Lockdown…, czyli mniejsze zło


15 kwietnia 1912 roku, nikt na pokładzie, łącznie z załogą nie uwierzył w perspektywę katastrofy „Titanica”. Dopiero jego konstruktor, Thomas Andrews Junior, który zrozumiał strukturalny mechanizm katastrofy (element po elemencie), uświadomił oficerom okrętu, że „Titanic” pójdzie na dno, w ciągu najbliższych dwóch godzin.

Roman Mańka: Wyobraźmy sobie, że przyjmujemy żądanie „Konfederacji” i otwieramy gospodarkę w środku pandemii koronawirusa. Co się dzieje? Z 18 tys. zakażeń, które notujemy obecnie, w szybkim tempie robi się 36 tys. Następnie, w ciągu kilku kolejnych dni 72 tys, Potem 144, później 288, itd. Jeden człowiek to kilka, a czasami nawet kilkanaście kontaktów w ramach sieci społecznych. Co kilka dni liczba zakażonych osób się podwaja. A państwo nadal nic nie robi, nie reaguje, przestrzeń społeczno-gospodarcza jest otwarta.

Siła matematyki – potęgowanie
W społeczeństwie utrzymuje się wysoki poziom mobilności, co przekłada się na rosnące lawinowo liczby zakażeń oraz nowe mutacje koronawirusa.

Prawa matematyki są nieubłagane. Jeśli każdy z zakażonych będzie miał choćby jeden kontakt, liczba chorych podwoi się.

Odporność polskiej służby zdrowia określa się na maksymalnie 27, 28 tys. Tylu pacjentów struktura polskich szpitali jest w stanie obsłużyć. Jest to krytyczna granica funkcjonalności. Po jej przekroczeniu system opieki zdrowotnej staje się niewydolny. Gwałtownie rośnie śmiertelność. Ludzie zaczynają masowo umierać. Śmierć dosięga chorych w różnych miejscach: w karetkach pogotowia, w trakcie transportu do szpitali, podczas wielogodzinnego oczekiwania w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych, w domach. Zakażeni są pozostawienie bez jakiejkolwiek pomocy.

Koronawirus jest mechanizmem strukturalnym, działa strukturalnie, nie tylko jako przyczyna bezpośrednia, ale również jako głęboka przyczyna metonimiczna, osłabia system, trafia w słabe punkty. Śmiertelność lawinowo rośnie, nie tylko wśród chorych na samego koronawirusa czy w grupach, w których występują choroby współistniejące, lecz również umierają osoby niezakażone koronawirusem, przechodzące inne choroby: nowotworowe czy kardiologiczne, lub nawet błahe choroby, takie jak np. wyrostek robaczkowy.

Bo po prostu nie ma im kto pomóc. Śmierć zbiera ogromne żniwo. Ofiar są setki tysięcy.

Strukturalne oddziaływanie
Co to znaczy przyczyna metonimiczna? Zjawisko to opisali filozofowie strukturaliści. To przyczyna głęboka, ukryta, niebezpośrednia, której bezpośrednio, konkretnie nie widzimy i nie potrafimy zdefiniować. Jako analogię można przywołać patologię alkoholizmu. Co rok w wypadkach giną setki kierowców, w rezultacie spożycia alkoholu, albo dysfunkcji sprawności, które alkohol wywołuje. W epikryzach, w dokumentacji medycznej nie wpisuje się alkoholu jako przyczyny zgonu, ale jest on przyczyną strukturalną, głęboką, metonimiczną. Jest jak katalizator, który intensyfikuje skalę zjawiska. Analogicznie działa koronawirus, zabija nie tylko bezpośrednio, nie tylko wraz z chorobami współistniejącymi, lecz także jako efekt strukturalny, głęboka przyczyna. Uruchamia wiele procesów wtórnych. Masowo umierają osoby, które z koronawirusem nie miały nic wspólnego. Dzieje się tak, gdyż mechanizm koronawirusa, to relacja liczby zakażeń do liczby określającej wytrzymałość służby zdrowia (krytyczny moment funkcjonalności). Horror zaczyna się wtedy, gdy ta granica zostaje przekroczona.

Niezgodność prometejska
Drugim krytycznym momentem jest granica doświadczenia moralnego. Zjawisko to zdefiniował kiedyś Günther Anders, mąż wybitnej badaczki i filozofki, Hannah Arendt, jako „niezgodność prometejską”. Termin odnosi się do coraz większej złożoności przemysłowej oraz technicznej świata. W świecie cyfrowym proces ten działa jeszcze silniej i w sposób bardziej skomplikowany. Chodzi o to, że ludzie nie są w stanie moralnie doświadczyć wielkości abstrakcyjnych, ani też komunikatów, które płyną z mediów. Ludziom wydaje się, że ich to nie dotyczy, że żyją obok, w bezpiecznej niszy. Dziesiątki lub nawet setki tysięcy ofiar są wielkościami zbyt abstrakcyjnymi żeby ludzie mogli doświadczyć ich moralnie. Działa reguła odwrotnie proporcjonalna: (czyli) czym większa liczba ofiar, tym słabsze doświadczenie moralne. Na tej zasadzie naziści oparli holokaust. Dlatego, jeszcze do dziś, mimo przytłaczających, powalających, przygniatających dowodów, tak wiele osób wciąż kwestionuje albo umniejsza mord, który dokonano na Żydach.

Ta swoista moralna obojętność, niezdolność doświadczenie moralnego tysięcy ofiar, które jawią się w naszej świadomości jako wielkości abstrakcyjne, zostaje przerwana wówczas, kiedy śmierć zaczyna dotykać osoby z naszego otoczenia, gdy zaczyna zabijać naszych znajomych, przyjaciół, koleżanki i kolegów z pracy, osoby nam bliskie, członków rodziny. Wtedy zaczynamy doświadczać moralnie ofiary.

W pewnym momencie koronawirus pokonuje granicę doświadczenia moralnego. Zachorowań jest tak dużo że prawie każdy notuje w środowiskach, do których przynależy ofiary. Śmierć zaczyna nas dotykać, staje się czymś bliskim. Informacje o umierających osobach nie docierają już tylko, jakby powiedział Bertrand Russel z opisów, za pomocą deskrypcji (z medialnych przekazów), lecz poprzez bezpośrednie, indywidualne, empiryczne, zmysłowe zaznajomienie. Śmierć jest blisko nas.

Wówczas, niemal automatycznie, zostaje przekroczona trzecia krytyczna granica: granica strachu. Ludzie zaczynają się bać. Nie trzeba wprowadzać żadnych obostrzeń, restrykcji, lockdownów. Ludzie sami zaczynają się izolować, wycofują się z przestrzeni społeczno-gospodarczej, społeczna mobilność spada. Panuje blady strach. Ponieważ ludzie z obawy o własne życie przestają pracować, pojawia się bieda i chaos.

A więc, pojawia się dokładnie identyczny efekt, przed którymi przestrzegają ci, którzy nawołują do całkowitego otwarcia gospodarki. Głód i bieda wystąpi wówczas, gdy zostanie otwarta gospodarka zanim uporamy się z pandemią koronawirusa.

Czy naprawdę stać nas na taki eksperyment? Pamiętam obrazki z Argentyny, kiedy w 2002 roku kraj ten nawiedził potężny kryzys gospodarczy. Napadane sklepy, okradane banki, uliczne bójki o jedzenie, wydzieranie sobie chleba z ręki.

Dopóki nie uporamy się z koronawirusem gospodarka nie ruszy do przodu. Co dwa, trzy tygodnie będziemy mieli do czynienia z nawrotem pandemii i trzeba będzie znów zamykać przestrzeń społeczno-gospodarczą. Tyle tylko, że będzie to kosztowała dziesiątki tysięcy ofiar i katastrofę demograficzną, która już i tak Polski dotyka.

Niekompetencja i nieodpowiedzialność
W opinii Anety Afelt z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego, gdyby rząd twardo egzekwował restrykcje, zaś społeczeństwo zachowało dyscyplinę oraz dystans, można byłoby ocalić ponad 33 proc. osób na dobę. O tyle niższa byłaby śmiertelność. Tylko 11 marca br. zanotowano 351 ofiar. Z szacunków dr Afelt wynika, że w przypadku konsekwentnej postawy rządu, twardego egzekwowania obostrzeń, mogło być o 116 zmarłych mniej. Za śmierć tych ludzi odpowiada niekonsekwencja, niefrasobliwość, oraz krańcowa nieodpowiedzialność obecnego rządu (PiS) oraz nasza dezynwoltura. Przy takim wskaźniku umieralności, w ciągi dziesięciu dni można było uratować ponad tysiąc osób, zaś w ciągu miesiąca trzy tysiące

Pandemia koronawirusa opanowała cały świat.

Podżeganie do zagłady
Tymczasem „Konfederacja”, w trakcie rosnącej dynamiki pandemii, zgłasza postulat pełnego otwarcia gospodarki. Jako uzasadnienie swojego oczekiwania kolportuje przykład dwóch stanów w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej: Kalifornii i Florydy. Z tego porównania ma wynikać, że obostrzenia, lockdowny nic nie dają, a noszenie maseczek, obniżanie mobilności, i zamykanie przestrzeni społeczno-gospodarczej jest bez sensu oraz nie pomaga w zduszeniu pandemii. Politycy „Konfederacji” podają tylko jedną liczbę, ilustrującą podobną wielkość zakażeń w obydwu stanach na milion mieszkańców.

Jeżeli ktoś chciałby wyciągnąć tendencyjne, aprioryczne, arbitralne wnioski pod z góry upatrzoną tezę, mógłby powołać się na przykład o wiele bliższy. W województwie warmińsko-mazurskim od tygodnia obowiązuje lockdown, a mimo to liczba zachorowań na sto tysięcy osób jest ciągle wyższa niż w otwartych województwach. Podobnie rzecz się ma w województwie pomorskim, tam również kilka dni temu wprowadzono obostrzenia, a wielkość zakażeń na sto tysięcy osób jest ciągle wyższa niż w województwach, w których nie funkcjonują tak ostre restrykcje. Był taki moment, że w Polsce od dwóch tygodni otwarte były galerie handlowe, uruchomiono niektóre gałęzie gospodarki, tymczasem w Niemczech utrzymywano lockdown. Efekt był pozornie paradoksalny: mimo lockdownu liczba zachorowań w Niemczech była wyższa niż w Polsce, choć w naszym kraju gospodarka była częściowo otwarta..

Wybiórcze podstawienie przykładów, a także proste porównanie liczb bez definicji sytuacji i strukturalnego kontekstu, niczego nam nie wyjaśni. Jedynie spowoduje fałszywe powzięcie wniosków.

W tak absurdalny sposób można porównywać różne rzeczy: np. temperaturę: 16 stopni Celsjusza pod koniec maja i 16 stopni Celsjusza w grudniu, to takie same liczby, ale zupełnie inne odczucie ciepła; podobnie samochody, z których jeden zwolnił z 160 km/h do 80 km/h i w perspektywie ma dalsze spowalnianie, zaś drugi zwiększył prędkość od zera do 80 km/h i w perspektywie ma dalsze przyspieszanie; pozornie jadą z identyczną prędkością, lecz dynamika prędkości jest już bardzo różna, pierwszy samochód za chwilę zostanie wyprzedzony przez drugi.

Dlatego przykład dwóch amerykańskich stanów, powoływany przez „Konfederację” jest analitycznie bezwartościowy, gdyż pomija wiele istotnych zmiennych: 1) czas pomiaru i cykle pandemii; 2) stopień mobilności społecznej; 3) wskaźnik urbanizacji; 4) cechy morfologiczne społeczeństwa; 5) uwarunkowania kulturowe przekładające się na siłę społecznej dyscypliny; 6) jakość infrastruktury medycznej i wytrzymałość służby zdrowia.

Wskaźnik dynamiki
Pominę już okoliczność, iż „Konfederaci” porównują dwa stany, które dzieli odległość mniej więcej taka sama, jak Ukrainę od Portugalii. Analizowanie przestrzeni oddalonych od siebie o tysiące kilometrów, nie ma sensu, gdyż propagacja pandemii w obydwu przypadkach, jej skala, cykliczność, może być na zupełnie różnych etapach. To jest po prostu niepoważna analiza. Nie wszystko nadaje się do porównania.

Odwołam się jeszcze do marca ubiegłego roku. We Włoszech, w Lombardii obowiązywały dużo bardziej ostre restrykcje niż w Polsce. Mimo to nad Wisłą notowano dużo mniej zakażeń, podczas gdy we Włoszech brakowało miejsc w szpitalach oraz w kostnicach.

(bo) Ważny jest cykl pandemii i moment wprowadzenia lockdownu. Gdy obostrzenia wprowadzi się za późno, pandemia nabiera dynamiki i wówczas potrzeba dużo więcej czasu, aby ją zatrzymać, poza tym ważna jest również konsekwencja w egzekwowaniu restrykcji. Lockdwon daje pierwsze efekty w perspektywie dopiero trzeciego tygodnia po jego wprowadzeniu, a czasami na jego pozytywne skutki trzeba poczekać nawet półtora miesiąca.

Jednak, gdy się go nie wprowadzi nad dynamiką pandemii nikt nie zapanuje. Ten mechanizm jest niezbędny w celu odciążania służby zdrowia, zwalniania nowych miejsc w szpitalach, uzyskiwania łóżek z dostępem do mechanicznej wentylacji.

Autodestrukcja argumentacji
Najśmieszniejszy jest fakt, że „Konfederacja” w swej argumentacji sama sobie zaprzecza. Najpierw przez długi czas próbowali wmówić opinii publicznej, że pandemii koronawirusa nie ma, że to wymysł możnych tego świata, spisek kosmopolitycznych elit, że jest wyolbrzymiana, a lockdown nie działa. Skoro pandemii nie ma lockdown faktycznie nie może działać. Działanie lockdownu byłoby dowodem, że pandemia istnieje. Skąd więc to rozczarowanie i pretensje…?!

Jednym z argumentów polityków „Konfederacji” świadczącym o fakcie, że koronawirus jest fikcją, zaś lockdown nie działa, miałaby być okoliczność nieobecności grypy, zniknięcia zachorowań na grypę.

W ten sposób „Konfederaci” udowodnili coś przeciwnego niż chcieli udowodnić. Niska zachorowalność na grypę świadczy właśnie o niczym innym, tylko o tym, że lockdown działa, zaś wprowadzane restrykcje są skuteczne. Grypa nie rozprzestrzenia się, gdyż zablokowano wiele kanałów jej emisji. Jest to uboczny, pozytywny efekt walki z koronawirusem.

Wymiar empiryczny
Po ponad roku od początku pandemii znamy już wymiar empiryczny, mamy doświadczenia: najlepiej z koronawirusem poradziły sobie państwa azjatyckie (Tajwan, Chiny), które wprowadziły bardzo ostre restrykcje; w Europie coraz lepiej z pandemią radzą sobie Niemcy, które również implementują rozmaite twarde obostrzenia; sukces osiągnął Izrael, również dzięki zdecydowanej, stanowczej i sprawnej polityce.; (tymczasem) kraje, które obrały drogą łagodną, liberalną, próbując ratować gospodarkę, doprowadziły do katastrofy: społecznej i ekonomicznej.

Nie ma innej metody jak lockdown (choć to metoda dramatyczna i nadzwyczajna), najpierw trzeba do spodu wytępić koronawirusa, później można uruchomić gospodarkę; inaczej gospodarka się nie rozpędzi.

Dziś prognoza wzrostu gospodarczego dla Chin, na rok 2021, wynosi 9 proc. PKB; dla państw europejskich, które pochopnie i nieodpowiedzialnie próbowały otwierać gospodarkę, przyjmuje wartości minusowe.

Demokracja i liberalizm okazują się najwspanialszymi modelami życia w normalnych, typowych warunkach, jednak w sytuacjach nadzwyczajnych demokracja i liberalizm niestety nie działają; nadzwyczajne sytuacje wymagają adekwatnych – nadzwyczajnych oraz szczególnych – instrumentów.

Zapomnienie śmierci
Dlaczego społeczeństwo dużo łatwiej przyjmuje postulaty populistyczne niż treści głoszone przez odpowiedzialnych polityków. Chyba najbardziej przekonujące, głębokie wyjaśnienie dał niemiecki filozof, Martin Heidegger (zapewne z uwagi na swoje polityczne poglądy bliski „Konfederacji”). Ludzie uciekają przed śmiercią w świat konsumpcji, starają się zapomnieć o byciu, które jest tylko odcinkiem (czasowość, historyczność).

Ucieczka w świat konsumpcji wynika w największym sensie z lęku przed śmiercią, chęci zapomnienia śmierci.

Heidegger, opierając się na starożytnym micie troski, wyróżnił trzy struktury czasowe egzystencji: 1) faktyczność, ludzie znajdują się zawsze w jakimś świecie, wśród realnych okoliczności, tu i teraz; 2) egzystencjalność, ludzie wybiegają myślami przed siebie, patrzą do przodu i spotykają bolesną, traumatyczną perspektywę śmierci, końca bycia; 3) upadłość, ludzie uciekają w świat konsumpcji, bo gdy są zanurzeni w impecie konsumenckim, gdy znajdują się w ferworze konsumpcji, łatwiej im zapomnieć o śmierci.

Oponent Heideggera, Theodor Adorno, wybitny przedstawiciel Szkoły Frankfurckiej, pisał, że muzyka i świat rozrywki/konsumpcji stanowi ukojenie w cierpieniach tego świata, jest czymś w rodzaju „znieczulenia”, pozwala ludziom łatwiej przejść przez życie, bez refleksji o nieodzownej śmierci. Filozofowie marksistowscy twierdzili, że religia i konsumpcja, aczkolwiek wydają się zupełnie przeciwstawne, to w gruncie rzeczy spełniają podobną funkcję: ukojenia, „znieczulenia”, i zapomnienia śmierci.

