwa do kalendarzowego terminu wyborów parlamentarnych, co będzie oznaczało przyspieszoną elekcję.

Fałszywa analogia AWS
Drugi, alternatywny scenariusz, zakłada zupełnie co innego: jeżeli obóz aktualnie sprawujący władzę (PiS) położy rękę na pomocy finansowej z Unii Europejskiej, czyli Funduszu Odbudowy, to zacznie rozdawać wyborcom pieniądze, uruchamiać różnego rodzaju transfery socjalne i przed terminem kalendarzowych wyborów w 2023 roku, odbuduje swoją polityczną pozycję.

Obydwie wersje rozwoju sytuacji politycznej w Polsce nie wykluczają się, są spójne, a nawet zachodzi między nimi korespondencyjność, w tym sensie, że jeśli “Zjednoczona Prawica” nie rozpadnie się w rezultacie destruktywnych procesów wewnętrznych, będzie miała duże szanse zwyciężyć w kolejnych wyborach parlamentarnych. Kryzys dla PiS może najprędzej przyjść z wewnątrz, ugrupowanie, którego liderem jest Jarosław Kaczyński, przegra jeżeli nie zapanuje nad samym sobą, ale gdy uda mu się przezwyciężyć problemy wewnętrzne oraz wyjść z impasu, może na nowo stać się istotnym graczem politycznym i jednym z głównych faworytów do wygrania kolejnych wyborów.

Sytuacja w porównaniu z okresem, kiedy władzę sprawował AWS, również targany konfliktami, jest podobna, lecz jednocześnie inna. Czynnikiem, który przypomina ówczesne czasy, są specyfikacje wewnętrzne: AWS posiadał jeszcze bardziej skomplikowaną, heterogeniczną wewnętrzną strukturę niż “Zjednoczona Prawica”. W obydwu przypadkach występował podmiot dominujący (NSZZ „Solidarność i PiS) oraz pomniejsze partie polityczne. Jednak stronnictwa funkcjonujące w ramach AWS-u miały dłuższą polityczną tradycję, zaś sama solidarnościowa formacja była dużo bardziej rozwarstwiona i zdecentralizowana. W „Zjednoczonej Prawicy” istnieje PiS i właściwe partie pozorne niedysponujące żadną strukturalną siłą. Sytuacja w Zjednoczonej Prawicy jest dużo bardziej czytelna.

Kolejna subtelność, to kontrast liderów. Przewodniczący AWS, Marian Krzaklewski, był typem antylidera, jego autorytet szybko został zdefraudowany. W przypadku Jarosława Kaczyńskiego, co by o nim nie powiedzieć, mamy do czynienia z przywództwem charyzmatycznym; możemy co najwyżej mówić o osłabieniu, lecz na pewno nie o całkowitej utracie autorytetu.

Destrukcja systemu partyjnego
To co jednak w największym stopniu różni sytuację obecną z tą sprzed dokładnie 20 lat, to to co dzieje się na zewnątrz formacji rządzącej. Jeżeli istnieje coś, co Platon nazwałby eidos, a więc istotą rzeczy, to znajduje się właśnie tu: na zewnątrz „Zjednoczonej Prawicy”. Nie chodzi tylko o okoliczność, że opozycja jest nieporównywalnie słabsza niż ta występująca wobec AWS w 2001 roku, albo, że jest po prostu słaba, nie posiada dobrych przywódców, atrakcyjnych, polityków, wizji, dobrego programu, ani pomysłów. Problem jest dużo głębszy i poważniejszy niżby się komukolwiek wydawało: wiąże się on z tym, że po prostu w Polsce “zawalił się” system partyjny. On był zawsze słaby, w porównaniu z Hiszpanią czy Niemcami, gdzie ugrupowania polityczne liczą po 800 czy 700 tys. członków, polska struktura partyjna wyglądała wyjątkowo słabo, jednak w drugiej dekadzie XXI wieku regres ten (i tak potężny) jeszcze bardziej się pogłębił.

Gdzieś do roku 2005, czyli do końca rządów SLD, może trochę dłużej, najsilniejszymi w Polsce ugrupowaniami politycznymi, były formacje postkomunistyczne: SLD i PSL. One wyciągnęły zasoby strukturalne, finansowe, oraz kadrowe z czasów PRL-u. AWS stał się w najnowszej historii Polski tylko krótkim epizodem, kiedy prawica posiadała, głównie na bazie związku zawodowego NSZZ „Solidarność” jakieś struktury. Generalnie stronie wolnościowej czy demokratycznej nie udało się zbudować silnych stronnictw politycznych. Wszystkie podmioty, jakie pojawiały się w grze, począwszy od lat 90. XX wieku były słabe: UD, UW, KLD, ZCHN, PC, RDR, PSL PL, itd.

2005 rok jest przełomowy o tyle, że wówczas rozpoczęły się dwa istotne procesy socjologiczne: 1) przewartościowanie polaryzacji politycznej (“przebiegunowanie”), stary podział o charakterze historycznym, doorientowujący najważniejszych graczy do powojennej historii Polski,
a więc okresu 45-lecia PRL, został zastąpiony nowym – kulturowym; 2) na ten proces nałożył się proces drugi, można powiedzieć równoległy i z nim korespondujący: zmiany pokoleniowe. W miejsce polaryzacji “postkomuna – solidarność”, ukształtował się nowy podział: PO – PiS.

Jednak w czasie swoich rządów PO nie rozbudowała struktur politycznych
i nie wzmocniła partii w terenie. Bywały sytuacje, że w trakcie wyborów samorządowych, Platforma nie była w stanie wystawić nawet list do rad powiatów, o radach mniejszych miast czy gmin, już nie wspominając. Nawet, jeśli ludzie przystępowali do PO, to z powodów merkantylnych a nie ideowych. Funkcjonował mechanizm scalania koniunkturalnego, a nie aksjologicznego. Świadczy o tym kilka wydarzeń: prawybory prezydenckie w 2010 roku, w których udziału nie wzięło nawet 50 proc. członków, tymczasem można było głosować w sposób elektroniczny (wystarczyło podejść do komputera); identyczna sytuacja miała miejsce trzy lata później, podczas wyborów wewnętrznych lidera PO: również ponad połowa członków nie wzięła udziału w wyborach.

Kryzys upartyjnienia w Polsce oraz upadek systemu partyjnego, dużo lepiej przetrwał PiS, bo postawił na członków ideowych, a także na tak zwany “żelazny” elektorat. Ponadto zbudował (małe bo małe), ale jednak jakieś namiastki struktur w terenie.

Właśnie ten element, plus oczywiście ogromne pieniądze płynące z budżetu państwa oraz ze spółek skarbu państwa, daje PiS-owi przewagę. Jest to efekt mobilności, działania blisko ludzi. Sam w sobie niewystarczający do osiągania sukcesów politycznych, lecz dający pewną podstawę. Miała rację nieżyjąca już Janina Paradowska, kiedy chwilę po zwycięstwie przez Andreja Dudę w wyborach prezydenckich, w 2015 roku, powiedziała na antenie Radia TOK FM coś mniej więcej takiego, że jedyną partią działającą w Polsce jest PiS. O tym samym, tylko trochę inaczej, mówił dziennikarz Wirtualnej Polski, Marcin Makowski, gdy zwracał uwagę na fakt, że w Polsce powiatowej, przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi, wisiały tylko plakaty PiS.

Pozaparlamentarny „wrzód”
Obecnie sytuacja na opozycji jest niezwykle skomplikowana i tak naprawdę na dłuższą metę może sprzyjać PiS. W rezultacie błędów „Zjednoczonej Prawicy”, być może PO albo „Lewica” rozwinęłyby skrzydła i zanotowały przyrosty w sondażach, ale ogranicza je jeden fakt: ograniczeniem jest opozycja pozaparlamentarna, zaś ściśle rzecz określając ruch Szymona Hołowni: “Polska2050”. Obecność tego podmiotu w przestrzeni politycznej, paradoksalnie, zagraża, lecz również pomaga PiS. Być może właśnie dzięki temu nie dojdzie do przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Rosnąca pozycja Hołowni, w przestrzeni opozycji, ale co specyficzne, poza parlamentem, powoduje bowiem, że ugrupowaniom opozycyjnym (PO, „Lewicy” oraz PSL-owi), nie opłaca się wariant skrócenia kadencji Sejmu oraz, co się z tym wiąże, przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Zarówno Platforma, jak i „Lewica” nie musiałyby się stać ich beneficjentem.

Ruch “Polska2050” posiada jeden kluczowy atut, który już w przeszłości,
w przypadku PO, AWS, „Samoobrony”, Tymińskiego, Leppera, czy Kukiza, dawał o sobie znać: (mianowicie) jest ugrupowaniem świeżym i postrzeganym jako antysystemowe czy antyestablishmentowe. W rzeczywistości Hołownia nie jest antsystemowcem, nie ma takiego charakteru, nie niesie z sobą zapowiedzi radykalnej rewolucji, lecz tak jest postrzegany.

Antysystemowość powoduje, iż osoby niezadowolone z jakości polskiej polityki, zawiedzione rządami PiS, ale rónież niską jakością działań opozycji, kierują się właśnie w jego stronę. Decyduje dystans do systemu. Hołownia, podobnie jak niegdyś Lepper czy Kukiz, definiowany jest jako podmiot najdalej, wziąwszy pod uwagę wszystkich pozostałych graczy, oddalony od systemu, i stąd ludzie lgną właśnie do niego. Widać to było nawet w czasie jesiennych protestów w sprawie aborcji oraz praw kobiet. Doszło wówczas do dużego paradoksu: manifestacjom ulicznym, a przede wszystkim poruszanym problemom, towarzyszył nastrój zdecydowanie, jednoznacznie lewicowy, zaś w badaniach preferencji politycznych nie zyskiwało PO czy „Lewica”, ale właśnie Hołownia; decydowała odległość
w stosunku do systemu oraz wizerunek antysystemowości.

