Jesteśmy spóźnieni…

Już po napisaniu „Bycia i czasu” (1927), w swoich następnych pracach, Martin Heidegger postawił tezę, że wolność jest istotą prawdy. Co to oznacza? Na pozór mogłoby się wydawać, iż chodzi o wolność wypowiedzi, albo o swobodę pracy naukowej i badani naukowych, lub, sięgając po jeszcze inne rozumienia, o pluralizm, w ramach którego zderzają się różne poglądy i stanowiska.

Roman Mańka: Oczywiście, to wszystko również też jest niezwykle ważne, jednak takie rozumowanie czy taka interpretacja, byłyby zbyt powierzchowne, żeby nie powiedzieć, proste.

Heideggerowi chodzi o coś innego, i dużo głębszego.

Stwierdzenie, że wolność jest istotą prawdy, ma fundamentalne znaczenie dla poznania, w tym również dla nauki, i kruszy właściwie „kamień węgielny” nowożytności.
Jeżeli wolność jest istotą czy cechą prawdy, to oznacza, że prawda znajduje się przed pojęciem i przed znaczeniem, czyli inaczej mówiąc, że jest przed poznaniem i przed świadomością. W jednym ze swoich dzieł z lat 30. XX wieku, napisanym po „Byciu i czasie”, a mianowicie w „Istocie prawdy”, Heidegger zawiera taką myśl, która, jak żaden innym fragment, nie wyraża w tak silny i dramatyczny sposób, pełnego sensu prawdy: „prawda nie narodziła się z sądu (ponieważ nie mieszka w nim)”. Oznacza to, że prawda jest przed językiem (gramatycznym, lub formalnym). Jej czasowy charakter powoduje, że nie da jej się „złapać” czy „chwycić” w słowa. Wyobraźmy sobie bawiące się dzieci, które próbują złapać dym w zaciskane szybko dłonie.

Nie udaje się!

Prawda nam ucieka…
To czego dokonał Heidegger, to zakwestionowanie logicznego znaczenia prawdy, na korzyść fenomenologicznego, a ujmując problem jeszcze bardziej konkretnie, fenomenolgiczno-hermetycznego. Prawda jest w przyrodzie, a nie w nauce; jest w wydarzeniach, a nie w historii. Nauka oraz historia, to tylko rekonstrukcje prawdy, które zawsze skazane są na utratę sedna. Nie są w stanie dotknąć czy uchwycić istoty rzeczy, chociaż bardzo się starają.
Prawda nie jest logiczna, gdyż nic nie stoi ani nie trwa w miejscu; jej czasowy charakter powoduje, że jest fenomenologiczna: prawda się wydarza, staje się, lecz nie trwa. Ostateczność, oczywistość, oraz totalność stanowią pojęcia sprzeczne z naturą prawdy. Prawda nigdy nie jest zakończona.
Zdanie Heideggera: „wolność jest istotą prawdy”, oznacza, że prawda wydarza się na poziomie rzeczy, w samym sercu rzeczy, przed językiem, słowami i świadomością. Prawda nie jest logiczna, gdyż próba uchwycenia jej w pojęcia logiczne, stanowi już zafałszowanie i utratę. Znaczenie czy pojęcie, nie jest tym samym co rzecz. Jest substytutem rzeczy, lecz nie rzeczą. Nie istnieje tu symetria ani tożsamość.

Prawda nam ucieka, znika, właśnie wtedy, gdy chcemy ją utrwalić.

Patrzymy na pędzący pociąg, wydaje się, że go widzimy, tymczasem widzimy obraz, ale nie pociąg; pociąg jest już przed obrazem; występuje asymetria, bo prawda jest wcześniej.

Wszystko płynie
Gdy Henri Bergson, opowiadał w jednym z elitarnych paryskich liceów, młodym dziewczynom o tzw. paradoksach Zenona z Elei, czyli o strzale, która wystrzelona z łuku stoi w miejscu i o żółwiu, którego nie jest w stanie dogonić nawet Herkules, niewiasty co rusz wybuchały salwami chóralnego śmiechu. – Co on gada, pewnie chciałyby nam wmówić bajki o strzale stojącej w miejscu i żółwiu sprinterze, którego nie może dogonić nawet Herkules. A to dobre, he, he, he.
Ale tak naprawdę, te dziewczyny śmiały się z własnej powierzchowności w myśleniu. Bergson, choć wówczas bardzo młody, był zbyt wybitnym intelektualistą, aby nie wiedzieć, że paradoksy Zenona z Elei posiadają figurę metodologiczną, hermeneutyczną i uciekają się do pewnej dialektyki (podobnie jak Platon), aby poprzez podział i pozorny absurd, doprowadzić do syntezy czy używając lepszego słowa: synchronii, ułatwiając przy tym zrozumienie.

Po prostu, paradoks ma ułatwić zrozumienie, przybliżyć nas do istoty rzeczy.

O co więc chodziło Bergsonowi, kiedy omawiał paradoksy Zenona z Elei? Chciał on zilustrować dysonans, jaki występuje pomiędzy ludzkim umysłem czy jego pochodną: rozumem, a rzeczywistością. Już Heraklit stwierdził, że zasadą rzeczywistości jest zmienność. Skonstatował naturę rzeczywistości słowami: „panta rhei” (j. pol. „wszystko płynie”). Tymczasem umysł ludzki przejawia skłonność do utrwalania, mówiąc językiem Arystotelesa, budowanie substancji. Heidegger później rozwinął poglądy starożytnej filozofii greckiej (m.in. Anaksymandra, Parmenidesa, i Heraklita), twierdząc, że ruch pochodzi od rzeczy, a nie od języka. Dlatego nie jesteśmy w stanie uchwycić prawdy za pomocą logiki czy historii (która również opiera się na logicznych prawach linearnego następstwa), gdyż logika oraz historia utrwalają rzeczywistość, zaś prawda ma charakter czasowy i jest zmienna. Ludzie zamienili logos, który znajduje się bliżej rzeczy, w logikę i w tym momencie zaczął się błąd.

Błąd Kartezjusza
Już Parmenides określał prawdę jako aletheia, a więc od-krycie, czyli coś, co poprzedza poznanie, świadomość i następuje po rzeczy (albo nawet w rzeczy). Prawda jest w rzeczy, a nie poza nią. A już na pewno nie znajduje się w wypowiedzi, w sądach, czy w twierdzeniach, w wiedzy. Jej fenomenologiczny, czasowy charakter powoduje, że ciągle ucieka nam, nigdy nie jest zakończona. Widać to nawet w gramatycznych funkcjach języka oraz jego sensie, gdy np. mówimy, że coś się przed-stawia, czyli, że przed stawianiem jest jeszcze jakieś inne, bardziej uprzednie i głębokie, „przed”, a zatem, że przed wtórnym stawianiem znajduje się jakieś pierwotne „przed”. Mówimy często, nawet w rozmowach potocznych, że „rzeczy się przedstawiają”. Wynika z tego, że przedstawienie jest już spóźnione wobec prawdy. Prawda jest wcześniej.
W zdaniu czy w wypowiedzi możliwa jest równowaga pomiędzy podmiotem oraz przedmiotem, ich wzajemny bilans czy symetria, jednak w rzeczywistości i w procesie poznawczym, istnieje asymetria, co oznacza, że przedmiot nie wyrównuje się z podmiotem.

Kartezjusz się pomylił, a w ślad za nim cała nowożytna nauka. Nie ma czegoś takiego, jak podmiot poznający przedmiot czyli świat, bo podmiot jest częścią świata. Pomiędzy podmiotem a światem istnieje ciągłość, co wyraźnie dawał do zrozumienia Heidegger i co stwierdzał również Maurice Merleau-Ponty, francuski fenomenolog i egzystencjalista. Nie ma opozycji pomiędzy podmiotem a przedmiotem. Podmiot nie jest w stanie neutralnie i obiektywnie opisać przedmiotu, gdyż jest przez ten przedmiot zdeterminowany.

Gdy Jean Jacques Rousseau, dokonując radykalnej korekty Kartezjusza, powiedział: „czuję więc jestem”, w miejsce: „myślę więc jestem”, to miał na myśli, że uczucie, które jest przed myślą, przed sądem, przed pojęciem i wyprzedza myśl, prędzej dotknie prawdy niż myśl. Jemu chodziło o prawdę etyczną, lecz można to rozszerzyć na prawdę w ogóle. Rousseau uważał, że myśl zawsze powstaje w towarzystwie uczuć, ale to te drugie mają znaczenie kluczowe. Zatem w opinii Rousseau, istnieje coś, co wyprzedza myśl i czemu bliżej jest do prawdy i co prędzej ją pozna.
Jest to nic innego tylko przesunięcie, a właściwie oddanie prawdy, z obszaru racjonalnego w kierunku wrażliwego. To samo twierdził Fridrich Wilhelm Nietzsche, który badając Starożytność, doszedł do wniosku, iż uczucia i trans prędzej oddadzą prawdę niż racjonalność i rozum. W „Narodzinach tragedii” napisał coś mniej więcej takiego: ludzie zawsze wybiorą mit przed logosem. Twierdził, że sztuka jest lepsza od nauki, albowiem nauka daje tylko iluzję poznania prawdy, czemu niestety nie jest w stanie sprostać. Heidegger uprzywilejowuje poezję, zwłaszcza Friedricha Hölderlina.