Do tego dochodzi jeszcze „niezgodność prometejska” Günthera Andersa, która powoduje, że ludzie zatracają zdolność moralnego doświadczenia dziesiątek tysięcy ofiar. Złożoność techniczna i przemysłowa świata, szum informacyjny wytwarzany przez elektroniczne media, sprawiają wrażenie, że przekazy płynące z mediów nie dzieją się naprawdę albo są czymś bardzo odległym, co nas nie dotyczy.

Ponadto działa znany z psychologii mechanizm wyparcia (obecnie funkcjonuje w sensie zbiorowym). W roku 2002 dwóch izraelsko-amerykańskich psychologów, Daniel Kahneman i Amos Tverski otrzymali Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii, za sformułowanie „teorii perspektyw”, wyjaśniającej proces podejmowania decyzji w warunkach ryzyka. W uproszczeniu wynikało z niej, że ludzie starają się udowodnić to w co już wcześniej uwierzyli i dobierają argumenty, przesłanki w sposób wybiórczy, czyli takie, które pasują do ich tezy, w większym stopniu faworyzując prognozy optymistyczne.

W ramach teorii perspektyw wyróżniono m.in. efekt pewności i efekt izolacji; pierwszy polega na tym, że preferowane są prognozy, które przynoszą pewny zysk; drugi (efekt izolacji) funkcjonuje w ten sposób, że ludzie przejawiają skłonność do upraszczania skomplikowanych problemów.

Dlatego populistyczna, choć pozornie atrakcyjna i fałszywie optymistyczna propozycja „Konfederacji” tak skutecznie trafia do ludzi i wywołuje taki entuzjazm. Ludzie po prostu chcą w to wierzyć. Dodatkowo są już zmęczeni.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Spalili Kaczyńskiemu kandydata na premiera


Kwity” na Obajtka wyciągnął Ziobro, a właściwie układ: Ziobro i Szydło. Wiem to z bardzo sprawdzonych źródeł bliskich PiS.

Roman Mańka: Przez długi czas Obajtek był człowiekiem Szydło. Ale półtora roku temu miała miejsce sytuacja, w której, w sposób dość upokarzający, zlekceważył byłą premier. Szydło przeżyła szok. Od tego momentu prezes „ORLENU” zaczął się dystansować od tandemu Szydło-Ziobro.

Rosnąca pozycja
W polityce takie rzeczy się zdarzają i to być może uszłoby mu na sucho, gdyby jednocześnie dynamicznie nie zaczęła rosnąć jego pozycja. Obajtek poczuł się silny i Szydło oraz Ziobro przestali mu być potrzebni. Zaczął bezpośrednio orientować się na prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Zbiegło się to w czasie z momentem, kiedy w oczach Kaczyńskiego zaczął tracić Mateusz Morawiecki. Przywódca PiS coraz częściej myślał o wymianie premiera. Dla wtajemniczonych w polską politykę nie jest tajemnicą, że Kaczyński „wynajmuje” ludzi do konkretnych ról. W ten sposób postąpił kiedyś z prof. Zytą Gilowską, Januszem Kaczmarkiem, Beatą Szydło, Mateuszem Morawieckim. Później ich “wypluwa”.

Nowy ład
Czas tego ostatniego zaczął się kończyć. Nową zaś „twarzą” PiS miał stać się Daniel Obajtek. On świetnie pasował (lepiej niż Morawiecki) do ducha PiS-u: były wójt, nie bankier, z małej miejscowości, wywodzący się z ludu. Tak jak kiedyś Beata Szydło wpisywał się w mentalność PiS. Miał symbolizować nowy okres w trakcie rządów PiS-u, po uporaniu się z koronawirusem. Miał być „twarzą” „nowego ładu”, programu, którego zadaniem jest odbudowanie PiS. Prawdopodobny był również wariant, że stanie się najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia Jarosława Kaczyńskiego w partii. To zaś bardzo mocno krzyżowało plany Ziobro i Szydło.

Kalkulacja polityczna
Dlatego Ziobro wyciągnął z szafy „kwity”, a właściwie nagrania na Obajtka. Raz, że Obajtek zdradził swoich dotychczasowych towarzyszy, zdystansował się od nich. Jednak ważniejsza była kalkulacja polityczna: Szydło i Ziobro ocenili, że Morawiecki jest już słaby, że już im tak mocno nie zagraża, gdyż stracił pozycję, jaką niegdyś cieszył się u prezesa Kaczyńskiego. Tymczasem wymiana Maroawieckiego na Obajtka odświeżyłaby PiS. Na początku Obajtek mógłby stać się silny. Na bazie „nowego ładu” przeprowadzono by przyspieszone wybory parlamentarne, a układ Ziobry i Szydło nie znalazłby się na listach wyborczych.

Materiały na Obajtka wypłynęły z prokuratury kierowanej przez Zbigniewa Ziobro i Bogdana Święczkowskiego.

Ziobro przewidywał, że ze świeżym Obajtkiem, budującym sobie szybko wpływy w głębokim terenie PiS, wśród posłów, działaczy partii, ale również samorządowców (Obajtek sam był kiedyś samorządowcem, a więc dobrze czuł doły), będzie dużo trudniej wygrać niż z Morawieckim.

Dla Szydło i Ziobro dużo lepszy, korzystniejszy jest słaby, zgrany Morawiecki niż świeży i silny Obajtek.

Różnie może być
Czasami takie sytuacje mogą być paradoksalne i przełomowe. Morawiecki stał się – na zasadzie efektu ubocznego – beneficjentem tej rozgrywki. W polityce jest niekiedy podobnie, jak na wojnie, jeżeli się kogoś nie dobije, nie zniszczy do końca, nie doceni, to później zaskakująco oraz niespodziewanie rośnie w siłę.

Morawiecki nie będzie miał łatwo, ale ta sytuacja go wzmocniła i nie można przesądzać do końca jego losu. Jak mawiała Hannah Arend: „polityka, obok religii, to taka dziedzina, gdzie zdarzają się różne cuda”.

Obajtek premierem już na pewno nie zostanie. A Kaczyński w tej chwili nie ma innego kandydata do zastąpienia Morawieckiego. Jeżeli Morawiecki dobrze wykorzysta olbrzymie pieniądze z Unii Europejskiej, a gospodarka ruszy (w Niemczech eksperci zapowiadają konsumpcję po koroonawirusie) różnie to może być.

Wiele będzie zależało od trzech czynników: sytuacji gospodarczej; rozwoju konfliktów wewnątrz PiS; kondycji opozycji i kwestii, czy opozycja znajdzie jakąś wspólną formułę.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Indyk Poppera, a zatruta szczepionka…


Jeżeli dzień, dwa dni lub tydzień po zaszczepieniu ktoś umarł, dla antyszczepionkowców, związanych przede wszystkim z „Konfederacją” jest to dowód, że szczepionki zostały zatrute, źle przygotowane i zabijają.

Roman Mańka: David Hume, jeden z głównych przedstawicieli empiryzmu, miałby inne zdanie. W tak przedstawionym argumencie nie ma nic więcej poza następstwem czasowym, zaś następstwo czasowe nie jest dowodem.

Sekwencje korelacji to nie dowód…
Czy gdy ktoś umrze dzień po wypiciu herbaty mówimy, że zabiła go herbata…?! Nawet gdyby człowiek umarł 10 sekund po wypiciu herbaty, nie można stwierdzić, że herbata była zatruta i go zabiła.

Jednak w teorie rozpowszechniane na całym świecie przez środowiska nacjonalistyczne, całkiem spora część ludzi wierzy. Dlaczego?

Logiczny atomizm
Jest to głębszy problem niżby się wydawało. Ludzie przejawiają skłonność do myślenia metafizycznego. Jak wykazał Bertrand Russel, postrzegają świat przez własną świadomość: dane sensoryczne, które odbieramy, a które są pierwszorzędnymi czynnikami wiedzy, trafiają do naszego umysłu, w którym powstają różnego rodzaju konstrukcje, czyli drugorzędne czynniki wiedzy. Poznajemy świat przez naszą świadomość. Świat dzieli się na zewnętrzny (realny) i postrzegany (mentalny). My widzimy ten postrzegany, odbieramy go przez naszą świadomość, a składa się on z danych sensorycznych pochodzących od zmysłów i naszych logicznych konstrukcji artykułowanych w języku. Echa tej filozofii, mimo że Russel nie był idealistą a empirystą, sięgają do Starożytnej Grecji i Platona, aczkolwiek pewnie dużo bliższym odwołaniem byłby żyjący setki lat później, zaliczany do empiryków George Berkeley i jego immaterializm.

Niedoskonałość gramatyki
Ludzie postrzegają świat poprzez świadomość i język. Tymi dwoma ostatnimi wymiarami rządzi logika. W języku wszystko ma być na swoim miejscu: podmiot, orzeczenie, przymiotnik. Rzeczywistość językowa opisywana jest za pomocą czasów: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Jak zauważył Henri Bergson: to co my dajemy światu, to sekwencja, postrzegamy go w ramach sekwencji, a więc następstwa, z wielu różnych dźwięków tworzymy jedną melodię; to zaś co otrzymujemy ze świata, to dystynkcja. Friedrich Nietzsche zauważył, że gramatyka jest logiczna, opisujemy rzeczywistość w konwencji przyczynowej: następstw; oczekujemy, aby w zdaniu językowym występował podmiot i orzeczenie. Przez tę logikę, jak wskazał Nietzsche, gramatyka staje się metafizyczna. Metafizyka znajduje się nie tylko w religii, lecz również w języku i w naszym życiu.

Pragniemy nie tylko Boga, ale w ogóle podmiotu, przyczyny.

Świadomość nie jest lustrem
I to jest właśnie pułapka, w którą ludzie wpadają. Chcą żeby zewnętrzny świat był taki sam jak język, by rzeczywistością fizyczną rządziły identyczne (logiczne) prawa, co wewnętrzną świadomością. Lecz, niestety, świat jest inny niż nasz umysł. Zdroworozsądkowa teoria lustrzanego odbicia jest błędna. Hipoteza reprezentacji Franzca Brentano zawodzi. Świadomość nie jest wiernym lustrem rzeczywistości. W świadomości mieszają się dane odbierane przez zmysły z konstrukcjami umysłu. Nasz umysł bardziej interpretuje świat niż postrzega. Logika ma zastosowanie do prawd umysłu, ale nie wystarczy żeby opisać rzeczywistość.

Indukcjonizm czasami zawodzi
Myślenie w kategoriach następstw wynika z indukcyjnego opisywania świata. Stad bierze się właśnie atrakcyjność fałszywego argumentu, że jeśli ktoś umarł dzień po otrzymaniu szczepionki, to właśnie ta szczepionka musiała go zabić. Jest to zwulgaryzowane indukcyjne myślenie, według schematu: jeżeli coś następuje po sobie, to istnieje związek przyczynowy; albo jeśli coś zdarzy się trzy razy pod rząd, to musi istnieć reguła.

Dla Indyka myślenie indukcyjne skończyło się tragicznie.

Dla indukcjonistów, Karl Popper, wybitny filozof nauki, twórca metody falsyfikacji, miał taką oto odpowiedź. Przeszła ona do historii filozofii jako „indyk indukcyjny Poppera”.

Indykowi pierwszego dnia przynieśli jedzenie. Po czym indykowi przynieśli jedzenie drugiego dnia. Również trzeciego dnia przynieśli indykowi jedzenie. Następnie czwartego dnia też mu przynieśli. Po czym indyk pomyślał sobie, że piątego dnia też mu przyniosą i zawsze już będą mu przynosić jedzenie. Tymczasem piątego dnia przypadło Święto Dziękczynienia, indykowi przyszli uciąć łeb i zanieśli komuś innemu na talerzu jako jedzenie.

Niczym kot Schrödingera
Nigdy nie zapomnę pewnego epizodu z mojej młodości. Mój kolega miał żal do księdza, bo źle wyrażał się o nim wobec jego dziewczyny. Koniecznie chciał się na księdzu zemścić, zrobić mu na złość. Pewnego wieczoru namówił mnie, aby nocą zakraść się na podwórko plebani, podejść do drzwi i zablokować księdzu przycisk od dzwonka, tak aby permanentnie dzwonił. Kiedy zbliżaliśmy się do plebani, w oknach było ciemno, co wskazywało, że księdza nie ma w domu. Aż tu nagle zapaliła się żarówka umieszczona na zewnątrz, nad drzwiami frontowymi. My w długą. Przeskoczyliśmy dwa razy przez kościelny parkan, a następnie jeszcze z pół kilometra biegliśmy po oranym polu.

Kolega mówi do mnie: „jaki on czujny, był w domu, widział nas, zapalił światło” (…) „co on nie ma co robić tylko całą noc patrzy w ciemne oka i pilnuje”.

Sens zdarzenia zrozumiałem dopiero dwa miesiące później. Był wielki piątek przed Wielkanocą. Stałem wówczas przed Kościołem. Po sąsiedzku jest zlokalizowana plebania. Obydwa budynki przedziela parkan. W pewnym momencie zobaczyłem kota zbliżającego się do domu księdza. Nikogo więcej poza kotem na podwórku nie było. Gdy kot uczynił jeszcze kilka kroków, światło nad drzwiami się zapaliło. Ksiądz był już wówczas w Kościele i nie mógł zapalić światła. Przyczyną zapalającego się światła był po prostu czujnik ruchu, w tamtych czasach jeszcze technika mało znana.

Pułapka logiki…
Może to zabrzmi paradoksalnie, może nawet absurdalnie, ale wszystkich przestrzegam przed logicznym myśleniem, a już na pewno przed redukowaniem dowodzenia do prostej logiki. Logika rządzi naszym umysłem, zaś rzeczywistością rządzi chaos. Jeżeli chcemy odzyskać świat, poznać rzeczywistość musimy dokonać właśnie oczyszczenia świata z logiki, musimy spojrzeć na rzeczywistość nie logicznie a fenomenologicznie, czyli bez nastawień, bez wstępnych tez, bez teorii, bez uprzedzeń, bez tradycji, bez tematyzowania. Musimy dokonać operacji, którą Edmund Husserl nazwał redukcją fenomenologiczną (słynne epoche), zaś Martin Heidegger redukcją ontologii ogólnej do ontologii fundamentalnej.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Słabość systemu partyjnego!


Z sondażu przeprowadzonego przez Instytut Badan Spraw Publicznych, na zlecenie portalu „StanPolityki.pl” wynika, że gdyby wybory odbyły się dziś, wygrałaby je „Polska2050” Szymona Hołowni (31,26 proc.), na drugim miejscu uplasowałby się PiS (26,96), a trzecią lokatę zajęłaby Koalicja Obywatelska z rezultatem 18,85, czwarta byłaby Lewica (9,34).

Roman Mańka: Teraz widać, jak bardzo słaby i niestabilny mamy system partyjny i jak mylili się ci, którzy narzekali na jego „zabetonowanie”. „Zabetonowanie” zewnętrzne nie jest problemem, bo daje stabilność systemu politycznego (a stabilność to cnota, a nie mankament czy wada); problemem jest „zabetonowanie” wewnętrzne, w głębi partii politycznych oraz – jak ja to nazywam – charyzmatyczny, patriarchalny charakter polskich ugrupowań politycznych. Wewnątrz polskich partii nie ma demokracji.

Redefinicja sympatii
Prognozowałem, że to co się stanie w roku 2021, to zmiana pozycji i statusu KO. W układzie dialektycznym jest tak, że gdy trzeci element stanie się drugim, czyli wejdzie w oś dialektyczną (w polaryzację), to zaczyna „połykać” dotychczasowego drugiego; tu trzecie element stał się pierwszym.

To nowa dynamika.

Moim zdaniem, to może być krytyczny moment rekonfiguracji polskiej polityki. Tendencję uchwyconą w tym sondażu uważam za wysoce prawdopodobną. Gdy dotychczasowy trzeci element (Hołownia) zastępuje dotychczasowy drugi (KO), a w tym przypadku wyszedł nawet na pierwsze miejsce, uruchamia się kilka procesów: pierwszy to doorientowywanie negatywne, a więc przesunięcie poparcia na ten obiekt, który ma największe szanse zwyciężyć z obiektem, który wyborcy chcą odsunąć od władzy (prawo tamy) – to już się dzieje, zwłaszcza wśród elektoratów sympatyzujących z formacjami opozycyjnymi; po drugie, wsparcie ze strony elementu klientelistycznego, w polskiej polityce, wśród osób aktywnych dominuje czynnik koniunkturalny, w ten sposób motywowani klientystycznie działacze będą redefiniować swoje sympatie – to już widać, i w ramach tego procesu Hołownia będzie pozyskiwał z każdej strony grupy interesów: i z opozycji, z PiS, najwięcej z KO; po trzecie, konformizm za darmo *zasada: „biegnij na pomoc zwycięzcy” – po prostu część wyborców lubi popierać tę partię, która lideruje sondażom oraz ma szansę wygrać wybory.

Reaktywacja POPiS-u
Co zagraża Hołowni? Wyjście jego partii na pozycję lidera jest trochę przedwczesne. Mam ambiwalentne odczucia, co do utrzymania tej lokaty – może być tak, że Hołownia się jeszcze bardziej wzmocni, lecz może być też tak, że nie dowiezie miejsca lidera do wyborów.

A wybory, przy takiej strukturze sondaży, raczej nie będą przedterminowe. Chyba, że w „Zjednoczonej Prawicy” wybuchnie konflikt, którego nie można będzie zażegnać/opanować. Na marginesie można powiedzieć, że pierwsze miejsce Hołowni w badaniach preferencji politycznych, to dla PiS szansa na dotrwanie do końca kadencji.