To co zachwiało recepcją „Polski2050” wiąże się z nieprzemyślanymi „transferami” z innych ugrupowań politycznych, zwłaszcza z PO. Przeciąganie posłów zaburzyło, korzystny dla Hołowni, wizerunek świeżości i antysystemowości.

Ten błąd nie zmienia jednak sytuacji, że funkcjonowanie „Polski2050” poza parlamentem wpływa negatywnie na zachowania opozycji w parlamencie, utrudnia jej porozumienie, zaś przede wszystkim uniemożliwia przejście do politycznej ofensywy.

Utrata bastionu
W Sejmie krąży scenariusz powołania rządu technicznego czy taktycznego, na zasadzie “wszyscy przeciwko PiS”, z Jarosławem Gowinem jako marszałkiem Sejmu i liderem PSL, Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem jako premierem. Niektórzy eksperci twierdzą, iż byłby to wymarzony wariant rozwoju sytuacji politycznej dla PiS, gdyż cedował odpowiedzialność za trudną sytuację społeczno-gospodarczą w Polsce,
w wyniku pandemii koronawirusa, na inne ugrupowania oraz dawał szanse na zwycięstwo w kolejnych wyborach parlamentarnych.

Tymczasem byłoby dokładnie odwrotnie: ten scenariusz jest najniebezpieczniejszy dla PiS, albowiem oddaje ster rządu w ręce premiera
z PSL, co z kolei, odebrałoby inicjatywę, jak również radykalnie osłabiło dominującą pozycję PiS na wsi. Wyborcy, którzy kiedyś odsunęli się od PSL
i przeszli na stronę PiS, znów powróciliby do ludowców. Na wieś popłynąłby strumień pieniędzy z unijnej pomocy, zaś autorami tego sukcesu byliby polityce PSL. Wieś, z reguły pragmatyczna, a nie jak się błędnie uważa konserwatywna, tego rodzaju działania potrafi docenić. Już w maju 2019 roku, kilka dni po wyborach do Europarlamentu, pisałem, iż z PiS można wygrać, idąc do wyborów dwoma formacjami opozycyjnymi i jeszcze
w kampanii wyborczej, ogłaszając polityka PSL, Władysława Kosiniaka
-Kamysza, jako wspólnego kandydata na premiera. To manewr strategiczny, który miał na celu osłabienie PiS na wsi i w małych miasteczkach, i wybicia im z ręki głównego atutu: masowego poparcia mieszkańców polskiej wsi. Niestety opozycja mnie wówczas nie posłuchała.

Scenariusz rządu z ludowym premierem na czele, tworzony przez wszystkie występujące w polskim Sejmie ugrupowania parlamentarne, oprócz PiS, choć arcyniebezpieczny dla „Zjednoczonej Prawicy”, ma jednak wiele luk. Kto miałby interes, aby tworzyć tego rodzaju rząd? Na pewno PSL, gdyż zyskiwałby od strony politycznej (przewiduję wzrosty w sondażach) oraz koniunkturalnej, tymczasem ludowcy zawsze byli łasi na stanowiska
w rządowej administracji, w infrastrukturze przyległej, w otoczeniu oraz
w spółkach skarbu państwa. Zapewne Platforma Obywatelska byłaby takim wariantem zainteresowana, choć akurat to ugrupowanie nie musiałoby, poza partycypowaniem w koniunkturalnej przestrzeni władzy, politycznie zyskać. W tym przypadku polityczne zdobycze nie rysują się już w sposób tak jednoznacznie oczywisty.

Dośrodkowanie z lewej strony
Na pewno żadnego interesu, aby przystąpić do tego rodzaju większości parlamentarnej i egzotycznej koalicji nie ma SLD. W rządzie z ludowym, konserwatywnym premierem „Lewica” nie załatwi żadnych swoich postulatów ideowych, a jedynie zrazi do siebie wyborców. Suma zdobyczy koniunkturalnych, w postaci kilku drugorzędnych ministrów oraz paru wojewodów, też nie tworzy atrakcyjnego obrazu. Tymczasem w wymiarze politycznym, związanym z ewentualnym wzmocnieniem pozycji na polskiej scenie politycznej, jak również wzrostu popularności w badaniach preferencji politycznych, „Lewica”, jeżeli wejdzie w taki wariant, zanotuje straty. Politycy „Lewicy” doskonale zdają sobie sprawę z faktu, iż na dłuższą metę taki scenariusz im się nie opłaca.

Opłacać może się natomiast inny wariant: cichej i niepermenentnej, incydentalnej koalicji z PiS-em. Paradoksalnie, interes „Lewicy” jest zbieżny z interesem PiS. Obydwu formacjom zależy na przeczekaniu obecnej sytuacji. Ani „Lewica” ani PiS (ani nawet PO) nie chciałyby wyborów parlamentarnych w tym momencie. Dla kogo będzie pracował czas?

Tego nie wiadomo. Jednak jeśli PiS przetrwa obecny polityczny kryzys
i położy rękę na europejskiej pomocy, która przyjdzie do Polski w ramach Funduszu Odbudowy, możliwe są różne rzeczy, nawet włączając w to wzrost popularności dla PiS oraz szansę na zwycięstwo w kolejnych wyborach parlamentarnych, w 2023 roku. Jeden z ostatnich sondaży dał „Zjednoczonej Prawicy” poparcie na poziomie 33 proc.; „Polsce2050” nieco ponad 17; PO – 16; „Lewicy” – 9; „Konfederacji” – 7. O podziale mandatów poselskich decyduje rozkład poparcia w okręgach oraz dystanse (odległości) pomiędzy wynikami poszczególnych graczy. Wg tych badań, mimo że PiS otrzymał o 10 proc. mniej niż w ostatnich wyborach do Sejmu, z uwagi na duży rozrzut poparcia pozostałych ugrupowań, ciągle jest blisko bezwzględnej większości.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Lewica powróciła do domu

Od początku ten karkołomny plan opozycji, aby wykorzystać proeuropejski projekt Funduszu Odbudowy, jako okazję na odwołanie rządu PiS, nie wzbudzał mojego zaufania. Po prostu są rzeczy, których się nie robi. Nie można w źle pojętym utylitaryzmie posunąć się zbyt daleko.

Roman Mańka: Poza tym, i to był argument drugi, cała strategia wydawała mi się karkołomna. Bo niby, kto miałby obalić ten rząd? Jaka większość? Kto po nim przejąłby władzę? Wybaczcie Państwo, różne cuda w życiu widziałem, ale rządy PO z nacjonalistami z Konfederacji, są dla mnie wyobrażeniem tak samo mrocznym, co kuriozalnym. W tym Sejmie nie ma szans na powołanie trwałej, stabilnej większości przeciw PiS.

Druga rzecz, jaka przychodzi mi na myśl, to pogląd, że Lewica wreszcie coś zrozumiała, Ogromnym błędem Lewicy, podobnie jak błędem PSL, było wchodzenie i długie tkwienie w układzie z KO. Z tego powodu od 2007 roku, chociaż pewne procesy zaczęły się już wcześniej, lewica nie mogła rozwinąć politycznych skrzydeł. To bowiem PO, a następnie KO narzucała niekorzystną dla Lewicy agendę. Tymczasem w sferze ideologiczno-kulturowej nie ma dla Lewicy potencjału. Być może liderzy czy stratedzy Lewicy wreszcie sobie uświadomili twardy fakt, o którym mówiłem podczas jednej z ostatnich audycji w „Halo Radio”, a który często powtarzał Marks oraz inni marksistowscy filozofowie: (otóż) realne nierówności znajdują się w sferze materialnej, w wymiarze społeczno-ekonomicznym, reszta zaś to ideologia.

Osobiście nie uważam, aby to była prawda, jest to rzecz jasna znaczne uproszczenie, prawa człowieka oraz wartości postmaterialne, też są bardzo ważne, ale co komu po prawach człowieka, gdy na chleb nie ma, gdy brakuje mu od pierwszego do pierwszego.

I z tej perspektywy Lewica zrobiła dziś ważny, przełomowy krok, z którego niewiele osób zdaje sobie sprawę, a który może być w przyszłości dużym problemem również dla PiS. Trzeba zastanowić się, co się w Polsce, na przestrzeni ostatnich ponad 15 lat stało. Lewica opuściła teren praw materialnych, przestała wyraźnie upominać się o kwestie społeczno-ekonomiczne. W to miejsce wszedł PiS i to właśnie stało się jednym
z głównych powodów (nie jedynym, bo były również inne ważne), uzyskania politycznej ofensywy oraz późniejszych zwycięstw.

Kiedyś, gdy Anglia organizowała piłkarskie Mistrzostwa Europu (w 1996 roku), Anglicy górnolotnie ogłosili hasło: „Piłka powraca do domu”. Dziś można powiedzieć: „Lewica powraca do domu”. Dotychczas PiS w przestrzeni społeczno-gospodarczej, a także w wymiarze Polski powiatowej, wsi, a zwłaszcza małych miast, nie miał żadnej alternatywy, był bezkonkurencyjny. Teraz jest szansa, że będzie miał. I to jest klucz do bardziej poważnej zmiany.

Natomiast, z KO Lewicy nie łączy nic. W ramach tego obozu Lewica była autsajderem. Politycy Platformy lekceważyli lewicę. Pozostając tam, na lewicy trwałby impas, Lewica nic by nie zyskała. Widać było to dokładnie, zwłaszcza podczas jesiennych demonstracji w obronie praw kobiet, kiedy agenda oraz nastrój były wyraźnie lewicowe, zaś zyskiwał centroprawicowy Hołowania.

Potencjał społeczny Lewicy mieszka na wsi oraz w Polsce powiatowej. Kiedyś zrozumiał to Aleksander Kwaśniewski. Lecz w dużych miastach Lewica również może wiele „ugrać|”, tu też są nabrzmiałe problemy materialne i postmaterialne.