Nieautentyczność
Idąc tropem Nietzschego, Heidegger również stwierdził, że bliższa prawdzie jest sztuka i technika niż nauka, albowiem sztuka i technika rekonfigurują, jak gdyby odtwarzają i odnawiają rzeczywistość, zaś nauka ją konserwuje, czyli utrwala, a utrwalenie, z uwagi na czasowy charakter prawdy, oznacza jej utratę.

Zegarki zafałszowują rzeczywistość. To czas logiczny, linearny, który nie ma nic wspólnego z prawdziwym czasem. Przez to jest nieautentyczny.

Na poziomie techniki pozornie możliwe staje się to, co jest nieosiągalne na poziomie logiki: odzyskanie rzeczy, natomiast na poziomie logiki następuje ich utrata. Niestety, tak naprawdę technika odbiera rzeczom (w tym również człowiekowi) wolność, gdyż narzuca im sposób bycia, czyli instrumentalizuje je i w ten sposób, w głębszym sensie, również traci. Również w wymiarze techniki nie możemy mówić o rzeczy, bo technika korzystając z tożsamości idei i rzeczy, w większym stopniu wytwarza produkty niż rzeczy, zaś produkt to narzucony rzeczy sposób bycia. Technika więc nie jest na poziomie autentycznym, gdyż w odniesieniu do niej można mówić, co najwyżej o produktach, lecz nie o rzeczach, tak samo, jak w odniesieniu do logiki czy nauki w ogóle, można mówić o przedmiotach, czy tak jak w przypadku historii, o rekonstrukcjach. Jednak ani produkt, ani przedmiot, ani rekonstrukcja, to nie są rzeczy.

Głębia rzeczywistości
Tak naprawdę sensem bycia i prawdy jest nicość. Dominujący w nowożytności logiczny profil prawdy powoduje, że do czystej, prawdziwej prawdy nie docieramy, nie dotykamy jej bezpośrednio, albowiem zawsze jest coś, co się na nią nakłada, a co zostaje poprzedzone przez coś wcześniejszego i głębszego.
Z drugiej strony, kiedy Heidegger ogłosił, iż sensem prawdy jest czasowość, to tak naprawdę stwierdził, że jej sensem jest nicość. Czas, z którego jest zbudowana rzecz, nie pojawia się, nie można go zobaczyć
Czasowy charakter rzeczywistości, powoduje, iż nie jesteśmy w stanie w całości jej zobaczyć. Tak jak nie widzimy samolotu, który właśnie nadlatuje. Widzimy jego obraz, ale nie rzecz, czyli samolot, bo materialnie jest on już gdzie indziej, a obraz czy jakkolwiek to nazwiemy, np. fenomen, za nim nie nadążą. A to oznacza, że w fenomenie jest, oprócz tego co widzimy, co się nam jawi, jeszcze głębia, jego źródło, które się nie pojawia, nie możemy go zobaczyć, albo, mówiąc jeszcze inaczej: jest obecny poprzez nieobecność.

Rzeczy się wydarzają, a przez to stają się nieuchwytne, nieosiągalne. Fenomen zawiera dwa elementy: jeden, który się pojawia, który istnieje tylko dlatego, że w jego głębi znajduje się drugi, który się nie pojawia i do którego nie jesteśmy w stanie dotrzeć. Lecz to właśnie ten drugi (którego nie widzimy i nie poznajemy) jest sensem rzeczywistości.
I to jest właśnie nicość. Nigdy nie dotrzemy do całej, kompletnej prawdy. Ale właśnie na tym polega jej wolność, że człowiek nie może uchwycić jej w pojęcia czy kategorie. Jak pisał Heidegger: „człowiek jest pasterzem bycia”, lecz nie jego twórcą ani przyjacielem. W sensie ontologicznym bycie było wcześniej, a człowiek jest jego częścią.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Utrata rzeczywistości…

–  “Wydarzenia rozgrywają się w czasie” – takie zdanie słyszymy często wypowiadane przez ludzi w potocznym języku, a nawet w ramach dyskusji publicystycznych czy naukowych. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie: to nie wydarzenia rozgrywają się w czasie, a czas w wydarzeniach, jest z nimi połączony, splątany. Czas nie jest zewnętrzny wobec rzeczywistości. Jak twierdził Martin Heidegger w “Byciu i czasie” z 1927 roku: czas jest sensem bycia, i jako sens się nie pojawia.

Roman Mańka: Czas nie jest diachroniczny, jak się go przedstawia konwencjonalnie i stereotypowo, lecz synchroniczny, bierze się z wydarzenia, konstytuuje i ustanawia wydarzenie, jest jego sensem, czyli sensem rzeczywistości.
Czas należy do rzeczywistości, a nie rzeczywistość do czasu. Czas nie zachodzi na zewnątrz rzeczywistości, a należy do niej, wchodzi w jej skład, tyle tylko, że jako jej sens się nie pojawia, bo sens jest tym, co nigdy się nie pojawia, na zasadach fenomenu, można go jednak opisać hermeneutycznie.

Sensem rzeczywistości jest czas
To zadziwiające, że filozof, Heidegger i fizyk, Albert Einstein doszli do tych samych wniosków, mówiąc o tym samym zgoła innymi językami (filozoficznym i fizycznym), i „wysadzając w powietrze” całą nowożytną naukę (od Kartezjusza), chociaż oni są również tej nauki częścią.
Ten ostatni stwierdził, że czas nie jest odrębną przestrzenią, ale że wraz z ortodoksyjnie rozumianą przestrzenią tworzy łącznie czasoprzestrzeń. Kontynuatorzy Einsteina doszli do wniosku, że każdy obiekt (również człowiek), każda rzecz ma swój własny czas, który dla każdego różnie biegnie w zależności od prędkości poruszania się. Różnice są niezauważalne, bo prędkości lokalnie (czyli w naszym świecie) są za małe. Nie ma jednego czasu. Każde wydarzenie ma swój czas. Czas “wycina” wydarzenia, określając ich miejsce.
Heidegger, na innej płaszczyźnie – filozoficznej – stwierdził właściwie to samo, co Einstein na gruncie fizyki: sensem bycia jest czas, czyli, inaczej mówiąc, sensem rzeczywistości jest czas; to tak samo, jak u Heraklita: sensem rzeczywistości jest zmienność; “Panta rhej” (j.pol. “Wszystko płynie”).

Zdaniem Heideggera, błąd nowożytnej nauki polega na tym, że chce ona uchwycić rzeczywistość poprzez język, gramatykę albo logikę; próbuje “złapać” czas i rzeczy w słowa, w pojęcia. Nie da się tego zrobić, z uwagi na czasowy charakter rzeczywistości. Rzeczywistość jest przed językiem i przed logiką. – Prawda jest gdzie indziej, jak stwierdził Platon; jest przed językiem i logiką.
Stąd nowożytna nauka popełnia ten sam błąd, co tradycyjna metafizyka: podwaja rzeczywistość i produkuje puste pojęcia.

Język jest bezradny
Kant i Hegel zamierzali, zaś Heidegger zrealizował projekt opróżnienia pojęć.
Czasownik nie zawiera czasu, a tylko go wyraża; podobnie rzeczownik nie ujmuje rzeczy, a tylko ją “uśmierca”, tak samo jak czasownik zatrzymuje czas, bo czasownik zawsze jest na poziomie teraźniejszości.
Język chce “chwycić” rzeczywistość, lecz właśnie w ten sposób ją traci. Rzeczywistości nie da się podbić, można ją co najwyżej nazwać. Ten błąd zauważył już w Starożytności Zenon z Elei. Polega on na skłonności do utrwalania i utrwaleniu; słynne paradoksy Zenona z Elei: strzała, która stoi w miejscu i żółw, którego Herkules nie jest w stanie nigdy dogonić.
Charakter rzeczywistości jest czasowy (sensem bycia jest czas), a nie logiczny. Język, logika, nauka nie pokazują rzeczywistości, tak samo, jak zdjęcie nie pokazuje obiektu. Każde utrwalenie jest już fałszem.
Dlatego nie ma podmiotu ani przedmiotu, a przede wszystkim opozycji podmiotu i przedmiotu; nie ma substancji.
Wszystko się łączy i determinuje. Znajdujemy się w tyrani bycia. Egzystencja ma miejsce w świecie, a świat w egzystencji (ukazuje się egzystencjalnie, w świetle egzystencji).

Ogólność i rzecz
Do rzeczy docieramy zawsze przez ogólność, albowiem ich bliskość staje się dla nas barierą, lecz i przez ogólność je tracimy, powodujemy, że nie są na swoim miejscu. Gdy indywidualizm zastępuje się uniwersalizmem, powoduje się, że rzeczy zostają przestawione nie na swoje miejsce i w ten sposób traci się je. Ten motyw, w różny sposób opisywany i rozmaitym językiem, występuje u Heideggera, Hegla, Wittgensteina, Bergsona, Russella; nawet u Kanta.
Nie ma czasu logicznego: czas nie jest uwięziony w pojęciu, ani w konwencji, słowie, znaczeniu, czy języku. Czas i rzeczywistość są poza językiem oraz logiką. Są przed językiem i logiką.
Istnieje tylko czas fenomenologiczny, w układzie synchronicznym (nie diachronicznym, nie jako logiczna rekonstrukcja następstw).
Jak postuluje fizyka kwantowa (i chyba również teoretycznie udowadnia)
przyszłość już jest, a przeszłość jeszcze nie odeszła.
Podobnie pisze Martin Heidegger w “Byciu i czasie”: przeszłość wydarza się tylko dlatego, że istnieje przyszłość, a przyszłość zachodzi tylko dlatego, że jest przeszłość.
Gdyby przyszłość zniknęła, zniknęłaby również przeszłość; i odwrotnie.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Nie wolno lekceważyć PiS!