Zagrożeniem dla Hołowni jest to, co jest też jego siłą. Pozycja numer jeden w sondażach, jeśli inne ankiety to potwierdzą, oznacza reaktywację (mobilizację) PO-PiSu. Obydwie, dotychczas najbardziej popularne partie, będą zainteresowane, aby „zniszczyć” Hołownię. Widzieliśmy to już w ostatnich wyborach prezydenckich, kiedy PiS i KO dogadały się w sprawie wymiany kandydata – bez przyzwolenia PiS, KO nie udałoby się wymienić Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego. PiS i PO zagrożone zburzeniem dualistycznego układu przez kogoś trzeciego mogą zacząć mocniej współpracować.

System partyjny w Polsce to katastrofa. Jest to jedna z największych dysfunkcji państwa.

Stara jakość
Szybki skok ruchu „Polska2050” na pozycję lidera sondażu/y wskazuje na ogromną słabość polskiego systemu politycznego oraz niską świadomość wyborców. Partia Hołowni nie funkcjonuje nawet w rejestrach partii politycznych. Nie posiada wiarygodnego, kompleksowego programu, ani struktur terenowych. Brak kadr.

Jest produktem czysto wirtualnym, marketingowym. W zasadzie nie proponuje nowej polityki, tak jak deklaruje (to pozory), tylko starą, i to jeszcze w najgorszym wydaniu.

Świadczy to również niestety o niskiej świadomości wyborców. Hołownia nie posiada żadnych atutów przywódczych, które mogłyby go predestynować do roli polityka wielkiego formatu oraz męża stanu. W debatach prezydenckich wypał przeciętnie, charyzmy, zmysłu strategicznego, a także zdolności do kształtowania wizji czy programów też u niego nie widzę.

Ulica nie zawsze mówi prawdę…
Na koniec, sprawdza się to co mówiłem niedawno w „Halo Radio”. Teraz widzimy jak w rzeczywistości społeczno-politycznej silne są pozory (jak w filozofii Platona). Sądząc po niedawnych ulicznych protestach można by było powiedzieć, iż w Polsce mamy do czynienia z lewicową rewolucją, że następuje ogromny przechył w lewo. Jeszcze raz potwierdza się reguła, o której często mówię: ulica nie jest najlepszym barometrem. W maju 1968 roku we Francji protestowało w Paryżu milion osób, a miesiąc później wybory parlamentarne wygrała prawica; lewica doszła tam do władzy dopiero 13 lat później (Mitterrand).

Gdyby podliczyć głosy stron politycznych wg cytowanego sondażu, to centroprawica i prawica ma łącznie (nie licząc KO), co najmniej 63 proc. Taki wniosek byłby jednak zbyt wielkim uproszczeniem, ale wyniki tego sondażu pokazują jednak, że niedawne uliczne protesty nie przekładają się w prosty sposób na sympatie polityczne; nie ma adekwatności, korespondencyjności pomiędzy przestrzenią społeczną a polityczną.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Największa porażka III Rzeczpospolitej: wychowaliśmy konsumentów a nie obywateli!

Co jest największą porażką Polski po 1989 roku? Którego z fundamentalnych, zasadniczych celów nie udało się osiągnąć? Jaki popełniono błąd? Odpowiedź jest dość paradoksalna: nie zdołano uzyskać czynnika, który najczęściej deklarowano, podkreślano, mówiąc o nim jako o czymś oczywistym, jako o swego rodzaju truizmie. W ferworze reformatorskiego entuzjazmu okresu transformacji wielokrotnie przywoływano ideał społeczeństwa obywatelskiego, tymczasem nad Wisłą zbudowano coś dokładnie przeciwnego: społeczeństwo konsumpcyjne.

Roman Mańka: Obywatelskość można definiować na różne sposoby. Z najczęściej stosowanych odnajdujemy takie kryteria jak: aktywność, uczestnictwo, zaangażowanie. Pojęcie to jest ściśle powiązane z demokracją: bez obywatelskości demokracja nie ma jakości, albowiem o wartości demokracji nie decydują w pierwszej kolejności jej ramy, a treść. Zetem obywatelskość to kluczowy i fundamentalny parametr systemów demokratycznych, cytując naszego rodaka, papieża Jana Pawła II, można powiedzieć: „nie ma demokracji bez partycypacji”. Czytaj dalej Największa porażka III Rzeczpospolitej: wychowaliśmy konsumentów a nie obywateli!

Partia środka…


Strategia PiS na najbliższe lata będzie polegała na próbie przejścia w centrum. Granie aborcją służy właśnie temu celowi; ma pokazać umiarkowaną, powściągliwą formację rządzącą, w kontrze do ekstremizmów.

Roman Mańka: W okresie sprawowania władzy przez koalicję PO-PSL, dr Marek Kochan zidentyfikował zachowanie Platformy, jako budowanie silnego centrum przeciwko ekstremizmom. Było to w czasach (rok 2013), kiedy podczas organizowanych przez środowiska narodowe „Marszów Niepodległości” rozgrywały się ekscesy: szowinistyczne hasła, uliczne rozróby, niszczenie mienia oraz spektakularne walki z policją. To wtedy służby specjalne, na rzekome nieoficjalne polecenie ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Bartłomieja Sienkiewicza, miały użyć prowokacji w postaci podpalenia budki pod rosyjską ambasadą. Wszystko po to, aby pokazać ekstremizm opcji narodowej. Pod drugiej stronie też był kandydat, świetnie nadający się do odgrywania roli radykalizmu: Palikot i stojąca za nim antyklerykalna lewica.

PO próbowała przedstawiać opinii publicznej PiS jako tą samą stronę co narodowcy, jeden obóz (w czym jest zresztą sporo prawdy), tymczasem siebie prezentując społeczeństwu, jako jedyną siłę, polityczne, umiarkowane centrum, zdolną do powstrzymania ekstremizmów.

Niektórzy eksperci, w tym m.in. prof. Antoni Dudek, z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, sugerowali, iż Platforma może się stać, podobnie jak niegdyś chadecja we Włoszech, partią hegemoniczną, sprawującą władzę przez długie lata, na zasadzie „tamy” czy „blokady” wobec innych radykalnych sił, mogących dojść do władzy. We Włoszech chadecja sprawowała władzę w różnych koalicjach z socjalistami, socjaldemokratami, i liberałami, przez 47 lat od zakończenia II wojny światowej, na zasadzie mniejszego zła, gdyż po przeciwnej stronie była włoska partia komunistyczna i właśnie jej obawiało się społeczeństwo Italii.

PiS obecnie usiłuje zastosować podobną strategię, jak PO w czasach, gdy formacja ta sprawowała władzę: (czyli) akcentować ekstremizmy, intensyfikować oraz pogłębiać polityczny podział kulturowy, a samemu manifestować się jako rozsądna, siła umiaru, znajdująca się w centrum sceny politycznej.

Legitymizacja symboliczna („błogosławieństwo” elit)
Przemieszczanie się w kierunku centrowym różnych ugrupowań politycznych (zwłaszcza tych, które sprawują władzę), nie jest niczym nowym. Często jest to związane z typem legitymizacji, jakiej w danym momencie procesu politycznego oczekują politycy. Można orientować się na dwa różne sposoby: 1) na społeczeństwo; i na 2) elity. Społeczeństwo jest potrzebne, kiedy walczy się o władzę i właśnie wówczas partie starają się zabiegać o poparcie ludu, w kontrze do elit; jednak, gdy już dana formacja dojdzie do rządzenia, gdy zacznie oswajać się z władzą, wówczas bardziej istotna staje się legitymizacja artykułowana ze strony establishmentu, czyli zabieganie o poparcie elit.

Te dwa typy legitymizacji wynikają pośrednio z taksonomii, jakiej swego czasu dokonał włoski socjolog i politolog, Gaetano Mosca, który podzielił wspólnotę polityczną na: elity oraz resztę społeczeństwa.

Pierwszy czynnik znajduje się w mniejszości (niejednokrotnie w dramatycznej), jednak posiada trzy istotne cechy, które w pewnych warunkach mogą dawać mu przewagę: przede wszystkim posiada zdolność organizacyjną i potencjał opiniotwórczy, a co za tym idzie: umiejętność do mobilizowania, ale i demobilizowania społeczeństwa.

Tymczasem to co Mosca określił jako resztę społeczeństwa znajduje się w przytłaczającej większości, lecz mankamentem społeczeństwa jest brak zdolności organizacyjnej. Jeżeli, wychodząc już poza teorię Moski, poziom tzw. społeczeństwa obywatelskiego jest niski, jeśli niska jest również jego polityczna świadomość, wówczas łatwo jest to społeczeństwo dezinformować i demobilizować albo mobilizować grupy kompletnie nieświadome, co w istocie jest mobilizacją negatywną, a więc czymś gorszym od mobilizacji.

Czasami będące w mniejszości elity, z uwagi na swój potencjał organizacyjny oraz kapitał kulturowy, stają się dla rządzących dużo lepszym partnerem strategicznym, niż zdezorganizowane społeczeństwo; dużo też łatwiej jest zaspokoić oczekiwania establishmentu (choć zazwyczaj gorsząco kosztowne) od potrzeb społeczeństwa.

Establishment posiada nad społeczeństwem jeszcze jedną przewagę w zabieganiu o zapewnianie legitymizacji rządzącym: (otóż) może on udzielać tzw. kapitału kulturowego, a ujmując problem bardziej precyzyjnie, symbolicznego. Elity rządzące, aby być postrzegane jako elity w głębszym sensie, i aby wchodzić w skład szerszego spektrum bardziej uniwersalnie rozumianych elit, muszą posiadać kapitał symboliczny, będący konwersją kapitału kulturowego. Inaczej mówią i uciekając się do zwulgaryzowanego lecz wymownego przykładu, aby rządzący pozyskiwali kapitał symboliczny, Beata Kępa musiałaby zjeść obiad z Krystyną Jandą, bądź z Małgorzatą Rozenek-Majdan.

Mechanizm ten znakomicie zdefiniował francuski antropolog symboliczny i socjolog, Pierre Bourdieu, rozróżniając tzw. pola, m.in. pole władzy, pole produkcji kulturowej; pole polityczne, pole ekonomiczne.

Władza polityczna, lub różne czynniki polityczne wchodzące w obszar pola politycznego, zazwyczaj balansują pomiędzy społeczeństwem (które możemy nazwać polem społecznym), a terenem, określonym przez Bourdieu, jako pole produkcji kulturowej. Gdy trzeba odróżnić się od elit w walce o władzę, rządzący jawią się bliżej pola społecznego, podkreślając swoją fizyczność w opozycji do kulturowości elit; ten schemat ma zazwyczaj miejsce, gdy dana formacja polityczna dopiero idzie po władzę; gdyż zaś konkretne ugrupowanie już znajdzie się w procesie rządzenia, wówczas potrzebuje kapitału symbolicznego, który może zapewnić oraz udzielić pole produkcji kulturowej (elity kulturowe); wówczas rządzący podkreślają swoją kulturową wyższość w opozycji do fizyczności społeczeństwa, i w ten właśnie sposób tworzą dystanse nieodzowne do sprawowania władzy.

Dystans jest kategorią ambiwalentną: dzięki niemu władzę się utrzymuje, utrwala, lecz z jego powodu (gdy dystanse pomiędzy rządzącymi a społeczeństwem są zbyt wielkie) – również traci.

Ewolucja
Każda władza lub formacja znajdująca się w drodze do rządzenia, musi określić swój stosunek do elementu klientelistycznego, czyi do status quo (kulturowego czy ekonomicznego). Do wyboru ma co najmniej trzy możliwości: 1) całkowicie doorientować się do status quo; 2) całkowicie mu zaprzeczyć; bądź 3) doorientować się częściowo albo stopniowo.

PiS wybrał trzecią drogę.
Jednocześnie prawie wszystkie partie, które zdobyły władzę, prędzej lub później, modyfikują swoją lokalizację w przestrzeni politycznej (nie mylić ze sceną polityczną) i przemieszczają się w kierunku położenia centrowego; przy czym centrowość może tu być rozumiana również na kilka sposobów: np., jako wspomniane powyżej zbliżenie do elit, a więc doorientowanie do elementu klientelistycznego status quo, w celu uzyskanie legitymizacji symbolicznej, a w jej ramach czerpania kapitału symbolicznego czy ekonomicznego; lub w rozumieniu klasycznym, jako zajęcie miejsca w centrum sceny politycznej, czyli blisko punktu środka na odcinku lewica – prawica; albo wreszcie, jako zabieganie o wyborców cechujących się mniejszą intensywnością politycznego zaangażowania, bardziej neutralnych, o niższym poziomie socjalizacji politycznej oraz identyfikacji światopoglądowej.

Z wypowiedzi prof. Waldemara Parucha, jeszcze do niedawna głównego stratega PiS, byłego szefa Centrum Analiz Strategicznych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wynikało, że PiS zwyciężał w wyborach przeprowadzonych w latach 2019-2020, odwołując się do tzw, jak ich określił sam Paruch, „wyborców nisko-politycznych”, a zatem tych, którzy nie posiadają silnie zdefiniowanych poglądów politycznych.

Zazwyczaj przesunięciu pozycji formacji rządzącej w stronę establishmentu czy w kierunku elit, towarzyszy także modyfikacja miejsca partii sprawującej władzę na scenie politycznej, właśnie w kierunku centrum.

Populizm jest bardziej użyteczny, kiedy się walczy o władzę, gdy się natomiast ją sprawuje obiektywnie dużo trudniej jest opierać się na populizmie. Gdy w roku 1922, w rezultacie „marszu Czarnych Koszul”, faszysta Benito Mussolini został przez króla Emanuela III mianowany premierem Włoch, stopniowo zaczął przesuwać się z pozycji obrońców uboższych grup społecznych w stronę reprezentantów elit, klasy średniej, oraz klas bogatszych.

Ta ewolucyjność ugrupowań o różnym stopniu populizmu obserwowana była w wielu krajach: we Francji, po tym, jak na czele Frontu Narodowego, Jean Marie Le Pena zastąpiła jego córka, Marin Le Pen, ugrupowanie (jednak) wykonało krok w kierunku centrum, w większym stopniu odwołując się do klasy średniej, dzięki czemu między innymi wygrało wybory do Europarlamentu w 2014 roku, otrzymując poparcie na poziomie 24,86 proc. i tym samym zdobywając 23 mandaty.

Pod koniec XX wieku manewr modyfikacji położenia na scenie politycznej z wielkim sukcesem wykonała w Wielkiej Brytanii Partia Pracy, za sprawą swojego przywódcy, Tony’ego Blaira. Zapewniło jej to bezapelacyjne zwycięstwo nad konserwatystami, po ich bez mała dwóch dekadach dominacji oraz spowodowało uzyskanie bezwzględnej, samodzielnej większości: 179 mandatów w Izbie Gmin. Osiągnięcie zostało powtórzone w dwóch kolejnych wyborach: 2001 i 2005 roku.

Metamorfoza formacji rządzących, wyrażająca się w przejściu od ekstremizmu czy populizmu w kierunku elit i centrum, nie jest niczym nowym. Także w Polsce miała miejsce. Typowym tego przykładem jest SLD. Na początku lat 90. XX wieku było to ugrupowanie radykale, o wyraźnie antyestablishmentowym charakterze. Niczym tradycyjna lewica werbalnie wypowiadało się przeciwko najbogatszym warstwom społecznym, kwestionowało rozpoczętą nad Wisłą w 1989 roku transformację ustrojową, a także euroatlantycki kurs Polski, będąc m.in. przeciwko przystąpieniu Polski do NATO.

Po zdobyciu władzy wykonawczej w roku 1993 oraz prezydenckiej w 1995, SLD odeszło od swoich populistycznych, rewindykacyjnych, a nawet lewicowych, socjalnych postulatów, stając się typową partią elit. Pod koniec lat. 90 XX wieku i na początku trzeciego tysiąclecia, establishment uwielbiał SLD, o czym świadczy choćby „eskapada” Lwa Rywina do Adama Michnika.

Niewolnik własnego elektoratu
Czy PiS wykona podobny manewr? Zbliżenie z elitami, dużo większy poziom fraternizacji z establishmentem, jak również przesunięcie na scenie politycznej w kierunku centrum, jest dla PiS-u korzystne z dwóch głównych powodów: pierwszy można określić jako merkantylny i jest on związany z tym co nazywa się konsumpcją władzy; drugi wynika z potrzeb strategicznych zorientowanych na utrzymywanie władzy.

Każda władza, w tym również PiS, chce konsumować korzyści związane z rządzeniem. Nie ograniczają się one jedynie do czerpania z immanentnego kapitału posiadanego przez państwo, czyli zarobków z tytułu świadczonej pracy w aparacie administracyjnym państwa, czy beneficjów płynących z okoliczności zasiadania w spółkach skarbu państwa (samych funkcjonariuszy partyjnych PiS, jak i ich rodzin). Dużo większe zyski dla środowisk oraz grup składających się na obóz władzy, w tym przypadku PiS, może dać to, co socjolog związany z PiS, prof. Andrzej Zybertowicz, określił niegdyś jako „klientelistyczną sieć korzyści”, a więc wejście z rozmaitymi grupami interesów w relacje klientelistyczne, czy może nawet korupcyjne. Zbudowanie takiego klientelistycznego układu może zapewnić formacji rządzącej lub raczej funkcjonującym w jej ramach koteriom, wiele wymiernych korzyści; choćby tego rodzaju działania jak lobbing w parlamencie na rzecz konkretnych rozwiązań legislacyjnych (a stopień przeregulowania stanowi często barometr korupcji), jest w stanie przynieść określone, niebagatelne zyski.

