Kluczowe napięcie – niszcząca siła koronawirusa


Być może świat zamieni się w „Titanica” i zacznie dochodzić do sytuacji analogicznych, jak na słynnym brytyjskim transatlantyku, który nieszczęśliwe utonął w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku: ludzie będą sobie wydzierać szpitalne łóżka; zamożniejsi wykupią miejsca w szpitalach; albo też zastosowana zostanie brutalna, darwinowska selekcja: z powodu braku respiratorów osoby rokujące mniejsze szanse na wyzdrowienie, ale wciąż żywe, będą od nich odłączane.

Roman Mańka – Co to jest koronawirus i skąd się wziął, jakie jest jego podłoże? Choroba ma głębokie źródło w prądzie ideologicznym, z którego bardzo niewiele osób zdaje sobie sprawę, nierzadko i paradoksalnie traktując go pozytywnie: z racjonalizmu, a ujmując problem precyzyjnie jego pochodnych utylitaryzmu oraz konsumpcjonizmu. We współczesnym świecie etos cierpienia został zastąpiony wartością przyjemności; wszystko ma być przyjemne, zaś cierpień i nieprzyjemności należy unikać. Tymczasem one przecież nas hartują, uodparniają, immunizują.

Racjonalizm stworzył ilościowe kryteria życia: demografii, zamieszkania, pracy. Ludzie zaczęli żyć w uporządkowanych strefach. Niemiecki socjolog, Max Weber stworzył pojęcie „żelaznej klatki”, a więc systemu, w którym wszystkie zachowania poddane są procesowi podwyższonej racjonalności (ma to miejsce zwłaszcza w społeczeństwach kapitalistycznych), w ramach którego dominuje myślenie ilościowe, nastawione przede wszystkim na efektywność, wydajność, rachunek ekonomiczny, standaryzację oraz kalkulacyjność.

Racjonalizm pociągnął za sobą dwa inne, wzajemnie powiązane zjawiska utylitaryzm oraz konsumpcjonizm: wszystko co znajduje się w życiu człowieka miało się stać użyteczne, a także przyjemne.

Dlatego zaczęto ingerować w naturę. Rewolucja przemysłowa spowodowała powstanie wielkich skupisk ludzkich w postaci fabryk, zakładów pracy, wielkich przedsiębiorstw, to z kolei zaś uruchomiło zakrojone na ogromną skalę procesy urbanizacji. Człowiek w coraz większym stopniu zaczął ingerować w naturę. Zajmować te miejsca, a także obszary, w których dotychczas zamieszkiwały różne gatunki zwierząt. To zakłóciło ekosystem i naturalny bieg egzystencji.

Bardzo ciekawe napięcie zauważył Gerhard Lenski, amerykański socjolog, autor ekologiczno-ewolucyjnej teorii społeczeństwa, związanej z ewolucją kulturową. Zajmując się rozwojem ludzkości doszedł do wnioski i opisał w swoich książkach, „Power and privilege”, jak również „Human societies. An Introduction to Macrosociology”, kluczowy czynnik, który jest przyczyną radykalnych zmian w społeczeństwie: demografię.

W opinii Lenskiego, nadmierna prokreacja stanowi poważnie destabilizującą, a nawet destrukcyjną siłę, zaś reprodukcja ludności, w tym zwłaszcza jej liczebność, jest ograniczona poprzez możliwości korzystania z dostępnych zasobów oraz zdolność do produkcji żywności. Współczesna gęstość zaludnienia jest nienaturalna.

Odpowiedź natury
Z danych demograficznych można wyciągnąć wiele istotnych wniosków. W przeszłości demografowie na podstawie analiz przyrostu ludności, przewidywali wiele spektakularnych zjawisk: wojny, kryzysy gospodarcze, kataklizmy, rewolucje technologiczne, zmiany cywilizacyjne, a także okresy dynamicznego rozwoju i nadchodzącej prosperity.

Analiza demograficzna ostatnich 2 tys. lat daje wiele do myślenia i w sposób bardzo wymowny zwraca uwagę na gwałtowne przyspieszenie reprodukcyjne, które dokonało się na naszych oczach. Liczby najczęściej najlepiej przemawiają do wyobraźni i w tym przypadku również przemawiają bardzo mocno: tysiąc osiemset piętnaście lat, tyle ludzkość potrzebowała, aby osiągnąć pierwszy miliard ludności, uzyskano go dopiero w 1815 roku, czyli w roku Bitwy pod Waterloo i klęski Napoleona; później nastąpiło gwałtowne i nie do końca wytłumaczone przyspieszenie: do kolejnego miliarda ludzkość doszła już w przeciągu nieco ponad stu lat, w roku 1930; 40 lat później w ósmej dekadzie XX wielu (lata 70.) było nas już 4 miliardy, zaś szacuje się, że do ósmego miliarda dojdziemy około roku 2025.

Jak widać na pierwsze podwojenie liczby ludności ludzkość potrzebowała ponad stu lat (1815-1930), ale następne podwojenie nastąpiło już na przestrzeni lat 40, zaś kolejne będzie miało miejsce po latach 50.

Lenski miał rację, podwyższona reprodukcja stanowi poważnie destabilizującą siłę. Wywołuje wiele konsekwencji wtórnych, w dziadzinach gospodarki, życia społecznego, polityki, techniki, kultury, a nawet moralności i zwłaszcza ekosystemu. Wystarczy przypomnieć, że w okresie 1930-2020, a więc w okresie największego przyrostu demograficznego miały miejsce dwie wojny światowe, wiele krwawych konfliktów zbrojnych w rożnych częściach świata, potężne kryzysy gospodarcze oraz kataklizmy, głód dotykający 830 milionów ludzi.

W tym samym czasie, kapitalistyczny Zachód osiągnął szczyt gospodarczej prosperity. Rozwój gospodarczy wiązał się z koniecznością ekspansji cywilizacji na coraz to nowe tereny. Ludność weszła na obszary zajmowane dotychczas tradycyjnie przez zwierzęta. Dopuściła się ingerencji w naturalny rytm natury, a jak mawiał prymas tysiąclecia, ks. kardynał Stefan Wyszyński: „natura płaci buntem za bunt”; natura odpowiedziała, i tak jak człowiek zajął ortodoksyjne przestrzenie należące do zwierząt, tak odzwierzęce wirusy dokonały ekspansji na człowieka.

Redundancja urbanizacji okazała się niezwykle destruktywnym procesem.

Rozpad antropologiczny
W ten sposób doszliśmy do globalizacji. W kontekście koronawirusa oraz choroby covid-19 warto kilka słów poświecić temu procesowi, a zwłaszcza uwarunkowań, które on narzuca. Globalizacja tworzy bowiem szczególnie korzystne okoliczności do proliferacji tej (i nie tylko tej) pandemii. Ogólnie mówiąc, tak jak w wymiarze indywidualnym, jednostkowym koronawirusy wykorzystują słabość systemu immunologicznego, tak w sensie bardziej abstrakcyjnym, instytucjonalnym, wspólnotowym wykorzystują niską odporność systemu politycznego, jego słabość oraz niski poziom dostosowania do globalnych warunków gry.

Jak wynika z teorii funkcjonalnej Talcotta Parsonsa: system polityczny w wymiarze zbiorowym jest systemem immunologicznym, ma zapewnić społeczeństwu adaptację, integrację, koordynację, kontrolę, realizację celów oraz podtrzymywać wzory zachowań i redukować napięcia. Czyli m.in., ma zapewnić bezpieczeństwo.

Narastające na przestrzeni dziejów tendencje do wymiany handlowej, dynamiczny rozwój gospodarczy, pogoń za bogactwem, powstanie społeczeństwa przemysłowego i postprzemysłowgo, a także towarzyszący temu rozwój środków komunikacji, spowodowały, że człowiek ujarzmił przestrzeń, zaczął nad nią panować, podporządkowywać sobie. Zjawisko to nazwano globalizacją.

Cechy nowego świata świetnie pokazuje dychotomia Petera Bergera, ukazująca w sposób dialektyczny i typologiczny: „społeczeństwo losu” i „społeczeństwo wyboru”; w przeciągu dziejów ludzie w coraz większym stopniu przesuwali się na continuum ze stref „społeczeństwa losu” do obszarów „społeczeństwa wyboru”, tyle tylko, że ten wybór oznaczał jednocześnie ingerencję w naturę.

Globalizacja pociąga za sobą dwa przeciwstawne procesy: w powierzchownym ujęciu świat się łączy, ujednolica, ale w bardziej głębokim, dużo trudniejszym do zauważenia – rozpada.

O rozpadzie antropologicznym pisze francuski etnolog, Marc Augé. Naukowiec dowodzi, że nie ma już miejsc w tradycyjnym, antropologicznym rozumieniu. Tym zaś co charakteryzuje współczesny świat są – i tu celowo dla nazwania tego zjawiska Augé tworzy neologizm – „nie-miejsca” (franc. „non-lieux”). Oznacza to, że nasze miejsce fizyczne coraz rzadziej pokrywa się z miejscem antropologicznym czy moralnym.

Diagnoza Augé ma większe znaczenie dla życia towarzyskiego, rodzinnego, indywidualnego, intymnego. społecznego, kulturowego; na dużo bardziej systemowe, instytucjonalne konsekwencje wskazuje natomiast eksploracja wybitnego znawcy procesów globalizacji, amerykańskiego antropologa indyjskiego pochodzenia, Arjuna Appaduraia. Mówi on również o roszadzie…ale o innym: funkcjonalnym, systemowym. Jako emblematyczną cechę globalizacji wskazuje zjawisko tzw. dysjunkcji, czyli rozczepieniem wymiarów, które do tej pory stanowiły holistyczną jedność systemową: ekonomicznego, kulturowego politycznego.

Globalizacja spowodowała, że drogi gospodarki, kultury, polityki rozeszły się, a poszczególne przestrzenie – gospodarcza, kulturowa, polityczna – nie pędzą już z jednakową prędkością. Rzeczywiście powstał „świat wielu prędkości”, nie tylko w takim znaczeniu jakiego używano podczas wielkiego kryzysu ekonomicznego 2008, że państwa pędzą z różną prędkością, ale również takiego: że poszczególne wymiary cywilizacji poruszają się z nie takimi samymi szybkościami.

Dysonans suwerenności i skuteczności
Polityka nie pokrywa się z gospodarką. W wymiarze politycznym świat jest nadal lokalny, zaś w sferze gospodarczej dużo bardziej globalny. To oznacza, że wszelkie kryzysy, krachy, kataklizmy, tragedie, czy to co nas w tym przypadku najbardziej interesuje – pandemie – mają globalny charakter, a polityka za tym nie nadąża, nie posiada kontroli, bo tkwi w lokalności.

W warstwie instrumentalnej brakuje politycznego narzędzia, które mogłoby stymulować globalne zagrożenia.

Czynnik konstytutywny państwa – suwerenność – rozszerzył swoje granice. Nie jest już tym samym, co w porządku tzw. państw postwestfalskich określonego na Konferencji Westfalskiej w 1648 roku, po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, w ramach którego państwo miało charakter narodowy odwołujący się do ściśle zdefiniowanego terytorium, o w miarę jednorodnej kulturze oraz zamieszkujących tam grupach etnicznych.

Niespójność oraz brak koherencji współczesnych wymiarów cywilizacyjnych stała się poważnym problemem. Prowadzi do wielu napięć, Między innymi z tego powodu niemiecki filozof i socjolog, Jürgern Habermas postulował pogłębienie integracji europejskiej, nie tylko poprzez dalej idące połączenie państw narodowych w spójną federację polityczną budowaną na podłożu wspólnej konstytucji, ale również poprzez stanowcze zacieśnienie życia społecznego, i kulturowego, a także zachęcał do wprowadzenia deliberatywnych, komunikacyjnych warunków aktywności obywatelskiej w Europie, opartej na rozumie komunikacyjnym, a nie sprowadzanie całej integracji europejskiej, jak ma to miejsce obecnie, jedynie do jedności biurokratycznej europejskiego establishmentu.

Problemem współczesnej Europy i świata, jest fakt, że suwerenność nie pokrywa się ze skutecznością oraz ze sprawiedliwością; jest nieadekwatna do skuteczności na polu pragmatycznym oraz ze sprawiedliwością na polu gospodarczym i moralnym.

Habermas chce to naprawić. Postuluje stworzenie kosmopolitycznego narzędzia koordynacji i kontroli. Podobnie uważają australijski filozof i etyk Peter Singer oraz Daniel Moellendorf forsując koncepcję sprawiedliwości, a w ślad za tym również i jej instrumentu (skuteczności) kosmopolitycznej i rozciągając ją na globalną skalę.

Atak nie-wprost
Koronawirus obnażył wszystkie niespójności globalizacji. Sprzyja mu zdecydowanie brak koordynacji politycznej, jak również deficyt skuteczności instrumentalnej. Długo można by wymieniać jego konsekwencje ściśle medyczne, związane z konkretnymi zachorowaniami czy śmiertelnością, jednak istotne, a kto wie czy nie istotniejsze są zagrożenia wtórne i niebezpośrednie, nie związane z konkretnym, indywidualnym atakiem infekcji. Koronawirus infekuje również systemowo.

W XX wieku, angielski teoretyk wojskowości i strategii militarnych, Basil Henry Liddell Hart stworzył koncepcję uderzeń nie-wprost, agresji dokonywanej niebezpośrednio. Diagnoza Liddella Harta miała oczywiście zastosowanie do działań typowo wojskowych, jednak koronawirus atakuje bardzo podobnie: pośrednio i bezpośrednio.

Bezpośrednim działaniem jest pandemia zakażająca określoną liczbę ludzi, z której WHO śmiertelność określa na poziomie 3,4 proc., a w ponad 20 proc. przypadków choroba ma przebieg ciężki.