W dwóch ostatnich sondażach, z jakimi się spotkałem formacja Jarosława Kaczyńskiego uzyskała odpowiednio: 36 i 42 proc. społecznego poparcia.
Moim zdaniem ten drugi wynik jest bliższy prawdzie, chociaż jeszcze i tak nie w całości pokazuje potencjał elektoratu PiS; moim też zdaniem, od 2019 roku, od wyborów europejskich i parlamentarnych, PiS wiele nie stracił, o ile w ogóle coś stracił.

Roman Mańka: Już dawno przestrzegałem, że nie ma żadnego sensu patrzeć na badania demoskopijne i brać na poważnie ich rezultaty, gdy uwzględniają osoby niezdecydowane. Część wyborców PiS niechętnie przyznaje się do swoich politycznych preferencji i lubi się do tej grupy „schować”, albo udawać elektorat innej, nie wpisanej w ostry konflikt polityczny, partii. Stąd realne nastroje mogą być dla PiS jeszcze lepsze niż te deklarowane w ankietach.

Mimo afer korupcyjnych, ogromnej skali nepotyzmu, inflacji, a także problemów w usługach publicznych, PiS nie traci rzeczywistego poparcia społecznego. Dzieje się tak dlatego, że na przestrzeni ponad 30 lat transformacji ludzie immunizowali się na afery. W świadomości społecznej dominuje przekonanie, że “wszyscy kradną”, tymczasem PiS przynajmniej się dzieli z ludem.

PiS potrafił sparaliżować opinię publiczną, jeden z nielicznych narzędzi obrony, jaki posiada społeczeństwo, za pomocą dwóch posunięć: 1) podziałowi opinii publicznej; oraz 2) transferom socjalnym.
Obydwa kroki obezwładniły kontrolę społeczną.

Przemoc diagnostyczna
Znaczenie polaryzacji jest ogromne. Gdy podzieli się Polskę na dwie połowy, mniej więcej równych części, o wygranej w wyborach zadecyduje mała grupka osób.
A PiS prawdopodobnie wie, która to grupka, albowiem nieustannie przeprowadza pogłębione, lokalne badania, na bardzo niskim poziomie życia społecznego.
Przewagą PiS nie jest nic nadzwyczajnego: jest to, co już dawno, pisząc o współczesnej polityce, zdefiniował francuski filozof i socjolog, Michel Foucault: czyli wiedza, zaś mówiąc bardziej precyzyjniej: lepsze widzenie.
Po prostu PiS więcej od opozycji widzi, bo sprawuje w Polsce rządy i ma ku temu instrumenty. Jednak, jak mawiała Hannah Arend: władza realizowana za pomocą narzędzi (również tych socjotechnicznych) jest przemocą. Ambitna, idealna władza powinna opierać się nie na narzędziach, bo to przemoc, lecz na działaniach.

Zadecydują rezerwy
Jedna lista opozycji może być korzystna dla PiS, gdyż pozwala lepiej stygmatyzować, naznaczyć “wroga”. Przy jednej liście scena stanie się przejrzysta, mniej złożona, czytelna, prosta. Dla wyborców PiS bardziej zrozumiała. Skomplikowany układ na arenie wyborczej demobilizuje populację wyborczą PiS, lecz prosty, antagonistyczny: mobilizuje.
Ta dialektyka nie musi, ale może i jest w stanie spłaszczyć rezultaty przyszłych wyborów do Sejmu: wywindować wynik jednej listy opozycji na poziom ponad 40 proc.; co jednak z tego skoro (w takich warunkach) PiS może otrzymać jeszcze więcej, a wówczas d’ hondt zadziała w ten sposób, że formacja Kaczyńskiego będzie miała dużo więcej mandatów w Sejmie niż dzisiaj.

Porażka Zjednoczonej Prawicy w wyborach parlamentarnych w 2023 roku nie jest przesądzone. Bój będzie niebywale zacięty, zaś wygra ten, który – jak głosi strategia gier – lepiej zmobilizuje zasoby; ja powiedziałbym, że nawet nie zasoby, a rezerwy.

Emeryci, to w chwili obecnej jedna z najistotniejszych rezerw strukturalnych PiS. W 2020 roku, w wyborach prezydenckich, to właśnie ta grupa przechyliła szalę zwycięstwa na korzyść kandydata PiS>

Uwarunkowania strukturalne
Struktura społeczna przemawia na korzyść PiS. 8 mln emerytów i rencistów. Prawie 50 proc. Polaków mieszka na wsi i w małych ośrodkach, poniżej 20 tyś. mieszkańców. 40 proc. społeczeństwa mieszka na wsi, gdzie na PiS, na 10. wyborców głosuje 6,5, a czasami nawet 7 i 8.
Wystarczy, że 3/5 emerytów zagłosują na ugrupowanie Kaczyńskiego i już będą blisko zwycięstwa. Dziś widać, że obniżenie wieku emerytalnego przez rządy PiS, który wcześniej podniosła koalicja PO-PSL, miało przede wszystkim sens wyborczy. Dzięki temu przybyło emerytów, a to zawsze raczej konserwatywne środowisko (niechętni do zmian – rytualiści, wg taksonomii Roberta Mertona), które przejawia tendencję do wspierania tych, którzy rządzą. Wystarczy coś im dać.

Do tego dojdą głosy mieszkańców wsi. Jedna lista opozycji uporządkuje im percepcję i zorganizuje scenę wyborczą, co uprości wybór. W takich warunkach: (czyli) jedna lista opozycji kontra PiS, siedmiu, może nawet ośmiu na dziesięciu wiejskich wyborców zagłosuje na PiS.

Niespenalizowana korupcja
Powierzchowne, niepogłębione badania socjologiczne, robione dziś, niewiele nam powiedzą. Żadne sondaże nie są w stanie dokładnie zmierzyć siły trzynastych, czternastych i piętnastych emerytur, podniesienia kwoty “500 plus” oraz nowych bojowych wozów strażackich dla OSP i ciągników dla rolników, które będą rozdawane na lewo i prawo. Zwrotów podatkowych z tytułu “Nowego ładu”, jak również kolejnych podwyżek minimalnego wynagrodzenia.
Władza daje narzędzia i PiS na pewno z nich skorzysta. Oczywiście to bardziej złożona korupcja wyborcza, której niestety prawo jeszcze nie definiuje.
Problem polega na tym, iż w coraz większej złożoności przemysłowo-technicznej świata, wiele zjawisk jest postrzeganych na zasadzie mechanizmu, który opisał Gunter Anders (mąż Hanny Arent): “niezgodności prometejskiej”. Wiele zjawisk i procesów jest tak skomplikowanych, że ludzie nie są w stanie ich zauważyć oraz zrozumieć. Nie ma prostej, bezpośredniej przekładni czy zależności pomiędzy przyczyną a skutkiem. I złe, patologiczne rządy na tym żerują.
Dojdą oczywiście jeszcze miliardy z Unii Europejskiej w ramach Krajowego Programu Odbudowy, których PiS nie omieszka instrumentalnie wykorzystać.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

D’hondt – czyli teoria względności…

Słyszę tak wiele mitów i legend na temat działania systemu przeliczania głosów na mandaty – D’hondta – ze strony ludzi, którzy o tym bladego pojęcia nie mają oraz związanej z tym jedynie słusznej i uporczywie forsowanej doktrynie o jednej liście opozycji, że ze śmiechu już skręca mnie w brzuchu.

Roman Mańka:
Prawda jest inna, dużo bardziej złożona. System D’hondta może zadziałać w bardzo różny sposób i tego nikt przed wyborami do końca nie jest w stanie przewidzieć. Czasem opłaca się wystawić jedną listę, czasem dwie, a czasem nawet trzy. Wiele zmiennych decyduje o tym, co się opłaca: 1) ile komitetów w ogóle wystartuje w wyborach; 2) ile list wejdzie do sejmu; 3) jaka jest struktura poparcia poszczególnych ugrupowań i jakie są odległości (dystanse) pomiędzy poszczególnymi listami; 4) i wreszcie najważniejsza rzecz: jak się rozkładają głosy pomiędzy okręgami (globalnie) i w poszczególnych okręgach (lokalnie).

Nieobliczalny system
Wynik w skali kraju, poza rozstrzygnięciem, które komitety będą uczestniczyły przy podziale mandatów oraz wymiarze medialnym, nie ma większego znaczenia, bo podziału mandatów dokonuje się w okręgach.

Nawet sam Einstein nie wymyśliłby bardziej nieobliczalnego systemu, którego główną cechą jest asymetria.

D’Hondt w różnych wyborach dawał rozmaite wyniki. W 2015 roku PiS otrzymał w wyborach 37,58 proc. głosów i dało mu to 235 mandatów; cztery lata później otrzymał 43,59 proc. i dostał tyle samo mandatów. W 1993 roku KPN zdobył 5,77 proc. wyborców uczestniczących w wyborach i przypadło mu 22 mandaty; w 1997 ROP uzyskał poparcie na bardzo podobnym poziomie (5,56 proc.), co starczyło zaledwie na 6 mandatów.

Wbrew pozorom i temu co się mówi, D’hondt to dość nieobliczalny system, który może dać bardzo różne wyniki. Kluczowe znaczenie ma tu nie poziom poparcia zwycięzcy, lecz struktura poparcia będąca wynikiem rezultatów wszystkich wyborczych graczy oraz rozkład głosów w okręgach.