Jednak w polityce nie chodzi tylko o pieniądze. Ważne są również korzyści niewymierne. Gdy formacja rządząca wejdzie z „klientelistyczną siecią korzyści” (czyli tym co w uproszczeniu możemy nazwać elitami, a co Pierre Bourdieu określił jako pola: produkcji kulturowej, bądź ekonomicznej), tworzy się pewnego rodzaju „pole grawitacyjne” dysponujące ogromną siłą politycznego, kulturowego oraz ekonomicznego oddziaływania. Taka struktura, złożona z jednej strony z politycznego pola władzy, a z drugiej z sprzyjającej jej pól kulturowych, jak i ekonomicznych czy biznesowych, posiada niebywałą zdolność opiniotwórczą, a także mobilizacyjną. Dzięki temu może kontrolować obieg informacji (oficjalny i nieoficjalny), dezinformować, mobilizować i demobilizować wyborców.

Klientelistyczna sieć korzyści jest dla każdej władzy atrakcyjnym sojusznikiem… Czy PiS zawrze układ z „układem”?

W sprawowaniu władzy niezwykle ważne są pieniądze, rozpatrując politykę w aspekcie pragmatycznym, oportunistycznym, czy koniunkturalnym poprzez wejście rządzących w układ z „klientelistyczną sieć korzyści” można czerpać wiele zysków o charakterze ekonomicznym; z puntu widzenia władzy dużo ważniejsze od pieniędzy jest jednak znaczenie, prestiż. Prestiż jest czynnikiem nieodzownym w dążeniu do rządzenia, zdobywania, a przede wszystkim utrzymywania władzy. Jest zarazem najistotniejszym środkiem prowadzącym do władzy, lecz również celem, gdyż władza w sprzężeniu zwrotnym, daje również prestiż oraz wytwarza potencjał jego zdobywania. Ten zaś prestiż rządzącym może zapewnić, to co Pierre Bourdieu nazwał: „polem produkcji kulturowej”.

PiS nie różni się od innych partii funkcjonujących na scenie politycznej. Działacze PiS oraz różne koterie czy środowiska działające w ramach tej formacji są tak samo, a może nawet bardziej napędzani motywami koniunkturalnymi, merkantylnymi, jak członkowie i ośrodki skupione w innych ugrupowaniach. Jak powiedział jednen z niedawno nagranych działaczy PiS z Wałbrzycha: „my jesteśmy tacy sami jak członkowie PO czy SLD” (cytat nie jest wierny, ale całkowice oddaje sens wypowiedzi).

Dla celów konsumpcyjnych PiS już dawno wszedłby w układ z „układem”, który sam swego czasu usiłował werbalnie zwalczać i piętnować: a więc z „klientelistyczną siecią korzyści”. Przemawiają za tym kalkulowane przez działaczy PiS różnego szczebla korzyści prestiżowe oraz ekonomiczne., które następnie mogą zostać rekonwertowane na polityczne zyski.

Jest jednak jeden problem uniemożliwiający PiS-owi wejście w alians ze istniejącym w Polsce status quo, czyli z elitami: żelazny elektorat PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego dysponuje niezwykle specyficznymi wyborcami: można próbować nazwać ich ambitnymi albo pryncypialnymi, lecz obydwa terminy byłyby poznawczo mylące.

W istocie wyborcy PiS nie cechują się pryncypialności ani dogmatycznością; w wielu przypadkach potrafili być niezwykle pragmatyczni czy nawet oportunistyczni, akceptując dla celów strategicznych różnego rodzaju wolty Jarosława Kaczyńskiego i centrali na Nowogrodzkiej. Prawidłowa definicja populacji wyborczej popierającej PiS jest inna: elektorat PiS jest pretensjonalny, zaś jego poparcie wobec „Zjednoczonej Prawicy” napędzane jest przez resentyment, sprowadzający się do nienawiści wobec tego, co sami wyborcy PiS nazywają: „liberalnymi elitami”. Elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego wybaczy wiele, zaakceptuje prawie wszystko, ale nie alians z establishmentem III Rzeczpospolitej, przynajmniej z jego dominującą, ortodoksyjną częścią.

Z tego właśnie powodu, do dziś PiS nie wszedł otwarcie w typowo konsumpcyjną funkcję władzy, nie zawarł sojuszu z „klientelistyczną siecią korzyści. Po prostu stał się niewolnikiem własnego elektoratu.

Substytut dynamitu
PiS przesunie się w kierunku centrum z powodów strategicznych. Będzie to podyktowane dwoma celami: utrzymania przy sobie wyborców, jak to określił po wyborach do Europarlamentu w 2019 roku, jeden z głównych ówcześnie strategów PiS, prof. Waldemar Paruch, „nisko-politycznych”, a więc tych o mniejszym natężeniu emocjonalnym; wrażliwych w większym stopniu na impulsy pragmatyczne czy redystrybucyjne.

W filozofii istnieje pojęcie „posiadania tematu”, jest ono mniej więcej tym samym, co w piłce nożnej posiadanie piłki. Drużyna, która w ujęciu statystycznym dominuje w aspekcie posiadania piłki, może kontrolować rytm gry, a dzięki temu stwarza sobie większe (choć bywają wyjątki) szanse na zwycięstwo.

PiS celowo wrzuca w przestrzeń polityczną tematy ideologiczne, światopoglądowe, emocjonalne, gdyż czyniąc to spycha opozycję do politycznej defensywy i powoduje w jej ramach polityczne podziały. Opozycji może wydawać się, iż jest w ofensywie, że posiada polityczną inicjatywę, lecz to wszystko odbywa się na polach ideologicznych. Tymczasem dla pozyskania albo utrzymania wyborców o mniejszym zaangażowaniu politycznym, dużo istotniejsze okazują się pola pragmatyczne.

Inaczej mówiąc: opozycja dominuje w obszarze ideologicznym, a PiS na terytorium egzystencjalnym. W kontekście wyborów parlamentarnych w 2023 roku (pamiętajmy, że mniej więcej w tym samym czasie odbędzie się elekcja samorządowa), „Zjednoczona Prawica” będzie robiła wszystko, aby utrzymać przy sobie tematy socjalne, aby je, jak mówi filozofia polityki: posiadać.

Rytm gry w dalszym ciągu kontroluje partia Jarosława Kaczyńskiego.

Wg rachub PiS, utrzymanie inicjatywy politycznej w obszarze postulatów egzystencjalnych (socjalnych) ma dla partii znaczenie strategiczne i zapewni sympatię ze strony wyborców centrowych, czyli wg definicji prof., Parucha, wyborców mniej intensywnych w artykułowaniu emocji politycznych, o słabszym poziomie zaangażowania („nisko-politycznych) oraz skromniejszej socjalizacji politycznej.

Drugi poziom definiowania centrowego położenia elektoratu, odwołuje się do stosunku wobec radykalnych postaw w polityce, wobec tego co nazywamy ekstremizmami. Ważnym momentem w polskiej polityce, i paradoksalnie, wbrew temu co twierdzi wielu ekspertów, korzystnym dla PiS, było pojawienie się na scenie politycznej środowisk narodowych, zinstytucjonalizowanych następnie w „Konfederacji”. To pozwoliło „odbić” PiS-owi od skrajnie prawej strony i przesuwać się w kierunku centrum. Diagnoza, że „na prawo od PiS jest już tylko ściana”, dziś nie obowiązuje. Tym samym „Zjednoczona Prawica” może schodzić z osi konfliktu politycznego, a zwłaszcza kulturowego i uciekać od polaryzacji w pragmatyzm, w socjal, w problemy egzystencjalne. Może tworzyć iluzję, że nie jest jednym z dwóch głównych biegunów polaryzacyjnych, a także, że nie jest stroną ostrej wojny światopoglądowej.

Wrzucanie tematów ideologicznych w przestrzeń debaty politycznej, powoduje, że PiS uwypukla ekstremizmy: z jednej strony lewicowy, z drugiej prawicowy, w ramy którego łatwo jest PiS-owi włożyć „Konfederację” oraz środowiska narodowe. Poza tym, za pomocą konfliktów ideologicznych „wypalane” są emocje społeczne i rozładowywane napięcie. Warto przywołać metaforę saperów, którzy detonują miny poprzez celowe wrzucenie granatu na pole minowe. W miarę, jak kolejne dni zaczną Polskę przybliżać do wyborów parlamentarnych, „Zjednoczona Prawica” będzie coraz częściej sięgała po kwestie ideologiczne, aby inspirować ostry, gwałtowny ideologiczny konflikt uwypuklający ekstremizmy – lewicowy oraz skrajnie prawicowy, tymczasem sam PiS spróbuje się zaprezentować jako umiarkowane, rozsądne centrum przeciwko ekstremizmom, siła rozsądna, pragmatyczna, mogąca powstrzymać radykalizmy.

Ideologia jest jak dynamit. Może spowodować wybuch, który przebuduje całą scenę polityczną.

Uruchomienie problemów światopoglądowych (takich jak aborcja czy LGBT) będzie przebudowywało polską scenę polityczną i może automatycznie zepchnąć PO na lewą stronę, zaś PiS przesunąć w kierunku centrum. Taka jest strategia PiS.

Główny nurt PiS z pewnością będzie się starał przesunąć w kierunku centrum. Pytanie jest inne: czy „Zjednoczona Prawica” pozostanie do wyborów w 2023 roku nadal zjednoczona? Czy może rozpadnie się w rezultacie spontanicznych procesów odśrodkowych, czy może z powodów taktycznych i instrumentalnych?

Nie jest wykluczone, iż operacji przesuwania PiS do centrum, będzie towarzyszyła, jako swego rodzaju support, wyreżyserowana, kontrolowana fronda, polityków fundamentalnych oraz radykalnie konserwatywnych, takich jak np. Zbigniew Ziobro czy Przemysław Czarnek, których zadaniem będzie zbudowanie pozornie odrębnego ugrupowania posiadającego zdolność zagospodarowania konserwatywnych, katolickich oraz narodowych wyborców.

Zresztą, w zarysowanej hipotetycznie sytuacji, jeżeli miałoby do niej dojść, momentalnie zafunkcjonują automatyzmu. Jakakolwiek fronda po prawej stronie PiS poskutkuje przesunięciem jego jądra do centrum.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Wchłanianie buntu


W 1968 roku podczas pamiętnych protestów studentów we Francji,
w pewnym momencie, na trasie do Gare de l’Est do placu Denfert-Rochereau swój sprzeciw wobec francuskich władz, prezydenta Charlesa de Gaulle’a oraz premiera Georgesa Pompidou, manifestowało ponad milion osób. Była to wspólna demonstracja środowisk studenckich, robotników
i członków partii komunistycznej.

Roman Mańka: Mimo ogromnej skali społecznego wzburzenia we Francji, do dziś wydarzenia z drugiej połowy lat 60. XX wieku przywoływane są jako symbol spektakularnego buntu, trudno doszukiwać się bezpośrednich konsekwencji politycznych, również kapitalistyczny system organizacji gospodarki nie został zasadniczo zmieniony.

Prezydentem dalej pozostał Charles de Gaulle. Zmiana dotknęła funkcji premiera: Georgesa Pompidou zastąpił Maurice Couve de Murville; ale Pompidou szybko powrócił do francuskiej polityki i to na najwyższy urząd
w państwie, gdy w 1969 roku, w rezultacie przegranego referendum
w sprawie reformy Senatu, de Gaulle zrezygnował.

Wybory parlamentarne z czerwca 1968 roku przyniosły zwycięstwo prawicy gaullistowskiej, socjaliści ponieśli miażdżąca klęskę, komuniści zdobyli 20 proc. Dominacja prawicy we Francji trwało jeszcze przez całą dekadę lat 70., socjaliści doszli do władzy dopiero 13 lat później, kiedy prezydentem kraju nad Sekwaną został François Mitterrand.

Tolerancja represywna
Z francuskiej lekcji płyną wnioski o bardziej ogólnym charakterze, które szanując wszelkie osobliwości, można przenieść na teren innych wspólnot politycznych, w tym również Polski. Obecnie w Polsce trwa zażarty spór światopoglądowy wokół problemu aborcji, środowiska lewicowe organizują intensywne protesty, zaś wielu obserwatorów dopatruje się analogii pomiędzy przykładem polskim a francuskim, mimo nieco innej zawartości merytorycznej konfliktu. Pytanie, jakie pojawia się w tle całej sytuacji, dotyczy kwestii: czy zmiana jest możliwa? Czy w rezultacie społecznych protestów można zmodyfikować system?

Francuski filozof reprezentujący Frankfurcką Szkołę Krytyczną, jednocześnie mentor zbuntowanej młodzieży z roku 1968, Herbert Marcuse, uważa, że nie jest to możliwe. W jego opinii, społeczeństwa industrialne (dziś już postindustrialne), a więc społeczeństwa późnego kapitalizmu, wypracowały pewną specyficzną dynamikę, która neutralizuje poczynania opozycji politycznej, w taki sposób, że zmiana, a mówiąc bardziej precyzyjnie: radykalna zmiana, przestaje być możliwa. Po fali burzliwych protestów, francuscy studenci, a także wspierający ich robotnicy, wycofali się w głąb społeczeństwa konsumpcyjnego, zadowolili się konsumpcją oraz dobrobytem. Na podobną, jak w 1968 roku skalę, sytuacja już się w najnowszej historii Francji nie powtórzyła.

Marcuse używa w tym kontekście, kluczowego chyba dla zrozumienia procesów współczesności terminu, „tolerancji represywnej”. Jest to mechanizm wykształcony przez społeczeństwa konsumpcyjne czy, jak kto woli, industrialne i postindustrialne, który pacyfikuje wszelką możliwość zmian, odnoszących się do głębszej struktury systemu. W żądnym z krajów zachodnich, mimo rozmaitych napięć oraz kryzysów, radykalna zmiana okazała się niemożliwa. Szczególnie w przestrzeni gospodarki status quo zostało utrzymane.

Cicha większość
Strajki kobiet, które miały miejsce w Polsce na jesieni 2020 roku i odbywają się teraz, są jakby kontynuowane, nie nastawiają się na zmianę
o charakterze ekonomicznym, nie odnoszą się do próby zmodyfikowania przestrzeni gospodarczej, jeżeli podnoszona jest w ich ramach problematyka ekonomiczna, to w sposób marginalny i niebezpośredni. Protesty koncentrują się głównie wokół tematu aborcji, która w rezultacie decyzji Trybunału Konstytucyjnego, została mocno ograniczona oraz obalenia rządu. Na ulice wychodzi sporo osób. Niektórzy szacują, że
w jednej z jesiennych demonstracji brało udział nawet 100 tys. manifestujących. Czy to oznacza, że w Polsce może dojść do rychłej zmiany rządu albo wycofania się prawicowej ekipy z zaostrzenia aborcji pod naciskiem protestów?

Oprócz tolerancji represywnej, która w tym przypadku, a więc w obliczu polskich protestów w sprawie aborcji, może mieć jakieś znaczenie, Hektor Marcuse posługuje się drugim jeszcze pojęciem: „cichej większości”. Nazwa ta została zapożyczona od Massimo de Carolisa i pozostaje w stosunku antynomicznym, jest antytezą, do zbuntowanej mniejszości. We Francji lat 60. XX wieku protesty miały niesamowicie intensywny przebieg, mogły wskazywać (patrząc na ulice), że to studenci oraz wspierające ich grupy lewicowe posiadają przygniatającą większość, tymczasem prawda okazała się inna: zorganizowane miesiąc później wybory parlamentarne pokazały, że to Charles de Gaulle i popierająca go formacja prawicowa ma w społeczeństwie dużo większe poparcie.

Fałszywy barometr
Czasami ulica daje fałszywy odczyt sympatii politycznych albo rozkładu opinii w danej sprawie. Czy tak jest w tym przypadku? Trudno powiedzieć. W każdym razie badania preferencji politycznych, analizy socjometryczne, nie pokazują, aby gwałtowne oraz spektakularne protesty w sprawie aborcji miały wpływ na poważną re-konfigurację sceny politycznej. Nie zyskuje lewica, co wielu może dziwić, gdyż demonstracje mają „Lewicowy” charakter. Ale swojego kapitału politycznego nie pomnaża również Platforma Obywatelska.

Dzieje się tak dlatego, że relacja pomiędzy społeczną przestrzenią protestów a polityczną strefą debaty publicznej, jest asymetryczna. Nie istnieje kompatybilność jednego wymiaru w stosunku do drugiego. Strajkujące kobiety nie dysponują zdefiniowaną reprezentacją polityczną. Żadne z istniejących w Polsce ugrupowań nie reprezentuje protestujących jako prosta emanacja polityczna.

Stąd bunt, choć intensywny i głośny, nie koresponduje ze wzrostem sympatii politycznych.

Kluczowe jest jednak użyte przez Massimo de Carolisa, którego sens
w swoich pracach wyrażał również Hektor Marcuse, pojęcie „cichej większości”. Jeśli partia obecnie rządząca Polską (PiS) o coś gra, to jest to właśnie „cicha większość”, a zatem ta populacja, która nie artykułuje swojego niezadowolenia i nie uczestniczy w demonstracjach. Zachowuje się w sposób bierny, często poziom socjalizacji politycznej tej grupy jest niski, lecz pójdzie do wyborczych lokali i można ją bardzo łatwo zmobilizować różnego rodzaju projektami socjalnymi.

Niewidzialna rewolucja
W socjologii polityki istnieje termin posiadania tematu. Dla wyjaśnienia: posiadanie tematu jest mniej więcej tym samym, co w piłce nożnej: posiadanie piłki. Zespół, który dłużej utrzymuje się przy piłce ma większe szans na zwycięstwo (choć to nie reguła) i może regulować rytm gry. PiS celowo wpycha opozycji temat aborcji, aby utrzymać się przy tematach socjalnych, aby posiadać tematy socjalne.