To wirus o charakterze typowo selekcyjnym, przeszedł na człowieka od zwierząt, prawdopodobnie nietoperzy lub wielbłądów. Natura wyposażyła go w mechanizm działania eliminującego, aby usuwać najsłabsze jednostki ze środowiska zwierzęcego, o obniżonej wartości systemu immunologicznego bądź dotknięte innymi chorobami, stające się obciążeniem dla populacji. W ten sposób natura realizuje u zwierząt darwinowski proces doboru naturalnego. Po przejściu na ludzi również będzie realizował mechanizm selekcji, usuwając ze społeczeństwa najsłabsze osoby: ludzi starszych lub dotkniętych chorobami współistniejącymi.

Jednak kto wie czy dużo bardziej niebezpieczne są ataki niebezpośrednie, uderzające nie wprost w gospodarkę, życie społeczne, kulturę, moralność, funkcjonalność instytucji oraz systemów, etc.

Główne zagrożenie koronawirusem nie wiąże się z konkretnymi danymi ilościowymi, z liczbami, które w wielu przypadkach mogą być relatywne, gdyż należy uwzględnić zmienne takie jak jakość państwa, kondycja służby zdrowia, poziom etosu obywatelskiego społeczeństwa, dyscyplinę i subordynację ludzi, stan finansów publicznych, mobilność wolontariatu, itp.

Covid-19 może powodować, że na skutek choroby umierać będą osoby, które nie są nią bezpośrednio dotknięte: np. bezrobotni z powodu braku pomocy i apatii państwa, albo też pacjenci leczący się na inne choroby, a przebywający w szpitalach, z uwagi na konieczność zwolnienia miejsc w ośrodkach hospitalizacji lub potrzebę zabezpieczenia większej ilości respiratorów.

Amerykańscy naukowcy zdefiniowali moment krytyczny sprawiający, że koronawirus jest tak bardzo groźny. Polega on na tym, że po przekroczeniu pewnej granicy zachorowań w skali danego kraju, przeciążona zostaje służba zdrowia. I to jest główne clou problemu: (otóż) po osiągnięciu określonego poziomu zachorowań ośrodki medyczne nie są w stanie obsłużyć tak dużej ilości pacjentów; nie tylko w szpitalach, ale również w kostnicach zaczyna brakować miejsc. To zaś wtórnie może uruchomić wiele patologicznych, zdegenerowanych zjawisk moralnych, przypominających sytuację z „Titanica” z kwietnia 1912 roku, kiedy ludzie siłą wyrywali sobie szalupy ratunkowe albo płacili marynarzom za ich udostępnienie; podobnie w przypadku Covid-19 może dać o sobie znać panika i korupcja w walce o miejsca w szpitalach. Jednak w miarę upływu czasu to właśnie szpitale staną się wielkimi ogniskami koronowirusa i będą miały skrajnie destruktywną zdolność eliminowania personelu medycznego, co radykalnie pogorszy sytuację pacjentów.

Dadzą również o sobie znać potężne skutki polityczne, w postaci ciężkiego kryzysu ekonomicznego, recesji, bezrobocia, być może głodu, a także niemożliwości przeprowadzenia w terminach konstytucyjnych wyborów, a przez to obniżenia legitymizacji politycznej poszczególnych rządów i zwiększenia ryzyka społecznych napięć, niepokojów oraz rewolucji.

Niszcząca siła alienacji
Zdaje się, że stary świat jaki znaliśmy do tej pory, właśnie dobiega końca. Globalizacja wymaga dopasowania. I nie chodzi tylko o synchronizację poszczególnych wymiarów świata: gospodarczego, społecznego, kulturowego, politycznego, ale przede wszystkim o stworzenie skutecznego politycznego narzędzia do panowania nad globalnymi żywiołami.

W połowie lat 80. XX wieku, niemiecki socjolog, Ulrich Beck, sformułował pojęcie „społeczeństwa ryzyka”. W pracy pt. Risikogesellschaft: Auf dem Weg in eine andere Moderne wymienił najważniejsze zagrożenia przed jakimi stoi współczesny świat. W jego analizie ryzyka skojarzone zostały z rozwojem społeczeństwa przemysłowego, a także rozwojem cywilizacyjnym; najpoważniejsze niebezpieczeństwa jakie zdiagnozował Beck to: skażenie środowiska, globalne ocieplenie wywołane przez emisję gazów cieplarnianych, susze. Podstawowe zjawiska, przed którymi przestrzegał obejmowały m.in. ryzyka ekologiczne i zdrowotne. O ryzyku związanym ze zmianami cywilizacyjnymi oraz technicznymi, a także z globalizacją wspominał również Anthony Giddens w koncepcji „późnej nowoczesności”. Angielski uczony twierdził, że na przełomie XX i XXI wieku społeczeństwo światowe wkroczyło w etap tzw. późnej nowoczesności, co wiąże się ze destruktywnymi zmianami kulturowymi: chaotycznością, fragmentaryzacją osobowości, niepewnością, nieprzejrzystością oraz brakiem stabilizacji.

Jednym z podstawowych zgrzytów współczesnego świata jest brak koherencji pomiędzy suwerennością a sprawiedliwością. Na to wskazuje amerykański historyk polityki, John Rawls, w „Prawie ludów” i między innymi odmawiając z tego powodu rozpatrywania sprawiedliwości w kontekście globalnym, kosmopolitycznym i międzynarodowym. Rawls mówi: sprawiedliwość jest sprawą państw narodowych, gdyż one zarządzają skutecznością.

Koronawirus jest w stanie w dużo większym, wręcz radykalnym stopniu, zwiększyć rozwarstwienie pomiędzy sprawiedliwością a skutecznością, prowadząc do ogromnego kataklizmu gospodarczego i biedy. A skoro państwa narodowe nie rozporządzają już skutecznością, tak jak kiedyś, i nie posiadają zdolności kontrolowania globalnych żywiołów, nie będą mogły szybko zatrzymać koronowirusa oraz innych pandemii.

Polski filozof polityki i historyk idei, prof. Marcin Król, wskazuje, że SARS CoV-2 spowoduje pojawienie się masy ludzi, których w ślad za Florianem Znanieckim, określił jako „ludzi zbędnych”. – „Pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych. To znaczy takich ludzi, którzy nie będą mieli pracy; nie będą wiedzieli, co ze sobą zrobić. […] Właśnie. Ci ludzie zbędni są niesłychanie podatni na niewiadome zdarzenia. To znaczy nie umiemy przewidzieć ich zachowań. Powtarzam po Znanieckim; to był wielki socjolog. Najpierw mogą być bunty o takim charakterze, że zbiją szybę w sklepie. Ale mogą być też bunty o charakterze politycznym” – konkluduje prof. Król, w wywiadzie udzielonym dla „Polska The Times”.

Z ludźmi zbędnymi, tzw. bezpaństwowcami, mieliśmy do czynienia pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową. Sytuacja taka nastąpiła w rezultacie asymetrii pomiędzy wspólnotą polityczną – narodową, a szerszą i bardziej złożoną strukturą etniczną społeczeństw. Dziś ta asymetria zachodzi również w tym punkcie, ale dużo bardziej niebezpieczne jest rozwarstwienie klasowe, które wpisuje się w ostry podział polityczny.

Ludzie uważani za niepotrzebnych, wykluczonych czy czujący się zbędnymi zawsze prowadzili do poważnych napięć społecznych oraz stawali się ważnym czynnikiem radykalnych politycznych zmian. Hannah Arendt, w „Narodzinach totalitaryzmu”, właśnie tę kategorię ludzi określiła jako jeden z powodów powstania społeczeństw i systemów totalitarnych.

Autor jest socjologiem, zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki oraz obserwacją uczestniczącą. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia, a także hermeneutyka. Jest redaktorem naczelnym Czasopisma Eksperckiego Fundacji FIBRE oraz członkiem zarządu tej organizacji. Pełni również funkcję dyrektora zarządzającego Instytutu Administracja. 

Otchłań bycia

Filozofowie tacy, jak Martin Heidegger czy Maurice Merleau-Ponty włożyli prawdę z powrotem w rzeczywistość, można powiedzieć przywrócili prawdę do świata, rehabilitując jednocześnie metafizykę.

Roman Mańka: W filozofii klasycznej prawda znajdowała się zawsze w wymiarze transcendentnym, czyli poza naszym doświadczeniem zmysłowym, poza sensualną przestrzenią przedstawień oraz rzeczy. Były to filozofie dualizmu, instrumentalnie tworzące podział, aby osiągnąć spójność. Najbardziej emblematycznym przykładem tej dominującej tradycji był Platon, który sięgnął po polaryzację form (idei) oraz rzeczy, a mówiąc precyzyjniej: kopi rzeczy, aby uzyskać jedność. Nomenklatura rozróżnień zastosowana przez tego starogreckiego filozofa jest trochę myląca, niejasna, gdyż w istocie podział o który mu chodziło, sprowadza się do opozycji rzeczy (idei, form) oraz kopi rzeczy.

W filozofii klasycznej metafizyka umieszczała prawdę najczęściej poza zmysłowym, empirycznym światem.

Prawdziwe są idee rzeczy, a więc rzeczy znajdujące się poza sferą zmysłów, w idealnym świecie, zaś rzeczy, które obserwujemy na co dzień, za pomocą zmysłów, to ich kopie. Obserwowane przez nas rzeczy są pozorami, za którymi kryje się prawda. Autentyczna rzeczywistość znajduje się zatem
w świecie dla nas niedostępnym, poza wymiarem empirycznym.

Symboliczną ilustracją myśli Platona jest skonstruowana przez niego alegoria jaskini. Przebywający w niej więźniowie widzą jedynie cienie przedmiotów, od których odbijają się promienie słońca, jednak światło, źródło, przyczyna odbić, znajduje się na zewnątrz i jest dla nich niedostępne.

W gruncie rzeczy, uważany za ojca racjonalizmu, Kartezjusz, poszedł podobną drogą: również odwołał się do dualizmu, ale innego, immanentnego, dokonując podziału na podmiot i przedmiot (res cogitans oraz res ekstensa). U Kartezjusza podmiot afirmuje sam siebie, poprzez podróż we własne wnętrze, poprzez odwołanie się do wymiaru wewnętrznego. Był to tak zwany sceptycyzm metodologiczny: skoro myślimy, jeżeli wątpimy w swoje istnienie, jeśli próbujemy je podważyć,
to właśnie oznacza, że istniejemy. Negacja doprowadziła zatem Kartezjusza do afirmacji i legitymizacji. Szukanie nicości doprowadziło do odkrycia bytu podmiotu. Najlepszym wyrazem tej zasady są słynne słowa: „cogito ergo sum” („wątpię więc jestem”).

W ten sposób byt wewnętrzny, podmiot, człowiek został potwierdzony
w ramach introspekcji, przez samego siebie, lecz co z przedmiotem,
co z empirycznym światem doświadczanym przez zmysły, który, jak pokazała późniejsza filozofia, również jest potrzebny do istnienia podmiotu; ja twierdzili Edmund Husserl, a w ślad za nim Jean Paul Sartre: gdy znika przedmiot, znika również świadomość; Maurice Merleau-Ponty powiedziałby, że bez świata człowiek istnieć nie może, albowiem wraz
z nim tworzy „miąższ” („chair”), czyli splot, jedną odwracalną całość.

Co zatem z przedmiotem? Kartezjusz również nie może obejść się bez metafizyki zorientowanej na wyjście poza doczesny, immanentny świat. Akt legitymizacji rzeczy zależny jest od Boga. Podobnie jak u Platona, również
u Kartezjusza, to co gwarantuje realne istnienie doświadczeń podmiotu, prawdziwość wymiaru empirycznego wdzianego przez zmysły, znajduje się w wymiarze transcendentnym: istotą, która afirmuje autentyczność przedstawień podmiotu, jest Bóg. Pogląd ten Kartezjusz opiera na założeniu, że kochający człowieka Bóg nie byłby w stanie go oszukać
i dlatego zewnętrzny świat, który obserwują ludzie jest prawdziwy. Jednak człowiek oszukuje się sam, oszukują go zmysły, rozum, wyobraźnia.

Widzialne i niewidzialne
Myślenie metafizyczne wcale nie musi oznaczać poszukiwań prawdy
w transcendentnym świecie, już bowiem same próby uchwycenia substancji w rzeczach, a zatem czegoś trwałego w następowaniu, w zmienności, jest metafizyką. Zresztą z tego wzięła się słynna i wspomniana powyżej dualistyczna koncepcja Platona: z próby połączenia postulatów zmysłów oraz rozumu; pogodzenia z jednej strony rzeczywistości widzianej przez Parmenidesa, a więc założenia, że wszystko jest stałe, niezmienne, wieczne („byt nie może powstać z niebytu), a z drugiej strony koncepcji Heraklita, mówiącej, że jedyną zasadą świata jest zmienność, ale przez to właśnie zmienność, wbrew temu co widzą zmysły, staje się istotą rzeczy, trwałym elementem rzeczywistości.

Sensem rzeczywistości jest nie stałość a ruch. “Wszystko płynie”.

Heraklit wyraża to dosadnie w najsłynniejszym zdaniu stanowiącym puentę jego koncepcji filozoficznej: „panta rej” („wszystko płynie”).

Metafizyka, oprócz szukania prawdy i wytłumaczenia zjawisk w poza-empirycznym świecie albo podwajania rzeczywistości, oznaczała poza tym skłonność do utrwalania tego co ruchome, co umyka, co następuje. W tym sensie również nauka posiada charakter metafizyczny, albowiem szuka stabilizacji, jak również trwałych elementów w spontanicznym, żywiołowym świecie, pełnym chaosu. Nauka, podobnie jak religia, rości sobie prawo do „tresowania”, „trenowania” rzeczywistości.