Loteria
W ramach systemu D’hondta możliwa jest też sytuacja, że przy dość zbliżonych wynikach wyborczych w skali kraju i nierównomiernym rozkładzie poparcia jednego z komitetów w okręgach, lista z największą liczbą głosów w skali kraju może otrzymać mniej mandatów niż lista z mniejszą ilością głosów.
Przy zbliżonych rezultatach dwóch najbardziej popularnych komitetów i specyficznym rozkładzie głosów w okręgach jest to scenariusz wcale nie taki nieprawdopodobny.

System D,Hondta, wbrew istniejącym stereotypom, to często jest loteria i wypadkowa różnych (czasami bardzo przypadkowych) zmiennych. Przed wyborami wielu rzeczy nie da się przewidzieć.

Oczywiście, generalnie można powiedzieć, że sprzyja zwycięzcom, ale to też duże uproszczenie, zwłaszcza gdy się popatrzy na wyniki PiS z dwóch ostatnich wyborów do Sejmu. W jednych, przy słabszym wyniku ogólnokrajowym sprzyjał formacji Jarosława Kaczyńskiego; w drugich, przy najlepszym rezultacie w historii wyborów w Polsce, już raczej nie.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Zbyt liczna koalicja się nie opłaca

Trzy listy opozycji w wyborach do Sejmu, to jest ryzykowny wariant. Skoro opozycję miałyby reprezentować trzy listy, to wówczas w praktyce w Sejmie znajdzie się pięć podmiotów opozycji (nie licząc Konfederacji, itd.). Stworzenie rządu z pięciu elementów może być bardzo trudne, a rządzenie w takich warunkach jeszcze trudniejsze.

Roman Mańka: Ryzyko polega na tym, iż nie wszystkim będzie się opłacało partycypować w tego rodzaju strukturze władzy i pojawi się pokusa, aby w bardziej, lub mniej oficjalny sposób przyjąć ofertę sojuszu z PiS.


Gdzie kucharek sześć…
Np., gdyby Lewica (lub któreś z ugrupowań wchodzące w jej skład) miała wejść w koalicję rządzącą złożoną z pięciu ugrupowań, mogłaby liczyć na jednego, spośród pięciu, wicepremierów, dwóch, może trzech ministrów, jednego wicemarszałka Sejmu, spośród pięciu, paru wojewodów.

To się nie opłaca. PiS zaoferowałby dużo więcej: jednego wicepremiera, ale spośród dwóch, sześciu, siedmiu ministrów, wiceministrów we wszystkich resortach, siedmiu wojewodów, wszystkich wicewojewodów, wicemarszałka Sejmu (spośród dwóch), a może nawet i samego marszałka Sejmu, jeżeli układ polityczny by tego wymagał. No i oczywiście niezliczoną ilość posad w agencjach rządowych oraz spółkach skarbu państwa, wspólne zarządzanie mediami publicznymi.

Uczestniczenie w rządzeniu, w warunkach dużej ilości koalicjantów z partykularnego punktu widzenia nie opłaca się, pomijając już problem, że jest to wariant bardzo niekorzystny dla państwa, gdyż w sposób nieracjonalny i niepragmatyczny rozbudowuje strukturę rządu i administracji państwa.

Uruchomienie przepływów
Jeżeli PiS będzie wystarczająco silny (co to znaczy wystarczająco silny?; to znaczy, że osiągnie więcej niż 35 proc. poparcia w skali kraju), zaś opozycja wejdzie do Sejmu trzema listami z czego po wyborach wyłoni się pięć podmiotów, może się zdarzyć, iż któryś z nich, z koniunkturalnych, partykularnych pobudek, pójdzie na współpracę z PiS. Najbliższa tej pokusy jest moim zdaniem: Lewica.

Sęk jednak w tym, że PiS może nie być wystarczająco silny (choć to jeszcze nie jest do końca przesądzone). Zakładam, że w wyborach do Sejmu wystartuje sześć komitetów: PiS (albo Zjednoczona Prawica), Koalicja Obywatelska, Polska2050-PSL, Lewica, Konfederacja, oraz Agro-Unia.

Struktura aktorów (graczy) na scenie wyborczej jest niesamowicie ważna i najczęściej właśnie ten czynnik – strukturalny – decyduje o wynikach wyborów.

Dla PiS-u jest to śmiertelnie niebezpieczny i niebywale niekorzystny układ, gdyż koalicja Polska2050-PSL oraz Agro-Unia wręcz „oskubią” go z poparcia w jego wyborczym bastionie, czyli na prowincji, na wsi i w małych miasteczkach.

Dlatego sens ma wystawienie przez opozycję dwóch list: jedna będzie efektywnie konkurować z PiS na prowincji, zabierając partii Jarosława Kaczyńskiego dużo głosów i w ten sposób otwierając nieosiągalne do tej pory przepływy, zaś druga lista (np. KO-Lewica) zmiażdży PiS w wielkich miastach.
Z dwóch podmiotów łatwiej też po wyborach będzie stworzyć rząd i sprawować władzę.

(pisząc o opozycji mam na myśli: KO, Polskę2050-PSL, Lewicę)

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Optymalny wariant


Od kilku dni toczy się dyskusja czy opozycja w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych ma wystawić jedną listę czy dwie. Ja odpowiem na to pytanie: oczywiście, że dwie, bo wówczas opozycja uzyska więcej mandatów i straci mniej głosów. Być może obecnie z PiS uda się wygrać przekonująco również jedną listą, lecz dwie dadzą większą zdobycz foteli poselskich.

Roman Mańka: Problemem przy jednej liście jest elektorat wiejski i z małych miast. Wyborcy Ci nie akceptują Platformy Obywatelskiej. Każda koalicja, w której partycypować będzie PO zostanie na prowincji odrzucona, tym bardziej kiedy „twarzą” takiej formacji miałby zostać Donald Tusk. Po prostu PO jest na wsi nieakceptowalna. W układzie jednej opozycyjnej listy z udziałem PO, jeżeli ludowi wyborcy PSL-u staną przed alternatywą: koalicja opozycji albo PiS, wybiorą (niestety) PiS. Gdy natomiast powstaną dwie opozycyjne listy: Polska2050-PSL oraz PO-Lewica, ludowy elektorat PSL nie odpłynie do PiS, lecz zagłosuje na Hołownię i PSL. I tak właśnie wariant jest optymalny.

Warunek kategoryczny
Przy wspólnej liście (z udziałem PO), PSL i Hołownia (który również jest względnie popularny na wsi i w małych miasteczkach) tracą wyborców. Ta strata to może być nawet 10 proc, które w ten sposób zyska PiS. Przy dwóch listach opozycyjnych, wyborcy z prowincji nie muszą stać przed alternatywą PO albo PiS, i wówczas wybiorą trzecią opcję: PSL w koalicji z Hołownią.

Szczerze mówiąc, to dziwię się, iż ludzie mieniący się ekspertami zastanawiają się czy jedna lista czy dwie. Przecież trzy lata temu ta lekcja była już przerabiana. Gdy tworzono jedną listę opozycji w postaci Koalicji Europejskiej, przestrzegałem, na długo przed wyborami, przed konsekwencjami tego kroku. Pamiętam, iż opublikowałem wówczas artykuł: „Zbyt rozciągnięty front”.
Ostrzegałem, że w takiej konfiguracji opozycja wyborów nie wygra, tracąc właśnie elektorat na wsi i w małych miasteczkach oraz wzmacniając PiS. Życie pokazało, że tak się właśnie stało. Pół roku później, gdy w wyborach do Sejmu opozycja wystawiła trzy list, okazało się, że PiS zdobył mniej głosów niż w wyborach do Europarlamentu, bo na wsi i w małych miasteczkach miał wówczas konkurentów, a w elekcji europejskiej był tam właściwie bezkonkurencyjny.

Jest jeden warunek pewnej porażki PiS. Żeby formacja Jarosława Kaczyńskiego przegrała jakiekolwiek wybory musi mieć silnego konkurenta na prowincji. Nie zrobi tego żadna koalicja, z którą kojarzony jest szyld PO, lub nazwisko Tuska.

Co innego w wielkich miastach, tam PO może dominować.

Koniunkcje wywołują przesilenia
Jest jednak jeden poważny kłopot: (otóż) jeżeli nie powstanie jedna lista, to wówczas będą trzy. Na takim wariancie najbardziej straci PO, bo po prostu zostanie oskubane: z lewej strony przez Lewicę, a z prawej przez koalicję: Hołownia-PSL. W takim układzie (trzech opozycyjnych list), również PiS nie będzie bez szans.

Trzeba też pamiętać o jeszcze jednej rzeczy. Rok 2023 to koniunkcja. Odbędą się wówczas nie tylko wybory parlamentarne, lecz również samorządowe. A w trakcie koniunkcji różne rzeczy mogą się zdarzyć. I różne alianse mogą być zawierane.
Jak mawiała moja idolka, Hannah Arendt: „polityka i religia, to dwie dziedziny, w których mają miejsce różne cuda”.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Źródło upadku!


Mam problem ze świętowaniem 25. rocznicy uchwalenia konstytucji; z prostego powodu, że jest to dokument ze wszech miar zły.