Swego czasu amerykański socjolog, Ronald Inglehart zauważył tak zwaną „cichą rewolucję”, wyrażającą się w niewidzialnym przejściu pomiędzy wartościami materialnymi a postmaterialnymi; pierwsze odwołują się do potrzeb bytowych, związanych z bezpieczeństwem społeczno-ekonomicznym; drugie do potrzeb kulturowych, duchowych, takich jak np. edukacja, samorealizacja, czy prawa człowieka.

O zapotrzebowaniu na określone wartości, o orientacji na konkretne potrzeby, decyduje okres adolescencji, a właściwie niedobór, deficyt
w okresie adolescencji. Nastawiamy się na te wartości, które są deficytowe w czasie dojrzewania. Podstawą jest piramida potrzeb Abrahama Maslowa. W miarę, jak społeczeństwa się bogacą, wahadło zapotrzebowania powinno się przesuwać od wartości materialnych w stronę postmaterialnych.

Pytanie: czy w Polsce to już jest ten czas? Czy uda się wygrać wybory parlamentarne za pomocą akcentowania wartości postmaterialnych, czyli
w uproszczeniu: kulturowych?
PiS zakłada, że nie, dlatego „wpychając” opozycji temat aborcji, prowokując ją do ulicznych protestów, chce utrzymać przy sobie tematy społeczno-ekonomiczne, a zwłaszcza socjalne. Partia Kaczyńskiego spycha opozycję w przestrzeń wartości postmaterialnych, albowiem uważa, że będzie osiągała kolejne sukcesy polityczne, jeżeli utrzyma posiadanie wartości materialnych.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami
z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Kluczowe napięcie – niszcząca siła koronawirusa


Być może świat zamieni się w „Titanica” i zacznie dochodzić do sytuacji analogicznych, jak na słynnym brytyjskim transatlantyku, który nieszczęśliwe utonął w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku: ludzie będą sobie wydzierać szpitalne łóżka; zamożniejsi wykupią miejsca w szpitalach; albo też zastosowana zostanie brutalna, darwinowska selekcja: z powodu braku respiratorów osoby rokujące mniejsze szanse na wyzdrowienie, ale wciąż żywe, będą od nich odłączane.

Roman Mańka – Co to jest koronawirus i skąd się wziął, jakie jest jego podłoże? Choroba ma głębokie źródło w prądzie ideologicznym, z którego bardzo niewiele osób zdaje sobie sprawę, nierzadko i paradoksalnie traktując go pozytywnie: z racjonalizmu, a ujmując problem precyzyjnie jego pochodnych utylitaryzmu oraz konsumpcjonizmu. We współczesnym świecie etos cierpienia został zastąpiony wartością przyjemności; wszystko ma być przyjemne, zaś cierpień i nieprzyjemności należy unikać. Tymczasem one przecież nas hartują, uodparniają, immunizują.

Racjonalizm stworzył ilościowe kryteria życia: demografii, zamieszkania, pracy. Ludzie zaczęli żyć w uporządkowanych strefach. Niemiecki socjolog, Max Weber stworzył pojęcie „żelaznej klatki”, a więc systemu, w którym wszystkie zachowania poddane są procesowi podwyższonej racjonalności (ma to miejsce zwłaszcza w społeczeństwach kapitalistycznych), w ramach którego dominuje myślenie ilościowe, nastawione przede wszystkim na efektywność, wydajność, rachunek ekonomiczny, standaryzację oraz kalkulacyjność.

Racjonalizm pociągnął za sobą dwa inne, wzajemnie powiązane zjawiska utylitaryzm oraz konsumpcjonizm: wszystko co znajduje się w życiu człowieka miało się stać użyteczne, a także przyjemne.

Dlatego zaczęto ingerować w naturę. Rewolucja przemysłowa spowodowała powstanie wielkich skupisk ludzkich w postaci fabryk, zakładów pracy, wielkich przedsiębiorstw, to z kolei zaś uruchomiło zakrojone na ogromną skalę procesy urbanizacji. Człowiek w coraz większym stopniu zaczął ingerować w naturę. Zajmować te miejsca, a także obszary, w których dotychczas zamieszkiwały różne gatunki zwierząt. To zakłóciło ekosystem i naturalny bieg egzystencji.

Bardzo ciekawe napięcie zauważył Gerhard Lenski, amerykański socjolog, autor ekologiczno-ewolucyjnej teorii społeczeństwa, związanej z ewolucją kulturową. Zajmując się rozwojem ludzkości doszedł do wnioski i opisał w swoich książkach, „Power and privilege”, jak również „Human societies. An Introduction to Macrosociology”, kluczowy czynnik, który jest przyczyną radykalnych zmian w społeczeństwie: demografię.

W opinii Lenskiego, nadmierna prokreacja stanowi poważnie destabilizującą, a nawet destrukcyjną siłę, zaś reprodukcja ludności, w tym zwłaszcza jej liczebność, jest ograniczona poprzez możliwości korzystania z dostępnych zasobów oraz zdolność do produkcji żywności. Współczesna gęstość zaludnienia jest nienaturalna.

Odpowiedź natury
Z danych demograficznych można wyciągnąć wiele istotnych wniosków. W przeszłości demografowie na podstawie analiz przyrostu ludności, przewidywali wiele spektakularnych zjawisk: wojny, kryzysy gospodarcze, kataklizmy, rewolucje technologiczne, zmiany cywilizacyjne, a także okresy dynamicznego rozwoju i nadchodzącej prosperity.

Analiza demograficzna ostatnich 2 tys. lat daje wiele do myślenia i w sposób bardzo wymowny zwraca uwagę na gwałtowne przyspieszenie reprodukcyjne, które dokonało się na naszych oczach. Liczby najczęściej najlepiej przemawiają do wyobraźni i w tym przypadku również przemawiają bardzo mocno: tysiąc osiemset piętnaście lat, tyle ludzkość potrzebowała, aby osiągnąć pierwszy miliard ludności, uzyskano go dopiero w 1815 roku, czyli w roku Bitwy pod Waterloo i klęski Napoleona; później nastąpiło gwałtowne i nie do końca wytłumaczone przyspieszenie: do kolejnego miliarda ludzkość doszła już w przeciągu nieco ponad stu lat, w roku 1930; 40 lat później w ósmej dekadzie XX wielu (lata 70.) było nas już 4 miliardy, zaś szacuje się, że do ósmego miliarda dojdziemy około roku 2025.

Jak widać na pierwsze podwojenie liczby ludności ludzkość potrzebowała ponad stu lat (1815-1930), ale następne podwojenie nastąpiło już na przestrzeni lat 40, zaś kolejne będzie miało miejsce po latach 50.

Lenski miał rację, podwyższona reprodukcja stanowi poważnie destabilizującą siłę. Wywołuje wiele konsekwencji wtórnych, w dziadzinach gospodarki, życia społecznego, polityki, techniki, kultury, a nawet moralności i zwłaszcza ekosystemu. Wystarczy przypomnieć, że w okresie 1930-2020, a więc w okresie największego przyrostu demograficznego miały miejsce dwie wojny światowe, wiele krwawych konfliktów zbrojnych w rożnych częściach świata, potężne kryzysy gospodarcze oraz kataklizmy, głód dotykający 830 milionów ludzi.

W tym samym czasie, kapitalistyczny Zachód osiągnął szczyt gospodarczej prosperity. Rozwój gospodarczy wiązał się z koniecznością ekspansji cywilizacji na coraz to nowe tereny. Ludność weszła na obszary zajmowane dotychczas tradycyjnie przez zwierzęta. Dopuściła się ingerencji w naturalny rytm natury, a jak mawiał prymas tysiąclecia, ks. kardynał Stefan Wyszyński: „natura płaci buntem za bunt”; natura odpowiedziała, i tak jak człowiek zajął ortodoksyjne przestrzenie należące do zwierząt, tak odzwierzęce wirusy dokonały ekspansji na człowieka.

Redundancja urbanizacji okazała się niezwykle destruktywnym procesem.

Rozpad antropologiczny
W ten sposób doszliśmy do globalizacji. W kontekście koronawirusa oraz choroby covid-19 warto kilka słów poświecić temu procesowi, a zwłaszcza uwarunkowań, które on narzuca. Globalizacja tworzy bowiem szczególnie korzystne okoliczności do proliferacji tej (i nie tylko tej) pandemii. Ogólnie mówiąc, tak jak w wymiarze indywidualnym, jednostkowym koronawirusy wykorzystują słabość systemu immunologicznego, tak w sensie bardziej abstrakcyjnym, instytucjonalnym, wspólnotowym wykorzystują niską odporność systemu politycznego, jego słabość oraz niski poziom dostosowania do globalnych warunków gry.

Jak wynika z teorii funkcjonalnej Talcotta Parsonsa: system polityczny w wymiarze zbiorowym jest systemem immunologicznym, ma zapewnić społeczeństwu adaptację, integrację, koordynację, kontrolę, realizację celów oraz podtrzymywać wzory zachowań i redukować napięcia. Czyli m.in., ma zapewnić bezpieczeństwo.

Narastające na przestrzeni dziejów tendencje do wymiany handlowej, dynamiczny rozwój gospodarczy, pogoń za bogactwem, powstanie społeczeństwa przemysłowego i postprzemysłowgo, a także towarzyszący temu rozwój środków komunikacji, spowodowały, że człowiek ujarzmił przestrzeń, zaczął nad nią panować, podporządkowywać sobie. Zjawisko to nazwano globalizacją.

Cechy nowego świata świetnie pokazuje dychotomia Petera Bergera, ukazująca w sposób dialektyczny i typologiczny: „społeczeństwo losu” i „społeczeństwo wyboru”; w przeciągu dziejów ludzie w coraz większym stopniu przesuwali się na continuum ze stref „społeczeństwa losu” do obszarów „społeczeństwa wyboru”, tyle tylko, że ten wybór oznaczał jednocześnie ingerencję w naturę.

Globalizacja pociąga za sobą dwa przeciwstawne procesy: w powierzchownym ujęciu świat się łączy, ujednolica, ale w bardziej głębokim, dużo trudniejszym do zauważenia – rozpada.

O rozpadzie antropologicznym pisze francuski etnolog, Marc Augé. Naukowiec dowodzi, że nie ma już miejsc w tradycyjnym, antropologicznym rozumieniu. Tym zaś co charakteryzuje współczesny świat są – i tu celowo dla nazwania tego zjawiska Augé tworzy neologizm – „nie-miejsca” (franc. „non-lieux”). Oznacza to, że nasze miejsce fizyczne coraz rzadziej pokrywa się z miejscem antropologicznym czy moralnym.

Diagnoza Augé ma większe znaczenie dla życia towarzyskiego, rodzinnego, indywidualnego, intymnego. społecznego, kulturowego; na dużo bardziej systemowe, instytucjonalne konsekwencje wskazuje natomiast eksploracja wybitnego znawcy procesów globalizacji, amerykańskiego antropologa indyjskiego pochodzenia, Arjuna Appaduraia. Mówi on również o roszadzie…ale o innym: funkcjonalnym, systemowym. Jako emblematyczną cechę globalizacji wskazuje zjawisko tzw. dysjunkcji, czyli rozczepieniem wymiarów, które do tej pory stanowiły holistyczną jedność systemową: ekonomicznego, kulturowego politycznego.

Globalizacja spowodowała, że drogi gospodarki, kultury, polityki rozeszły się, a poszczególne przestrzenie – gospodarcza, kulturowa, polityczna – nie pędzą już z jednakową prędkością. Rzeczywiście powstał „świat wielu prędkości”, nie tylko w takim znaczeniu jakiego używano podczas wielkiego kryzysu ekonomicznego 2008, że państwa pędzą z różną prędkością, ale również takiego: że poszczególne wymiary cywilizacji poruszają się z nie takimi samymi szybkościami.

Dysonans suwerenności i skuteczności
Polityka nie pokrywa się z gospodarką. W wymiarze politycznym świat jest nadal lokalny, zaś w sferze gospodarczej dużo bardziej globalny. To oznacza, że wszelkie kryzysy, krachy, kataklizmy, tragedie, czy to co nas w tym przypadku najbardziej interesuje – pandemie – mają globalny charakter, a polityka za tym nie nadąża, nie posiada kontroli, bo tkwi w lokalności.

W warstwie instrumentalnej brakuje politycznego narzędzia, które mogłoby stymulować globalne zagrożenia.

Czynnik konstytutywny państwa – suwerenność – rozszerzył swoje granice. Nie jest już tym samym, co w porządku tzw. państw postwestfalskich określonego na Konferencji Westfalskiej w 1648 roku, po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, w ramach którego państwo miało charakter narodowy odwołujący się do ściśle zdefiniowanego terytorium, o w miarę jednorodnej kulturze oraz zamieszkujących tam grupach etnicznych.

Niespójność oraz brak koherencji współczesnych wymiarów cywilizacyjnych stała się poważnym problemem. Prowadzi do wielu napięć, Między innymi z tego powodu niemiecki filozof i socjolog, Jürgern Habermas postulował pogłębienie integracji europejskiej, nie tylko poprzez dalej idące połączenie państw narodowych w spójną federację polityczną budowaną na podłożu wspólnej konstytucji, ale również poprzez stanowcze zacieśnienie życia społecznego, i kulturowego, a także zachęcał do wprowadzenia deliberatywnych, komunikacyjnych warunków aktywności obywatelskiej w Europie, opartej na rozumie komunikacyjnym, a nie sprowadzanie całej integracji europejskiej, jak ma to miejsce obecnie, jedynie do jedności biurokratycznej europejskiego establishmentu.

Problemem współczesnej Europy i świata, jest fakt, że suwerenność nie pokrywa się ze skutecznością oraz ze sprawiedliwością; jest nieadekwatna do skuteczności na polu pragmatycznym oraz ze sprawiedliwością na polu gospodarczym i moralnym.

Habermas chce to naprawić. Postuluje stworzenie kosmopolitycznego narzędzia koordynacji i kontroli. Podobnie uważają australijski filozof i etyk Peter Singer oraz Daniel Moellendorf forsując koncepcję sprawiedliwości, a w ślad za tym również i jej instrumentu (skuteczności) kosmopolitycznej i rozciągając ją na globalną skalę.

Atak nie-wprost
Koronawirus obnażył wszystkie niespójności globalizacji. Sprzyja mu zdecydowanie brak koordynacji politycznej, jak również deficyt skuteczności instrumentalnej. Długo można by wymieniać jego konsekwencje ściśle medyczne, związane z konkretnymi zachorowaniami czy śmiertelnością, jednak istotne, a kto wie czy nie istotniejsze są zagrożenia wtórne i niebezpośrednie, nie związane z konkretnym, indywidualnym atakiem infekcji. Koronawirus infekuje również systemowo.

W XX wieku, angielski teoretyk wojskowości i strategii militarnych, Basil Henry Liddell Hart stworzył koncepcję uderzeń nie-wprost, agresji dokonywanej niebezpośrednio. Diagnoza Liddella Harta miała oczywiście zastosowanie do działań typowo wojskowych, jednak koronawirus atakuje bardzo podobnie: pośrednio i bezpośrednio.

Bezpośrednim działaniem jest pandemia zakażająca określoną liczbę ludzi, z której WHO śmiertelność określa na poziomie 3,4 proc., a w ponad 20 proc. przypadków choroba ma przebieg ciężki.

To wirus o charakterze typowo selekcyjnym, przeszedł na człowieka od zwierząt, prawdopodobnie nietoperzy lub wielbłądów. Natura wyposażyła go w mechanizm działania eliminującego, aby usuwać najsłabsze jednostki ze środowiska zwierzęcego, o obniżonej wartości systemu immunologicznego bądź dotknięte innymi chorobami, stające się obciążeniem dla populacji. W ten sposób natura realizuje u zwierząt darwinowski proces doboru naturalnego. Po przejściu na ludzi również będzie realizował mechanizm selekcji, usuwając ze społeczeństwa najsłabsze osoby: ludzi starszych lub dotkniętych chorobami współistniejącymi.

Jednak kto wie czy dużo bardziej niebezpieczne są ataki niebezpośrednie, uderzające nie wprost w gospodarkę, życie społeczne, kulturę, moralność, funkcjonalność instytucji oraz systemów, etc.

Główne zagrożenie koronawirusem nie wiąże się z konkretnymi danymi ilościowymi, z liczbami, które w wielu przypadkach mogą być relatywne, gdyż należy uwzględnić zmienne takie jak jakość państwa, kondycja służby zdrowia, poziom etosu obywatelskiego społeczeństwa, dyscyplinę i subordynację ludzi, stan finansów publicznych, mobilność wolontariatu, itp.

Covid-19 może powodować, że na skutek choroby umierać będą osoby, które nie są nią bezpośrednio dotknięte: np. bezrobotni z powodu braku pomocy i apatii państwa, albo też pacjenci leczący się na inne choroby, a przebywający w szpitalach, z uwagi na konieczność zwolnienia miejsc w ośrodkach hospitalizacji lub potrzebę zabezpieczenia większej ilości respiratorów.