Pierwsza tendencja, została zilustrowana już w Starożytności przez paradoksy Zenona z Elei: żółw jest w stanie wyprzedzić Herkulesa a strzała wystrzelona z łuku jest nieruchoma, stoi w miejscu. Człowiek szuka przestrzeni dla czasu, uprzestrzennia czas – interpretuje intelektualne operacje Zenona z Elei, Henri Bergson, francuski filozof twierdząc, że to co świadomość daje rzeczywistości, to sekwencja (chronologia), zaś to co od niej otrzymuje, to dystynkcja. Heidegger powie później, do czego jeszcze powrócimy, że czasowość jest sensem bycia, albowiem bycie biegnie, następuje, rzeczy znajdują się w nieustannym ruchu, historia wydarza się, itd.

Drugą tendencję metafizycznego myślenia, dążącą do podwajania rzeczywistości, odkrył Friedrich Nietzsche. Wcale nie musi wyrażać się ona w opozycji wymiaru transcendentnego oraz immanentnego. (bo) Jest obecna w najbardziej ludzkim obszarze, w języku, w gramatyce, którą rządzi dualizm podmiot – orzeczenie, a także skłonność do podwajania, która ujawnia się, gdy np. mówimy: „rozbłysnęły błyskawice”. Realnie, przez zmysły doświadczyć możemy tylko błysku, widzimy jedynie błysk, błyskawica bierze się z nastawienia substancjalnego, z poszukiwania, pragnienia podmiotu, próby uchwycenia trwałości, w czymś co jest ruchome.

Język jest metafizyczny ponieważ dąży do uchwycenia rzeczy samych
w sobie, a więc tego co nazywamy istotą rzeczy, tymczasem ten czynnik rzeczywistości jest nieosiągalny. W „Krytyce czystego rozumu” Immanuel Kant rozróżnił wymiar fenomenalny i noumenalny, czyli strefę poznawalnych fenomenów, które jawią się naszym zmysłom oraz porządek niepoznawalnych noumenów, których nie jesteśmy w stanie sensualnie uchwycić, znajdują się one bowiem poza naszym empirycznym doświadczeniem.

Noumeny są źródłem fenomenów, jednak te pierwsze pozostają dla nas poznawczo nieosiągalne, a te drugie są niczym punkty światła na ekranie radaru, informujące nas o istnieniu głębszej rzeczywistości, przedmiotów samych w sobie, funkcjonujących w swej istocie, poza znaczeniem, których nie widzimy.

Wydawać by się więc mogło, że u podłoża, u źródła rzeczywistości leży nicość albo, że to właśnie nicość legitymizuje bycie. Jednak pomiędzy kategoriami bycia i nicości nie ma opozycji, a wręcz przeciwnie, istnieje stosunek komplementarny czy korespondujący, albo jeszcze inaczej: afirmujący, legitymizujący. Często właśnie nicość stanowi afirmację bycia. Nie zauważamy wolności, gdy żyjemy w wolnym kraju, o jej istnieniu najlepiej informuje nas nicość, czyli brak, w chwili kiedy znaleźliśmy się
w warunkach totalitarnych; podobnie nie dostrzegamy powietrza, gdy spokojnie możemy oddychać, gdy dookoła nas jest wystarczająco dużo tlenu.

Choć to może nieco uproszczona teza: bycie objawia się w nicości,
o istnieniu czegoś informuje brak.

Wspomniany francuski filozof, Maurice Merleau-Ponty, zamiast dualizmu: nicość – bycie, proponuje taksonomię: widzialne – niewidzialne. Pisze
w „Signes”: […] zamiast mówić o byciu i nicości, lepiej byłoby mówić
o widzialnym i niewidzialnym, powtarzając, że nie są ze sobą sprzeczne. Mówi się o niewidzialnym, ponieważ mówi się o nieruchomym, nie wobec tego, co jest obce ruchowi, ale wobec tego, co pozostaje w nim nieruchome. Jest to punkt lub stopień zerowej widoczności, otwarcie wymiaru tego co widzialne.
[…] Kiedy mówimy o nicości, jest już bycie.”

Zdaniem, Merleau-Ponty’ego oczekiwanie przejrzystości, transparentności rzeczy skazane jest na porażkę. Jak twierdzi „rzeczy same w sobie nigdy nie są dane”. Pojawiają się one jedynie przez grubą warstwę ekspresji, odzyskane
i zniekształcone, w określonym środowisku emocjonalnym, w nieustannie zmiennych relacjach poza różnicami.

– „Język dokonuje, w bardziej stanowczy sposób, podobnej operacji odzyskania (w stosunku np. do malarstwa, uw, red.), która nie daje nam nigdy rzeczy samych w sobie, dokładnie tak, jak byłyby one przed ekspresją lub poza nią”
– konkluduje Maurice Merleau Ponty w „Parcours II”.

Utrata rzeczywistości
Często nie zdajemy sobie sprawy z różnicy pomiędzy bytem a byciem, którą chyba najlepiej na gruncie filozofii uwypuklił niemiecki filozof, Martin Heidegger. Niejednokrotnie mylimy byt z byciem, tak jakby były to pojęcia synonimiczne, tymczasem występuje między nimi istotna, kluczowa różnica, którą Heidegger określił jako różnicę ontologiczną.

Byt bierze się z pewnej uniwersalizacji, abstrakcji, uogólnienia, zaś bycie jest jak gdyby umykającą treścią bytu, czy mówiąc precyzyjniej poszczególnych bytów, ich źródłem, bardziej konkretną rzeczywistością, ma swoje miejsce w rzeczach, które następują. Możemy zatem pytać o bycie bytów lub zastanawiać się, gdzie, w którym punkcie rzeczywistości, to bycie bytów się znajduje.

Rzeczy są sobą wówczas, kiedy znajdują się poza znaczeniem albo używaniem, kiedy ich nie definiujemy, nie tematyzujemy, nie czynimy przedmiotem myślenia, rozważań, dociekań; kiedy o nich nie mówimy.

Są sobą do momentu, kiedy ich sens jest egzystencjalny, fenomenologiczny, czy nawet, wykraczając nico poza myśl Heideggera – autoteliczny, i nie stał się logiczny, aksjologiczny, czy instrumentalny.

Dopóki telewizor stojący w pokoju nie został przez nas włączony, dopóki znajduje się poza naszym doświadczeniem albo do momentu gdy nie zaczną dotykać go jakieś zakłócenia albo się nie zepsuje, żyje on swoim własnym życiem, jest rzeczą samą w sobie, nie tematyzowaną przez nas, ani nie używaną; tak samo radio lub żelazko, do czasu kiedy o tych przedmiotach nie myślimy, bądź ich nie używamy, egzystują one na własną rękę, realizują swój własny sens.

Problem pojawia się wówczas, gdy próbujemy je zdefiniować, uczynić tematem naszych rozważań, utematyzować, wtedy nadajemy im inny sens. Kiedy próbujemy je uchwycić za pomocą znaczeń. Kiedy usiłujemy je przenieść na płaszczyznę języka, logiki, nauki. Każda tego rodzaju próba kończy się utratą. Rzeczy nam umykają, uciekają, choć Heidegger powiedziałby, że gdy podejmujemy wysiłek nadania im znaczeń lub użycia ich, wtedy pozostają z tyłu; to co chwytamy w ręce to znaczenie, pojęcie, to z nami pozostaje, tymczasem rzeczy są już w innym miejscu, tracimy je.

Nie da się uchwycić rzeczywistości, gdy ją utrwalamy zmieniamy jej sens.

To jest trochę tak, jak zabawa, gdy dziecko próbuje złapać w ręce dym pochodzący z palącego się ogniska.

Maurice Merleau Ponty pisał o konkretnej uniwersalności, co wydaje się antynomią, jednak mimo uproszczeń, świetnie oddającą relację pomiędzy bytem a byciem. Francuski filozof ma na myśli uniwersalność, która nie jest czystą abstrakcją, a cechuje się ucieleśnieniem, zakorzenieniem w zmysłowości, w pewnym poziomie konkretności, w rzeczach. Byt ma swoją konkretność i jest nią zawsze bycie.

Jednak rzeczy nam umykają, tracimy je. Zatrzymujemy się na poziomie znaczeń, słów, pojęć, nazw. Logika staje się nie przestrzenią odzyskania rzeczy czy bycia, lecz utraty. Konstruujemy świat kultury, który nie pozwala nam dotrzeć do czystej rzeczywistości, która zostaje z tyłu.

Jedną z największych różnić, jaką można wyróżnić pomiędzy bytem a byciem, jest chęć utrwalania. Byt poszukuje trwałego elementu, w rzeczach (idei, form, substancji), czegoś co jest stałe, nieruchome, tymczasem bycie jest ciągłym ruchem, zmianą. Rzeczy nigdy nie stają się totalne, przechodzą od jednej postaci do drugiej, ulegają ciągłym zmianom, ewolucji.

Dlatego Heidegger powie, że sensem bycia jest czasowość, że rzeczy następują, zaś historia się wydarza, jednak gdy próbujemy rzeczywistość utrwalić lub uchwycić czy zdefiniować, to ją tracimy. Ani logika, ani historia, tradycyjnie rozumiana (a więc diachroniczna), nie jest w stanie odzyskać rzeczy czy wydarzeń w pełni.

Heidegger, podobnie jak Merleau-Ponty, uważa, że rzeczy postrzegamy nie takie jakie są same w sobie, lecz przez grubą warstwę ekspresji, w emocjonalnym środowisku znaczeń. Rzeczy znajdują się przed ekspresją lub poza nią.

Na progu świata i języka…
Gdzie jest bycie? W którym miejscu spotyka się czy krzyżuje bycie i byt? Na czym polega różnica pomiędzy tymi elementami, którą Heidegger określa jako różnicę ontologiczną.?Aby dotrzeć do bycia musimy dokonać redukcji ontologii ogólnej do ontologii fundamentalnej. Jak pisze Arturo Leyte, interpretator Heideggera w książce pt. Zapomnienie bycia: […] „kiedy mówimy o sensie bycia powinniśmy mieć na myśli sens rzeczy. […] rzecz jest tą błahostką – kontynuuje Leyte – która zawsze pozostaje z tyłu i nigdy nie ukazuje się w sposób jawny. Odnieść się do sensu oznacza odnieść się do tej głębi, która się nie pojawia, do tego, co ma miejsce zanim w ogóle możemy mówić
o bycie”
. Heidegger pisze o otchłani, o przepaści.

Skoro prawdą jest, że nie ma żadnego innego bycia od bycia bytów, i jeżeli sens ma bycie, a nie byt, dla dobrej eksplikacji problemu musimy skoncentrować się na tej różnicy, pokazać gdzie, w którym punkcie, spotyka, przecina się bycie i byt.

Bycie biegnie w mitycznej sferze pomiędzy, tam gdzie znajduje się różnica (ontologiczna).

Owa różnica, aby się ukazać musi zrobić to w taki sam sposób jak byt. Tymczasem charakter jej ontyczności jest inny: nie manifestuje się jak rzecz czy materialny przedmiot, ale zachowuje więź, coś w rodzaju afiliacji, odniesienia, w stosunku do bycia oraz do rzeczy. Jak pisze Martin Heidegger, istota bytu polega na zrozumieniu bycia, jednak zrozumienie to nie oznacza konstytucji poznawczej, lecz wiąże się z utrzymaniem wspomnianej więzi z własnym byciem, tego co można określić jako inklinację, odniesienie, relację.

Stosunek bytu z byciem, okoliczność utrzymywanej relacji, można ocenić jako punkt lub obszar, w którym przebywa różnica, a więc przestrzeń gdzie swoje miejsce ma bycie. Tu właśnie, na tym terytorium, jakby na skrzyżowaniu bytu z byciem, u styku tych dwóch elementów, w ramach
i w granicach tej relacji, tego odniesienia, znajduje się różnica ontologiczna i swoje miejsce ma bycie. W swym największym dziele, „Byciu i czasie”, Heidegger nazwie, określi ten punkt, to miejsce jako „dasein”, czyli jestestwo. Jest to miejsce szczególne, nietypowe, które nie musi być lokowane, nie potrzebuje żadnej lokalizacji czy jasno sprecyzowanego, wskazanego terytorium, ściśle określonego obszaru, ale odsyła tylko do konstatacji, do faktu, że bycie posiada miejsce i pojawia się jako rzecz.

Zachowując respekt do wszystkich niuansów oraz rozbieżności, relacja bytu do bycia, owo odniesienie, jest czymś w rodzaju, w każdym razie czymś bliskim – „konkretnej uniwersalności” – o której pisał Maurice Merleau-Ponty, czyli pewnej ogólności zakorzenionej w konkretności, utrzymującej łączność (relację) ze zmysłowością; jest też, jak u Kanta, stosunek fenomenów, które się pojawiają, których doświadczamy, które nam się jawią, do niewidzialnych, znajdujących się poza przestrzenią naszego poznania noumenów.

Różnicę ontologiczną, a zatem krytyczny punkt styku bytu z byciem, czyli miejsce bycia i rzeczy, można opisać jeszcze inaczej, za pomocą metafor. Później Heidegger napisze, że „język jest domem bycia”. Podejmując trop tej metafory i twórczo ją rozwijając można powiedzieć, że język to dom, zaś świat, to podwórko, czyli to co znajduje się na zewnątrz, w odniesienie do domu i progu, a co próg właśnie łączy, będąc fermuarem, swoistą klamrą podwórka i domu, świata i języka.

Jak stwierdził Heidegger: „rzeczy są jakby wyparte ze słów” (ja napisałbym: wypierane).