Roman Mańka: Dwóch wybitnych amerykańskich filozofów, John Rawls, autor Teorii sprawiedliwości oraz Richard Rorty, twierdziło, iż prawo powinno być wolne od metafizyki. Ich zdaniem sprawiedliwość, tak jak ją się obrazuje w ikonografii: z przepaską na oczach, musi być neutralna.
Czy obecna polska konstytucja jest wolna od metafizyki i neutralna? Mam co do tego poważne wątpliwości. Fakultatywnie odwołuje się do Bóstwa. Dopuszcza dyskryminację małżeństw jednopłciowych oraz związków partnerskich. Nie jest w stanie zabezpieczyć praw socjalnych, o których mówi.

Największe zastrzeżenia do aktualnej ustawy zasadniczej mam w dwóch, a właściwie w trzech punktach.

Niereprezentatywność parlamentarnej konstytuanty
Po pierwsze: legitymizacja. Obecna Konstytucja została uchwalona przez parlament, który nie był reprezentatywny wobec społeczeństwa. Trochę na wyrost i żartem można powiedzieć, iż największa partia (ugrupowania, które nie weszły do Sejmu) nie była reprezentowana w parlamencie, ok. 30 proc. wyborców, plus ci, którzy do wyborów nie poszli.
Z punktu widzenia reprezentatywności oraz legitymizacji, parlament 1993-1997 nie był najlepszym ciałem do uchwalenia konstytucji, a rok 1997 nie był do tego najlepszym momentem. Zbliżały się kolejne – kalendarzowe – wybory parlamentarne. We wszystkich sondażach prowadziła koalicja wyborcza, która popierała alternatywny projekt konstytucji, tzw. Obywatelski Projekt Konstytucji, forsowany przez NSZZ „Solidarność” i AWS; zebrano pod nim chyba ponad dwa miliony podpisów. Badania socjologiczne pokazywały, iż OPK cieszył się dużo większą popularnością i zaufaniem wśród społeczeństwa niż projekt konstytucji uchwalany przez ówczesny Sejm.
Obecną konstytucję uchwalono przed końcem kadencji parlamentu 1993-1997, w roku wyborczym. Parlamentarna większość nie dysponowała już wówczas większością w społeczeństwie (zresztą nigdy nie dysponowała, nawet w chwili inauguracji prac tamtego Sejmu, gdyż była to Izba radykalnie niereprezentatywna). Kolejne wybory, przeprowadzone za pół roku, wyłoniły zupełnie inną większość polityczną: centroprawicową, a nie lewicową. Wybory we wrześniu 1997 roku wygrała Formacja (AWS), która popierała alternatywny wobec obecnej konstytucji projekt.
Do tego dochodzi aspekt moralny: parlament z lat 1993-1997, w dużym stopniu niósł ze sobą echo, poprzedniego, komunistycznego systemu (PRL).

Brak społecznego poparcia
Największym zarzutem, jeżeli chodzi o okoliczności związane z legitymizacją, jest fakt, że konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku, został przyjęta w ramach referendum (z 25 maja 1997 roku), nie osiągając progu uczestnictwa połowy uprawnionych do głosowania: w referendum wzięło udział tylko 42,86 proc. społeczeństwa, z których za konstytucją opowiedziało się zaledwie 53,45 proc; przeciw konstytucji (z tych, którzy poszli do urn referendalnych) głosowało 46,55 proc. I uwaga: 3,88 proc. zanotowano głosów nieważnych.
Bierność w tym przypadku można interpretować jako wyraz sprzeciwu. W rezultacie obecna konstytucja została przyjęta przez zdecydowaną, dramatyczną mniejszość społeczeństwa, nieco ponad 22 proc.
Dodatkowo w celu uchwalenia konstytucji dokonano fortelu, zmieniając Ustawę o referendach, w taki sposób, iż próg większości nie był konieczny do spełnienia. Nowelizacja ta miała charakter instrumentalny i została dokonana celowo na rzecz uchwalenia konstytucji, gdyż wcześniejsze przepisy wymagały dla skuteczności referendum obecności, co najmniej połowy (plus jeden) uprawnionych do głosowania.
Rok wcześniej odbywało się referendum uwłaszczeniowe, zwołane na wniosek NSZZ „Solidarność” oraz innych ugrupowań centroprawicowych; wówczas próg uczestnictwa połowy obywateli był wymagany.
To pokazuje, jak instrumentalnie (nie tylko w czasach PiS) traktowano i traktuje się prawo.

W ferworze niechęci do PiS oraz sprzeciwu wobec łamania prawa, Polacy bronili aktualnej konstytucji, jednak absolutnie nie jest to dokument, który tworzy ramy silnego państwa.

Chaos i degrengolada
Największe jednak moje zarzuty dotyczą sfery funkcjonalnej. Obecna ustawa zasadnicza wprowadza chaos ustrojowy i kompetencyjny. Nie rozstrzyga kwestii czy Rzeczpospolita jest systemem parlamentarno-gabinetowym czy prezydenckim, w tej sprawie panuje zamęt; regulacje są niejasne, zamulone i asymetryczne.
Z jednej strony mamy prezydenta z silną legitymizacją władzy (wybieranego w wyborach bezpośrednich), lecz obdarzonego słabymi kompetencjami; z drugiej rząd ze słabą legitymizacją, ale bardzo silnymi kompetencjami.
Rozproszenie władzy poszło stanowczo za daleko.
Jednak niesymetryczność jest jeszcze większa, gdy weźmiemy pod uwagę okoliczność, iż siła premiera nie wynika z regulacji konstytucyjnych, tylko z okoliczności poza-konstytucyjnych czy politycznych.
Premier dysponuje realną siłą jedynie wówczas, gdy jest przewodniczącym czy liderem największej frakcji parlamentarnej, a to okoliczność nie jest zapisana w konstytucji, w ustawie zasadniczej nie ma zapisu, iż prezesem rady ministrów zostaje przewodniczący największej formacji w Sejmie.
W ten sposób aktualna konstytucja dopuszcza możliwość, iż kształtują się nieformalne, pozakonstytucyjne ośrodki władzy: Krzaklewski, Kaczyński, itd. Tworzy to rozliczne patologie i nie służy państwu.

Abstrakcyjność gwarancji
Okres ostatnich siedmiu lat pokazuje, jak zły jest to dokument. Nie zabezpiecza dostatecznie państwa polskiego przed nadużyciami. W trakcie rządów PiS konstytucja była (i jest) łamana totalnie oraz wielokrotnie, ale wcześnie również była łamana.
Obecna konstytucja zawiera wiele zapisów abstrakcyjnych, fikcyjnych, czysto retorycznych, bądź formalnych, mówiąc o prawach, których nie jest w stanie zagwarantować. Ustanawia bezpłatną edukację, ale w praktyce tego postulatu nie gwarantuje; podobnie jest z innymi usługami publicznymi, które są bezpłatne tylko pozornie.
W ostatnich latach wiele się mówi o pogwałcaniu praw obywatelskich oraz dyskryminacji kobiet czy środowisk LGBT. Aktualna ustawa zasadnicza dyskryminuje społeczność LGBT, w zakresie zawierania małżeństw, jak również inne związki partnerskie, również te dwupłciowe (heteroseksualne).
Od początku wejścia w życie obecnej konstytucji, realnie nie są odpowiednio zabezpieczone prawa społeczno-ekonomiczne i socjalne (np. dyskryminacja tzw. umów śmieciowych).
Przede wszystkim konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku zanadto rozprasza władzę i prowadzi do degrengolady w procesie rządzenia. Jej przepisy strukturalnie generują konflikt.

Struktura narzuca konflikt
Bałamutnie mówi się często, że aktualna konstytucja sprawdziła się w trakcie katastrofy smoleńskiej; ja mam inną optyką: (otóż), było wprost przeciwnie, a nawet jeszcze gorzej: bo obecna ustawa zasadnicza w dużym stopniu przyczyniła się do katastrofy smoleńskiej, gdyż strukturalnie generuje silny konflikt polityczny.
Obecnej konstytucji bronią zazwyczaj osoby, politycy, albo ich sukcesorzy, którzy ją uchwalali. A to zaś jest postawa bardzo arbitralna, nieobiektywna i uzurpatorska.
Po zmianie władzy, pierwszym korkiem, który będzie trzeba zrobić, to głęboka zmiana konstytucji. Na wielu polach.
Silna, nowoczesna, tolerancyjna Polska pod rządami aktualnej konstytucji jest niemożliwa.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Podstęp postępu…


Od dawna nasze zachodnie samopoczucie opiera się na próżności. Zbyt mocno uwierzyliśmy w siebie i we własną nieomylność. W kulturze oraz w zachodnim sposobie myślenia przedstawia się tzw. człowieka Zachodu jako tego, który osiągnął najwyższy poziom rozwoju i przewyższa pod względem cywilizacyjnym pozostałe ludy. „Człowieka Zachodu” kontrastuje się z „człowiekiem dzikim”, który nie osiągnął takiego samego stopnia rozwoju kulturowego i pozostał daleko w tyle.

Roman Mańka: Lecz czy rzeczywiście strategia, którą wybrał „człowiek Zachodu” jest lepsza i czy świadczy o jego wyższości i przewadze na „człowiekiem dzikim”? A może to „człowiek dziki” wybrał lepszą strategię, która pozwala mu przetrwać?
Wbrew pozorom kwestia ta wcale nie jest taka oczywista, zaś słuszność drogi „człowieka Zachodu” i jego domniemana wyższość jest kwestią, co najmniej dyskusyjną.