Amerykańscy naukowcy zdefiniowali moment krytyczny sprawiający, że koronawirus jest tak bardzo groźny. Polega on na tym, że po przekroczeniu pewnej granicy zachorowań w skali danego kraju, przeciążona zostaje służba zdrowia. I to jest główne clou problemu: (otóż) po osiągnięciu określonego poziomu zachorowań ośrodki medyczne nie są w stanie obsłużyć tak dużej ilości pacjentów; nie tylko w szpitalach, ale również w kostnicach zaczyna brakować miejsc. To zaś wtórnie może uruchomić wiele patologicznych, zdegenerowanych zjawisk moralnych, przypominających sytuację z „Titanica” z kwietnia 1912 roku, kiedy ludzie siłą wyrywali sobie szalupy ratunkowe albo płacili marynarzom za ich udostępnienie; podobnie w przypadku Covid-19 może dać o sobie znać panika i korupcja w walce o miejsca w szpitalach. Jednak w miarę upływu czasu to właśnie szpitale staną się wielkimi ogniskami koronowirusa i będą miały skrajnie destruktywną zdolność eliminowania personelu medycznego, co radykalnie pogorszy sytuację pacjentów.

Dadzą również o sobie znać potężne skutki polityczne, w postaci ciężkiego kryzysu ekonomicznego, recesji, bezrobocia, być może głodu, a także niemożliwości przeprowadzenia w terminach konstytucyjnych wyborów, a przez to obniżenia legitymizacji politycznej poszczególnych rządów i zwiększenia ryzyka społecznych napięć, niepokojów oraz rewolucji.

Niszcząca siła alienacji
Zdaje się, że stary świat jaki znaliśmy do tej pory, właśnie dobiega końca. Globalizacja wymaga dopasowania. I nie chodzi tylko o synchronizację poszczególnych wymiarów świata: gospodarczego, społecznego, kulturowego, politycznego, ale przede wszystkim o stworzenie skutecznego politycznego narzędzia do panowania nad globalnymi żywiołami.

W połowie lat 80. XX wieku, niemiecki socjolog, Ulrich Beck, sformułował pojęcie „społeczeństwa ryzyka”. W pracy pt. Risikogesellschaft: Auf dem Weg in eine andere Moderne wymienił najważniejsze zagrożenia przed jakimi stoi współczesny świat. W jego analizie ryzyka skojarzone zostały z rozwojem społeczeństwa przemysłowego, a także rozwojem cywilizacyjnym; najpoważniejsze niebezpieczeństwa jakie zdiagnozował Beck to: skażenie środowiska, globalne ocieplenie wywołane przez emisję gazów cieplarnianych, susze. Podstawowe zjawiska, przed którymi przestrzegał obejmowały m.in. ryzyka ekologiczne i zdrowotne. O ryzyku związanym ze zmianami cywilizacyjnymi oraz technicznymi, a także z globalizacją wspominał również Anthony Giddens w koncepcji „późnej nowoczesności”. Angielski uczony twierdził, że na przełomie XX i XXI wieku społeczeństwo światowe wkroczyło w etap tzw. późnej nowoczesności, co wiąże się ze destruktywnymi zmianami kulturowymi: chaotycznością, fragmentaryzacją osobowości, niepewnością, nieprzejrzystością oraz brakiem stabilizacji.

Jednym z podstawowych zgrzytów współczesnego świata jest brak koherencji pomiędzy suwerennością a sprawiedliwością. Na to wskazuje amerykański historyk polityki, John Rawls, w „Prawie ludów” i między innymi odmawiając z tego powodu rozpatrywania sprawiedliwości w kontekście globalnym, kosmopolitycznym i międzynarodowym. Rawls mówi: sprawiedliwość jest sprawą państw narodowych, gdyż one zarządzają skutecznością.

Koronawirus jest w stanie w dużo większym, wręcz radykalnym stopniu, zwiększyć rozwarstwienie pomiędzy sprawiedliwością a skutecznością, prowadząc do ogromnego kataklizmu gospodarczego i biedy. A skoro państwa narodowe nie rozporządzają już skutecznością, tak jak kiedyś, i nie posiadają zdolności kontrolowania globalnych żywiołów, nie będą mogły szybko zatrzymać koronowirusa oraz innych pandemii.

Polski filozof polityki i historyk idei, prof. Marcin Król, wskazuje, że SARS CoV-2 spowoduje pojawienie się masy ludzi, których w ślad za Florianem Znanieckim, określił jako „ludzi zbędnych”. – „Pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych. To znaczy takich ludzi, którzy nie będą mieli pracy; nie będą wiedzieli, co ze sobą zrobić. […] Właśnie. Ci ludzie zbędni są niesłychanie podatni na niewiadome zdarzenia. To znaczy nie umiemy przewidzieć ich zachowań. Powtarzam po Znanieckim; to był wielki socjolog. Najpierw mogą być bunty o takim charakterze, że zbiją szybę w sklepie. Ale mogą być też bunty o charakterze politycznym” – konkluduje prof. Król, w wywiadzie udzielonym dla „Polska The Times”.

Z ludźmi zbędnymi, tzw. bezpaństwowcami, mieliśmy do czynienia pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową. Sytuacja taka nastąpiła w rezultacie asymetrii pomiędzy wspólnotą polityczną – narodową, a szerszą i bardziej złożoną strukturą etniczną społeczeństw. Dziś ta asymetria zachodzi również w tym punkcie, ale dużo bardziej niebezpieczne jest rozwarstwienie klasowe, które wpisuje się w ostry podział polityczny.

Ludzie uważani za niepotrzebnych, wykluczonych czy czujący się zbędnymi zawsze prowadzili do poważnych napięć społecznych oraz stawali się ważnym czynnikiem radykalnych politycznych zmian. Hannah Arendt, w „Narodzinach totalitaryzmu”, właśnie tę kategorię ludzi określiła jako jeden z powodów powstania społeczeństw i systemów totalitarnych.

Autor jest socjologiem, zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki oraz obserwacją uczestniczącą. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia, a także hermeneutyka. Jest redaktorem naczelnym Czasopisma Eksperckiego Fundacji FIBRE oraz członkiem zarządu tej organizacji. Pełni również funkcję dyrektora zarządzającego Instytutu Administracja. 

Otchłań bycia

Filozofowie tacy, jak Martin Heidegger czy Maurice Merleau-Ponty włożyli prawdę z powrotem w rzeczywistość, można powiedzieć przywrócili prawdę do świata, rehabilitując jednocześnie metafizykę.

Roman Mańka: W filozofii klasycznej prawda znajdowała się zawsze w wymiarze transcendentnym, czyli poza naszym doświadczeniem zmysłowym, poza sensualną przestrzenią przedstawień oraz rzeczy. Były to filozofie dualizmu, instrumentalnie tworzące podział, aby osiągnąć spójność. Najbardziej emblematycznym przykładem tej dominującej tradycji był Platon, który sięgnął po polaryzację form (idei) oraz rzeczy, a mówiąc precyzyjniej: kopi rzeczy, aby uzyskać jedność. Nomenklatura rozróżnień zastosowana przez tego starogreckiego filozofa jest trochę myląca, niejasna, gdyż w istocie podział o który mu chodziło, sprowadza się do opozycji rzeczy (idei, form) oraz kopi rzeczy.

W filozofii klasycznej metafizyka umieszczała prawdę najczęściej poza zmysłowym, empirycznym światem.

Prawdziwe są idee rzeczy, a więc rzeczy znajdujące się poza sferą zmysłów, w idealnym świecie, zaś rzeczy, które obserwujemy na co dzień, za pomocą zmysłów, to ich kopie. Obserwowane przez nas rzeczy są pozorami, za którymi kryje się prawda. Autentyczna rzeczywistość znajduje się zatem
w świecie dla nas niedostępnym, poza wymiarem empirycznym.

Symboliczną ilustracją myśli Platona jest skonstruowana przez niego alegoria jaskini. Przebywający w niej więźniowie widzą jedynie cienie przedmiotów, od których odbijają się promienie słońca, jednak światło, źródło, przyczyna odbić, znajduje się na zewnątrz i jest dla nich niedostępne.

W gruncie rzeczy, uważany za ojca racjonalizmu, Kartezjusz, poszedł podobną drogą: również odwołał się do dualizmu, ale innego, immanentnego, dokonując podziału na podmiot i przedmiot (res cogitans oraz res ekstensa). U Kartezjusza podmiot afirmuje sam siebie, poprzez podróż we własne wnętrze, poprzez odwołanie się do wymiaru wewnętrznego. Był to tak zwany sceptycyzm metodologiczny: skoro myślimy, jeżeli wątpimy w swoje istnienie, jeśli próbujemy je podważyć,
to właśnie oznacza, że istniejemy. Negacja doprowadziła zatem Kartezjusza do afirmacji i legitymizacji. Szukanie nicości doprowadziło do odkrycia bytu podmiotu. Najlepszym wyrazem tej zasady są słynne słowa: „cogito ergo sum” („wątpię więc jestem”).

W ten sposób byt wewnętrzny, podmiot, człowiek został potwierdzony
w ramach introspekcji, przez samego siebie, lecz co z przedmiotem,
co z empirycznym światem doświadczanym przez zmysły, który, jak pokazała późniejsza filozofia, również jest potrzebny do istnienia podmiotu; ja twierdzili Edmund Husserl, a w ślad za nim Jean Paul Sartre: gdy znika przedmiot, znika również świadomość; Maurice Merleau-Ponty powiedziałby, że bez świata człowiek istnieć nie może, albowiem wraz
z nim tworzy „miąższ” („chair”), czyli splot, jedną odwracalną całość.

Co zatem z przedmiotem? Kartezjusz również nie może obejść się bez metafizyki zorientowanej na wyjście poza doczesny, immanentny świat. Akt legitymizacji rzeczy zależny jest od Boga. Podobnie jak u Platona, również
u Kartezjusza, to co gwarantuje realne istnienie doświadczeń podmiotu, prawdziwość wymiaru empirycznego wdzianego przez zmysły, znajduje się w wymiarze transcendentnym: istotą, która afirmuje autentyczność przedstawień podmiotu, jest Bóg. Pogląd ten Kartezjusz opiera na założeniu, że kochający człowieka Bóg nie byłby w stanie go oszukać
i dlatego zewnętrzny świat, który obserwują ludzie jest prawdziwy. Jednak człowiek oszukuje się sam, oszukują go zmysły, rozum, wyobraźnia.

Widzialne i niewidzialne
Myślenie metafizyczne wcale nie musi oznaczać poszukiwań prawdy
w transcendentnym świecie, już bowiem same próby uchwycenia substancji w rzeczach, a zatem czegoś trwałego w następowaniu, w zmienności, jest metafizyką. Zresztą z tego wzięła się słynna i wspomniana powyżej dualistyczna koncepcja Platona: z próby połączenia postulatów zmysłów oraz rozumu; pogodzenia z jednej strony rzeczywistości widzianej przez Parmenidesa, a więc założenia, że wszystko jest stałe, niezmienne, wieczne („byt nie może powstać z niebytu), a z drugiej strony koncepcji Heraklita, mówiącej, że jedyną zasadą świata jest zmienność, ale przez to właśnie zmienność, wbrew temu co widzą zmysły, staje się istotą rzeczy, trwałym elementem rzeczywistości.

Sensem rzeczywistości jest nie stałość a ruch. “Wszystko płynie”.

Heraklit wyraża to dosadnie w najsłynniejszym zdaniu stanowiącym puentę jego koncepcji filozoficznej: „panta rej” („wszystko płynie”).

Metafizyka, oprócz szukania prawdy i wytłumaczenia zjawisk w poza-empirycznym świecie albo podwajania rzeczywistości, oznaczała poza tym skłonność do utrwalania tego co ruchome, co umyka, co następuje. W tym sensie również nauka posiada charakter metafizyczny, albowiem szuka stabilizacji, jak również trwałych elementów w spontanicznym, żywiołowym świecie, pełnym chaosu. Nauka, podobnie jak religia, rości sobie prawo do „tresowania”, „trenowania” rzeczywistości.

Pierwsza tendencja, została zilustrowana już w Starożytności przez paradoksy Zenona z Elei: żółw jest w stanie wyprzedzić Herkulesa a strzała wystrzelona z łuku jest nieruchoma, stoi w miejscu. Człowiek szuka przestrzeni dla czasu, uprzestrzennia czas – interpretuje intelektualne operacje Zenona z Elei, Henri Bergson, francuski filozof twierdząc, że to co świadomość daje rzeczywistości, to sekwencja (chronologia), zaś to co od niej otrzymuje, to dystynkcja. Heidegger powie później, do czego jeszcze powrócimy, że czasowość jest sensem bycia, albowiem bycie biegnie, następuje, rzeczy znajdują się w nieustannym ruchu, historia wydarza się, itd.

Drugą tendencję metafizycznego myślenia, dążącą do podwajania rzeczywistości, odkrył Friedrich Nietzsche. Wcale nie musi wyrażać się ona w opozycji wymiaru transcendentnego oraz immanentnego. (bo) Jest obecna w najbardziej ludzkim obszarze, w języku, w gramatyce, którą rządzi dualizm podmiot – orzeczenie, a także skłonność do podwajania, która ujawnia się, gdy np. mówimy: „rozbłysnęły błyskawice”. Realnie, przez zmysły doświadczyć możemy tylko błysku, widzimy jedynie błysk, błyskawica bierze się z nastawienia substancjalnego, z poszukiwania, pragnienia podmiotu, próby uchwycenia trwałości, w czymś co jest ruchome.

Język jest metafizyczny ponieważ dąży do uchwycenia rzeczy samych
w sobie, a więc tego co nazywamy istotą rzeczy, tymczasem ten czynnik rzeczywistości jest nieosiągalny. W „Krytyce czystego rozumu” Immanuel Kant rozróżnił wymiar fenomenalny i noumenalny, czyli strefę poznawalnych fenomenów, które jawią się naszym zmysłom oraz porządek niepoznawalnych noumenów, których nie jesteśmy w stanie sensualnie uchwycić, znajdują się one bowiem poza naszym empirycznym doświadczeniem.

Noumeny są źródłem fenomenów, jednak te pierwsze pozostają dla nas poznawczo nieosiągalne, a te drugie są niczym punkty światła na ekranie radaru, informujące nas o istnieniu głębszej rzeczywistości, przedmiotów samych w sobie, funkcjonujących w swej istocie, poza znaczeniem, których nie widzimy.

Wydawać by się więc mogło, że u podłoża, u źródła rzeczywistości leży nicość albo, że to właśnie nicość legitymizuje bycie. Jednak pomiędzy kategoriami bycia i nicości nie ma opozycji, a wręcz przeciwnie, istnieje stosunek komplementarny czy korespondujący, albo jeszcze inaczej: afirmujący, legitymizujący. Często właśnie nicość stanowi afirmację bycia. Nie zauważamy wolności, gdy żyjemy w wolnym kraju, o jej istnieniu najlepiej informuje nas nicość, czyli brak, w chwili kiedy znaleźliśmy się
w warunkach totalitarnych; podobnie nie dostrzegamy powietrza, gdy spokojnie możemy oddychać, gdy dookoła nas jest wystarczająco dużo tlenu.

Choć to może nieco uproszczona teza: bycie objawia się w nicości,
o istnieniu czegoś informuje brak.

Wspomniany francuski filozof, Maurice Merleau-Ponty, zamiast dualizmu: nicość – bycie, proponuje taksonomię: widzialne – niewidzialne. Pisze
w „Signes”: […] zamiast mówić o byciu i nicości, lepiej byłoby mówić
o widzialnym i niewidzialnym, powtarzając, że nie są ze sobą sprzeczne. Mówi się o niewidzialnym, ponieważ mówi się o nieruchomym, nie wobec tego, co jest obce ruchowi, ale wobec tego, co pozostaje w nim nieruchome. Jest to punkt lub stopień zerowej widoczności, otwarcie wymiaru tego co widzialne.
[…] Kiedy mówimy o nicości, jest już bycie.”

Zdaniem, Merleau-Ponty’ego oczekiwanie przejrzystości, transparentności rzeczy skazane jest na porażkę. Jak twierdzi „rzeczy same w sobie nigdy nie są dane”. Pojawiają się one jedynie przez grubą warstwę ekspresji, odzyskane
i zniekształcone, w określonym środowisku emocjonalnym, w nieustannie zmiennych relacjach poza różnicami.

– „Język dokonuje, w bardziej stanowczy sposób, podobnej operacji odzyskania (w stosunku np. do malarstwa, uw, red.), która nie daje nam nigdy rzeczy samych w sobie, dokładnie tak, jak byłyby one przed ekspresją lub poza nią”
– konkluduje Maurice Merleau Ponty w „Parcours II”.

Utrata rzeczywistości
Często nie zdajemy sobie sprawy z różnicy pomiędzy bytem a byciem, którą chyba najlepiej na gruncie filozofii uwypuklił niemiecki filozof, Martin Heidegger. Niejednokrotnie mylimy byt z byciem, tak jakby były to pojęcia synonimiczne, tymczasem występuje między nimi istotna, kluczowa różnica, którą Heidegger określił jako różnicę ontologiczną.

Byt bierze się z pewnej uniwersalizacji, abstrakcji, uogólnienia, zaś bycie jest jak gdyby umykającą treścią bytu, czy mówiąc precyzyjniej poszczególnych bytów, ich źródłem, bardziej konkretną rzeczywistością, ma swoje miejsce w rzeczach, które następują. Możemy zatem pytać o bycie bytów lub zastanawiać się, gdzie, w którym punkcie rzeczywistości, to bycie bytów się znajduje.

Rzeczy są sobą wówczas, kiedy znajdują się poza znaczeniem albo używaniem, kiedy ich nie definiujemy, nie tematyzujemy, nie czynimy przedmiotem myślenia, rozważań, dociekań; kiedy o nich nie mówimy.

Są sobą do momentu, kiedy ich sens jest egzystencjalny, fenomenologiczny, czy nawet, wykraczając nico poza myśl Heideggera – autoteliczny, i nie stał się logiczny, aksjologiczny, czy instrumentalny.