Byt mieszaka w języku, zaś bycie znajduje się na progu, w punkcie, który oddziela wymiar zewnętrzny od wewnętrznego, wnętrze od zewnętrza, język od świata; mieści się na granicy, w strefie, którą można określić jako mityczne „p o m i ę d z y”. Nie należy ani do jednego obszaru ani do drugiego, ale znajdując się pomiędzy; definiuje różnicę, która jest zarazem różnicą ontologiczną, i tą otchłań, tą przepaść, tą głębię, którą Heidegger określał jako miejsce bycia, a zarazem prawdy, którą język może tylko musnąć, lecz nie jest w stanie jej uchwycić.

Technika jest progresywna, rekonfiguruje, rozwija świat; nauka go konserwuje.

Prawda jest z tego świata
Prawda nie znajduje się więc w wymiarze transcendentnym, jak chciał Platon, w królestwie form, idei rzeczy, gdzieś w nieosiągalnych przez człowieka poza-światach, nie potrzebuje też Boga do afirmowania czy zagwarantowania autentyczności świata zmysłowego, jak głosił Kartezjusz. Wręcz przeciwnie, prawda znajduje się w najbardziej immanentnej, konkretnej, ruchomej przestrzeni, poprzedzającej doświadczenie kulturowe i logikę, jej obecność ma miejsce przed ekspresją, przed znaczeniem, przed logiką, a właściwie pomiędzy językiem, w którym mieszka, uzyskując schronienie – byt, a rzeczywistością, na którą składają się rzeczy i gdzie znajduje się bycie.

Tam mieści się właśnie ta szczelina, ten wąski przesmyk, jakby przeskok iskry, w którym ma miejsce sens bycia, który jest zrozumieniem bycia, czyli odniesieniem, relacją bycia do bytu, a także miejscem bycia i prawdy.

W międzyczasie nastąpiła ewolucja poglądów Heideggera. Niemiecki filozof dostrzegł, zrozumiał, że to co postrzegał jako jestestwo, sens bycia, a więc różnicę ontologiczną pomiędzy bytem i byciem, które było zarazem miejscem bycia i co za tym idzie również miejscem prawdy, jest
w rzeczywistości bytem.

Ewolucja filozofii Heideggera polegała na uświadomieniu sobie ciężaru gatunkowego śmierci, a następnie narodzin, wytyczających odcinek w egzystencji człowieka pomiędzy narodzinami a śmiercią: bycie jestestwa, którego sensem jest czas. W ten sposób, dzięki śmierci i czasowi, bycie nie jest postrzegane, w kategoriach logicznych, jako pojęcie, tylko w kategoriach fenomenologicznych oraz egzystencjalnych, jako wydarzenie: bycie się wydarza, następuje, jest w ruchu, dzieje się.

Ponieważ czas nie posiada charakteru logicznego lecz fenomenologiczny, nie ukazuje się diachronicznie czy chronologicznie w formie wcześniej uregulowanego następstwa, w związku z czym nie manifestuje się jako byt
i nie może być analizowany bądź definiowany jak rzecz, w celu odróżnienia od rozumienia logicznego, został określony jako „czasowość”.

Sens znajduje się w czasowości, a nie – jak chciałaby logika – w tożsamości (dlatego bycie jest przed logiką, w miejscu relacji pomiędzy bytem a byciem), która stanowi założenie czasu ciągłego, diachronicznego. Bycie jest ograniczeniem, odcinkiem trwającym od narodzin do śmierci. Gdy definiujemy bycie, nie powinniśmy posługiwać się kryteriami czasu logicznego, pojmowanymi jako nieskończony ciąg następstw, ale myśleć
o czasie, który w rzeczywistości się wydarza, a zatem o odcinku bycia, które ma miejsce pomiędzy narodzinami a śmiercią, początkiem a końcem (człowieka, rzeczy, itd.).

Heidegger określa ten konkretny, niewymienialny odcinek, czasowość, jako historyczność usytuowaną pomiędzy początkiem a końcem. W ten sposób manifestuje się rzecz, w postaci wydarzenia się, a nie czegoś trwałego (np. substancji). Sensem czasowości jest historyczność. Rzecz przeżywa swoją historyczność a nie historię, aby zaakcentować różnicę pomiędzy rozumieniem logicznym a egzystencjalnych, gdyż historia odsyła do naukowego znaczenia czasu i aczkolwiek pozwala na rekonstrukcję logiczną, uniemożliwia tym samym rekonstrukcję egzystencjalną.

Tymczasem historyczność odnosi się do miejsca, odsyła do jakiegoś odcinaka bycia, którego najlepszą charakterystykę stanowi: pomiędzy,
w oparciu o które i w ramach którego, bycie ma sens.

Martin Heidegger oraz Maurice Merleau-Ponty doprowadzili do odbudowania, rehabilitacji sensu metafizyki. Przy wszystkich dzielących ich różnicach, przywrócili prawdę zza światów, z transcendentnego terytorium idei, do immanentnego świata. Dzięki temu Michel Foucault mógł powiedzieć: (że) „prawda jest z tego świata”.

Religia i nauka tracą rzeczy, sztuka i technika je odzyskują i rozwijają.

Heidegger ostatecznie zdefiniował prawdę jako prześwit, światło, napięcie pomiędzy ukrywaniem a odkrywaniem, w którym pojawia się właśnie prawda, rozumiana jako tranzyt, próg. Merleau-Ponty zlokalizował prawdę jako nieprzerwaną łączność, ciągłość pomiędzy uniwersalnością
a konkretnością zakorzenioną w zmysłowości.

Bycia nie odzyskuje logika ani nauka. Bliższa Heideggerowi jest koncepcja Friedricha Nietzschego, zakładająca, że prawdę odnajdziemy prędzej
w stanie ekstazy, w formie antycznej tragedii, czyli dziedziny, którą nazywamy sztuką, niż w sferze nauki. Rzeczywistość, jak wskazywał Nietzsche, cechuje się „wolą mocy” oraz pragnieniem „wiecznego powrotu”. Bycie się rozwija, dąży do wzrostu, chce powrócić, objawić się na nowo.

Jak twierdził Heidegger, odzyskiwać rozwijać bycie może jedynie sztuka, rozumiana również jako technika, które rekonfiguruje rzeczywistość, świat rzeczy, podczas gdy nauka konserwuje. Nauka jest konserwatywna. To sztuka, a w ramach niej także technika, jest progresywna i rozwija świat.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

PiS jeszcze nie przegrał…


Rok 2021 zadecyduje o kształcenie procesu politycznego w Polsce. Ta siła polityczna, która zdobędzie inicjatywę strategiczną, najprawdopodobniej stworzy sobie przedpole do zwycięstwa w najbliższych wyborach parlamentarnych, które odbędą się za ponad dwa lata. Wydarzenia tego roku będą zatem kluczowe w perspektywie najbliższej przyszłości polskiej polityki.

Roman Mańka: Czy PiS już przegrał? Parafrazując słynne zdanie Marka Twaina: „pogłoski o śmierci PiS są przedwczesne”. Ci którzy głosili rychły koniec PiS opierali się na pozorach. To co wydawało się na jesieni 2020 roku oczywistym zjawiskiem, rzekomy odwrót społecznego poparcia od Zjednoczonej Prawicy, okazało się tylko powierzchownym efektem, wynikającym z błędów w obozie formacji rządzącej: walki wewnętrznej oraz tak zwanej „piątki dla zwierząt”, czyli ustawy, która uderzała w interesy elektoratu PiS.

W żadnym razie do spadku popularności partii Jarosława Kaczyńskiego nie przyczyniły się demonstracje oraz protesty organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet, w reakcji na zaostrzenie przez Trybunał Konstytucyjny prawa aborcyjnego. Wbrew temu co twierdzą różnego rodzaju eksperci, politolodzy i socjologowie, a także wielu publicystów, w Polsce nie doszło do żadnego przełomu; nie zmienił się radykalnie sposób myślenia społeczeństwa ani nastroje.

Opozycja, ta parlamentarna i ta społeczna, pozaparlamentarna, w dalszym ciągu nie ma wpływu na bieg procesu politycznego oraz rozwój wydarzeń w Polsce, gdyż nie potrafi wejść w mechanizm relacji kauzalnej, to nie jej działania przekładają się na konsekwencje polityczne. Nadal zasadniczy wpływ na sytuację posiada PiS.

Demografia jest nieubłagana
Manifestacje i protesty, które na jesieni 2020 roku przetoczyły się przez Polskę, wyraźnie (zresztą zupełnie zgodnie z tym co wcześniej przewidywałem), wygasły, i raczej trudno się spodziewać, aby w najbliższym czasie doszło do ich odnowienia. Być może niepokoje społeczne nadal będą miały miejsce; niewykluczone, że nawet się nasilą, lecz z innego – społeczno-gospodarczego, a nie kulturowego– powodu.

Zdecydowana większość obserwatorów polskiego życia politycznego, źle oceniła ciężar oraz znaczenie protestów inicjowanych przez kobiety z OSK, jak również związane z nimi nastroje społeczne. Przede wszystkim mające miejsce na jesieni ubiegłego roku demonstracje, nie były reprezentatywne dla emocji i poglądów całego polskiego społeczeństwa. Filozofia Platona powinna nas nauczyć, iż to co widzimy zmysłami, bezpośrednio nie musi być prawdą. Prawdziwa rzeczywistość kryje się poza pozorami. Często dochodzi do asymetrii pomiędzy wrażeniami powziętymi na podstawie obserwacji wydarzeń dziejących się na ulicy, a wnioskami wynikającymi z bardziej wszechstronnej oraz głębszej analizy racjonalnej. Nie zawsze ulica jest miarodajna i reprezentatywna dla nastrojów społecznych: np. organizowany przez środowiska narodowe „Marsz Niepodległości” potrafił w latach szczytu przyciągać do Warszawy nawet i 200 tys. demonstrujących ludzi, tymczasem poparcie dla „Konfederacji” w wyborach do Sejmu wynosiło 6,81 proc. Gdyby siłę formacji skupiającej ugrupowania narodowe oceniać po wielkości „Marszu Niepodległości”, powinna ona dzisiaj (a nie PiS) rządzić w Polsce.

W protestach organizowanych przez OSK brali zazwyczaj udział ludzie młodzi, na ulicach było ich widać, stanowili tam dominującą oraz mobilną siłę, byli w większości. Jednak struktura polskiego społeczeństwa tak nie wygląda, można nawet powiedzieć, że jej obraz jest odwrotny. Procesy demograficzne układają się w ten sposób, iż w polskim społeczeństwie, a co się z tym wiąże, również wśród wyborców, przewagę mają pokolenia senioralne albo bliskie tej kategorii: generalnie osoby, które przekroczyły 50. rok życia.

PiS ma to dobrze policzone. Tzn. dysponuje dokładnym rozeznaniem, popartym szczegółowymi badaniami socjologicznymi, na temat liczebności poszczególnych grup wiekowych, a przede wszystkim dominujących wśród nich preferencji politycznych. Póki co, demografia działa na rzecz PiS-u. Dlatego, manifestacje inicjowane przez OSK, aż tak bardzo partii Jarosława Kaczyńskiego nie zaszkodziły, zaś pod pewnym kątem były dla Zjednoczonej Prawicy nawet korzystne.

Niekompatybilność wymiarów
Spontanicznych wybuchów społecznego niezadowolenia, rozgrywających się wokół problemu aborcji, nie da się już odbudować, a przynajmniej, nie pojawi się nic, co byłoby ich kontynuacją. Protesty po prostu zgasły. Stało się tak z kilku powodów.

Po pierwsze, nikt nie będzie demonstrował na ulicach wiecznie; ludzie mają również swoje sprawy i w związku z tym, prędzej lub później, przesuną się z przestrzeni publicznej do sfery prywatnej, uciekną w własną prywatność. W relacjach społecznych działa znana z psychologii zasada malejącej użyteczności krańcowej, która w uproszczeniu oznacza mniej więcej tyle, że powtarzalność szkodzi intensywności oraz sile wywoływanego efektu. Wszystko się kiedyś zużywa, a w organizacjach społecznych oraz ruchach społecznych istnieje napięcie, które Hannah Arendt w książce, „O rewolucji”, określała jako opozycję pomiędzy spontanicznością czy żywiołowością a instytucjonalizacją i biurokratyzacją.

Bez nowych impulsów trudno utrzymać energię społeczną na stabilnym poziomie, zaś próba nadania społecznemu procesowi rutyny, osłabi go.

Po drugie, nie było kompatybilności pomiędzy wymiarem społecznym, w ramach którego rozgrywały się wydarzenia inspirowane przez OSK, a wymiarem politycznym, gdzie działają partie polityczne, nie powodowało to zatem typowych konsekwencji politycznych, w postaci np. zmiany preferencji politycznych czy nastrojów odnoszących się do popularności poszczególnych ugrupowań; nad protestami unosił się duch lewicowości lecz paradoksalnie „Lewica” nie zyskiwała na nich, zaś spadek poparcia dla partii rządzącej PiS wynikał z innych wydarzeń: konfliktów wewnętrznych, a zwłaszcza „piątki dla zwierząt”.

Po trzecie, w roku 2021 kalendarz różnego rodzaju okoliczności pozapolitycznych, lecz odwracających społeczną uwagę od polityki, nie będzie sprzyjał organizacji protestów o charakterze innym niż społeczno-gospodarczy: latem odbędą się dwie wielkie, spektakularne imprezy sportowe, przełożone z ubiegłego roku, z powodu pandemii koronawirusa: Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej oraz Igrzyska Olimpijskie, poza tym prawie równocześnie rozpoczną się eliminacje do Mundialu w Katarze.