Pogardę wobec Lewicy i lewicowego elektoratu ze strony KO widać było zwłaszcza podczas głosowania w Sejmie nad wyborem rzecznika praw obywatelskich, kiedy znaczna część polityków KO nie poparła Piotra Ikonowicza. Najciekawsze było w tym wszystkim uzasadnienie tej niechęci, które na łamach Radia TOK FM wygłosiła posłanka KO, Izabela Leszczyna: bo reprezentuje, jest wyczulony, na prawa socjalne. A na jakie ma być wyczulony RPO? Prawa socjalne są fundamentem praw człowieka.

Dochodzi jeszcze jedna kluczowa rzecz: proeuropejskie ugrupowania nigdy nie powinny głosować przeciwko ważnym projektom europejskim. Wyborcy KO, ci mniej zaangażowani, mają prawo czuć poważny dysonans.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami
z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Wyższość „oświeconego” człowieka PO nad „ciemnym” człowiekiem PiS jest pozorna!

Dziennikarze TVN, Gazety Wyborczej i „Oko. Press” łamią zasady, które sami głoszą. Pracownicy tych dwóch wpływowych ośrodków opiniotwórczych często podkreślają tzw. pozytywistyczne rozumienie prawdy, a zatem prawdą jest to i tylko to można publicznie ujawnić, co zostało udowodnione, co nie budzi żadnych wątpliwości i co jest możliwe empirycznie do wykazania.

Roman Mańka: Czy sami postępują wedle tych twardych reguł? Wszystko zależy od tego, kto jest przedmiotem danej sprawy, jeżeli polityk KO lub przedstawiciel establishmentu kulturowego III Rzeczpospolitej, trzeba stosować wobec niego najbardziej rygorystyczne reguły żywcem zaczerpnięte z filozofii i procedur prawa karnego, a wszystkie wątpliwości rozwiewać jednostronnie na jego korzyść (przykład Nowaka); jeśli jednak jest to polityk PiS lub ksiądz, lub biskup, bądź poseł niesubordynowanej, niepokornej lewicy, albo osoba kulturowo związana z prawicą, można oskarżać ją bez ograniczeń i opisywać bez domniemania niewinności, a nawet wręcz odwrotnie – z zastosowaniem domniemania winy, zaś wszystkie wątpliwości rozwiewać na jej niekorzyść.

Gdzie dowody?
Przykładem tego rodzaju asymetrycznego stylu uprawiania dziennikarstwa jest Tomasz Piątek, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, dziś ochoczo afirmowany przez to Czasopismo oraz TVN. Na książkach na temat Macierewicza oraz o. Rydzyka, Piątek zarobi zapewne ogromne pieniądze, nie chcę wchodzić w psychologię, więc nie będę twierdził, że jego motywacje są czysto koniunkturalne czy biznesowe, nie mam na to dowodów, sęk w tym, że Piątek na to co opisuje również nie ma żadnych dowodów, a już na pewno takich dowodów, które można by przedstawiać na zasadach prawa karnego.

Piątek w swych publikacjach wszystko domniema, a nic nie udowadnia, sugeruje, interpretuje, buduje prawdopodobieństwa, opiera się na probabilizmie, lecz niczego tak naprawdę twardo nie stwierdza, przedstawia co najwyżej coś co – przy najkorzystniejszych dla niego intencjach krytyki – można nazwać poszlakami, okoliczności pośrednie, ale nie twarde, niezbite dowody.

Byłemu ministrowi obrony narodowej, Antoniemu Macierewiczowi oraz dyrektorowi Radia Maryja, o. Tadeuszowi Rydzykowi, zarzuca współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi, jednak konkretnych faktów i dowodów nie podaje. Bazuje na nieprecyzyjności, wieloznaczności języka oraz następstwach czasowych i logicznych. Używa np. terminu „łącznik Macierewicza”, którego treść może być wieloznaczna.

Językowe gry…
Słowo „łącznik” nie jest jednoznaczne, sąd nie może ściśle określić jego znaczenia, pojęcie to nie musi nabierać sensu pejoratywnego, można je rozumieć na różne sposoby oraz w różnych wariantach semantycznych. Sądy w Polsce nie rozpoznają spraw w oparciu o wielowymiarowe i głębokie analizy z zakresu filozofii języku czy językoznawstwa.

Każdy kto zna „Tractatus logico-philosophicus” oraz „Dociekania” Ludwiga Wittgensteina wie doskonale, jaka jest pomiędzy obydwoma Działami różnica lub nawet przepaść: w pierwszym wiedeński filozof definiuje słowa jako obrazy przedmiotów, jako reprezentacje przedmiotów, w drugim, uważa, że znaczenie słów definiuje ich użycie, zastosowanie; w pierwszym odwołuje się do znaczeń zgodnych z gramatyką, słownikiem oraz lingwistyką generatywną; w drugim odwołuje się do pragmatyzmu, do praktyki życiowej, do tzw. form życia, czyli do antropologii (słowa rozumiane są w zależności od użycia).

Sądy najczęściej uciekają od prób określenia tej, co trzeba przyznać, trudnej do uchwycenia i dość elastycznej granicy, stąd Piątek co jakiś czas pokazuje wyroki z procesu, w ramach, którego wymiar sprawiedliwości uznał, że mógł użyć danego słowa, albo określić kogoś za pomocą jakiegoś terminu.

Idąc śladem Piątka, równie dobrze i ja mógłbym sformułować pod adresem konkretnej kobiety zdanie, że „robi mężczyznom lody”. Sąd nie będzie mógł uznać, że jest to określenie obraźliwe, jeżeli nie rozpozna tych słów zgodnie z kontekstem, definicją sytuacji oraz życiową praktyką. A w tym przypadku praktyka może być różna, nie musi przeważyć sens zdroworozsądkowy czy kontekstualny.

Pułapka logiki…
Typ dziennikarstwa, jaki uprawia Tomasz Piątek ma charakter typowo metafizyczny. Wnioski oparte są na uproszczeniach oraz następstwach czasowych lub logicznych. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej” i „Halo Radia” wykorzystuje – pewnie intuicyjnie – coś co nazywa się pułapką logiki albo pułapką zdrowego rozsądku. Jakby to co teraz powiem nie wydawało się absurdalne, dowody czy wartościowe wnioski, nie powinny być oparte tylko na logice (tak mówi filozofia nauki i psychologia poznawcza), bo logika i zdrowy rozsądek są w nas, mieszczą się w naszej głowie, tymczasem na zewnątrz jest chaos. To my sami, gdyż tak jesteśmy skonstruowani, narzucamy rzeczywistości logikę, próbujemy ją porządkować, systematyzować, budować sekwencje i schematy; to my łączymy punkty i momenty, które obiektywnie połączeń nie mają.

W wspomnianych „Dociekaniach” Wittgensteina znajduje się bardzo pouczająca kategoria poznawcza o nazwie „widzieć jako”, gdy obraz jest niejednoznaczny, różne rzeczy można zobaczyć na rozmaite sposoby. Jest tam podany przykład rysunku kaczki, nakreślony w sposób tak niejednoznaczny, iż pewni ludzi zobaczą w miejsce kaczki – zająca. Do tego mankamentu poznawczego często odwołuje się psychologiczna szkoła Gestalt: wszystko zależy od naszego spojrzenia, z jakiej perspektywy będziemy daną rzecz postrzegać, zaś perspektywa, jak twierdzili Immanuel Kant oraz Bertrand Russel, jest w nas, nie na zewnątrz („Krytyka teoretycznego rozumu”; „Denotowanie”, „Principia Mathematica”).

Swego czasu, Robert Kahneman oraz Amos Tverski otrzymali za opisanie sposobu ludzkiego postrzegania i podejmowania decyzji w warunkach ryzyka Nagrodę Nobla, w dziedzinie ekonomii, choć ich praca weszła na doniosłe miejsce również w filozofii nauki oraz psychologi poznawczej jako „teoria perspektyw”.

W uproszczeniu, Kahneman i Tverski opisali proces poznawczy, w ramach którego ludzie chcą wierzyć w to, w co już wcześniej uwierzyli; wybiórczo szukają dowodów, a także przesłanek na to, co już apriorycznie założyli.

Na tym właśnie w dużej mierze opiera się dziennikarstwo Piątka, całej rzeszy jego byłych kolegów z „Gazety Wyborczej” czy TVN, lecz żeby być sprawiedliwym również dziennikarzy „wSieci”, „wPolityce”, „Gazety Polskiej”, którzy zainicjowali w przestrzeni publicznej taki typ dziennikarstwa, wcześniej od Piątka, w sposób jeszcze bardziej wulgarny i byli jego prekursorami.

Słońce jutro nie musi wzejść…
Na czym polega problem? Niestety na tym, że ludzie traktują tego rodzaju metodę pokazywania czasowych, czy logicznych następstw, różnych tworzonych w sposób psychologiczny związków, porządkowanych przez nas wewnętrznie – zewnętrznych relacji, bazowaniu na grze niejednoznacznych słów jako dowody oraz fakty.

Cała ta metafizyka traktowana jest jako coś pewnego, żelaznego, murowanego, tymczasem ani logika, ani nawet 99,9 proc. prawdopodobieństwa nie jest dowodem i nie może być traktowane jako empiryczny fakt. Wybitny szkocki przedstawiciel filozofii empirycznej, David Hume, uważał, że nawet pewność, że jutro wstanie słońce jest czysto metafizyczną spekulacją i nie może być traktowana w kategoriach empirycznych: powtarzalność nie musi zachodzić zawsze i w każdej sytuacji.