Dopóki telewizor stojący w pokoju nie został przez nas włączony, dopóki znajduje się poza naszym doświadczeniem albo do momentu gdy nie zaczną dotykać go jakieś zakłócenia albo się nie zepsuje, żyje on swoim własnym życiem, jest rzeczą samą w sobie, nie tematyzowaną przez nas, ani nie używaną; tak samo radio lub żelazko, do czasu kiedy o tych przedmiotach nie myślimy, bądź ich nie używamy, egzystują one na własną rękę, realizują swój własny sens.

Problem pojawia się wówczas, gdy próbujemy je zdefiniować, uczynić tematem naszych rozważań, utematyzować, wtedy nadajemy im inny sens. Kiedy próbujemy je uchwycić za pomocą znaczeń. Kiedy usiłujemy je przenieść na płaszczyznę języka, logiki, nauki. Każda tego rodzaju próba kończy się utratą. Rzeczy nam umykają, uciekają, choć Heidegger powiedziałby, że gdy podejmujemy wysiłek nadania im znaczeń lub użycia ich, wtedy pozostają z tyłu; to co chwytamy w ręce to znaczenie, pojęcie, to z nami pozostaje, tymczasem rzeczy są już w innym miejscu, tracimy je.

Nie da się uchwycić rzeczywistości, gdy ją utrwalamy zmieniamy jej sens.

To jest trochę tak, jak zabawa, gdy dziecko próbuje złapać w ręce dym pochodzący z palącego się ogniska.

Maurice Merleau Ponty pisał o konkretnej uniwersalności, co wydaje się antynomią, jednak mimo uproszczeń, świetnie oddającą relację pomiędzy bytem a byciem. Francuski filozof ma na myśli uniwersalność, która nie jest czystą abstrakcją, a cechuje się ucieleśnieniem, zakorzenieniem w zmysłowości, w pewnym poziomie konkretności, w rzeczach. Byt ma swoją konkretność i jest nią zawsze bycie.

Jednak rzeczy nam umykają, tracimy je. Zatrzymujemy się na poziomie znaczeń, słów, pojęć, nazw. Logika staje się nie przestrzenią odzyskania rzeczy czy bycia, lecz utraty. Konstruujemy świat kultury, który nie pozwala nam dotrzeć do czystej rzeczywistości, która zostaje z tyłu.

Jedną z największych różnić, jaką można wyróżnić pomiędzy bytem a byciem, jest chęć utrwalania. Byt poszukuje trwałego elementu, w rzeczach (idei, form, substancji), czegoś co jest stałe, nieruchome, tymczasem bycie jest ciągłym ruchem, zmianą. Rzeczy nigdy nie stają się totalne, przechodzą od jednej postaci do drugiej, ulegają ciągłym zmianom, ewolucji.

Dlatego Heidegger powie, że sensem bycia jest czasowość, że rzeczy następują, zaś historia się wydarza, jednak gdy próbujemy rzeczywistość utrwalić lub uchwycić czy zdefiniować, to ją tracimy. Ani logika, ani historia, tradycyjnie rozumiana (a więc diachroniczna), nie jest w stanie odzyskać rzeczy czy wydarzeń w pełni.

Heidegger, podobnie jak Merleau-Ponty, uważa, że rzeczy postrzegamy nie takie jakie są same w sobie, lecz przez grubą warstwę ekspresji, w emocjonalnym środowisku znaczeń. Rzeczy znajdują się przed ekspresją lub poza nią.

Na progu świata i języka…
Gdzie jest bycie? W którym miejscu spotyka się czy krzyżuje bycie i byt? Na czym polega różnica pomiędzy tymi elementami, którą Heidegger określa jako różnicę ontologiczną.?Aby dotrzeć do bycia musimy dokonać redukcji ontologii ogólnej do ontologii fundamentalnej. Jak pisze Arturo Leyte, interpretator Heideggera w książce pt. Zapomnienie bycia: […] „kiedy mówimy o sensie bycia powinniśmy mieć na myśli sens rzeczy. […] rzecz jest tą błahostką – kontynuuje Leyte – która zawsze pozostaje z tyłu i nigdy nie ukazuje się w sposób jawny. Odnieść się do sensu oznacza odnieść się do tej głębi, która się nie pojawia, do tego, co ma miejsce zanim w ogóle możemy mówić
o bycie”
. Heidegger pisze o otchłani, o przepaści.

Skoro prawdą jest, że nie ma żadnego innego bycia od bycia bytów, i jeżeli sens ma bycie, a nie byt, dla dobrej eksplikacji problemu musimy skoncentrować się na tej różnicy, pokazać gdzie, w którym punkcie, spotyka, przecina się bycie i byt.

Bycie biegnie w mitycznej sferze pomiędzy, tam gdzie znajduje się różnica (ontologiczna).

Owa różnica, aby się ukazać musi zrobić to w taki sam sposób jak byt. Tymczasem charakter jej ontyczności jest inny: nie manifestuje się jak rzecz czy materialny przedmiot, ale zachowuje więź, coś w rodzaju afiliacji, odniesienia, w stosunku do bycia oraz do rzeczy. Jak pisze Martin Heidegger, istota bytu polega na zrozumieniu bycia, jednak zrozumienie to nie oznacza konstytucji poznawczej, lecz wiąże się z utrzymaniem wspomnianej więzi z własnym byciem, tego co można określić jako inklinację, odniesienie, relację.

Stosunek bytu z byciem, okoliczność utrzymywanej relacji, można ocenić jako punkt lub obszar, w którym przebywa różnica, a więc przestrzeń gdzie swoje miejsce ma bycie. Tu właśnie, na tym terytorium, jakby na skrzyżowaniu bytu z byciem, u styku tych dwóch elementów, w ramach
i w granicach tej relacji, tego odniesienia, znajduje się różnica ontologiczna i swoje miejsce ma bycie. W swym największym dziele, „Byciu i czasie”, Heidegger nazwie, określi ten punkt, to miejsce jako „dasein”, czyli jestestwo. Jest to miejsce szczególne, nietypowe, które nie musi być lokowane, nie potrzebuje żadnej lokalizacji czy jasno sprecyzowanego, wskazanego terytorium, ściśle określonego obszaru, ale odsyła tylko do konstatacji, do faktu, że bycie posiada miejsce i pojawia się jako rzecz.

Zachowując respekt do wszystkich niuansów oraz rozbieżności, relacja bytu do bycia, owo odniesienie, jest czymś w rodzaju, w każdym razie czymś bliskim – „konkretnej uniwersalności” – o której pisał Maurice Merleau-Ponty, czyli pewnej ogólności zakorzenionej w konkretności, utrzymującej łączność (relację) ze zmysłowością; jest też, jak u Kanta, stosunek fenomenów, które się pojawiają, których doświadczamy, które nam się jawią, do niewidzialnych, znajdujących się poza przestrzenią naszego poznania noumenów.

Różnicę ontologiczną, a zatem krytyczny punkt styku bytu z byciem, czyli miejsce bycia i rzeczy, można opisać jeszcze inaczej, za pomocą metafor. Później Heidegger napisze, że „język jest domem bycia”. Podejmując trop tej metafory i twórczo ją rozwijając można powiedzieć, że język to dom, zaś świat, to podwórko, czyli to co znajduje się na zewnątrz, w odniesienie do domu i progu, a co próg właśnie łączy, będąc fermuarem, swoistą klamrą podwórka i domu, świata i języka.

Jak stwierdził Heidegger: „rzeczy są jakby wyparte ze słów” (ja napisałbym: wypierane).

Byt mieszaka w języku, zaś bycie znajduje się na progu, w punkcie, który oddziela wymiar zewnętrzny od wewnętrznego, wnętrze od zewnętrza, język od świata; mieści się na granicy, w strefie, którą można określić jako mityczne „p o m i ę d z y”. Nie należy ani do jednego obszaru ani do drugiego, ale znajdując się pomiędzy; definiuje różnicę, która jest zarazem różnicą ontologiczną, i tą otchłań, tą przepaść, tą głębię, którą Heidegger określał jako miejsce bycia, a zarazem prawdy, którą język może tylko musnąć, lecz nie jest w stanie jej uchwycić.

Technika jest progresywna, rekonfiguruje, rozwija świat; nauka go konserwuje.

Prawda jest z tego świata
Prawda nie znajduje się więc w wymiarze transcendentnym, jak chciał Platon, w królestwie form, idei rzeczy, gdzieś w nieosiągalnych przez człowieka poza-światach, nie potrzebuje też Boga do afirmowania czy zagwarantowania autentyczności świata zmysłowego, jak głosił Kartezjusz. Wręcz przeciwnie, prawda znajduje się w najbardziej immanentnej, konkretnej, ruchomej przestrzeni, poprzedzającej doświadczenie kulturowe i logikę, jej obecność ma miejsce przed ekspresją, przed znaczeniem, przed logiką, a właściwie pomiędzy językiem, w którym mieszka, uzyskując schronienie – byt, a rzeczywistością, na którą składają się rzeczy i gdzie znajduje się bycie.

Tam mieści się właśnie ta szczelina, ten wąski przesmyk, jakby przeskok iskry, w którym ma miejsce sens bycia, który jest zrozumieniem bycia, czyli odniesieniem, relacją bycia do bytu, a także miejscem bycia i prawdy.

W międzyczasie nastąpiła ewolucja poglądów Heideggera. Niemiecki filozof dostrzegł, zrozumiał, że to co postrzegał jako jestestwo, sens bycia, a więc różnicę ontologiczną pomiędzy bytem i byciem, które było zarazem miejscem bycia i co za tym idzie również miejscem prawdy, jest
w rzeczywistości bytem.

Ewolucja filozofii Heideggera polegała na uświadomieniu sobie ciężaru gatunkowego śmierci, a następnie narodzin, wytyczających odcinek w egzystencji człowieka pomiędzy narodzinami a śmiercią: bycie jestestwa, którego sensem jest czas. W ten sposób, dzięki śmierci i czasowi, bycie nie jest postrzegane, w kategoriach logicznych, jako pojęcie, tylko w kategoriach fenomenologicznych oraz egzystencjalnych, jako wydarzenie: bycie się wydarza, następuje, jest w ruchu, dzieje się.

Ponieważ czas nie posiada charakteru logicznego lecz fenomenologiczny, nie ukazuje się diachronicznie czy chronologicznie w formie wcześniej uregulowanego następstwa, w związku z czym nie manifestuje się jako byt
i nie może być analizowany bądź definiowany jak rzecz, w celu odróżnienia od rozumienia logicznego, został określony jako „czasowość”.

Sens znajduje się w czasowości, a nie – jak chciałaby logika – w tożsamości (dlatego bycie jest przed logiką, w miejscu relacji pomiędzy bytem a byciem), która stanowi założenie czasu ciągłego, diachronicznego. Bycie jest ograniczeniem, odcinkiem trwającym od narodzin do śmierci. Gdy definiujemy bycie, nie powinniśmy posługiwać się kryteriami czasu logicznego, pojmowanymi jako nieskończony ciąg następstw, ale myśleć
o czasie, który w rzeczywistości się wydarza, a zatem o odcinku bycia, które ma miejsce pomiędzy narodzinami a śmiercią, początkiem a końcem (człowieka, rzeczy, itd.).

Heidegger określa ten konkretny, niewymienialny odcinek, czasowość, jako historyczność usytuowaną pomiędzy początkiem a końcem. W ten sposób manifestuje się rzecz, w postaci wydarzenia się, a nie czegoś trwałego (np. substancji). Sensem czasowości jest historyczność. Rzecz przeżywa swoją historyczność a nie historię, aby zaakcentować różnicę pomiędzy rozumieniem logicznym a egzystencjalnych, gdyż historia odsyła do naukowego znaczenia czasu i aczkolwiek pozwala na rekonstrukcję logiczną, uniemożliwia tym samym rekonstrukcję egzystencjalną.

Tymczasem historyczność odnosi się do miejsca, odsyła do jakiegoś odcinaka bycia, którego najlepszą charakterystykę stanowi: pomiędzy,
w oparciu o które i w ramach którego, bycie ma sens.

Martin Heidegger oraz Maurice Merleau-Ponty doprowadzili do odbudowania, rehabilitacji sensu metafizyki. Przy wszystkich dzielących ich różnicach, przywrócili prawdę zza światów, z transcendentnego terytorium idei, do immanentnego świata. Dzięki temu Michel Foucault mógł powiedzieć: (że) „prawda jest z tego świata”.

Religia i nauka tracą rzeczy, sztuka i technika je odzyskują i rozwijają.

Heidegger ostatecznie zdefiniował prawdę jako prześwit, światło, napięcie pomiędzy ukrywaniem a odkrywaniem, w którym pojawia się właśnie prawda, rozumiana jako tranzyt, próg. Merleau-Ponty zlokalizował prawdę jako nieprzerwaną łączność, ciągłość pomiędzy uniwersalnością
a konkretnością zakorzenioną w zmysłowości.

Bycia nie odzyskuje logika ani nauka. Bliższa Heideggerowi jest koncepcja Friedricha Nietzschego, zakładająca, że prawdę odnajdziemy prędzej
w stanie ekstazy, w formie antycznej tragedii, czyli dziedziny, którą nazywamy sztuką, niż w sferze nauki. Rzeczywistość, jak wskazywał Nietzsche, cechuje się „wolą mocy” oraz pragnieniem „wiecznego powrotu”. Bycie się rozwija, dąży do wzrostu, chce powrócić, objawić się na nowo.

Jak twierdził Heidegger, odzyskiwać rozwijać bycie może jedynie sztuka, rozumiana również jako technika, które rekonfiguruje rzeczywistość, świat rzeczy, podczas gdy nauka konserwuje. Nauka jest konserwatywna. To sztuka, a w ramach niej także technika, jest progresywna i rozwija świat.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

PiS jeszcze nie przegrał…


Rok 2021 zadecyduje o kształcenie procesu politycznego w Polsce. Ta siła polityczna, która zdobędzie inicjatywę strategiczną, najprawdopodobniej stworzy sobie przedpole do zwycięstwa w najbliższych wyborach parlamentarnych, które odbędą się za ponad dwa lata. Wydarzenia tego roku będą zatem kluczowe w perspektywie najbliższej przyszłości polskiej polityki.

Roman Mańka: Czy PiS już przegrał? Parafrazując słynne zdanie Marka Twaina: „pogłoski o śmierci PiS są przedwczesne”. Ci którzy głosili rychły koniec PiS opierali się na pozorach. To co wydawało się na jesieni 2020 roku oczywistym zjawiskiem, rzekomy odwrót społecznego poparcia od Zjednoczonej Prawicy, okazało się tylko powierzchownym efektem, wynikającym z błędów w obozie formacji rządzącej: walki wewnętrznej oraz tak zwanej „piątki dla zwierząt”, czyli ustawy, która uderzała w interesy elektoratu PiS.

W żadnym razie do spadku popularności partii Jarosława Kaczyńskiego nie przyczyniły się demonstracje oraz protesty organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet, w reakcji na zaostrzenie przez Trybunał Konstytucyjny prawa aborcyjnego. Wbrew temu co twierdzą różnego rodzaju eksperci, politolodzy i socjologowie, a także wielu publicystów, w Polsce nie doszło do żadnego przełomu; nie zmienił się radykalnie sposób myślenia społeczeństwa ani nastroje.

Opozycja, ta parlamentarna i ta społeczna, pozaparlamentarna, w dalszym ciągu nie ma wpływu na bieg procesu politycznego oraz rozwój wydarzeń w Polsce, gdyż nie potrafi wejść w mechanizm relacji kauzalnej, to nie jej działania przekładają się na konsekwencje polityczne. Nadal zasadniczy wpływ na sytuację posiada PiS.

Demografia jest nieubłagana
Manifestacje i protesty, które na jesieni 2020 roku przetoczyły się przez Polskę, wyraźnie (zresztą zupełnie zgodnie z tym co wcześniej przewidywałem), wygasły, i raczej trudno się spodziewać, aby w najbliższym czasie doszło do ich odnowienia. Być może niepokoje społeczne nadal będą miały miejsce; niewykluczone, że nawet się nasilą, lecz z innego – społeczno-gospodarczego, a nie kulturowego– powodu.

Zdecydowana większość obserwatorów polskiego życia politycznego, źle oceniła ciężar oraz znaczenie protestów inicjowanych przez kobiety z OSK, jak również związane z nimi nastroje społeczne. Przede wszystkim mające miejsce na jesieni ubiegłego roku demonstracje, nie były reprezentatywne dla emocji i poglądów całego polskiego społeczeństwa. Filozofia Platona powinna nas nauczyć, iż to co widzimy zmysłami, bezpośrednio nie musi być prawdą. Prawdziwa rzeczywistość kryje się poza pozorami. Często dochodzi do asymetrii pomiędzy wrażeniami powziętymi na podstawie obserwacji wydarzeń dziejących się na ulicy, a wnioskami wynikającymi z bardziej wszechstronnej oraz głębszej analizy racjonalnej. Nie zawsze ulica jest miarodajna i reprezentatywna dla nastrojów społecznych: np. organizowany przez środowiska narodowe „Marsz Niepodległości” potrafił w latach szczytu przyciągać do Warszawy nawet i 200 tys. demonstrujących ludzi, tymczasem poparcie dla „Konfederacji” w wyborach do Sejmu wynosiło 6,81 proc. Gdyby siłę formacji skupiającej ugrupowania narodowe oceniać po wielkości „Marszu Niepodległości”, powinna ona dzisiaj (a nie PiS) rządzić w Polsce.