Tego rodzaju sytuacje skutecznie odciągają uwagę opinii publicznej od polityki. Po wprowadzeniu stanu wojennego, nastroje społeczne zaczęły się poprawiać dopiero od czerwca i lipca 1982 roku, gdy na futbolowych Mistrzostwach Świata w Hiszpanii, reprezentacja Polski szła od zwycięstwa do zwycięstwa, sięgając po trzecie miejsce na globie; także w 2016 roku wydarzenia sportowe skutecznie odwróciły zainteresowanie od działań inicjowanych przez Komitet Obrony Demokracji.

Nigdy nie wolno bagatelizować znaczenia czynników pozapolitycznych w polityce, które choć mają treść niepolityczną, to powodują konsekwencje sensu scricto polityczne, aczkolwiek często niezauważane wprost.

Metamorfoza… marsz do centrum
Jest jeszcze czwarty element, wynikający z głębszej, a także bardziej dalekosiężnej strategii PiS-u, kobiety z OSK chętnie weszły w zastawioną przez PiS „pułapkę” i uruchomiły swój radykalizm. Wulgarne hasła, takie jak znak ośmiu gwiazd czy słowo rozpoczynające się na literę „w”, trafią tylko do osób nastawionych najbardziej ekstremalnie, przeciwników PiS, jednak ludzi o umiarkowanych bądź centowych poglądach, lub niezaangażowanych aż tak bardzo w politykę, mogą poważnie zrazić. To odium spadnie na całą opozycję (oprócz Hołowni).

PiS-owi zależy, aby opozycja miała radykalne oblicze. Zjednoczona Prawica prowadzi grę podobną do tej, którą swego czasu prezentowała Platforma Obywatelska, a którą dobrze zdefiniował dr Marek Kochan z Katedry Dziennikarstwa Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS, mówiąc, iż PO chce się jawić jako rozsądne centrum przeciwko ekstremizmom. Było to w 2013 roku, kiedy minister spraw wewnętrznych, Bartłomiej Sienkiewicz, miał zlecić służbom specjalnym podpalenie budki przed rosyjską ambasadą, aby zrzucić odpowiedzialność za to na środowiska i organizacje narodowe, pokazując ich ekstremizm.

PiS obecnie gra podobnie. Zjednoczonej Prawicy chodzi w ogóle o modyfikację swojego miejsca na scenie politycznej i stopniowe przesuwanie się w kierunku centrum, w czym bardzo pomaga obecność ugrupowań narodowych, a zwłaszcza Konfederacji w polskim życiu politycznym, gdyż odsuwa PiS od prawej strony, pozwala „odbić się od prawej bury”. Sytuacja nie wygląda tak, jak opisuje to część publicystów, iż Jarosławowi Kaczyńskiemu zależy, aby „na prawo od PiS była tylko ściana”; może kiedyś przywódca Zjednoczonej Prawicy myślał w ten sposób, ale obecnie definiuje polską scenę polityczną inaczej: PiS ma się przesuwać w centrum, ale w taki sposób, aby nie utracić prawej strony; tam ma funkcjonować taka siła, która jednocześnie powoli PiS przesunąć się w centrum, lecz nie zabierze mu dużej części prawicowego elektoratu.

Cały ruch (z tym co osobiście nazywam roszadą) zamiany Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego, na stanowisku premiera, dedykowany był intencji modyfikacji pozycji PiS na scenie politycznej i stopniowego przesuwania Zjednoczonej Prawicy w centrum. Był to jeden z warunków zwycięstw w wyborach samorządowych (do sejmików wojewódzkich), do europarlamentu, jak również – tych kluczowych – do polskiego parlamentu.

Historia pokazuje, że formacje populistyczne bardzo często przechodzą podobną metamorfozę, czyli przejście od radykalnej prawicowości bądź lewicowości w stronę centrum: pokazują to choćby przykłady ruchu faszystowskiego Mussoliniego w przedwojennych Włoszech, Partii Pracy w Wielkiej Brytanii w okresie Tony’ego Blaira, czy polski przykład Sojuszu Lewicy Demokratycznej w czasach Kwaśniewskiego i Millera.

Teraz podobną drogą będzie chciał pójść PiS.

Użyteczna twarz
Pytanie: kto wygra wewnętrzną rywalizację, jaka ma miejsce w Zjednoczonej Prawicy: Mateusz Morawiecki czy Zbigniew Ziobro (?), wydaje się rozstrzygnięte. Zresztą ono było przesądzone od samego początku, już w punkcie wyjścia.

Jedynym z polityków, który posiada zdolność dawania akceptowalnej społecznie „twarzy” jest premier Mateusz Morawiecki, którego toleruje również spora część politycznego centrum. Morawiecki nie posiada charyzmy, nie został obdarzony charakterem przywódczym, nie ma cech lidera, nie wydaje się być wizjonerem, lecz paradoksalnie właśnie dlatego cieszy się relatywną akceptowalnością.

W ramach PiS jest niewielu polityków, których nie tylko prawicowy, ale również umiarkowano-centrowy elektorat byłby w stanie zaakceptować: jednym z nich, co pokazały ostatnie i przedostatnie wybory prezydenckie, jest Andrzej Duda, jednak wyłączony z gry ze zrozumiałego względu piastowania urzędu prezydenckiego; drugim takim aprobowanym politykiem okazał się Mateusz Morawiecki; może znalazłoby się jeszcze kilku pomniejszych, takich jak Łukasz Schreiber, Kamil Bortniczuk, czy Michał Dworczyk. Reszta jest nieakceptowalna.

Również Jarosław Kaczyński, choć posiada niekwestionowany status przywódcy Zjednoczonej Prawicy i od wielu lat wyznacza strategię tej formacji, wydaje się zbyt wyrazisty, aby poprowadzić PiS do zwycięstwa.

Ziobro jest zbyt radykalny. Pod jego przywództwem PiS nigdy by w Polsce niczego nie wygrał.

Pozostaje więc jedynie Morawiecki. Premier nie ma alternatywy. Tylko on, z uwagi na paradoksalność przymiotów osobowych: niską wyrazistość, technokratyczny charakter obecności w polityce, brak cech jednoznacznie przywódczych, niepewność, nieokreśloność, może dać PiS-owi „twarz” potrzebną do pozyskania centrowego i umiarkowanego elektoratu, a tym samym zapewnienia zwycięstwa w wyborach 2023 roku i zdobycia trzeciej kadencji z rzędu.

Żeby tak się stało muszą jednak zostać spełnione jeszcze cztery inne elementy: 1) muszą zostać zakończone destruktywne wewnętrzne rozgrywki oraz konflikty w ramach Zjednoczonej Prawicy; 2) PiS nie może ostentacyjnie konsumować władzy, wszelkie koniunkturalne skłonności powinny zostać powściągnięte, zaś arogancja i bezkarność „swoich” – przytępiona; 3) szansą PiS-u jest dalsza słabość oraz fragmentaryzacja opozycji, właściwie PiS dotychczas zwyciężał dlatego, że system partyjny w Polsce uległ w ogromnym stopniu czemuś w rodzaju dystrofii czy nawet atrofii, oprócz PiS inne ugrupowania właściwie nie działały, a PiS był najsilniejszą formacją spośród słabych; z drugiej strony, jeśli w ramach opozycji powstania jakaś jednocząca formacja, PiS przegra; 4) jednym z kluczowych czynników będzie sytuacja gospodarcza, co oznacza, że gdy do Polski w rezultacie pandemii koronawirusa przyjdzie kryzys lub poważne spowolnienie gospodarze, uderzy to w popularność rządzących.

Innym wywołującym już konsekwencje poważnym problemem jest perspektywa odejścia przywódcy Zjednoczonej Prawicy, Jarosława Kaczyńskiego. Choć prezes PiS jeszcze nie składa dymisji, zapowiedział nawet intencję kandydowania w wyborach parlamentarnych 2023 roku, to jednak sama perspektywa jego odejścia, domniemanie, dynamizuje walkę o sukcesję oraz związane z tym konflikty wewnętrzne; sama predykacja odejścia Kaczyńskiego, nieokreślone bliżej czasowo prawdopodobieństwo, domniemanie, napędza wewnętrzne kryzysy.

Jest to zatem kłopot już w tej chwili, a po odejściu przywódcy Zjednoczonej Prawicy stanie się on jeszcze większy, gdyż żaden z pozostałych polityków PiS oraz „przybudówek” nie zapewni tej formacji stabilizacji oraz sterowności..

Charyzmatyczne partie posiadają jeden wrażliwy punkt, który jest zarazem ich największą siłą oraz słabością: przywódca; cała ich działalność opiera się o osobę lidera, ale po jego odejściu ugrupowanie się rozpada.

Syndrom Lewandowskiego…
Dziś trudno wyrokować czy PiS wygra czy przegra wybory w 2023 roku. Na jesieni wielu obserwatorom polskiego życia politycznego wydawało się, że Zjednoczona Prawica została dotknięta przez tak olbrzymi kryzys, że nie tylko przegra kolejne kalendarzowe wybory parlamentarne, ale również nie dotrwa do końca aktualnej kadencji. Były to jednak pozory, wnioski wynikające ze zbyt powierzchownych oraz uproszczonych analiz, zaś wszelkie tego typu rachuby są przedwczesne.

W PiS już jakiś czas temu rozpoczął się nieodwracalny proces anihilacji (o czym pisałem w Czasopiśmie Ekspertów FIBRE w listopadzie 2020 roku), który na pewno doprowadzi tę formację do upadku, nie wiadomo jednak czy Zjednoczona Prawica zdąży przegrać w 2023 roku, być może zadziała prawo rozpędzonej lokomotywy, która choć hamuje i wytraca prędkość, to jednak zdoła dojechać do kolejnej stacji. To byłby dla Polski najgorszy scenariusz, gdyż partia rządząca dotknięta erozją najbardziej szkodzi państwu: pogrążona w klientelistycznych mechanizmach, korupcji oraz wewnętrznych wojnach.

Póki co, to PiS posiada w Polsce inicjatywę strategiczną i to formacja Jarosława Kaczyńskiego w dużo większym stopniu kreuje polityczną grę niż opozycja; od opozycji właściwie nic nie zależy. PiS znajduje się dokładnie w takiej samej sytuacji, jaką w 2011 roku zdefiniował Donald Tusk w odniesieniu do Platformy Obywatelskiej: „nie ma z kim przegrać”. Ze zwycięstwami PiS-u jest analogicznie, jak z tryumfem Roberta Lewandowskiego w plebiscycie FIFA na najlepszego piłkarza świata w 2020 roku: wygrał w sezonie koronawirusa, w okresie, w którym nie odbyły się Mistrzostwa Europy, zaś rozgrywki Ligii Mistrzów były rozgrywane można powiedzieć: „zaocznie” lub „zdalnie”; zwyciężył zatem w momencie, w którym się niewiele w piłce nożnej działo, mecze odbywały się przy pustych trybunach, bez publiczności; i choć to stwierdzenie będzie oczywiście przesadą, uproszczeniem, to warto je wypowiedzieć dla zilustrowania sytuacji: nikt nie był szczególnie zainteresowany, a już na pewno usposobiony, zmotywowany żeby wygrać.

Sytuacji partii Kaczyńskiego jest podobna.

Jeżeli PiS w dalszym ciągu nie będzie miał z kim przegrać, to ma szansę zwyciężyć również w wyborach parlamentarnych 2023 roku, aczkolwiek tym razem, w tym przypadku, sama determinanta, że nie ma z kim przegrać może okazać się niewystarczająca. W każdym razie, na pewno sytuacja nie wygląda tak, że Zjednoczona Prawica znajduje się w beznadziejnej sytuacji.

Pieniądze z UE również nie śmierdzą
Paradoksalnie dla zwycięstwa PiS kluczowe oraz decydujące może okazać się to, co PiS w prowadzonej przez siebie polityce najbardziej zwalcza: europejskość, czyli przynależność Polski do Unii Europejskiej, a zwłaszcza beneficja wynikające z partycypacji Polski w kontynentalnej Wspólnocie.

Przełomowy moment miał miejsce w grudniu. Protesty oraz manifestacje organizowane przez OSK wygasły, Morawiecki w negocjacjach z UE odniósł relatywny sukces, udało mu się osiągnąć kompromis, a w rezultacie tego faktu trwający od wielu miesięcy ostry konflikt w ramach Zjednoczonej Prawicy został rozstrzygnięty: „miękiszonem” okazał się nie premier Morawiecki jakby chciał Zbigniew Ziobro, tylko sam Ziobro.

Właściwie więc w grudniu 2020 roku PiS „upiekł” trzy „pieczenie” na jednym „ogniu”: 1) uspokoiła się sytuacja na ulicach; 2) z UE udało się zawrzeć porozumienie, co oznacza ogromny strumień pieniędzy z Funduszu Solidarności dla Polski; 3) kryzys wewnętrzny w partii został (przynajmniej czasowo) zażegnany.

Europejskie pieniądze będą kluczowe, bo to stan polskiej gospodarki w dużej mierze zadecyduje, jak Zjednoczona Prawica zostanie oceniona w 2023 roku. Ekonomiści przewidują, że po przeminięciu pandemii koronawirusa, w Niemczech nadciągnie fala ogromnej konsumpcji. Zazwyczaj było tak, iż dobra kondycja niemieckiej gospodarki, wywoływała bardzo korzystne rezultaty w Polsce. Po pandemii koronawirusa Europa, a zwłaszcza Unia Europejska, wcale nie jest skazana na katastrofę. Może bowiem zaistnieć zjawisko, analogiczne do tego, które miało miejsce po zakończeniu II wojny światowej, kiedy straty demograficzne oraz ubytki infrastruktury (zgodnie z teorią cykli koniunkturalnych Nikołaja Kondratiewa) zaowocowały dynamicznym wzrostem gospodarczym oraz latami ekonomicznej prosperity w Europie Zachodniej. Konsumpcyjny głód jest w stanie wywołać szybki gospodarczy rozwój. Jak pisze w książce „Doktryna szoku” Naomi Klein: współczesny kapitalizm najlepiej rozwija się w warunkach kataklizmów oraz społecznych kryzysów.