Na zasadach wg których Piątek sugeruje Antoniemu Macierewiczowi oraz o. Tadeuszowi Rydzykowi współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi, oskarżony został w 1995 roku nieżyjący już premier Józef Oleksy, który rzekomo miał również pełnić rolę rosyjskiego agenta wywiadu. Tam również były następstwa czasowe, logiczne powiązania, spotkania, nawet podarunki i upominki, które Oleksy miał przyjmować od rosyjskich agentów. Przesłanki prasowego oskarżenia Oleksego wydawały się więc dużo mocniejsze niż te, które przywołuje obecnie Piątek wobec Macierewicza czy Rydzyka, tymczasem sprawa opublikowana przez tygodnik „Wprost”, za czasów pracy w nim dzisiejszych sztandarowych postaci prawicowej publicystyki, Marka Króla oraz Stanisława Janeckiego, okazał się dęta. W podobny sposób prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oskarżali w słynnej publikacji „Życia” – „Wakacje z agentem”, inni bohaterowie polskiej prawicy, Jacek Łęcki oraz Rafał Kasprów, a później ponieśli porażkę w sądzie i nie byli w stanie tego udowodnić.

Piątek w sądach wygrywa, gdyż bazuje na oscylacjach słownych, a także fakcie, że ludzie dostają do wiadomości jedynie sentencję wyroku, zaś nie jego uzasadnienie. To duża manipulacja. Niech Piątek pokaże uzasadnienie, w który będzie otwarcie napisane, że Antoni Macierewicz oraz o. Tadeusz Rydzyk są rosyjskimi agentami,

Bez postawy krytycznej nie ma demokracji!
Wszystko to niestety świadczy o jednym, i to jest wniosek końcowy oraz fundamentalny, ale również bardzo dramatyczny całego wywodu: obydwie grupy, obydwie populacje, zarówna ta tak zwana „oświecona” popierająca PO oraz ta tak zwana „prymitywna”, „zacofana” popierająca PiS mają ogromne problemy z krytycznym myśleniem i reprezentują podobny poziom intelektualny; niestety, używając eufemizmu, dość przeciętny. Mówienie o wyższości jednych na drugimi jest złudzeniem, a także wulgarnym uproszczeniem; (gdyż) po prostu obydwa środowiska opierają się na myśleniu typowo metafizycznym, religijnym, w sensie budowania uzasadnień nieobiektywnych, a psychologicznych, wybiórczym selekcjonowaniu faktów pod z góry postawione tezy: wierzą w to w co już wcześniej uwierzyli i w co chcą nadal wierzyć, niezależnie od ewolucji procesu poznawczego.

Historia zna wiele podobnych przykładów nieuzasadnionego pretensjonalizmu czy nawet paternalizmu. Na początku pierwszych dekad XX wieku, pod wpływem odkryć etnograficznych z końca dziewiętnastego stulecia, lansowano pogląd o rzekomej wyższości „oświeconego” człowieka Zachodu nad tak zwanym „człowiekiem dzikim”, „prymitywnym”. W gruncie rzeczy u podstaw takich twierdzeń stał ewolucjonizm Karola Darwina oraz przeświadczenie o wyższej jakości struktury umysłu zachodnich ludzi. Jednym z dowodów na to miało być zjawisko mistycznego, religijnego totemu.

Aż w końcu na teren antropologii wszedł wybitny filozof strukturalista, Claude Levi-Stauss, i wszystkie te uzurpatorskie, pretensjonalne teorie, na podstawie własnych badań etnograficznych plemion w Brazylii oraz etnologicznych porównań opierających się o tysiące relacji etnograficznych innych antropologów i socjologów – zburzył niczym domek z kart, rozbił całą tą argumentację o domniemanej wyższości człowieka Zachodu w drobny mak.

Ewolucjonizm okazał się pochodną oraz potrzebą imperializmu forsowanego przez państwa kolonialne. Levi-Strauss zdefiniował go jako ideologię mającą uzasadniać imperialne, agresywne działania polityczne i wynikającą z pomieszania porządków: historycznego z funkcjonalnym, biologicznego z kulturowym, a także z uprzednio (z góry) przyjętej perspektywy.

Tak samo totem, okazał się złudzeniem, zaś francuski antropolog odkrył w nim charakter nieemocjonalny czy mistyczny, lecz intelektualny oraz odwołanie się do psychologii, podobne do tego, które w psychoanalizie stosował Sigmund Freud. Mistycyzm oraz religijność totemu była tylko pozorem, zaś głębiej kryły się nieświadome struktury intelektualne oraz wysoka, aczkolwiek intuicyjna znajomość psychologii.

Wg Levi-Straussa wyższe stadium rozwoju Zachodu, nie wynikało z lepszej jakości struktur umysłowych, lecz z relacji ze światem i z jego uwarunkowaniami. Poza tym, wyższość Zachodu jest dyskusyjna. Czy za lepiej rozwiniętego i znajdującego się na wyższym poziomie intelektualnym może uważać się ktoś, kto dąży do ekologicznej katastrofy, wszczyna wojny oraz wyzyskuje innych.

Zachód rozwija się w oparciu o dynamikę przemijania (gdzie kluczową kategorią jest czas), ludy tak zwane prymitywne w oparciu o dynamikę trwania. Są to dwie strategie, które różne społeczeństwa („dzikie” oraz „cywilizowane”) przyjęły w celu przetrwania. Która jest skuteczniejsza, nie jest sprawą oczywistą.

Misja społecznej kontroli
Piszę to wszystko, nie po ta, aby narzucić jakąś jednoznaczną czy jednowymiarową interpretację (takich ja unikam), ale po to by pokazać, jak niewiele rzeczy jest oczywistych. Piszę też, czego nie ukrywam, trochę prowokacyjnie.

Paradoksalne jest to, że niezależnie od tego co wcześniej napisałem, ze stylem dziennikarskim Tomasza Piątka w jakimś stopniu oraz sensie się zgadzam; oczywiście z dużymi zastrzeżeniami. Dziennikarz może wyjść poza reguły postępowania karnego i nie musi sztywno trzymać się – tak jak ma to miejsce w sądzie – domniemania niewinności, wobec polityków funkcjonujących w przestrzeni publicznej, może nawet pójść dalej i zastosować domniemanie winy, nie musi rozstrzygać wątpliwości na ich korzyść.

Zasada domniemania niewinności ma zastosowanie wobec obywateli (w tym również polityków) na sali sądowej, lecz w przestrzeni publicznej, w stosunku do polityków, można, a nawet powinno się stosować regułę ograniczonego zaufania oraz drążyć tematy, zadawać trudne pytania, zaś politycy mają przyjmować aktywne, ambitne linie obrony: (czyli) nie milczeć, a składać w ramach opinii publicznej wyjaśnienia (Jurgen Habermas uważa, że opinia publiczna jest rodzajem zbiorowego Trybunału) i przynajmniej uprawdopodobnić swoją niewinność.

Podstawową rolę jaką spełnia dziennikarstwo w życiu społeczno-politycznym jest funkcja społecznej kontroli, stąd właśnie media określa się jako „IV władzę”, albowiem ich zadanie polega na wnikliwym oraz zaangażowanym kontrolowaniu wszystkich pozostałych poziomów władzy. Dziennikarze więc mogą społeczeństwu powiedzieć więcej niż wymiar sprawiedliwości, zaś prawda procesowa nie mus być prawdą obiektywną czy autentyczną. Dziennikarz, kiedy istnieje taka potrzeba, powinien wyjść poza prawdę procesową.

Dlatego dobrze, że Tomasz Piątek stawia w przestrzeni publicznej kwestię agenturalnej współpracy Antoniego Macierewicza czy o. Tadeusza Rydzyka, jeżeli są niewinni wyjaśnią to, wytłumaczą stawiane zarzuty.

Osobiście nie wierzę w ich agenturalność, a bynajmniej we współpracę świadomą. Żeby świadomie współpracować z Rosjanami są na to za głupi. Rosyjski wywiad do perfekcji opanował sztukę wykorzystywania wewnętrznych konfliktów w poszczególnych krajach postsowieckich, a także nakierowywania ambicji oraz aspiracji ludzi, polityków, w sposób który pozwala realizować strategiczne cele Rosji, poruszając poczynaniami rozmaitych aktorów/marionetek, jak również wpływając na ich działania, w takiej formie, że się co do tego nie zdołają zorientować. Większość „agentów” współpracuje z rosyjskimi służbami specjalnymi nieświadomie.

Prawda leży gdzie indziej
Wartościowe dziennikarstwo nie powinno ograniczać się tylko do wymiaru empirycznego czy procesowego, bo czasami prawda znajduje się poza obszarem dowodów, ale nie faktów – dowody i fakty to nie są pojęcia synonimiczne; poza tym ważne jest o jakie fakty chodzi, w grę mogą wchodzić fakty procesowe, naukowe, psychologiczne, zdroworozsądkowe, biologiczne, fizyczne, pragmatyczne, publicystyczne, instytucjonalne, itd.

Nawet immaterializm i solipsyzm George’a Berkeleya został uznany za empiryzm, tymczasem solipsyzm Wittgensteina i redukcjonizm Russela, tudzież mistycyzm Levi-Straussa, uważane są za wybitnie wyrafinowane operacje intelektualne o podłożu empirycznym, choć od ortodoksyjnego empiryzmu odchodzą.

Tak samo dziennikarz może wyjść, w dążeniu do prawdy, poza narzędzia o charakterze empirycznym i zastosować równie skuteczne, a może nawet skuteczniejsze metody, takie jak np. fenomenologia czy hermeneutyka (Husserl, Heidegger, Gadamer), tylko, że w publikowanym tekście musi to otwarcie przyznać, uprzedzić czytelnika, iż wychodzi w poszukiwaniu prawdy poza typowe instrumenty empiryczne i poza sferę dowodów, które mogłyby zostać uwzględnione w postępowaniu karnym.