Oczywista nieoczywistość
Problem wziął na swój naukowy „warsztat”, francuski antropolog, filozof i socjolog, twórca filozofii strukturalizmu, Claude Levi-Strauss. Jest on architektem jednej z najbardziej przełomowych rewolucji w dziedzinie badań antropologicznych oraz przede wszystkim autorem dzieła z 1958 roku pod tytułem „Antropologia strukturalna” (zapowiedź tego zagadnienia miała miejsce już w eseju napisanym w 1949 roku, który zresztą autor zdecydował się włączyć do głównego dzieła).
Co zauważył Levi-Strauss? Zaintrygowała go przede wszystkim skomplikowana relacja pomiędzy niezmienną i atemporalną strukturą oraz procesem historycznym, a także synchroniczna oraz diachroniczna analiza, jak również wnioski, które z tego wynikają.
Pomijając szczegóły i przechodząc do sedna sprawy: zdaniem Claude Levi-Straussa, wcale nie jest powiedziane, że „człowiek Zachodu” (tak dzisiaj w Polsce, co wynika z pewnych kompleksów, sakralizowany) wybrał słuszną drogę i obrał lepsza strategię niż „człowiek dziki”; bynajmniej nie jest to oczywiste.
Słuszność rozumowania Levi-Straussa uwidacznia się zwłaszcza teraz, gdy w Ukrainie trwa brutalna, wyniszczająca ludzi wojna, zaś ludzkość stanęła wobec perspektywy III wojny światowej. Nie bez znaczenia jest okoliczność, iż esej, którego przedmiotem była złożona relacja pomiędzy etnologią a historią, Levi-Strauss napisał w 1949 roku, a działo „Antropologia strukturalna” niespełna dziesięć lat później, w roku 1958, czyli krótko po wojnie.

Metą postępu jest zagłada
A więc co zauważył Claude Levi-Strauss? Rzekoma niższość „człowieka dzikiego” oraz domniemana wyższość „człowieka Zachodu”, nie jest wynikiem struktury (umysłu), genetycznych uwarunkowań strukturalnych, gdyż struktura (umysłu) i związany z nią potencjał intelektualny są mniej więcej, u wszystkich ludzi, takie same, lecz kultury i napotkanych doświadczeń; stąd właśnie biorą się różnice: z różnych doświadczeń. Jednak Levi-Strauss dokonuje czegoś dużo bardziej szokującego naukowy consensus nowoczesności: przewrotnie sugeruje i wprawia współczesny dyskurs naukowy w osłupienie, iż paradoksalnie, to może „człowiek dziki” zasłużył sobie na miano wyższości i być może to on wybrał lepszą strategię na przetrwanie.
Na plan pierwszy wysuwa się pięć zagadnień: 1) właśnie przetrwanie; 2) historia; 3) czas; 4) postęp/rozwój; 5) struktura; 6) trwanie.
Celem obydwu modeli życia, zarówno „człowieka Zachodu”, jak i „człowieka dzikiego” jest przetrwanie. „Człowiek Zachodu” żyje w historii, zdefiniował historię jako diachroniczną przestrzeń rozwoju, a także jako logiczną nadbudowę wobec wydarzeń i rekonstrukcję wydarzeń poprzez język oraz znaczenia. Niezwykle ważny jest tu stosunek do postępu. „Człowiek Zachodu” interpretuje postęp jako szansę i warunek przetrwania. Dlatego stawia na linearny rozwój w czasie i historii. Życie w czasie oraz postęp w czasie „człowiek Zachodu” uznał jako metodę na przetrwanie.
„Człowiek dziki” wybrał strategię dokładnie odwrotną. Nastawił się nie na postęp, lecz na trwanie. W upływającym czasie, w postępie, w rozwoju widzi zagrożenie. Czas i historię, a zwłaszcza postęp zdefiniował jako śmiertelne zagrożenie. „Człowiek dziki” intuicyjnie doszedł do wniosku, że postęp, który zawiera w sobie kuszącą pokusę, immanentnie, strukturalnie niesie w sobie również element zagłady.

Tymczasem on chce trwać.

Ludzie dzicy żyją poza czasem i nie tworzą historii.

Wchłonęli czas…
W opozycji do „człowieka Zachodu”, „człowiek dziki” żyje poza czasem i poza historią. Świadomie rozdzielam tu czas i historię, gdyż to nie są pojęcia synonimiczne: czas realnie płynie, zaś historia zawsze stoi, jest konstruowana przez człowieka jako logiczna rekonstrukcja czasu; żyjemy w czasie, ale nie w historii (Heidegger pisał w „Byciu i czasie” o historii i historyczności). Levi Strauss, analizując dorobek etnologów i etnografów zauważył, iż tak naprawdę „społeczeństwa dzikie” nie utrwalają czasu (jak powiedziałby Bergson: nie uprzestrzeniają, nie strukturalizują czasu), nie mają historii; zrekonstruowanie historii „ludów dzikich” jest praktycznie niemożliwe.
„Człowiek dziki”, w pojęciu czasu i w tym co się z nim wiąże: postępu, widzi zagrożenie. Dlatego buduje niezmienną strukturę, organizację rytualną, której zadaniem jest wchłonąć czas. „Ludy dzikie” wchłaniają czas. I zdaniem Claude Levi-Straussa ich strategia jest lepsza, bo daje większe szanse na przetrwanie.
Idee Levi-Straussa, choć zapewne determinowane również wydarzeniami II wojny światowej, miały swoich prekursorów już wcześniej. Jako jeden z pierwszych wątek ten poruszył w XVI wieku filozof z Bordeaux, lecz nie słynny Monteskiusz, ale Michel de Montaigne. W „Próbach”, w części poświęconej kanibalom (w „O kanibalach), w sposób ironiczny kontrastuje świadomość kanibali ze współczesnymi zwyczajami oraz prawami. Gdy spytano kanibali doprowadzonych w Rouen przed oblicze Karola IX, co dziwi ich najbardziej w cywilizowanym społeczeństwie (?), wskazali na dwa fakty: 1) to że dojrzali ludzi oraz starcy usługują dzieciom; 2) oraz to, że ludzie wykluczeni ze społeczeństwa, pozbawieni środków do życia oraz godności, nie rzucą się tym sytym, ponadnormatywnie zamożnym osobom do gardeł.
Tym samym, Michel de Montaigne w efektowny sposób sugerował, iż w „społeczeństwach dzikich”: 1) szanuje się doświadczenie oraz mądrość ludzi; a po 2) że cnotą jest równowaga, w „społeczeństwach dzikich” istnieje egalitaryzm. Tymczasem „człowiek Zachodu”, jak dowiodła Margaret Mead, w swej taksonomii kultury i jak wypunktowali kanibale Michela de Montaigne, socjalizację kulturową odwraca (kultura postfiguratywna, kofiguratywna, prefiguratywna; starsi usługują dzieciom, uczymy się od dzieci, współcześnie to dzieci socjalizują rodziców).
Okazuje się, że postęp może być pułapką. Celowo użyłem słowa: „może”, w odróżnieniu od „jest”. Ale to my ludzie musimy pilnować, aby postęp nie okazał się w praktyce podstępem; aby nas nie zdeterminował i rozwijał się pod kontrolą, w pożądanym, zrównoważonym kierunku. Niestety, jak dotychczas tak nie jest.

Melioryzm
To co rozwinął w bardzo efektowny sposób, Claude Levi-Strauss, w „Antropologii strukturalnej”, pokazując, iż „człowiek Zachodu” wcale nie musi mieć przewagi nad człowiekiem dzikim, wyłożył również wielki filozof Oświecenia i liberalizmu, Jan Jacques Rousseau, tworząc ideę: „szlachetnego dzikusa” w opozycji do wytworzonego przez kulturę zachodnią modelu „człowieka cywilizowanego” (z tym nie zgadzał się Wolter).
Dla Rousseau, problemy rodzi postęp. Kłopoty pojawiają się wówczas, gdy rozwija się cywilizacji, gdyż wówczas pojawia się konkurencja, rywalizacja, nadmiar produktów ponad potrzeby, dobra luksusowe, itp., zaś wzorem dla autora „Umowy społecznej” jest stan natury, w który istnieje równowaga, porządek, współpraca, współczucie, itd. Zdaniem Francuza, zło przychodzi z urządzeń społecznych.
To nie oznacza, i Rousseau o to nie chodziło, że należy cofnąć się od stanu cywilizacji do stanu natury, lecz, że pewne naturalne normy, prawa, wartości, standardy, kryteria, reguły, ramy trzeba wprowadzić do stanu cywilizacji.

“Szlachetny dzikus” obawia się czasu, a konkretnie mówiąc: jego upływu; w postępie i cywilizacji widzi zagrożenie.