W nowym rok 2021 PiS wszedł z polityczną inicjatywą oraz ofensywą w sferze dyskursu, łapiąc celebrytów na szczepieniach poza kolejnością i po znajomości, co zbulwersowało sporą część środowisk społecznych, zaś elektorat PiS na nowo zmobilizowało wokół antyelitarnego przekazu partii.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

 

Żyjemy w słowach…


Gdy 13 stycznia 2019 roku trójmiejski psychopata Stefan W. wtargnął na scenę i zamordował prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, wielu publicystów i komentatorów twierdziło, że to wina PiS, że przyczyniła się do tego mowa nienawiści emitowana przez TVP. Dziś opozycja idzie tą samą drogą, aczkolwiek na szczęście tak dramatyczne konsekwencje jeszcze się nie wydarzyły.

Roman Mańka: Istnieją w życiu publicznym mosty, za które nie wolno przechodzić. Są granice, których nie powinno się przekraczać. Takim punktem jest przyzwoitość oraz zasady fair play. Nawet, gdy druga strona gra nieczysto, nie można iść tą samą drogą. Nie należy równać w dół, bo to postawa prymitywna. Zło jednych nie stanowi usprawiedliwienia dla poczynań drugich. Agresja nigdy nie jest dobrym programem i zawsze prowadzi do katastrofy.

Użycie nadaje sens
Każdy człowiek definiuje sytuację po swojemu, zaś słowa mogą mieć różne znaczenia dla poszczególnych osób. Nie dotykamy rzeczywistości bezpośrednio. Nakładamy na nią kulturę i jednocześnie odczytujemy ją za pomocą kultury. Ludzie działają poprzez język. – „Język jest domem bytu” – twierdził niemiecki filozof, Martin Heidegger, choć stanowi to pewne uproszczenie jego filozoficznych poglądów. – „Granica twojego języka, jest granicą twojego świata” – pisał z kolei słynny Wiedeńczyk, Ludwig Wittgenstein. Świat rozpoznajemy poprzez język. Rzeczą nadajemy nazwy. Podróżujemy za pomocą słów i znaczeń. Tyle tylko, że desygnaty nie dla wszystkich muszą być tożsame i nosić identyczne treści.

Jacques Derrida pisał o „śmierci autora”. Zwracał uwagę na drogę, którą przechodzi znaczenie pokonując odcinek autor – odbiorca. Gdy znaczenie opuszcza usta nadawcy albo kiedy wydobywa się spod jego pióra, następuje śmierć sensu. W ten sposób odbiorca może nadać mu już inne znaczenie. Poszczególne strony nie muszą rozumieć wyrażeń tak samo.

Harold Garfinkel i Aaron V. Cicourel, to socjologowie zajmujący się etnometodologią, działem nauk humanistycznych badającym wypracowane metody porozumiewania się, czyli środki, narzędzia oraz ramy regulujące interakcje, dzięki którym członkowie populacji porządkują świat społeczny, nadając mu sens i realność. W ramach etnometodologii kluczową rolę odgrywa indeksykalność znaczeń. Stosując skrót myślowy można powiedzieć, że jest to zdroworozsądkowe odczytywanie wyrażeń. Przekazy symboliczne nie mogą być rozumiane w oderwaniu od kontekstu znaczeniowego. W opinii Garfinkla i Cicourela, o znaczeniu decyduje kontekst oraz definicja sytuacji. Komunikacja nie może być zredukowana do nominalnego znaczenia wyrazów, jak również tylko do reguł gramatycznych, albowiem będzie to powodowało błędne interpretacje i nieporozumienia. Język jest podatny na ambiwalencje oraz niuanse znaczeniowe. Ludzie w różny sposób mogą definiować sytuację, co przekłada się na określone rozumienie komunikacji oraz na działania. Słowo „dziękuję” może posiadać wiele sensów, podobnie wyrażenie „przepraszam”, nie mówiąc już o wulgarnym oraz obscenicznym, odczytanym w indeksykalnym, zdroworozsądkowym, praktycznym rozumieniu, zdaniu: „chodź zrobię ci loda”.

To ostatnie wyrażenie co innego będzie oznaczało w języku kulinarnym czy gastronomicznym, co innego w potocznym, zaś gdyby miało być rozpatrywane na sali sądowej, podczas np. procesu w przedmiocie udzielenia rozwodu, może powstać problem z jego właściwym odczytaniem.

Terroryzm symboliczny
Wspomniany powyżej Wittgenstein uważał, że o znaczeniu przesądza użycie, a więc praktyczne zastosowanie słów. Friedrich Nietzsche wypowiedział z kolei słynne zdanie: „nie ma faktów, są (tylko) interpretacje”.

Na tym właśnie polega problem, że przekaz symboliczny może być przez ludzi, w zależności od uwarunkowań kulturowych, społecznych, psychologicznych, mentalnych, genetycznych, zatem od ich cech wrodzonych, wychowania, wykształcenia, predyspozycji, środowiska, w bardzo różny sposób odczytywany.

Istnieje szereg sytuacji, w których nie ma jednego absolutnego, obiektywnego rozumienia. O znaczeniu zawsze decyduje kontekst, który nie musi mieć jednolitej dla wszystkich figury.

Wykorzystują to osadzeni w więzieniach przestępcy, kiedy informacje przekazują sobie, w sposób zakamuflowany, za pomocą grypsów. Ten rodzaj mówienia występuje również w życiu potocznym, kiedy porozumiewamy się na zasadzie mowy et cetera, używając daleko idących uproszczeń i skrótów myślowych, które jednak nie dla wszystkich mogą być zrozumiałe. Z podobnych form korzystają służby specjalne, przekazując sobie ważne informacje ukryte w komunikatach medialnych, dotyczących zupełnie innych spraw, niż zaszyfrowany w indeksykalnym znaczeniu tekst.

Najnowsza metodologia działań terrorystycznych odwołuje się właśnie do języka. Cel ataku czy agresji zostaje wskazany za pomocą stygmatyzacji (ofiara zostaje oznaczona przy użyciu słów, języka), później ma w niego uderzyć konkretny, uruchomiony symbolicznie, wykonawca. Unika się komunikatów sformułowanych bezpośrednio, w ramach fizycznego kontaktu. Nie ma przestrzeni na wydany w sposób tradycyjny rozkaz. Cel zostaje wskazany poprzez media. Później terrorysta z pomocą sugestii symbolicznych emitowanych w telewizji, radiu, bądź Internecie, sam sobie wydaje rozkaz. Jednak zlecenie zostało przekazane symbolicznie w przestrzeni medialnej.

Język jest niesowicie ważny. Nie dotykamy realnego świata bezpośrednio, poruszamy się w nim za pomocą języka. Z autopsji zaś wiemy, że agresję fizyczną poprzedzają przeważnie słowa lub znaczące gesty. Mówi się: od słowa do słowa…

Pomiędzy ustami a uszami
Gdy kobiety z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, organizacji o tak pięknej nazwie, nawiązującej do twórczości Arystotelesa, protestujące, co trzeba powiedzieć na samym początku, w merytorycznie słusznej sprawie, gdyż zostały sprowokowane przez autorytarny rząd PiS, w okresie pandemii koronawirusa, przy użyciu ideologicznego tematu aborcji (zaostrzenia ustawy aborcyjnej przez Trybunał Konstytucyjny), krzyczą „to jest wojna”, „j…. PiS”, czy „w……….”, to każdy może te znaczenie w różny sposób zinterpretować. To co jest oczywiste dla walczących o swoje prawa pań, nie musi oznaczać tego samego w recepcji poszczególnych ludzi. Sens określonych (co tu dużo mówić: wulgarnych) słów w ustach liderek OSK, nie zawsze będzie taki sam, jak w uszach odbiorców. Każdy zdefiniuje sytuację po swojemu, odczyta znaczenia poprzez własne konteksty. I w tym jest właśnie zasadniczy problem.

Kobiety komunikują się w ramach formuły indeksykalnej, badanej przez etnometodologię. Kiedy mówią: „to jest wojna” albo „j…. PiS”, to zapewne nie mają na myśli brutalnej walki zbrojnej z bronią w ręku, militarnej konfrontacji, czy wymiany ciosów na śmierć i życie, albo fizycznego unicestwienia PiS. Większości z nich zapewne nie chodzi o prawdziwą, wyniszczającą wojnę, a tylko o starcie ideologii, koncepcji światopoglądowych, sposobów myślenia, różnych praktyk medycznych stosowanych w zakresie aborcji. Pamiętajmy jednak o tym, co na początku lat 90. XX wieku, sformułował Samuel Huntington, w polemice z Francisem Fukuyamą, w „Foreign Affairs, pisząc „The Clash of Civilizations i definiując nowy charakter stosunków społecznych jako „zderzenie cywilizacji”: politykę mają zdominować starcia pomiędzy cywilizacjami, zaś źródłem konfliktów staną się różnice kulturowe, wywodzące się z podziałów religijnych.

Wprawdzie diagnoza Huntingtona miała ramy geopolityczne i odnosiła się do stosunków międzynarodowych, w ujęciu globalnym, to jednak jest możliwe również jej lokalne zaistnienie, w układzie diagonalnym, w poprzek konkretnych państw. Mechanizm zarysowany przez Huntingtona, może występować na różnym poziomie: zarówno globalnym, jak i lokalnym.

Nigdy nie możemy wiedzieć czy statystyczny mieszkaniec któregoś z miast w Polsce nie zrozumie zbyt dosłownie słów demonstrujących kobiet z OSK, odczytując je w wąskim znaczeniu gramatycznym, i czy nie pomyśli sobie, że to jest rzeczywiście wojna i trzeba fizycznie zniszczyć PiS. Dlatego posługiwanie się wulgarnymi, napełnionymi agresją komunikatami, jest „zabawą zapałkami w fabryce dynamitu” i stanowi niesłychanie nieodpowiedzialny akt. Polska debata publiczna została w wystarczającym stopniu zdewastowana.

Dno nienawiści
Tymczasem ofiar podziału kulturowego mającego miejsce w Polsce jest już sporo. 19 października 2010 roku, kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej, w rezultacie ataku na biuro poselskie PiS, zginął działacz tej partii, Marek Rosiak, druga ofiara, Paweł Kowalski, została z poważnymi obrażeniami odwieziona do szpitala. Sprawcą zamachu był Ryszard Cyba. Wg ustaleń „Gazety Wyborczej” (pisma nieprzychylnego PiS) docelową ofiarą agresji Cyby miał być przywódca PiS, Jarosław Kaczyński. Sam sprawca w wypowiedziach medialnych oświadczył: (…) „żałuję, że nie mam już broni, bo bym powystrzelał wszystkich pisowców”. Wg informacji przedstawionych przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji, Jerzego Millera: Cyba rozpaczał też, że z 49 posiadanych pocisków, użył tylko ośmiu.

Za morderstwo PiS obarczył rządzącą wówczas w Polsce Platformę Obywatelską. Prominentni politycy partii Jarosława Kaczyńskiego, jak również związani z nią konserwatywni publicyści, próbowali wykazywać, iż prawdziwym, najgłębszym źródłem morderstwa był tzw. przemysł pogardy uruchomiony w odniesieniu do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a następnie wobec całej formacji PiS.

Niespełna 10 lat później, historia się powtórzyła, tylko że w drugą stronę. 13 stycznia 2019 roku, podczas 27. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w jej lokalnej odsłonie w Gdańsku, na scenę wkroczył Stefan W., zadając nożem desantowym, jakiego zwykle używają komandosi, trzy ciosy prezydentowi Gdańska, wcześniej związanemu z PO, Pawłowi Adamowiczowi. Zaraz po przemówieniu Adamowicza, w trakcie odliczania przed tzw. światełkiem do nieba, Stefan W. wtargnął na scenę, przejął mikrofon i zaczął krzyczeń: „nazywam się Stefan W. Siedziałem za (rządów) Platformy. PO mnie torturowała. I dlatego Adamowicz musiał zginąć”.

Na około dwa lata przed zdarzeniem, media kontrolowane przez partię rządzącą (PiS), zwłaszcza telewizja publiczna, uruchomiły przeciwko Adamowiczowi totalną kampanię: donosiły o rzekomych nieprzejrzystych działaniach Adamowicza. W przekazie medialnym sugerowano korupcję. Prezydent Gdańska miał mieć problem z wykazaniem własnego majątku. Publiczne media twierdziły m.in., że w sprawozdaniach majątkowych nie ujawnił wszystkich posiadanych mieszkań, i że dysponował wieloma kontami bankowymi.

Politycy PO, a także komentatorzy i publicyści związani z opozycją, uważają, że właśnie te przekazy, mogły być źródłem ataku na prezydenta Adamowicza, a tym samym pośrednią przyczyną jego śmierci.

Sam Stefan W., w zeznaniach odebranych przez prokuraturę, miał powiedzieć, że zamierzał się przeprowadzić do województwa, w którym władze sprawuje PiS, co miało świadczyć o jego sympatiach w stosunku do partii Jarosława Kaczyńskiego oraz politycznych motywach morderstwa.

Mimo tych wydarzeń, nieustannie, zarówno strona PiS, jak i tzw. liberalna (choć jest to określenie dalece nieprecyzyjne oraz nieadekwatne), posługuje się mową nienawiści. W trakcie kampanii prezydenckiej w czerwcu 2020 roku, PiS stygmatyzował środowisko LGBT; obecnie kobiety z OSK krzyczą: „to jest wojna”, j…. PiS oraz w……….