Gdy pisałem (wraz z dwoma innymi autorami) książkę „Testament Jaroszewicza. Największa zbrodnia III RP”, postawiłem również takie tezy śledcze, które w oparciu o procedury procesowe czy typowe, klasyczne narzędzia empiryczne są nie do wykazania, odwołałem się więc do hermeneutyki, ale otwarcie i uczciwie o tym zabiegu oraz o tej metodzie i potrzebach jej zastosowania, czytelników uprzedziłem, przedstawiając jej charakterystykę oraz sens.

Prawda to bardzo złożone, skomplikowane zjawisko.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Lockdown…, czyli mniejsze zło


15 kwietnia 1912 roku, nikt na pokładzie, łącznie z załogą nie uwierzył w perspektywę katastrofy „Titanica”. Dopiero jego konstruktor, Thomas Andrews Junior, który zrozumiał strukturalny mechanizm katastrofy (element po elemencie), uświadomił oficerom okrętu, że „Titanic” pójdzie na dno, w ciągu najbliższych dwóch godzin.

Roman Mańka: Wyobraźmy sobie, że przyjmujemy żądanie „Konfederacji” i otwieramy gospodarkę w środku pandemii koronawirusa. Co się dzieje? Z 18 tys. zakażeń, które notujemy obecnie, w szybkim tempie robi się 36 tys. Następnie, w ciągu kilku kolejnych dni 72 tys, Potem 144, później 288, itd. Jeden człowiek to kilka, a czasami nawet kilkanaście kontaktów w ramach sieci społecznych. Co kilka dni liczba zakażonych osób się podwaja. A państwo nadal nic nie robi, nie reaguje, przestrzeń społeczno-gospodarcza jest otwarta.

Siła matematyki – potęgowanie
W społeczeństwie utrzymuje się wysoki poziom mobilności, co przekłada się na rosnące lawinowo liczby zakażeń oraz nowe mutacje koronawirusa.

Prawa matematyki są nieubłagane. Jeśli każdy z zakażonych będzie miał choćby jeden kontakt, liczba chorych podwoi się.

Odporność polskiej służby zdrowia określa się na maksymalnie 27, 28 tys. Tylu pacjentów struktura polskich szpitali jest w stanie obsłużyć. Jest to krytyczna granica funkcjonalności. Po jej przekroczeniu system opieki zdrowotnej staje się niewydolny. Gwałtownie rośnie śmiertelność. Ludzie zaczynają masowo umierać. Śmierć dosięga chorych w różnych miejscach: w karetkach pogotowia, w trakcie transportu do szpitali, podczas wielogodzinnego oczekiwania w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych, w domach. Zakażeni są pozostawienie bez jakiejkolwiek pomocy.

Koronawirus jest mechanizmem strukturalnym, działa strukturalnie, nie tylko jako przyczyna bezpośrednia, ale również jako głęboka przyczyna metonimiczna, osłabia system, trafia w słabe punkty. Śmiertelność lawinowo rośnie, nie tylko wśród chorych na samego koronawirusa czy w grupach, w których występują choroby współistniejące, lecz również umierają osoby niezakażone koronawirusem, przechodzące inne choroby: nowotworowe czy kardiologiczne, lub nawet błahe choroby, takie jak np. wyrostek robaczkowy.

Bo po prostu nie ma im kto pomóc. Śmierć zbiera ogromne żniwo. Ofiar są setki tysięcy.

Strukturalne oddziaływanie
Co to znaczy przyczyna metonimiczna? Zjawisko to opisali filozofowie strukturaliści. To przyczyna głęboka, ukryta, niebezpośrednia, której bezpośrednio, konkretnie nie widzimy i nie potrafimy zdefiniować. Jako analogię można przywołać patologię alkoholizmu. Co rok w wypadkach giną setki kierowców, w rezultacie spożycia alkoholu, albo dysfunkcji sprawności, które alkohol wywołuje. W epikryzach, w dokumentacji medycznej nie wpisuje się alkoholu jako przyczyny zgonu, ale jest on przyczyną strukturalną, głęboką, metonimiczną. Jest jak katalizator, który intensyfikuje skalę zjawiska. Analogicznie działa koronawirus, zabija nie tylko bezpośrednio, nie tylko wraz z chorobami współistniejącymi, lecz także jako efekt strukturalny, głęboka przyczyna. Uruchamia wiele procesów wtórnych. Masowo umierają osoby, które z koronawirusem nie miały nic wspólnego. Dzieje się tak, gdyż mechanizm koronawirusa, to relacja liczby zakażeń do liczby określającej wytrzymałość służby zdrowia (krytyczny moment funkcjonalności). Horror zaczyna się wtedy, gdy ta granica zostaje przekroczona.

Niezgodność prometejska
Drugim krytycznym momentem jest granica doświadczenia moralnego. Zjawisko to zdefiniował kiedyś Günther Anders, mąż wybitnej badaczki i filozofki, Hannah Arendt, jako „niezgodność prometejską”. Termin odnosi się do coraz większej złożoności przemysłowej oraz technicznej świata. W świecie cyfrowym proces ten działa jeszcze silniej i w sposób bardziej skomplikowany. Chodzi o to, że ludzie nie są w stanie moralnie doświadczyć wielkości abstrakcyjnych, ani też komunikatów, które płyną z mediów. Ludziom wydaje się, że ich to nie dotyczy, że żyją obok, w bezpiecznej niszy. Dziesiątki lub nawet setki tysięcy ofiar są wielkościami zbyt abstrakcyjnymi żeby ludzie mogli doświadczyć ich moralnie. Działa reguła odwrotnie proporcjonalna: (czyli) czym większa liczba ofiar, tym słabsze doświadczenie moralne. Na tej zasadzie naziści oparli holokaust. Dlatego, jeszcze do dziś, mimo przytłaczających, powalających, przygniatających dowodów, tak wiele osób wciąż kwestionuje albo umniejsza mord, który dokonano na Żydach.

Ta swoista moralna obojętność, niezdolność doświadczenie moralnego tysięcy ofiar, które jawią się w naszej świadomości jako wielkości abstrakcyjne, zostaje przerwana wówczas, kiedy śmierć zaczyna dotykać osoby z naszego otoczenia, gdy zaczyna zabijać naszych znajomych, przyjaciół, koleżanki i kolegów z pracy, osoby nam bliskie, członków rodziny. Wtedy zaczynamy doświadczać moralnie ofiary.

W pewnym momencie koronawirus pokonuje granicę doświadczenia moralnego. Zachorowań jest tak dużo że prawie każdy notuje w środowiskach, do których przynależy ofiary. Śmierć zaczyna nas dotykać, staje się czymś bliskim. Informacje o umierających osobach nie docierają już tylko, jakby powiedział Bertrand Russel z opisów, za pomocą deskrypcji (z medialnych przekazów), lecz poprzez bezpośrednie, indywidualne, empiryczne, zmysłowe zaznajomienie. Śmierć jest blisko nas.

Wówczas, niemal automatycznie, zostaje przekroczona trzecia krytyczna granica: granica strachu. Ludzie zaczynają się bać. Nie trzeba wprowadzać żadnych obostrzeń, restrykcji, lockdownów. Ludzie sami zaczynają się izolować, wycofują się z przestrzeni społeczno-gospodarczej, społeczna mobilność spada. Panuje blady strach. Ponieważ ludzie z obawy o własne życie przestają pracować, pojawia się bieda i chaos.

A więc, pojawia się dokładnie identyczny efekt, przed którymi przestrzegają ci, którzy nawołują do całkowitego otwarcia gospodarki. Głód i bieda wystąpi wówczas, gdy zostanie otwarta gospodarka zanim uporamy się z pandemią koronawirusa.

Czy naprawdę stać nas na taki eksperyment? Pamiętam obrazki z Argentyny, kiedy w 2002 roku kraj ten nawiedził potężny kryzys gospodarczy. Napadane sklepy, okradane banki, uliczne bójki o jedzenie, wydzieranie sobie chleba z ręki.

Dopóki nie uporamy się z koronawirusem gospodarka nie ruszy do przodu. Co dwa, trzy tygodnie będziemy mieli do czynienia z nawrotem pandemii i trzeba będzie znów zamykać przestrzeń społeczno-gospodarczą. Tyle tylko, że będzie to kosztowała dziesiątki tysięcy ofiar i katastrofę demograficzną, która już i tak Polski dotyka.

Niekompetencja i nieodpowiedzialność
W opinii Anety Afelt z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego, gdyby rząd twardo egzekwował restrykcje, zaś społeczeństwo zachowało dyscyplinę oraz dystans, można byłoby ocalić ponad 33 proc. osób na dobę. O tyle niższa byłaby śmiertelność. Tylko 11 marca br. zanotowano 351 ofiar. Z szacunków dr Afelt wynika, że w przypadku konsekwentnej postawy rządu, twardego egzekwowania obostrzeń, mogło być o 116 zmarłych mniej. Za śmierć tych ludzi odpowiada niekonsekwencja, niefrasobliwość, oraz krańcowa nieodpowiedzialność obecnego rządu (PiS) oraz nasza dezynwoltura. Przy takim wskaźniku umieralności, w ciągi dziesięciu dni można było uratować ponad tysiąc osób, zaś w ciągu miesiąca trzy tysiące

Pandemia koronawirusa opanowała cały świat.

Podżeganie do zagłady
Tymczasem „Konfederacja”, w trakcie rosnącej dynamiki pandemii, zgłasza postulat pełnego otwarcia gospodarki. Jako uzasadnienie swojego oczekiwania kolportuje przykład dwóch stanów w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej: Kalifornii i Florydy. Z tego porównania ma wynikać, że obostrzenia, lockdowny nic nie dają, a noszenie maseczek, obniżanie mobilności, i zamykanie przestrzeni społeczno-gospodarczej jest bez sensu oraz nie pomaga w zduszeniu pandemii. Politycy „Konfederacji” podają tylko jedną liczbę, ilustrującą podobną wielkość zakażeń w obydwu stanach na milion mieszkańców.