W protestach organizowanych przez OSK brali zazwyczaj udział ludzie młodzi, na ulicach było ich widać, stanowili tam dominującą oraz mobilną siłę, byli w większości. Jednak struktura polskiego społeczeństwa tak nie wygląda, można nawet powiedzieć, że jej obraz jest odwrotny. Procesy demograficzne układają się w ten sposób, iż w polskim społeczeństwie, a co się z tym wiąże, również wśród wyborców, przewagę mają pokolenia senioralne albo bliskie tej kategorii: generalnie osoby, które przekroczyły 50. rok życia.

PiS ma to dobrze policzone. Tzn. dysponuje dokładnym rozeznaniem, popartym szczegółowymi badaniami socjologicznymi, na temat liczebności poszczególnych grup wiekowych, a przede wszystkim dominujących wśród nich preferencji politycznych. Póki co, demografia działa na rzecz PiS-u. Dlatego, manifestacje inicjowane przez OSK, aż tak bardzo partii Jarosława Kaczyńskiego nie zaszkodziły, zaś pod pewnym kątem były dla Zjednoczonej Prawicy nawet korzystne.

Niekompatybilność wymiarów
Spontanicznych wybuchów społecznego niezadowolenia, rozgrywających się wokół problemu aborcji, nie da się już odbudować, a przynajmniej, nie pojawi się nic, co byłoby ich kontynuacją. Protesty po prostu zgasły. Stało się tak z kilku powodów.

Po pierwsze, nikt nie będzie demonstrował na ulicach wiecznie; ludzie mają również swoje sprawy i w związku z tym, prędzej lub później, przesuną się z przestrzeni publicznej do sfery prywatnej, uciekną w własną prywatność. W relacjach społecznych działa znana z psychologii zasada malejącej użyteczności krańcowej, która w uproszczeniu oznacza mniej więcej tyle, że powtarzalność szkodzi intensywności oraz sile wywoływanego efektu. Wszystko się kiedyś zużywa, a w organizacjach społecznych oraz ruchach społecznych istnieje napięcie, które Hannah Arendt w książce, „O rewolucji”, określała jako opozycję pomiędzy spontanicznością czy żywiołowością a instytucjonalizacją i biurokratyzacją.

Bez nowych impulsów trudno utrzymać energię społeczną na stabilnym poziomie, zaś próba nadania społecznemu procesowi rutyny, osłabi go.

Po drugie, nie było kompatybilności pomiędzy wymiarem społecznym, w ramach którego rozgrywały się wydarzenia inspirowane przez OSK, a wymiarem politycznym, gdzie działają partie polityczne, nie powodowało to zatem typowych konsekwencji politycznych, w postaci np. zmiany preferencji politycznych czy nastrojów odnoszących się do popularności poszczególnych ugrupowań; nad protestami unosił się duch lewicowości lecz paradoksalnie „Lewica” nie zyskiwała na nich, zaś spadek poparcia dla partii rządzącej PiS wynikał z innych wydarzeń: konfliktów wewnętrznych, a zwłaszcza „piątki dla zwierząt”.

Po trzecie, w roku 2021 kalendarz różnego rodzaju okoliczności pozapolitycznych, lecz odwracających społeczną uwagę od polityki, nie będzie sprzyjał organizacji protestów o charakterze innym niż społeczno-gospodarczy: latem odbędą się dwie wielkie, spektakularne imprezy sportowe, przełożone z ubiegłego roku, z powodu pandemii koronawirusa: Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej oraz Igrzyska Olimpijskie, poza tym prawie równocześnie rozpoczną się eliminacje do Mundialu w Katarze.

Tego rodzaju sytuacje skutecznie odciągają uwagę opinii publicznej od polityki. Po wprowadzeniu stanu wojennego, nastroje społeczne zaczęły się poprawiać dopiero od czerwca i lipca 1982 roku, gdy na futbolowych Mistrzostwach Świata w Hiszpanii, reprezentacja Polski szła od zwycięstwa do zwycięstwa, sięgając po trzecie miejsce na globie; także w 2016 roku wydarzenia sportowe skutecznie odwróciły zainteresowanie od działań inicjowanych przez Komitet Obrony Demokracji.

Nigdy nie wolno bagatelizować znaczenia czynników pozapolitycznych w polityce, które choć mają treść niepolityczną, to powodują konsekwencje sensu scricto polityczne, aczkolwiek często niezauważane wprost.

Metamorfoza… marsz do centrum
Jest jeszcze czwarty element, wynikający z głębszej, a także bardziej dalekosiężnej strategii PiS-u, kobiety z OSK chętnie weszły w zastawioną przez PiS „pułapkę” i uruchomiły swój radykalizm. Wulgarne hasła, takie jak znak ośmiu gwiazd czy słowo rozpoczynające się na literę „w”, trafią tylko do osób nastawionych najbardziej ekstremalnie, przeciwników PiS, jednak ludzi o umiarkowanych bądź centowych poglądach, lub niezaangażowanych aż tak bardzo w politykę, mogą poważnie zrazić. To odium spadnie na całą opozycję (oprócz Hołowni).

PiS-owi zależy, aby opozycja miała radykalne oblicze. Zjednoczona Prawica prowadzi grę podobną do tej, którą swego czasu prezentowała Platforma Obywatelska, a którą dobrze zdefiniował dr Marek Kochan z Katedry Dziennikarstwa Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS, mówiąc, iż PO chce się jawić jako rozsądne centrum przeciwko ekstremizmom. Było to w 2013 roku, kiedy minister spraw wewnętrznych, Bartłomiej Sienkiewicz, miał zlecić służbom specjalnym podpalenie budki przed rosyjską ambasadą, aby zrzucić odpowiedzialność za to na środowiska i organizacje narodowe, pokazując ich ekstremizm.

PiS obecnie gra podobnie. Zjednoczonej Prawicy chodzi w ogóle o modyfikację swojego miejsca na scenie politycznej i stopniowe przesuwanie się w kierunku centrum, w czym bardzo pomaga obecność ugrupowań narodowych, a zwłaszcza Konfederacji w polskim życiu politycznym, gdyż odsuwa PiS od prawej strony, pozwala „odbić się od prawej bury”. Sytuacja nie wygląda tak, jak opisuje to część publicystów, iż Jarosławowi Kaczyńskiemu zależy, aby „na prawo od PiS była tylko ściana”; może kiedyś przywódca Zjednoczonej Prawicy myślał w ten sposób, ale obecnie definiuje polską scenę polityczną inaczej: PiS ma się przesuwać w centrum, ale w taki sposób, aby nie utracić prawej strony; tam ma funkcjonować taka siła, która jednocześnie powoli PiS przesunąć się w centrum, lecz nie zabierze mu dużej części prawicowego elektoratu.

Cały ruch (z tym co osobiście nazywam roszadą) zamiany Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego, na stanowisku premiera, dedykowany był intencji modyfikacji pozycji PiS na scenie politycznej i stopniowego przesuwania Zjednoczonej Prawicy w centrum. Był to jeden z warunków zwycięstw w wyborach samorządowych (do sejmików wojewódzkich), do europarlamentu, jak również – tych kluczowych – do polskiego parlamentu.

Historia pokazuje, że formacje populistyczne bardzo często przechodzą podobną metamorfozę, czyli przejście od radykalnej prawicowości bądź lewicowości w stronę centrum: pokazują to choćby przykłady ruchu faszystowskiego Mussoliniego w przedwojennych Włoszech, Partii Pracy w Wielkiej Brytanii w okresie Tony’ego Blaira, czy polski przykład Sojuszu Lewicy Demokratycznej w czasach Kwaśniewskiego i Millera.

Teraz podobną drogą będzie chciał pójść PiS.

Użyteczna twarz
Pytanie: kto wygra wewnętrzną rywalizację, jaka ma miejsce w Zjednoczonej Prawicy: Mateusz Morawiecki czy Zbigniew Ziobro (?), wydaje się rozstrzygnięte. Zresztą ono było przesądzone od samego początku, już w punkcie wyjścia.

Jedynym z polityków, który posiada zdolność dawania akceptowalnej społecznie „twarzy” jest premier Mateusz Morawiecki, którego toleruje również spora część politycznego centrum. Morawiecki nie posiada charyzmy, nie został obdarzony charakterem przywódczym, nie ma cech lidera, nie wydaje się być wizjonerem, lecz paradoksalnie właśnie dlatego cieszy się relatywną akceptowalnością.

W ramach PiS jest niewielu polityków, których nie tylko prawicowy, ale również umiarkowano-centrowy elektorat byłby w stanie zaakceptować: jednym z nich, co pokazały ostatnie i przedostatnie wybory prezydenckie, jest Andrzej Duda, jednak wyłączony z gry ze zrozumiałego względu piastowania urzędu prezydenckiego; drugim takim aprobowanym politykiem okazał się Mateusz Morawiecki; może znalazłoby się jeszcze kilku pomniejszych, takich jak Łukasz Schreiber, Kamil Bortniczuk, czy Michał Dworczyk. Reszta jest nieakceptowalna.

Również Jarosław Kaczyński, choć posiada niekwestionowany status przywódcy Zjednoczonej Prawicy i od wielu lat wyznacza strategię tej formacji, wydaje się zbyt wyrazisty, aby poprowadzić PiS do zwycięstwa.

Ziobro jest zbyt radykalny. Pod jego przywództwem PiS nigdy by w Polsce niczego nie wygrał.

Pozostaje więc jedynie Morawiecki. Premier nie ma alternatywy. Tylko on, z uwagi na paradoksalność przymiotów osobowych: niską wyrazistość, technokratyczny charakter obecności w polityce, brak cech jednoznacznie przywódczych, niepewność, nieokreśloność, może dać PiS-owi „twarz” potrzebną do pozyskania centrowego i umiarkowanego elektoratu, a tym samym zapewnienia zwycięstwa w wyborach 2023 roku i zdobycia trzeciej kadencji z rzędu.

Żeby tak się stało muszą jednak zostać spełnione jeszcze cztery inne elementy: 1) muszą zostać zakończone destruktywne wewnętrzne rozgrywki oraz konflikty w ramach Zjednoczonej Prawicy; 2) PiS nie może ostentacyjnie konsumować władzy, wszelkie koniunkturalne skłonności powinny zostać powściągnięte, zaś arogancja i bezkarność „swoich” – przytępiona; 3) szansą PiS-u jest dalsza słabość oraz fragmentaryzacja opozycji, właściwie PiS dotychczas zwyciężał dlatego, że system partyjny w Polsce uległ w ogromnym stopniu czemuś w rodzaju dystrofii czy nawet atrofii, oprócz PiS inne ugrupowania właściwie nie działały, a PiS był najsilniejszą formacją spośród słabych; z drugiej strony, jeśli w ramach opozycji powstania jakaś jednocząca formacja, PiS przegra; 4) jednym z kluczowych czynników będzie sytuacja gospodarcza, co oznacza, że gdy do Polski w rezultacie pandemii koronawirusa przyjdzie kryzys lub poważne spowolnienie gospodarze, uderzy to w popularność rządzących.

Innym wywołującym już konsekwencje poważnym problemem jest perspektywa odejścia przywódcy Zjednoczonej Prawicy, Jarosława Kaczyńskiego. Choć prezes PiS jeszcze nie składa dymisji, zapowiedział nawet intencję kandydowania w wyborach parlamentarnych 2023 roku, to jednak sama perspektywa jego odejścia, domniemanie, dynamizuje walkę o sukcesję oraz związane z tym konflikty wewnętrzne; sama predykacja odejścia Kaczyńskiego, nieokreślone bliżej czasowo prawdopodobieństwo, domniemanie, napędza wewnętrzne kryzysy.

Jest to zatem kłopot już w tej chwili, a po odejściu przywódcy Zjednoczonej Prawicy stanie się on jeszcze większy, gdyż żaden z pozostałych polityków PiS oraz „przybudówek” nie zapewni tej formacji stabilizacji oraz sterowności..

Charyzmatyczne partie posiadają jeden wrażliwy punkt, który jest zarazem ich największą siłą oraz słabością: przywódca; cała ich działalność opiera się o osobę lidera, ale po jego odejściu ugrupowanie się rozpada.

Syndrom Lewandowskiego…
Dziś trudno wyrokować czy PiS wygra czy przegra wybory w 2023 roku. Na jesieni wielu obserwatorom polskiego życia politycznego wydawało się, że Zjednoczona Prawica została dotknięta przez tak olbrzymi kryzys, że nie tylko przegra kolejne kalendarzowe wybory parlamentarne, ale również nie dotrwa do końca aktualnej kadencji. Były to jednak pozory, wnioski wynikające ze zbyt powierzchownych oraz uproszczonych analiz, zaś wszelkie tego typu rachuby są przedwczesne.

W PiS już jakiś czas temu rozpoczął się nieodwracalny proces anihilacji (o czym pisałem w Czasopiśmie Ekspertów FIBRE w listopadzie 2020 roku), który na pewno doprowadzi tę formację do upadku, nie wiadomo jednak czy Zjednoczona Prawica zdąży przegrać w 2023 roku, być może zadziała prawo rozpędzonej lokomotywy, która choć hamuje i wytraca prędkość, to jednak zdoła dojechać do kolejnej stacji. To byłby dla Polski najgorszy scenariusz, gdyż partia rządząca dotknięta erozją najbardziej szkodzi państwu: pogrążona w klientelistycznych mechanizmach, korupcji oraz wewnętrznych wojnach.

Póki co, to PiS posiada w Polsce inicjatywę strategiczną i to formacja Jarosława Kaczyńskiego w dużo większym stopniu kreuje polityczną grę niż opozycja; od opozycji właściwie nic nie zależy. PiS znajduje się dokładnie w takiej samej sytuacji, jaką w 2011 roku zdefiniował Donald Tusk w odniesieniu do Platformy Obywatelskiej: „nie ma z kim przegrać”. Ze zwycięstwami PiS-u jest analogicznie, jak z tryumfem Roberta Lewandowskiego w plebiscycie FIFA na najlepszego piłkarza świata w 2020 roku: wygrał w sezonie koronawirusa, w okresie, w którym nie odbyły się Mistrzostwa Europy, zaś rozgrywki Ligii Mistrzów były rozgrywane można powiedzieć: „zaocznie” lub „zdalnie”; zwyciężył zatem w momencie, w którym się niewiele w piłce nożnej działo, mecze odbywały się przy pustych trybunach, bez publiczności; i choć to stwierdzenie będzie oczywiście przesadą, uproszczeniem, to warto je wypowiedzieć dla zilustrowania sytuacji: nikt nie był szczególnie zainteresowany, a już na pewno usposobiony, zmotywowany żeby wygrać.

Sytuacji partii Kaczyńskiego jest podobna.

Jeżeli PiS w dalszym ciągu nie będzie miał z kim przegrać, to ma szansę zwyciężyć również w wyborach parlamentarnych 2023 roku, aczkolwiek tym razem, w tym przypadku, sama determinanta, że nie ma z kim przegrać może okazać się niewystarczająca. W każdym razie, na pewno sytuacja nie wygląda tak, że Zjednoczona Prawica znajduje się w beznadziejnej sytuacji.

Pieniądze z UE również nie śmierdzą
Paradoksalnie dla zwycięstwa PiS kluczowe oraz decydujące może okazać się to, co PiS w prowadzonej przez siebie polityce najbardziej zwalcza: europejskość, czyli przynależność Polski do Unii Europejskiej, a zwłaszcza beneficja wynikające z partycypacji Polski w kontynentalnej Wspólnocie.

Przełomowy moment miał miejsce w grudniu. Protesty oraz manifestacje organizowane przez OSK wygasły, Morawiecki w negocjacjach z UE odniósł relatywny sukces, udało mu się osiągnąć kompromis, a w rezultacie tego faktu trwający od wielu miesięcy ostry konflikt w ramach Zjednoczonej Prawicy został rozstrzygnięty: „miękiszonem” okazał się nie premier Morawiecki jakby chciał Zbigniew Ziobro, tylko sam Ziobro.

Właściwie więc w grudniu 2020 roku PiS „upiekł” trzy „pieczenie” na jednym „ogniu”: 1) uspokoiła się sytuacja na ulicach; 2) z UE udało się zawrzeć porozumienie, co oznacza ogromny strumień pieniędzy z Funduszu Solidarności dla Polski; 3) kryzys wewnętrzny w partii został (przynajmniej czasowo) zażegnany.

Europejskie pieniądze będą kluczowe, bo to stan polskiej gospodarki w dużej mierze zadecyduje, jak Zjednoczona Prawica zostanie oceniona w 2023 roku. Ekonomiści przewidują, że po przeminięciu pandemii koronawirusa, w Niemczech nadciągnie fala ogromnej konsumpcji. Zazwyczaj było tak, iż dobra kondycja niemieckiej gospodarki, wywoływała bardzo korzystne rezultaty w Polsce. Po pandemii koronawirusa Europa, a zwłaszcza Unia Europejska, wcale nie jest skazana na katastrofę. Może bowiem zaistnieć zjawisko, analogiczne do tego, które miało miejsce po zakończeniu II wojny światowej, kiedy straty demograficzne oraz ubytki infrastruktury (zgodnie z teorią cykli koniunkturalnych Nikołaja Kondratiewa) zaowocowały dynamicznym wzrostem gospodarczym oraz latami ekonomicznej prosperity w Europie Zachodniej. Konsumpcyjny głód jest w stanie wywołać szybki gospodarczy rozwój. Jak pisze w książce „Doktryna szoku” Naomi Klein: współczesny kapitalizm najlepiej rozwija się w warunkach kataklizmów oraz społecznych kryzysów.

W nowym rok 2021 PiS wszedł z polityczną inicjatywą oraz ofensywą w sferze dyskursu, łapiąc celebrytów na szczepieniach poza kolejnością i po znajomości, co zbulwersowało sporą część środowisk społecznych, zaś elektorat PiS na nowo zmobilizowało wokół antyelitarnego przekazu partii.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.