Co gorsza, po obydwu stronach znajdują się ludzie nauki, mediów, kultury, artyści i celebryci, którzy tego rodzaju działania starają się uzasadniać i usprawiedliwiać.

Polska polityka sięgnęła dna.

Hipokryzja
W lutym 2020 roku, po przegłosowaniu ustawy przydzielającej ogromną dotację finansową telewizji publicznej, w wysokości 2 mld zł rocznie, posłanka PiS, a wcześniej dziennikarka między innymi TVP oraz „Gazety Polskiej”, Joanna Lichocka, w aroganckiej, tryumfalnej konwencji, pokazała wobec posłów opozycji, głównie PO, wulgarny, obsceniczny gest, znany np. z popularnego swego czasu izraelskiego serialu „Lody na patyku”: wyciągnięty palec oznaczający fuck off. Stosując interpretację etnometodologiczną tego gestu znaczącego, wyrażonego za pomocą mowy ciała i opierając się na indeksykalności znaczenia, czyli tak jak może zostać odczytane w rozumieniu potocznym, z uwagi na definicję sytuacji, oznacza ono: o…….. …, a właściwie p…… … Gest w semantycznym znaczeniu odsyła tak naprawdę do onanizmu.

Sama Lichocka próbowała swoje zachowanie tłumaczyć, czynnością praktyczną, użyteczną: ogarnięciem włosów z oka. Jednak była to czysta hipokryzja i czysty cynizm.

W sumie gest Lichockiej posiada bardzo podobne znaczenie, jak werbalny przekaz artykułowany przez kobiety z OSK. Inne jest tylko tło sytuacji: Lichocka sięgnęła po wulgarną mowę ciała tryumfalnie, ale trzeba pamiętać, że w reakcji na krzyczących w jej kierunku za pomocą dość ostrego i prowokacyjnego słownictwa, posłów opozycji; kobiety z OSK zareagowały w odruchu oburzenia w związku z prowokacją PiS, za którą można uznać postanowienie czy orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wprowadzenia zakazu aborcji, z powodu wady płodu.

Po tym jak Lichocka wykonała swój gest, przez sprzyjające opozycji, „liberalne” media przetoczyła się fala oburzenia, wielu publicystów i komentatorów związanych z TVN24, „Gazetą Wyborczą”, „Oko Press”, „Newsweek Polska”, Radiem TOK FM, piętnowało postawę posłanki Lichockiej, jako niemieszczącą się w ramach standardów życia publicznego. W tej krytyce wtórowało wiele osób ze świata nauki, kultury, show biznesu. Dziś te same postacie próbują usprawiedliwiać wulgarny język prezentowany przez protestujące na ulicach kobiety z OSK.

Jest to przykład niebywałej hipokryzji, podwójnych standardów, konformizmu rozdzielonego na dwie strony, oraz syndromu myślenia grupowego. Typowa moralność Kalego albo Dulskiej.

Żadna, nawet najbardziej słuszna sprawa, nawet najbardziej wzniosła idea nie może usprawiedliwiać agresji w życiu publicznym i wulgarnego języka.

Nieskuteczna skuteczność…
Autorzy wulgarnych treści, kiedy tłumaczą swoje obsceniczne zachowania, odwołują się często do kategorii skuteczności. Zapominają, że wg wielu filozofów polityki, m.in. Johna Rawlsa, Richarda Rorty’ego, czy Bertranda Russella, tym co zepsuło życie publiczne i politykę były właśnie pragmatyzm oraz utylitaryzm. W opinii Rorty’ego obydwa nurty są antynomiczne, jednak wywodzą się z jednego źródła: oświeceniowego racjonalizmu.

Twierdzenie pragmatyzmu, że prawdą jest wszystko to co wartościowe praktycznie, zaś utylitaryzmu, że to co skuteczne oraz użyteczne, na płaszczyźnie polityki i moralności wywołuje katastrofalne skutki.

Jak pisze Russell: jeżeli w demokracji prawda opiera się na większości, to można ją przegłosować; tym sposobem można przegłosować wszystko, nawet to, że ziemia jest płaska.

W opinii Rawlsa, twórcy „Teorii sprawiedliwości”: utylitaryzm bagatelizuje wymiar indywidualny, dobro jednostek, zmierzając jedynie do dobra uniwersalnego, uzyskiwanego na wyższym poziomie abstrakcji i uogólnień (np. PKB).

W takim układzie polityki, jak wskazuje Rawls, czynnik strukturalny – preferencja – staje się ważniejszy od wartości humanistycznej: człowieka. W ten sposób polityka próbuje spełniać potrzeby preferencji, nie zaś realizować praw indywidualnych, składających się na dobro wspólne. W imię dobra wspólnego nie można podeptać praw indywidualnych, jednostkowych, a do tego właśnie prowadzi kierowanie się preferencjami. Dwa przeciwstawne, zwalczające się wzajemnie systemy – komunizm i kapitalizm – jednocześnie całymi garściami czerpały z utylitaryzmu. W ramach tego procesu, ulegania utylitaryzmowi, dochodzi bardzo często do stygmatyzacji oraz pogwałcenia praw mniejszości, gdy np. w ślad za społeczną niechęcią do środowisk homoseksualnych i homofobii, rząd stosuje język nienawiści wobec społeczności LGBT albo kiedy druga strona (opozycyjna) determinowana oczekiwaniami swoich zwolenników, posuwa się do wulgarnego, agresywnego języka.

W obydwu przypadkach jest to populizm, będący konsekwencją złego zastosowania pragmatyzmu i utylitaryzmu w polityce.

Tak postępować nie wolno!

Ps. Bardzo przepraszam i proszę mi to wybaczyć, że w celach lepszej zrozumiałości tekstu sięgnąłem w niektórych miejscach po wulgarne cytaty i przykłady wieloznaczności obscenicznych wypowiedzi (nie używam wulgarnych zdań, lecz je cytuję). W przestrzeni publicznej w ogóle nie używam takiego języka, a agresja jest mi obca. Uważam, że w życiu publicznym na takie zjawiska jak wulgarne, ordynarne słownictwo, przemoc, nienawiść, agresję, okrucieństwo nie ma i nie może być miejsca, i trzeba zdecydowanie te zjawiska zwalczać.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Nieodwracalny proces – wirus w PiS


Paradoksalnie na strajku kobiet w sprawie aborcji, najwięcej nie zyskała opozycja lecz Morawiecki. Premier, którego pozycja miała osłabnąć w rezultacie rekonstrukcji, wzmocnił się. Jeżeli dziś w PiS można wskazać jakiś czynnik stabilizujący, to jest to właśnie Morawiecki. Być może Kaczyński celowo „zagrał” Trybunałem Konstytucyjnym, masowo prowokując płeć piękną do wyjścia na ulice, aby podbudować pozycję Morawieckiego.

Roman Mańka: Opozycja nic nie zyskała na protestach kobiet. Najnowsze sondaże pokazują, że Koalicja Obywatelska podniosła swoje sondaże niewiele. Nieznacznie zwiększył popularność Ruch Szymona Hołowni – „Polska2050” – którego poparcie kształtuje się na poziomie mniej więcej równym temu z wyborów prezydenckich. „Lewica” nieco odbudowała się wobec rezultatu Roberta Biedronia z czerwca br., jednak nadal ma mniej niż jej wynik uzyskany w wyborach parlamentarnych; podobnie PSL, notowania ludowców kształtują się poniżej realnych wyników wyborczych, uzyskanych w elekcji parlamentarnej.

Wentyl bezpieczeństwa
Używając instrumentalnie Trybunału Konstytucyjnego do stwierdzenia niezgodności części przepisów ustawy aborcyjnej, w zakresie wady płodu, jako niezgodnych z konstytucją, Kaczyński „upiekł kilka pieczeni na jednym ogniu”.

To typowe zastosowanie utylitaryzmu, czyli czysto użytecznościowego i partykularnego użycia prawa oraz instytucji prawo stanowiących, w walce politycznej.

Po pierwsze, i to był chyba cel nadrzędny, Kaczyński w ten sposób, „grając” tematem aborcji i prowokując kobiety, do wyjścia na ulice, zdołał odwrócić uwagę opinii publicznej od kwestii indolencji rządu w walce z pandemią koronawirusa.

Z zakulisowych informacji wynikało już od jakiegoś czasu, iż w kulminacyjnym momencie skala zakażeń może przekroczyć 30 tys. osób na dobę i sięgnąć poziomu nawet 40 czy 50 tys. (taki scenariusz przewidywałem niedawno w jednej z moich audycji w „Halo Radio: https://www.facebook.com/tuhaloradio/videos/746303885954081 ). Obecnie liczba zachorowań jest nieco mniejsza, jednak PiS osiągnął ten efekt za pomocą drastycznego zmniejszenia ilości przeprowadzanych testów. Gdyby natomiast zastosować wskaźniki względne (procentowe), to liczba zakażeń sięgnęłaby właśnie pułapu ponad 40 tys.

Wyciągając kobiety z domów, PiS zdjął temat pandemii z czołówek medialnych, a także odsunął zainteresowanie od własnej niekompetencji. Zyskał coś jeszcze: alibi. Dzięki wyjściu ludzi na ulice, PiS może zrzucać odpowiedzialność za wzrost skali zachorowań na działaczki z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. W ten sposób „wypala się” też społeczną energię. Problemy ideologiczne są zazwyczaj dla obywateli mniej istotne niż ekonomiczne (przynajmniej powierzchownie). Dlatego, jeżeli zużyje się energię wokół kwestii światopoglądowych czy ideologicznych, to może już nie starczyć sił na, o wiele bardziej niebezpieczne dla każdej władzy, protesty socjalne.

W socjologii istnieje tzw. teoria konfliktu. Jej wybitnymi przedstawicielami są socjologowie, m.in. Niemiec, Georg Simmel, Amerykanin, Lewis Coser, oraz Brytyjczyk niemieckiego pochodzenia, Ralf Dahrendorf. Ta teoria zakłada, że konflikt może być wykorzystywany (również przez rządy), jako swoisty wentyl bezpieczeństwa, służący do rozładowywania napięć. Z punktu widzenia władzy, wiele rozwarstwionych konfliktów jest dużo bardziej bezpiecznym wariantem, niż jeden fundamentalny.

To, że Kaczyński gra na konfliktach, co określa się jako metodą świadomego zarządzania konfliktami, wiadomo nie od dziś.

Po drugie, temat aborcji zmarginalizował Zbigniewa Ziobro i jego stronników. Ziobro zniknął. Wielu obserwatorom wydawało się, że jest on zwycięzcą zamieszania wokół rekonstrukcji rządu. Nic z tego. Kaczyński, poprzez instrumentalne użycie Trybunału Konstytucyjnego umiejętnie usunął go w cień. Straciła również rywalizująca z PiS-em „Konfederacja”, co widać już w niektórych sondażach. Obecnie najbardziej radykalny, fundamentalny element konserwatywno-narodowy jest znowu wewnątrz PiS, w postaci ministra edukacji, Przemysława Czarnka. I o to waśnie w tej grze chodziło.

Zyskał zaś premier Morawiecki. Jego pozycja miała osłabnąć w rezultacie rekonstrukcji i wejścia Kaczyńskiego do rządu w randze wicepremiera, ale konflikt aborcyjny spowodował, że Morawiecki się wzmocnił.

Siłą rzeczy osłabienie Ziobry spowodowało automatyczne wzmocnienie Morawieckiego. Poza tym, premier stał się twarzą walki z pandemią i jedynym czynnikiem stabilizacji politycznej, o ile o czymś takim w ogóle można mówić. Może on również zyskiwać społecznie poprzez niepublikowanie orzeczenia TK w kwestii aborcji.

Syndrom Olsena
(ale) Morawiecki wzmocnił się jeszcze z jednego powodu. Osłabł Kaczyński. W PiS zarysowało się coś w rodzaju zużycia czy nawet kryzysu przywództwa. Może to być celowy, z góry zamierzony i zarazem krótkotrwały efekt, mający na celu wzmocnienie Morawieckiego. Wtajemniczeni od dawana twierdzą, że Kaczyński typuje obecnego premiera na swojego następcę, co przysparza mu w ramach „Zjednoczonej Prawicy” wrogów takich, jak: Beata Szydło czy Zbigniew Ziobro. Gdyby dziś w PiS odbyły się wolne, demokratyczne wybory i wystartowało w nich kilku kandydatów, największe szanse na zwycięstwo w starciu z Kaczyńskim miałaby Szydło, a to oznacza realne rządy Ziobro.

Z obecnym premierem, jego poprzedniczka na pewno wygra, gdyż ma poparcie terenu oraz lokalnych działaczy. Jest tam niesamowicie popularna, partyjne „doły” ją uwielbiają, zaś Morawieckiego, wprost przeciwnie. Chociaż premier politycznie obecnie zyskuje.

Jednak, „zadyszka” Kaczyńskiego raczej nie jest zamierzona, lecz stanowi coś w rodzaju efektu ubocznego prowokacji aborcyjnej oraz sytuacji pandemicznej. Przywódca PiS to polityk, który podobnie jak Egon Olsen, bohater popularnego swego czasu w Polsce serialu, „Gang Olsena”, dużo lepiej planuje niż wykonuje, potrafi mieć znakomite strategie, ale zepsuć je w fazie pragmatycznej.