Jeżeli ktoś chciałby wyciągnąć tendencyjne, aprioryczne, arbitralne wnioski pod z góry upatrzoną tezę, mógłby powołać się na przykład o wiele bliższy. W województwie warmińsko-mazurskim od tygodnia obowiązuje lockdown, a mimo to liczba zachorowań na sto tysięcy osób jest ciągle wyższa niż w otwartych województwach. Podobnie rzecz się ma w województwie pomorskim, tam również kilka dni temu wprowadzono obostrzenia, a wielkość zakażeń na sto tysięcy osób jest ciągle wyższa niż w województwach, w których nie funkcjonują tak ostre restrykcje. Był taki moment, że w Polsce od dwóch tygodni otwarte były galerie handlowe, uruchomiono niektóre gałęzie gospodarki, tymczasem w Niemczech utrzymywano lockdown. Efekt był pozornie paradoksalny: mimo lockdownu liczba zachorowań w Niemczech była wyższa niż w Polsce, choć w naszym kraju gospodarka była częściowo otwarta..

Wybiórcze podstawienie przykładów, a także proste porównanie liczb bez definicji sytuacji i strukturalnego kontekstu, niczego nam nie wyjaśni. Jedynie spowoduje fałszywe powzięcie wniosków.

W tak absurdalny sposób można porównywać różne rzeczy: np. temperaturę: 16 stopni Celsjusza pod koniec maja i 16 stopni Celsjusza w grudniu, to takie same liczby, ale zupełnie inne odczucie ciepła; podobnie samochody, z których jeden zwolnił z 160 km/h do 80 km/h i w perspektywie ma dalsze spowalnianie, zaś drugi zwiększył prędkość od zera do 80 km/h i w perspektywie ma dalsze przyspieszanie; pozornie jadą z identyczną prędkością, lecz dynamika prędkości jest już bardzo różna, pierwszy samochód za chwilę zostanie wyprzedzony przez drugi.

Dlatego przykład dwóch amerykańskich stanów, powoływany przez „Konfederację” jest analitycznie bezwartościowy, gdyż pomija wiele istotnych zmiennych: 1) czas pomiaru i cykle pandemii; 2) stopień mobilności społecznej; 3) wskaźnik urbanizacji; 4) cechy morfologiczne społeczeństwa; 5) uwarunkowania kulturowe przekładające się na siłę społecznej dyscypliny; 6) jakość infrastruktury medycznej i wytrzymałość służby zdrowia.

Wskaźnik dynamiki
Pominę już okoliczność, iż „Konfederaci” porównują dwa stany, które dzieli odległość mniej więcej taka sama, jak Ukrainę od Portugalii. Analizowanie przestrzeni oddalonych od siebie o tysiące kilometrów, nie ma sensu, gdyż propagacja pandemii w obydwu przypadkach, jej skala, cykliczność, może być na zupełnie różnych etapach. To jest po prostu niepoważna analiza. Nie wszystko nadaje się do porównania.

Odwołam się jeszcze do marca ubiegłego roku. We Włoszech, w Lombardii obowiązywały dużo bardziej ostre restrykcje niż w Polsce. Mimo to nad Wisłą notowano dużo mniej zakażeń, podczas gdy we Włoszech brakowało miejsc w szpitalach oraz w kostnicach.

(bo) Ważny jest cykl pandemii i moment wprowadzenia lockdownu. Gdy obostrzenia wprowadzi się za późno, pandemia nabiera dynamiki i wówczas potrzeba dużo więcej czasu, aby ją zatrzymać, poza tym ważna jest również konsekwencja w egzekwowaniu restrykcji. Lockdwon daje pierwsze efekty w perspektywie dopiero trzeciego tygodnia po jego wprowadzeniu, a czasami na jego pozytywne skutki trzeba poczekać nawet półtora miesiąca.

Jednak, gdy się go nie wprowadzi nad dynamiką pandemii nikt nie zapanuje. Ten mechanizm jest niezbędny w celu odciążania służby zdrowia, zwalniania nowych miejsc w szpitalach, uzyskiwania łóżek z dostępem do mechanicznej wentylacji.

Autodestrukcja argumentacji
Najśmieszniejszy jest fakt, że „Konfederacja” w swej argumentacji sama sobie zaprzecza. Najpierw przez długi czas próbowali wmówić opinii publicznej, że pandemii koronawirusa nie ma, że to wymysł możnych tego świata, spisek kosmopolitycznych elit, że jest wyolbrzymiana, a lockdown nie działa. Skoro pandemii nie ma lockdown faktycznie nie może działać. Działanie lockdownu byłoby dowodem, że pandemia istnieje. Skąd więc to rozczarowanie i pretensje…?!

Jednym z argumentów polityków „Konfederacji” świadczącym o fakcie, że koronawirus jest fikcją, zaś lockdown nie działa, miałaby być okoliczność nieobecności grypy, zniknięcia zachorowań na grypę.

W ten sposób „Konfederaci” udowodnili coś przeciwnego niż chcieli udowodnić. Niska zachorowalność na grypę świadczy właśnie o niczym innym, tylko o tym, że lockdown działa, zaś wprowadzane restrykcje są skuteczne. Grypa nie rozprzestrzenia się, gdyż zablokowano wiele kanałów jej emisji. Jest to uboczny, pozytywny efekt walki z koronawirusem.

Wymiar empiryczny
Po ponad roku od początku pandemii znamy już wymiar empiryczny, mamy doświadczenia: najlepiej z koronawirusem poradziły sobie państwa azjatyckie (Tajwan, Chiny), które wprowadziły bardzo ostre restrykcje; w Europie coraz lepiej z pandemią radzą sobie Niemcy, które również implementują rozmaite twarde obostrzenia; sukces osiągnął Izrael, również dzięki zdecydowanej, stanowczej i sprawnej polityce.; (tymczasem) kraje, które obrały drogą łagodną, liberalną, próbując ratować gospodarkę, doprowadziły do katastrofy: społecznej i ekonomicznej.

Nie ma innej metody jak lockdown (choć to metoda dramatyczna i nadzwyczajna), najpierw trzeba do spodu wytępić koronawirusa, później można uruchomić gospodarkę; inaczej gospodarka się nie rozpędzi.

Dziś prognoza wzrostu gospodarczego dla Chin, na rok 2021, wynosi 9 proc. PKB; dla państw europejskich, które pochopnie i nieodpowiedzialnie próbowały otwierać gospodarkę, przyjmuje wartości minusowe.

Demokracja i liberalizm okazują się najwspanialszymi modelami życia w normalnych, typowych warunkach, jednak w sytuacjach nadzwyczajnych demokracja i liberalizm niestety nie działają; nadzwyczajne sytuacje wymagają adekwatnych – nadzwyczajnych oraz szczególnych – instrumentów.

Zapomnienie śmierci
Dlaczego społeczeństwo dużo łatwiej przyjmuje postulaty populistyczne niż treści głoszone przez odpowiedzialnych polityków. Chyba najbardziej przekonujące, głębokie wyjaśnienie dał niemiecki filozof, Martin Heidegger (zapewne z uwagi na swoje polityczne poglądy bliski „Konfederacji”). Ludzie uciekają przed śmiercią w świat konsumpcji, starają się zapomnieć o byciu, które jest tylko odcinkiem (czasowość, historyczność).

Ucieczka w świat konsumpcji wynika w największym sensie z lęku przed śmiercią, chęci zapomnienia śmierci.

Heidegger, opierając się na starożytnym micie troski, wyróżnił trzy struktury czasowe egzystencji: 1) faktyczność, ludzie znajdują się zawsze w jakimś świecie, wśród realnych okoliczności, tu i teraz; 2) egzystencjalność, ludzie wybiegają myślami przed siebie, patrzą do przodu i spotykają bolesną, traumatyczną perspektywę śmierci, końca bycia; 3) upadłość, ludzie uciekają w świat konsumpcji, bo gdy są zanurzeni w impecie konsumenckim, gdy znajdują się w ferworze konsumpcji, łatwiej im zapomnieć o śmierci.

Oponent Heideggera, Theodor Adorno, wybitny przedstawiciel Szkoły Frankfurckiej, pisał, że muzyka i świat rozrywki/konsumpcji stanowi ukojenie w cierpieniach tego świata, jest czymś w rodzaju „znieczulenia”, pozwala ludziom łatwiej przejść przez życie, bez refleksji o nieodzownej śmierci. Filozofowie marksistowscy twierdzili, że religia i konsumpcja, aczkolwiek wydają się zupełnie przeciwstawne, to w gruncie rzeczy spełniają podobną funkcję: ukojenia, „znieczulenia”, i zapomnienia śmierci.

Do tego dochodzi jeszcze „niezgodność prometejska” Günthera Andersa, która powoduje, że ludzie zatracają zdolność moralnego doświadczenia dziesiątek tysięcy ofiar. Złożoność techniczna i przemysłowa świata, szum informacyjny wytwarzany przez elektroniczne media, sprawiają wrażenie, że przekazy płynące z mediów nie dzieją się naprawdę albo są czymś bardzo odległym, co nas nie dotyczy.

Ponadto działa znany z psychologii mechanizm wyparcia (obecnie funkcjonuje w sensie zbiorowym). W roku 2002 dwóch izraelsko-amerykańskich psychologów, Daniel Kahneman i Amos Tverski otrzymali Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii, za sformułowanie „teorii perspektyw”, wyjaśniającej proces podejmowania decyzji w warunkach ryzyka. W uproszczeniu wynikało z niej, że ludzie starają się udowodnić to w co już wcześniej uwierzyli i dobierają argumenty, przesłanki w sposób wybiórczy, czyli takie, które pasują do ich tezy, w większym stopniu faworyzując prognozy optymistyczne.