Rozum przeciwko rozumowi
Największego jednak fundamentu dla myśli strukturalnej Levi-Straussa można doszukać się w pracy filozofów frankfurckiej szkoły krytycznej, Theodora Wiesengrunda Adorno oraz Maksa Horkheimera pt. „Dialektyka oświecenia”. W wymiarze semantycznym nie chodzi o „Oświecenie” przez duże „O”, rozumiane jako epoka kulturowa czy okres historyczny, lecz o oświecenie jako przywilej rozumu w opozycji do przesądu, lub zabobonu, który następnie na pewnym etapie rozwoju stwarza opozycję do samego siebie.
W ten sposób rozum staje się opozycją w stosunku do rozumu. Adorno oraz Horkheimer twierdzili, że rozum w procesie swojego rozwoju ulega emancypacji i w końcu wyłania się to, co krytyczni filozofowie frankfurccy nazwali rozumem wyrachowanym, który zgodnie z prawami dialektyki obraca się przeciwko człowiekowi; w pierwszej fazie przeciwko części społeczności, a w końcu przeciwko całej ludzkości.
Adorno i Horkheimer argumentowali to m.in. w ten sposób, że każdy kolejny konflikt zbrojny, z którym mieliśmy do czynienia w historii, powodował większe spustoszenie i skutkował bardziej potężnymi stratami, zaś osiągnięcia postępu (wynalazki techniczne) nie są jednoznaczne.
W „Fenomenologii ducha” (1807) Hegel twierdził, że myśl, czyli produkt rozumu może wyjść poza człowieka i partycypować w rzeczywistości, stać się duchem obiektywnym, który składa się na prawo, państwo, oprzyrządowanie materialne, urządzenia społeczne, rzeczy, infrastrukturę, itp. Z kolei Martin Heidegger uważał, że na polu techniki dochodzi do odzyskania rzeczy, poprzez identyfikację, tożsamość idei i rzeczy. Czyli rozum wychodzi poza człowieka (poza nas), a idąc tropem dialektyki Adorno i Horkheimera, ale przede wszystkim analizy strukturalnej Levi-Straussa, można postawić prawdopodobny wniosek, że w ramach swej emancypacji kiedyś nam ucieknie i stracimy nad nim całkowitą kontrolę.
To się już od dawna dzieje, gdy np. dochodzi do wojen, choćby tak jak ostatnio w Ukrainie, ale również w bardziej subtelnych formach, postaciach, i wymiarach cywilizacji, gdy np. nadmiernie ingerujemy w naturę, naruszając równowagę ekologiczną, albo kiedy wchodzimy w geny i w biologię, bądź w manipulacje handlowe czy polityczne poprzez techniki inżynierii społecznej, lub nawet bio-polityki (na tym gruncie polecam prace Michela Foucaulta).

Ostrzeżenie Hawkinga …
Ostatnią instancją dialektyki rozumu może być wytworzenie zbyt inteligentnej sztucznej inteligencji, która po prostu stanie się ostatnim ogniwem procesu emancypacji rozumu, o którym wspominali Adorno i Horkheimer, a więc: rozumu wyrachowanego, który nam po prostu ucieknie, oszuka nas, albo po prostu zniszczy.
Przed czym swoich uczniów, dziś wybitnych profesorów fizyki, przestrzegał Stephen Hawking(?); przed dwoma rzeczami: nie szukajcie kontaktów z inteligencją pozaziemską i nie rozwijajcie zbyt nadto sztucznej inteligencji.
Ci którzy nadmiernie idealizują, wręcz sakralizują rozum i postęp, często sami są antytezą rozumu oraz postępu, bo okazują się bezkrytyczni. Myśliciele tacy, jak Max Weber („żelazna klatka kapitalizmu”, teoria biurokracji) czy Georg Ritzer (makdonaldyzacja), właśnie w nieokiełznanym procesie rozwoju racjonalizmu upatrywali źródła największych nieszczęść XX wieku, a zarazem historii ludzkości.

Widzimy to teraz, w Ukrainie, na naszych oczach.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Odrzucić II Rzeczpospolitą!


Nigdy nie rozumiałem (i nadal nie rozumiem), dlaczego III Rzeczpospolita obrała za swój wzór II Rzeczpospolitą, państwo w gruncie rzeczy słabe, skorumpowane, o co najmniej kontrowersyjnym systemie politycznym? Dlaczego, za symbol polskiej państwowości został uznany człowiek, na którego pogrzebie, jak pokazują zdjęcia, aż roiło się od oficerów Wermachtu, a który miał niebezpieczne zapędy dyktatorskie?

Roman Mańka: Kiedyś już napisałem, że 1 września 1939 roku obnażył słabość tamtego państwa: II Rzeczpospolitej, oraz naiwność prowadzonej wówczas polityki; infantylną wiarę, że bezpieczeństwo zapewnią nam jakieś międzynarodowe traktaty, a nie potęga własnej armii. Tylko niszcząca dla wrogów potęga własnej armii jest w stanie zapewnić nam bezpieczeństwo oraz stabilny państwowy byt.

Dwie trumny
W roku 1920, bazując na żołnierzach służących w wojskach zaborczych, potrafiliśmy odepchnąć inwazję Związku Radzieckiego, przy okazji ratując przed „czerwoną zarazą” całą Europę. Po upływie 19 lat ponieśliśmy klęskę. Co to oznacza? Zmarnowaliśmy ten okres. Rozwijaliśmy się wolniej niż otoczenie. Ale też nie osiągnęliśmy synergii, gdyż wdaliśmy się w głęboki podział. Marnotrawiliśmy energię ludzi. Zrażaliśmy sobie obywateli.
Przede wszystkim II Rzeczpospolita nie była państwem demokratycznym. Targały nią dwa żywioły: jeden był faszystowski; drugi autorytarny. Dziś mówi się często, że przed drugą wojną światową stały w Polsce dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego. Uznając ich zasługi dla wywalczenia w roku 1918 niepodległości (gdyż takie zapewne mają), nie klęknąłbym na obydwa kolana przed żadną.

Polsce potrzebna jest niebywale silna Armia, z której Polacy będą dumni.

Porażki są zawsze brzydkie
Imię Roman zawdzięczam Babci, która je przeforsowała. Otrzymałem je na cześć Dmowskiego. Szybko się jednak z tego otrząsnąłem. Sporo poczytałem. Nie akceptuję ani tradycji Piłsudskiego, ani Dmowskiego. Od słowa naród, wolę słowo społeczeństwo.
Mit o II Rzeczpospolitej, na którym swą egzystencją oparła III, świetnie pasuje do polskiej bajki o: moralnym zwycięstwie. Zaatakowały nas dwa totalitaryzmy. Dzielnie stawiliśmy opór. Broniliśmy się długo, bo miesiąc. A na końcu osiągnęliśmy moralne zwycięstwo. Szczerze mówiąc, od moralnego zwycięstwa wolałbym mniej moralną, ale realną wygraną. Zawsze powtarzam: nie ma moralnych zwycięstw, są tylko zwycięstwa. Tak samo, jak przy okazji meczów piłkarskich mówię (i są to moje autorskie słowa): nie ma pięknych porażek, porażki są zawsze brzydkie.
Otóż, 1 września 1939 roku przegraliśmy. Tyle i tylko tyle. Zawsze to wiedziałem. Ta przegrana obnażyła słabość oraz brak demokracji w II Rzeczpospolitej, podziały i konflikty, jakie wówczas drążyły tamto państwo.

Gardzę moralnymi zwycięstwami
Widać to ewidentnie szczególnie dzisiaj, w kontekście heroicznej obrony Ukrainy. Niestety, Ukraińcy trochę nas zawstydzają. Postawili na obronę totalną. Na spalenie własnej ziemi, lecz jej nieoddanie. Sami niszczą własną infrastrukturę krytyczną. Wysadzają mosty. Psują drogi. Byle wróg nie mógł się przedostać. Zagrali va banque. Postawili wszystko na jedną kartę, aby zwyciężyć. Są gotowi unicestwić siebie, ale zniszczą też wroga. Tak, jak Witalij Skakun, młody ukraiński chłopak, kwiat ukraińskiej młodzieży, który zgłosił się na ochotnika, aby wysadzić most w powietrze, chociaż wiedział, ze sam zginie. Ale żaden rosyjski najeźdźca już po nim nie przejedzie.

Tak się walczy!

Ukrainy nie zaatakowała słabsza armia niż nas w 1939 roku. A jednak oni dzielnie i skutecznie stawiają opór. Ich prezydent nie uciekł z zaatakowanej Ojczyzny, tak jak nasze władze w trakcie drugiej wojny światowej. Wołodymyr Zełenski pozostał z Narodem, z ludźmi, by nie załamać morale i dowodzić obroną Ojczyzny. Dał ważny bodziec mentalny i jest bohaterem. Pozostał, bohatersko walcząc ramię w ramię razem z Ukraińcami, chociaż proponowano mu bezpieczną ucieczkę.
Dlatego Ukraina osiągnie realne zwycięstwo, nie tylko moralne, które tak naprawdę zawsze jest i tak porażką. Szczerze mówiąc: gardzę moralnymi zwycięstwami.

Połączenie patriotyzmu i liberalizmu stanowi najlepsze paliwo rozwoju.

Liberalizm i patriotyzm
Dlatego źródłem i odniesieniem nowej Rzeczpospolitej (III czy którejkolwiek) nie może być II. Choćby dlatego, że było to państwo niedemokratyczne, autorytarne, Zaś patronem silnego polskiego państwa nie powinien być ktoś taki, jak Piłsudski. W ogóle: kult jednostki w III Rzeczpospolitej, niby liberalnej i demokratycznej, to aberracja.
Trzeba stanowczo odrzucić zarówno tradycję Piłsudskiego, jak i Dmowskiego. Pierwsza była autokratyczna; druga nacjonalistyczna. Nie tędy droga. Osobiście najbliższa jest mi tradycja jagiellońska, czyli państwa wielkiego, silnego, otwartego, pluralistycznego, multikulturowego, tolerancyjnego.