W ramach teorii perspektyw wyróżniono m.in. efekt pewności i efekt izolacji; pierwszy polega na tym, że preferowane są prognozy, które przynoszą pewny zysk; drugi (efekt izolacji) funkcjonuje w ten sposób, że ludzie przejawiają skłonność do upraszczania skomplikowanych problemów.

Dlatego populistyczna, choć pozornie atrakcyjna i fałszywie optymistyczna propozycja „Konfederacji” tak skutecznie trafia do ludzi i wywołuje taki entuzjazm. Ludzie po prostu chcą w to wierzyć. Dodatkowo są już zmęczeni.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Spalili Kaczyńskiemu kandydata na premiera


Kwity” na Obajtka wyciągnął Ziobro, a właściwie układ: Ziobro i Szydło. Wiem to z bardzo sprawdzonych źródeł bliskich PiS.

Roman Mańka: Przez długi czas Obajtek był człowiekiem Szydło. Ale półtora roku temu miała miejsce sytuacja, w której, w sposób dość upokarzający, zlekceważył byłą premier. Szydło przeżyła szok. Od tego momentu prezes „ORLENU” zaczął się dystansować od tandemu Szydło-Ziobro.

Rosnąca pozycja
W polityce takie rzeczy się zdarzają i to być może uszłoby mu na sucho, gdyby jednocześnie dynamicznie nie zaczęła rosnąć jego pozycja. Obajtek poczuł się silny i Szydło oraz Ziobro przestali mu być potrzebni. Zaczął bezpośrednio orientować się na prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Zbiegło się to w czasie z momentem, kiedy w oczach Kaczyńskiego zaczął tracić Mateusz Morawiecki. Przywódca PiS coraz częściej myślał o wymianie premiera. Dla wtajemniczonych w polską politykę nie jest tajemnicą, że Kaczyński „wynajmuje” ludzi do konkretnych ról. W ten sposób postąpił kiedyś z prof. Zytą Gilowską, Januszem Kaczmarkiem, Beatą Szydło, Mateuszem Morawieckim. Później ich “wypluwa”.

Nowy ład
Czas tego ostatniego zaczął się kończyć. Nową zaś „twarzą” PiS miał stać się Daniel Obajtek. On świetnie pasował (lepiej niż Morawiecki) do ducha PiS-u: były wójt, nie bankier, z małej miejscowości, wywodzący się z ludu. Tak jak kiedyś Beata Szydło wpisywał się w mentalność PiS. Miał symbolizować nowy okres w trakcie rządów PiS-u, po uporaniu się z koronawirusem. Miał być „twarzą” „nowego ładu”, programu, którego zadaniem jest odbudowanie PiS. Prawdopodobny był również wariant, że stanie się najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Jarosława Kaczyńskiego w partii. To zaś bardzo mocno krzyżowało plany Ziobro i Szydło.

Kalkulacja polityczna
Dlatego Ziobro wyciągnął z szafy „kwity”, a właściwie nagrania na Obajtka. Raz, że Obajtek zdradził swoich dotychczasowych towarzyszy, zdystansował się od nich. Jednak ważniejsza była kalkulacja polityczna: Szydło i Ziobro ocenili, że Morawiecki jest już słaby, że już im tak mocno nie zagraża, gdyż stracił pozycję, jaką niegdyś cieszył się u prezesa Kaczyńskiego. Tymczasem wymiana Maroawieckiego na Obajtka odświeżyłaby PiS. Na początku Obajtek mógłby stać się silny. Na bazie „nowego ładu” przeprowadzono by przyspieszone wybory parlamentarne, a układ Ziobry i Szydło nie znalazłby się na listach wyborczych.

Materiały na Obajtka wypłynęły z prokuratury kierowanej przez Zbigniewa Ziobro i Bogdana Święczkowskiego.

Ziobro przewidywał, że ze świeżym Obajtkiem, budującym sobie szybko wpływy w głębokim terenie PiS, wśród posłów, działaczy partii, ale również samorządowców (Obajtek sam był kiedyś samorządowcem, a więc dobrze czuł doły), będzie dużo trudniej wygrać niż z Morawieckim.

Dla Szydło i Ziobro dużo lepszy, korzystniejszy jest słaby, zgrany Morawiecki niż świeży i silny Obajtek.

Różnie może być
Czasami takie sytuacje mogą być paradoksalne i przełomowe. Morawiecki stał się – na zasadzie efektu ubocznego – beneficjentem tej rozgrywki. W polityce jest niekiedy podobnie, jak na wojnie, jeżeli się kogoś nie dobije, nie zniszczy do końca, nie doceni, to później zaskakująco oraz niespodziewanie rośnie w siłę.

Morawiecki nie będzie miał łatwo, ale ta sytuacja go wzmocniła i nie można przesądzać do końca jego losu. Jak mawiała Hannah Arend: „polityka, obok religii, to taka dziedzina, gdzie zdarzają się różne cuda”.

Obajtek premierem już na pewno nie zostanie. A Kaczyński w tej chwili nie ma innego kandydata do zastąpienia Morawieckiego. Jeżeli Morawiecki dobrze wykorzysta olbrzymie pieniądze z Unii Europejskiej, a gospodarka ruszy (w Niemczech eksperci zapowiadają konsumpcję po koroonawirusie) różnie to może być.

Wiele będzie zależało od trzech czynników: sytuacji gospodarczej; rozwoju konfliktów wewnątrz PiS; kondycji opozycji i kwestii, czy opozycja znajdzie jakąś wspólną formułę.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Indyk Poppera, a zatruta szczepionka…


Jeżeli dzień, dwa dni lub tydzień po zaszczepieniu ktoś umarł, dla antyszczepionkowców, związanych przede wszystkim z „Konfederacją” jest to dowód, że szczepionki zostały zatrute, źle przygotowane i zabijają.

Roman Mańka: David Hume, jeden z głównych przedstawicieli empiryzmu, miałby inne zdanie. W tak przedstawionym argumencie nie ma nic więcej poza następstwem czasowym, zaś następstwo czasowe nie jest dowodem.

Sekwencje korelacji to nie dowód…
Czy gdy ktoś umrze dzień po wypiciu herbaty mówimy, że zabiła go herbata…?! Nawet gdyby człowiek umarł 10 sekund po wypiciu herbaty, nie można stwierdzić, że herbata była zatruta i go zabiła.

Jednak w teorie rozpowszechniane na całym świecie przez środowiska nacjonalistyczne, całkiem spora część ludzi wierzy. Dlaczego?

Logiczny atomizm
Jest to głębszy problem niżby się wydawało. Ludzie przejawiają skłonność do myślenia metafizycznego. Jak wykazał Bertrand Russel, postrzegają świat przez własną świadomość: dane sensoryczne, które odbieramy, a które są pierwszorzędnymi czynnikami wiedzy, trafiają do naszego umysłu, w którym powstają różnego rodzaju konstrukcje, czyli drugorzędne czynniki wiedzy. Poznajemy świat przez naszą świadomość. Świat dzieli się na zewnętrzny (realny) i postrzegany (mentalny). My widzimy ten postrzegany, odbieramy go przez naszą świadomość, a składa się on z danych sensorycznych pochodzących od zmysłów i naszych logicznych konstrukcji artykułowanych w języku. Echa tej filozofii, mimo że Russel nie był idealistą a empirystą, sięgają do Starożytnej Grecji i Platona, aczkolwiek pewnie dużo bliższym odwołaniem byłby żyjący setki lat później, zaliczany do empiryków George Berkeley i jego immaterializm.

Niedoskonałość gramatyki
Ludzie postrzegają świat poprzez świadomość i język. Tymi dwoma ostatnimi wymiarami rządzi logika. W języku wszystko ma być na swoim miejscu: podmiot, orzeczenie, przymiotnik. Rzeczywistość językowa opisywana jest za pomocą czasów: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Jak zauważył Henri Bergson: to co my dajemy światu, to sekwencja, postrzegamy go w ramach sekwencji, a więc następstwa, z wielu różnych dźwięków tworzymy jedną melodię; to zaś co otrzymujemy ze świata, to dystynkcja. Friedrich Nietzsche zauważył, że gramatyka jest logiczna, opisujemy rzeczywistość w konwencji przyczynowej: następstw; oczekujemy, aby w zdaniu językowym występował podmiot i orzeczenie. Przez tę logikę, jak wskazał Nietzsche, gramatyka staje się metafizyczna. Metafizyka znajduje się nie tylko w religii, lecz również w języku i w naszym życiu.

Pragniemy nie tylko Boga, ale w ogóle podmiotu, przyczyny.

Świadomość nie jest lustrem
I to jest właśnie pułapka, w którą ludzie wpadają. Chcą żeby zewnętrzny świat był taki sam jak język, by rzeczywistością fizyczną rządziły identyczne (logiczne) prawa, co wewnętrzną świadomością. Lecz, niestety, świat jest inny niż nasz umysł. Zdroworozsądkowa teoria lustrzanego odbicia jest błędna. Hipoteza reprezentacji Franzca Brentano zawodzi. Świadomość nie jest wiernym lustrem rzeczywistości. W świadomości mieszają się dane odbierane przez zmysły z konstrukcjami umysłu. Nasz umysł bardziej interpretuje świat niż postrzega. Logika ma zastosowanie do prawd umysłu, ale nie wystarczy żeby opisać rzeczywistość.

Indukcjonizm czasami zawodzi
Myślenie w kategoriach następstw wynika z indukcyjnego opisywania świata. Stad bierze się właśnie atrakcyjność fałszywego argumentu, że jeśli ktoś umarł dzień po otrzymaniu szczepionki, to właśnie ta szczepionka musiała go zabić. Jest to zwulgaryzowane indukcyjne myślenie, według schematu: jeżeli coś następuje po sobie, to istnieje związek przyczynowy; albo jeśli coś zdarzy się trzy razy pod rząd, to musi istnieć reguła.