I trzeba jeszcze jednej rzeczy dokonać w świadomości współczesnych polskich elit: (otóż) nie ma żadnej opozycji, żadnej niespójności, żadnego dysonansu czy zgrzytu pomiędzy patriotyzmem a liberalizmem. Przeciwnie: liberalnym patriotyzmem, wolnością i miłością do Ojczyzny porwiemy nowe pokolenia.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Strukturalnie świat dojrzał już do trzeciej wojny światowej


Patrząc na historię od momentu zakończenia Średniowiecza, duży konflikt w Europie miał miejsce gdzieś co około 100 lat. Za pierwszą wojnę światową uznaje się tzw. wielką wojnę trwającą w okresie 1914-1918, ale tak naprawdę pierwszą walką zbrojną o charakterze światowym, byłą tzw. wojna siedmioletnia (1756-1763), będąca konsekwencją tzw. sankcji pragmatycznej Cesarza Karola VI, a w jej wyniku wstąpienia na tron Austrii Marii Teresy (1740-1780), a następnie jej syna Józefa (1865-1790).

Roman Mańka: Ponieważ roszczenia sukcesji odnosiły się do całego Cesarstwa Habsburgów, stanowiło to jeden z elementów genezy wojny. Rozgrywała się ona na trzech kontynentach: w Europie, w Ameryce Północnej, w Azji, w Indiach, a także na wyspach kanaryjskich. W rzeczywistości była to pierwsza wojna światowa, która jednak nie jest tak określana przez historyków.

Historyczna prawidłowość
100 lat wcześniej, cały Stary Kontynent został owładnięty przez straszną i brutalną wojnę trzydziestoletnią (1618-1648). Jak sama nazwa wskazuje, walki trwały aż 30 lat. Zaangażowała się w nie niemal cała Europa: Cesarstwo Habsburgów, Francja Ludwika XIII oraz Ludwika XIV, Hiszpania oraz Niderlandy rządzone również przez Habsburgów, Szwecja, Dania, Czechy, Węgry, Siedmiogród, itd.
Była to krwawa, okrutna wojna, a jej charakter był międzynarodowy, ponadpaństwowy. Formalnie definiuje się ją jako wojnę religijną, lecz jest to ocena powierzchowna. W praktyce na wojnę trzydziestoletnią składały się bardzo rożne złożone przesłanki: w pierwszej kolejności wymieniłbym polityczne i rywalizację Cesarstwa Habsburgów z Francją, konkurowanie Dani i Szwecji z podmiotem politycznym, który dzisiaj możemy nazwać (w uproszczeniu) Niemcami, walki religijne oraz procesy gospodarcze, zwłaszcza pojawianie się tendencji kapitalistycznych, w miejsce feudalnych.
Tak więc, w ostatnim pięćsetleciu, duży, poważny konflikt zbrojny wybuchał na Starym Kontynencie mniej więcej, w przybliżeniu, co sto lat. Od wojen napoleońskich do pierwszej wojny światowej minęło również równo sto lat. Tyle mniej więcej potrzeba, aby w świadomości ludzi zatarła się pamięć na temat konsekwencji walki, co ma wpływ na ich zachowania i postępowanie: ucieczkę w konsumpcjonizm, w materializm, itd. Te postawy prowadzą do inercji: zobojętniają moralnie i usypiają czujność, znieczulają na świadomość zagrożenia.

„Dogrywka”…
Ktoś powie: no dobrze, ale pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową różnica czasu wynosiła tylko 21 lat (1918-1939). Na pozór tak mogłoby się wydawać, powierzchowna analiza historii może prowadzić do takiego wniosku, lecz w istocie mieliśmy do czynienia z jedną wojną. Dwa wydarzenia rozgrywające się w przedziałach czasowych 1914-1918 oraz 1939-1945, należy traktować jako jedno wydarzenie; to w istocie było jedno wydarzenie.
Osobiście określam drugą wojnę światową, używając piłkarskiego terminu: „dogrywka”. Pierwsza i druga wojna światowa, to w zasadzie jedna wojna światowa, tyle tylko, że prowadzona z przerwą. Zresztą pierwsza wojna światowa zrodziła strukturalne oraz kulturowe problemy, które wywołały drugą: kategorię ludzi bezpaństwowców, w konsekwencji do tego antysemityzm i faszyzm, problemy gospodarcze, wielki kryzys, itp.
Po pierwszej wojnie światowej, z politycznego punktu widzenia pozostały niewyrównane rachunki (upokorzenie Niemiec, imperialne aspiracje Rosji, amerykański izolacjonizm, nieporozumienia graniczne), dlatego druga wojna światowa miała te rachunki wyrównać.

Geneza a nie przyczyny
Od ostatniego, poważnego konfliktu zbrojnego (wojny światowej) minie niebawem sto lat. Żeby zrozumieć to co się obecnie dzieje w świecie, musimy odwołać się do pierwszej wojny światowej. Dla nikogo nie było tajemnicą (może dla naiwnych), że druga wojna światowa będzie miała charakter światowy, to było planowane, czytelne i dość przewidywalne działanie. Hitler dążył do konfliktu światowego. Lecz pierwsza wojna światowa nie musiała tak wyglądać. Ona wymknęła się spod kontroli.
Druga wojna światowa była zjawiskiem dość gwałtownym, pierwsza kształtowała się przez długie lata, począwszy od rewolucji przemysłowej. W odniesieniu do drugiej wojny światowej mówi się o przyczynach, w odniesieniu do pierwszej używanie określenia „przyczyny” nie oddaje w pełni sytuacji, zdecydowanie lepiej mówić o genezie.
Na długo przed pierwszą wojną światową kształtowały się jej strukturalne przesłanki, które doprowadziły do jej wybucha, a następnie – bo obydwa wydarzenia taktujemy jako jedno, a rozdzielamy je tylko dla celów analitycznych – do zaistnienia „dogrywki”, czyli wybuchu drugiej wojny światowej.
To co istotne w kontekście pierwszej wojny światowej, a co może stanowić również odniesienie do aktualnej sytuacji, a więc napaści na Ukrainę, to niekontrolowalność, spontaniczność, a nawet (lepsze określenie) żywiołowość sytuacji, która w pewnym momencie wymknęła się spod kontroli. 28 czerwca 1914 roku, w stolicy Bośni – Sarajewie – serbska organizacja nacjonalistyczna „Czarna ręka” dokonała zamachu na następcę tronu Austro-Węgier, arcyksięcia Franciszka Ferdynand Habsburga, w wyniku czego ten poniósł śmierć.
Następnie Austro-Węgry zażądały wyjaśnień, śledztwa od Serbów oraz ukarania winnych, Serbia odmówiła. Austro-Węgry zaatakowały Serbię. Tej, z uwagi na tradycyjne sojusze, z pomocą przyszła Rosja. Austrii na pomoc podążyły Niemcy, Rosji – Francja, Francji – Wielka Brytania. I w ten sposób rozpoczął się światowy konflikt.

Geneza jest już gotowa
Ale nastrój tego konfliktu oraz jego strukturalne podstawy istniały już dużo wcześniej. Używając metafory: beczka prochu była gotowa od dawna, potrzebna stała się tylko iskra, która spowoduje detonację.
I w tym sensie tamta sytuacja jest podobna do dzisiejszej.
Nastrój trzeciej wojny światowej, jej strukturalne podłoże, czynniki mentalne, wszystko to zaczęło formować się od dawna: rozpad dwubiegunowego świata w roku 1989, który był w większym stopniu stabilizatorem niż destabilizatorem {paradoksalnie dialektyka stabilizuje}; atak na World Trade Center w roku 2001 i powstanie tzw, zagrożeń asymetrycznych; globalizacja NATO, niesymetryczność Unii Europejskiej wobec NATO, różnice interesów pomiędzy obydwoma organizacjami, wielki kryzys gospodarczy w latach 2008 oraz 2009; rywalizacja Chińsko-Amerykańska; błędy Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i powstanie Państwa Islamskiego.
Czyli ewentualna trzecia wojna światowa ma już swoją genezę. Geneza (nie przyczyny), tak jak w przypadku pierwszej wojny jest już gotowa.

Geneza III wojny światowej jest już “napisana”, do jej wybuchu wystarczy tylko iskra.

Wystarczy iskra
Agresja Rosji na Ukrainę jest tak naprawdę, w perspektywie historycznej i geograficznej, fragmentem dużo większej całości. Tak naprawdę ta wojna, to cześć wspomnianej rywalizacji chińsko-amerykańskiej, w której Rosjanie występują jako rzecznicy interesów Chin, zaś Ukraińcy, jako obrońcy własnej Ojczyzny, ale też jako rzecznicy interesów Stanów Zjednoczonych.
Gra idzie o wyparcie Amerykanów z Euro-Azji, co jest w interesie Chin, Rosji i Niemiec. Spodziewam się, że po wstępnej jedności świata zachodniego, wymuszonej przez medialny szum i mocne przywołanie okoliczności moralnych, niebawem ujawnią się napięcia w ramach Unii Europejskiej i NATO, które pokażą ostry konflikt interesów. Trzecia wojna światowa, jeżeli do niej dojdzie, nie będzie przebiegała w opozycji NATO-Rosja, a w zupełnie innej konfiguracji.
Strukturalnie i kulturowo, mentalnie świat jest już gotowy do trzeciej wojny światowej, rzeczywistość do niej dojrzała.
A czy do niej dojdzie? To zależy czy stanie się coś takiego, jak w przypadku pierwszej wojny światowej (zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda), co spowoduje, że sytuacja wymknie się spod kontroli i uruchomiony zostanie mechanizm lawiny, który można nazwać również logiką żywiołu.
To może być zupełnie błahe, banalne, przypadkowe, niezamierzone zdarzenie, które uwolni siły procesu.
Wystarczy zapoznać się z historią obalenia „Muru Berlińskiego” żeby uświadomić sobie, jak wielką rolę w przyspieszeniu procesów historycznych może odgrywać przypadek czy banalna, kuriozalna pomyłka.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.