Dla Indyka myślenie indukcyjne skończyło się tragicznie.

Dla indukcjonistów, Karl Popper, wybitny filozof nauki, twórca metody falsyfikacji, miał taką oto odpowiedź. Przeszła ona do historii filozofii jako „indyk indukcyjny Poppera”.

Indykowi pierwszego dnia przynieśli jedzenie. Po czym indykowi przynieśli jedzenie drugiego dnia. Również trzeciego dnia przynieśli indykowi jedzenie. Następnie czwartego dnia też mu przynieśli. Po czym indyk pomyślał sobie, że piątego dnia też mu przyniosą i zawsze już będą mu przynosić jedzenie. Tymczasem piątego dnia przypadło Święto Dziękczynienia, indykowi przyszli uciąć łeb i zanieśli komuś innemu na talerzu jako jedzenie.

Niczym kot Schrödingera
Nigdy nie zapomnę pewnego epizodu z mojej młodości. Mój kolega miał żal do księdza, bo źle wyrażał się o nim wobec jego dziewczyny. Koniecznie chciał się na księdzu zemścić, zrobić mu na złość. Pewnego wieczoru namówił mnie, aby nocą zakraść się na podwórko plebani, podejść do drzwi i zablokować księdzu przycisk od dzwonka, tak aby permanentnie dzwonił. Kiedy zbliżaliśmy się do plebani, w oknach było ciemno, co wskazywało, że księdza nie ma w domu. Aż tu nagle zapaliła się żarówka umieszczona na zewnątrz, nad drzwiami frontowymi. My w długą. Przeskoczyliśmy dwa razy przez kościelny parkan, a następnie jeszcze z pół kilometra biegliśmy po oranym polu.

Kolega mówi do mnie: „jaki on czujny, był w domu, widział nas, zapalił światło” (…) „co on nie ma co robić tylko całą noc patrzy w ciemne oka i pilnuje”.

Sens zdarzenia zrozumiałem dopiero dwa miesiące później. Był wielki piątek przed Wielkanocą. Stałem wówczas przed Kościołem. Po sąsiedzku jest zlokalizowana plebania. Obydwa budynki przedziela parkan. W pewnym momencie zobaczyłem kota zbliżającego się do domu księdza. Nikogo więcej poza kotem na podwórku nie było. Gdy kot uczynił jeszcze kilka kroków, światło nad drzwiami się zapaliło. Ksiądz był już wówczas w Kościele i nie mógł zapalić światła. Przyczyną zapalającego się światła był po prostu czujnik ruchu, w tamtych czasach jeszcze technika mało znana.

Pułapka logiki…
Może to zabrzmi paradoksalnie, może nawet absurdalnie, ale wszystkich przestrzegam przed logicznym myśleniem, a już na pewno przed redukowaniem dowodzenia do prostej logiki. Logika rządzi naszym umysłem, zaś rzeczywistością rządzi chaos. Jeżeli chcemy odzyskać świat, poznać rzeczywistość musimy dokonać właśnie oczyszczenia świata z logiki, musimy spojrzeć na rzeczywistość nie logicznie a fenomenologicznie, czyli bez nastawień, bez wstępnych tez, bez teorii, bez uprzedzeń, bez tradycji, bez tematyzowania. Musimy dokonać operacji, którą Edmund Husserl nazwał redukcją fenomenologiczną (słynne epoche), zaś Martin Heidegger redukcją ontologii ogólnej do ontologii fundamentalnej.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Słabość systemu partyjnego!


Z sondażu przeprowadzonego przez Instytut Badan Spraw Publicznych, na zlecenie portalu „StanPolityki.pl” wynika, że gdyby wybory odbyły się dziś, wygrałaby je „Polska2050” Szymona Hołowni (31,26 proc.), na drugim miejscu uplasowałby się PiS (26,96), a trzecią lokatę zajęłaby Koalicja Obywatelska z rezultatem 18,85, czwarta byłaby Lewica (9,34).

Roman Mańka: Teraz widać, jak bardzo słaby i niestabilny mamy system partyjny i jak mylili się ci, którzy narzekali na jego „zabetonowanie”. „Zabetonowanie” zewnętrzne nie jest problemem, bo daje stabilność systemu politycznego (a stabilność to cnota, a nie mankament czy wada); problemem jest „zabetonowanie” wewnętrzne, w głębi partii politycznych oraz – jak ja to nazywam – charyzmatyczny, patriarchalny charakter polskich ugrupowań politycznych. Wewnątrz polskich partii nie ma demokracji.

Redefinicja sympatii
Prognozowałem, że to co się stanie w roku 2021, to zmiana pozycji i statusu KO. W układzie dialektycznym jest tak, że gdy trzeci element stanie się drugim, czyli wejdzie w oś dialektyczną (w polaryzację), to zaczyna „połykać” dotychczasowego drugiego; tu trzecie element stał się pierwszym.

To nowa dynamika.

Moim zdaniem, to może być krytyczny moment rekonfiguracji polskiej polityki. Tendencję uchwyconą w tym sondażu uważam za wysoce prawdopodobną. Gdy dotychczasowy trzeci element (Hołownia) zastępuje dotychczasowy drugi (KO), a w tym przypadku wyszedł nawet na pierwsze miejsce, uruchamia się kilka procesów: pierwszy to doorientowywanie negatywne, a więc przesunięcie poparcia na ten obiekt, który ma największe szanse zwyciężyć z obiektem, który wyborcy chcą odsunąć od władzy (prawo tamy) – to już się dzieje, zwłaszcza wśród elektoratów sympatyzujących z formacjami opozycyjnymi; po drugie, wsparcie ze strony elementu klientelistycznego, w polskiej polityce, wśród osób aktywnych dominuje czynnik koniunkturalny, w ten sposób motywowani klientystycznie działacze będą redefiniować swoje sympatie – to już widać, i w ramach tego procesu Hołownia będzie pozyskiwał z każdej strony grupy interesów: i z opozycji, z PiS, najwięcej z KO; po trzecie, konformizm za darmo *zasada: „biegnij na pomoc zwycięzcy” – po prostu część wyborców lubi popierać tę partię, która lideruje sondażom oraz ma szansę wygrać wybory.

Reaktywacja POPiS-u
Co zagraża Hołowni? Wyjście jego partii na pozycję lidera jest trochę przedwczesne. Mam ambiwalentne odczucia, co do utrzymania tej lokaty – może być tak, że Hołownia się jeszcze bardziej wzmocni, lecz może być też tak, że nie dowiezie miejsca lidera do wyborów.

A wybory, przy takiej strukturze sondaży, raczej nie będą przedterminowe. Chyba, że w „Zjednoczonej Prawicy” wybuchnie konflikt, którego nie można będzie zażegnać/opanować. Na marginesie można powiedzieć, że pierwsze miejsce Hołowni w badaniach preferencji politycznych, to dla PiS szansa na dotrwanie do końca kadencji.

Zagrożeniem dla Hołowni jest to, co jest też jego siłą. Pozycja numer jeden w sondażach, jeśli inne ankiety to potwierdzą, oznacza reaktywację (mobilizację) PO-PiSu. Obydwie, dotychczas najbardziej popularne partie, będą zainteresowane, aby „zniszczyć” Hołownię. Widzieliśmy to już w ostatnich wyborach prezydenckich, kiedy PiS i KO dogadały się w sprawie wymiany kandydata – bez przyzwolenia PiS, KO nie udałoby się wymienić Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego. PiS i PO zagrożone zburzeniem dualistycznego układu przez kogoś trzeciego mogą zacząć mocniej współpracować.

System partyjny w Polsce to katastrofa. Jest to jedna z największych dysfunkcji państwa.

Stara jakość
Szybki skok ruchu „Polska2050” na pozycję lidera sondażu/y wskazuje na ogromną słabość polskiego systemu politycznego oraz niską świadomość wyborców. Partia Hołowni nie funkcjonuje nawet w rejestrach partii politycznych. Nie posiada wiarygodnego, kompleksowego programu, ani struktur terenowych. Brak kadr.

Jest produktem czysto wirtualnym, marketingowym. W zasadzie nie proponuje nowej polityki, tak jak deklaruje (to pozory), tylko starą, i to jeszcze w najgorszym wydaniu.

Świadczy to również niestety o niskiej świadomości wyborców. Hołownia nie posiada żadnych atutów przywódczych, które mogłyby go predestynować do roli polityka wielkiego formatu oraz męża stanu. W debatach prezydenckich wypał przeciętnie, charyzmy, zmysłu strategicznego, a także zdolności do kształtowania wizji czy programów też u niego nie widzę.

Ulica nie zawsze mówi prawdę…
Na koniec, sprawdza się to co mówiłem niedawno w „Halo Radio”. Teraz widzimy jak w rzeczywistości społeczno-politycznej silne są pozory (jak w filozofii Platona). Sądząc po niedawnych ulicznych protestach można by było powiedzieć, iż w Polsce mamy do czynienia z lewicową rewolucją, że następuje ogromny przechył w lewo. Jeszcze raz potwierdza się reguła, o której często mówię: ulica nie jest najlepszym barometrem. W maju 1968 roku we Francji protestowało w Paryżu milion osób, a miesiąc później wybory parlamentarne wygrała prawica; lewica doszła tam do władzy dopiero 13 lat później (Mitterrand).

Gdyby podliczyć głosy stron politycznych wg cytowanego sondażu, to centroprawica i prawica ma łącznie (nie licząc KO), co najmniej 63 proc. Taki wniosek byłby jednak zbyt wielkim uproszczeniem, ale wyniki tego sondażu pokazują jednak, że niedawne uliczne protesty nie przekładają się w prosty sposób na sympatie polityczne; nie ma adekwatności, korespondencyjności pomiędzy przestrzenią społeczną a polityczną.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.