Tak stało się też w tym przypadku, w sensie strategicznym pomysł Kaczyńskiego, oczywiście wziąwszy pod uwagę cele partykularne, był bardzo dobry, jednak wykonanie dużo słabsze. W pewnym momencie Kaczyńskiemu puściły nerwy, jego emocjonalne, nerwowe, nawet awanturnicze wystąpienia, mocno nadszarpnęły wizerunek lidera PiS i automatycznie osłabiły jego pozycję. Wizerunkowo Kaczyński wypadł katastrofalnie. Przemawiając w maseczce i wrzeszcząc z mównicy, wyglądał nie jak poważny polityk, trzymający w ręku wszystkie sznurki, lecz jak „terrorysta”.

Coraz bardziej daje też znać o sobie biologia. Nie udawajmy, że jej w polityce nie ma i że jest bez znaczenia. Walka o sukcesję niecierpliwi. Ewentualni następcy przywódcy „Zjednoczonej Prawicy” nie mogą już się doczekać na przejęcie „pałeczki” lidera. To powoduje konflikty interesów, generowane nie tylko poprzez czynniki merkantylne, niezgodność interesów, lecz również przez ambicje.

Innym ośrodkiem, oprócz Morawieckiego, którego pozycja uległa wzmocnieniu, jest prezydent Andrzej Duda. Już widać, że prezydentura Dudy w ramach drugiej kadencji (co od dawna przewidywałem) będzie zdecydowanie inna niż w pierwszej. To co się zmieniło, to warunki strukturalne. Duda już nie zależy od łaski Kaczyńskiego czy PiS i właściwie nic nie potrzebuje od swojego politycznego zaplecza.

Słaby punkt
Największym błędem Kaczyńskiego była tzw. „piątka dla zwierząt”, a więc ustawa, która miała wprowadzić szczególne warunki ochronne dla zwierząt futerkowych, osłabiając tym samym bezprawie hodowców.

Normatywnie ten akt prawny był bardzo pożądany, lecz w wymiarze pragmatycznym osłabił PiS na jego naturalnym terenie poparcia: (czyli) na wsi. Analizy pokazują, iż PiS posiada poparcie w dwóch populacjach: 1) ideologicznej, światopoglądowej, która jest grupą o konserwatywnych poglądach, składającą się z wyborców zamieszkujących w dużych miastach; oraz 2) pragmatyczną, oportunistyczną, motywowaną względami socjalnym, która z kolei mieszka na terenach wiejskich i w małych ośrodkach miejskich.

Wbrew temu co się mówi w polskiej publicystyce i co uważają niektórzy eksperci, głębsze badania. m.in. prowadzone (także przeze mnie) w oparciu o metodę obserwacji uczestniczącej, pokazują, że figura poparcia dla PiS na wsi, wcale nie jest konserwatywna a socjalna; rolnicy oraz mieszkańcy wsi popierają PiS z uwagi na realizowane projekty socjalne.

Tak samo kościół katolicki nie odgrywa już na wsi tak silnej roli jak się sądzi, zaś apele czy nawoływania księży nie są głównym elementem mobilizującym wyborców. Stąd kolejne skandale oraz afery kompromitujące kościół nie uderzają bezpośrednio w PiS, partia Kaczyńskiego na nich wyraźnie nie tarci. Główne znaczenie dla wyborców wiejskich odgrywa: socjal, i inny jeszcze czynnik: antyelitarność i antyniemieckość PiS, a nawet antyeuropejskość.

Analizy pokazują ponadto, że elektorat wiejski popierający PiS jest w ogólnej populacji tej formacji najliczniejszy, lecz jednocześnie najłatwiej można go odebrać. Ten sam elektorat, w sensie sposobu myślenia, popierał kiedyś AWS, później SLD, i w obydwu przypadkach szybko odpłynął.

Tak samo może być w przypadku PiS.

Niedawne „tąpnięcie” w sondażach partii rządzącej, średnio o ok. 10 proc., związane jest nie z protestami kobiet, bo te nie odbierają elektoratu PiS, w skali masowej dotyczą głównie miast, lecz z atmosferą na wsi, i są wynikiem zachowania Kaczyńskiego w zakresie tzw. „piątki dla zwierząt”. Rolnicy bardzo źle tę postawę przywódcy „Zjednoczonej Prawicy” odebrali.

Jest to czasowe „wahnięcie w dół”, gdyż PiS na wsi za bardzo nie ma alternatywy, i jak zasygnalizowały kolejne badania socjologiczne, straty na terenach wiejskich PiS zaczął szybko odrabiać, sytuacja powoli wraca do normy.

Jednak kolejne błędy, jeśli takowe się zdarzą, mogą uruchomić trwały proces anihilacji PiS na wsi, przy jednoczesnym wzmocnieniu np. PSL, bo chyba nie „Konfederacji”.

Nihilizm
Dla każdej władzy zawsze najgroźniejszy jest początek drugiej kadencji. Mówił o tym Donald Tusk w rozmowie z Radosławem Sikorskim, ujawnionej przez tego drugiego; pokazuje to również wiele przykładów samorządowych (które osobiście miałem możliwość oglądać).

Na początku drugiej kadencji wytwarza się szczególna sytuacja, w ramach której władza czuje się pewna oraz bezkarna.

Wówczas też najłatwiej jest o błąd.

PiS dodatkowo w stan uśpienia wprowadziły wygrane wybory prezydenckie, które odbyły się w niecały rok po elekcji parlamentarnej.

Kaczyński może „pluć sobie w brodę”. Duda nie będzie łatwym prezydentem. Reelekcja zawsze powodowała, ze prezydenci redefinowali swoją pozycję. Tak samo było w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego. Paradoksalnie dla PiS dużo lepszym wariantem mógłby być Rafał Trzaskowski niż Andrzej Duda, gdyż mobilizowałby PiS wewnętrznie i jednocześnie ograniczał frondy. Świadomość wroga czy silnego przeciwnika, często integruje i działa konstruktywnie. Tu Kaczyński nie okazał się dobrym strategiem.

PiS ma już najlepsze lata za sobą. Formacji tej pewnie jeszcze nie raz spadnie a następnie wzrośnie poparcie w notowaniach sondażowych, lecz nie odwróci to kierunku głównego procesu, który będzie prowadził do anihilacji partii.

Wyniszczającym (już w tym momencie) czynnikiem jest walka o sukcesję wobec domniemanego odejścia Kaczyńskiego. Ten element nakręcał będzie wewnętrzną rywalizację i frondy. Z kolei to negatywnie wpłynie na jakość rządzenia.

PiS stanie się areną sprzężeń zwrotnych: walka o sukcesję, pociągnie za sobą maksymalizację konfliktów interesów, te zaś zjawiska wpłyną na spadek notowań, a to znowuż na pogłębienie wewnętrznych działań odśrodkowych oraz napięć.

To jest już nieodwracalny proces, wyniszczający mechanizm, którego PiS nie będzie w stanie zatrzymać. Słabnąca pozycja PiS siłą rzeczy coraz bardziej zacznie uruchamiać demonstracje uliczne, które wtórnie również przełożą się na sytuację w PiS.

Po detronizacji Kaczyńskiego, zarówno „Zjednoczona Prawica” i PiS rozpadną się na drobne kawałki. Żaden z potencjalnych liderów (chyba, że pojawi się jakiś nowy obecnie nieznany), nie będzie w stanie zapewnić w PiS stabilizacji i zapanować nad dynamiką spontanicznej sytuacji.

Polskie partie tworzone są wg modelu (nazywam go charyzmatycznym) „wodzowskiego”. Budowane są na autorytecie założyciela, który staje się jednocześnie przywódcą. Nie ma hasła „umarł król niech żyje król”, bo po śmierci króla nic już nie ma.

Brak konwersji
Na protestach kobiet w sprawie aborcji wyraźnie nie zyskuje żadna z istniejących w Polsce sił politycznych. Nie jest to dziwne, a wynika z niekompatybilności pomiędzy wymiarem społecznym a politycznym. Energia protestu została zebrana w obszarze społecznym, tymczasem na terenie politycznym nie posiada on swojej reprezentacji. Żadna z istniejących sił politycznych nie jest w stu procentach reprezentatywna dla protestów kobiet.

W największym stopniu ducha tych nastrojów oddaje „Partia Razem” jednak o przełożeniu emocji społecznych na poparcie polityczne (notowania czy głosy) decydują dwa idące w parze elementy: 1) emocjonalny, i to jest; a także 2) pragmatyczny, racjonalny, i tego nie ma.

Wyborcy, nawet gdy kogoś emocjonalnie popierają, z kimś się ideologicznie oraz duchowo utożsamiają, zagłosują na ten podmiot tylko pod warunkiem powzięcia wysokiego domniemania skuteczności głosowania. Czyli żeby na kogoś zagłosować trzeba wysoko, pozytywnie definiować jego szanse, zaś „Partia Razem” niestety ich nie ma, poza tym jest już częścią innego politycznego tworu: „Lewicy”, który z kolei nie jest dla protestujących wiarygodny, natomiast OSK nie ma ściśle politycznej, partyjnej formuły.

Jeżeli ta niekompatybilność pomiędzy wymiarem społecznym i politycznym, a zatem brakiem politycznego narzędzia, które mogłoby przejąć oraz zdyskontować (potrzeba konwersji) społeczną energię, będzie dalej utrzymywana, może dojść do poważnych paradoksów.

Wówczas dojdzie do sytuacji niespotykanej, a także paradoksalnej, w ramach której poparcie wywołane w rezultacie niepokojów zainicjowanych przez strajkujące kobiety zbierze podmiot cieszący się w największym stopniu atutem świeżości: w tym przypadku najbardziej poważnym kandydatem do uzyskania tego efektu jest „Polska2050” Szymona Hołowni.

Byłby to poważny dysonans, gdyż lewicowa, mocno antyklerykalna energia poszłaby na konto centroprawicy kierowanej przez człowieka blisko związanego z kościołem katolickim.

Jeśli pomiędzy obszarem społecznych napięć a terenem politycznego działania nie zostanie zbudowana koherencja, a więc jeśli kobiety z OSK nie stworzą swojego politycznego narzędzia, ich wysiłki pójdą na marne, zaś energia będzie rozładowana lub przejmie ją ktoś inny, znajdujący się w innym miejscu sceny politycznej.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Wierzę w Boga Kanta!


Dla Immanuela Kanta Bóg jest postulatem praktycznego rozumu. Jest niepoznawalny ani niepotwierdzony naukowo (Kant uważa, że nigdy nie uda się tego zrobić), lecz jak każda metafizyczna idea, może być potraktowany nie w sensie konstytutywnym, ale regulatwnym, czyli może być czynnikiem rozwijającym naukę, celem do którego nauka zmierza, próbuje go uchwycić, jednak nigdy nie osiągnie.

Roman Mańka: To co robi Kant, to bardzo precyzyjnie wyznacza linię podziału pomiędzy nauką (nazywa ją rozumem teoretycznym), a wiarą (rozumem praktycznym). Jest niczym geodeta, wytycza granice. Zaprzecza możliwości racjonalnego czy, określając problem jeszcze szerzej, naukowego potwierdzenia istnienia, idei takich jak Bóg, nieśmiertelna dusza, świat jako całość, ale przenosi je na inne pole: z obszaru naukowego na teren wiary i moralności; nakazuje postrzegać z innej perspektywy. Nikt, żaden z filozofów czy naukowców, nie zrobił dla sekularyzacji więcej niż Kant. Przed Kantem nauka była oparta na metafizyce i wymieszana z religią. Po Kancie, nauka oraz religia, mają dużo jaśniej wyznaczone dziedziny działalności. Kant oczyścił naukę z metafizyki.

Pomiędzy Kartezjuszem a Hume,em
To właśnie przedstawiciel skrajnego, brytyjskiego empiryzmu, David Hume, budzi Kanta z dogmatycznego snu. Szkot obala kluczowe dla średniowiecznej scholastyki pojęcia wrodzonych idei umysłu, jak również zasadę przypadkowości. Twierdzi, że reguła substancji nie istnieje, zaś pomiędzy rożnymi okolicznościami mogą być tylko następstwa, sukcesje, czyli powtarzalność zaobserwowana w czasie, a nie konieczne, logiczne związki przyczynowo-skutkowe.

Hume przedstawia bierną koncepcję człowieka w kontekście poznania. U Humea człowiek jest bierny, a za prawdę można uznać jedynie to, co mogą zarejestrować nasze zmysły.

Kant dokonuje przełomu w dwóch punktach, co zostaje uznane za swoisty „kopernikański przewrót”: po pierwsze, przejmuje od Humea negatywną wersję substancji i związków przyczynowo-skutkowych, a przede wszystkim założenie, że poznanie rozpoczyna się od zmysłów; po drugie, zmienia rolę człowieka w procesie poznawczym, z biernej na aktywną.

U Kanta człowiek jest aktywny, i to jest właśnie fundamentalna zmiana.

W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Kiedy patrzy się dziś na znakomitą większość polskich dziennikarzy, ale nie tylko polskich i nie tylko dziennikarzy, również prawników, artystów, czy nawet naukowców, ma się wrażenie, że zatrzymali się na sceptycyzmie metodologicznym Hume’a, a zapomnieli o krytycyzmie Kanta.

Do doświadczenia podchodzą bardzo ściśle, co może mieć pewne uzasadnienie (lecz też nie do końca) na terenie nauk przyrodniczych, jednak w sferze humanistycznej, w obszarze działalności człowieka, doświadczenie musi być obrobione przez rozum.

„Miej odwagę posługiwać się własnym rozumem” – wołał Kant, nawiązując w ten sposób do Horacego i jego słynnej formuły: “sapere aude”.

Synteza i współpraca
Racjonalizm kartezjański oparty był na wątpieniu („cogito ergo sum”). Człowiek afirmował się przez kontemplację własnego ja, co miało również konsekwencje moralne i polityczne, i co Hannah Arend, uznała późnij za źródło indywidualizmu. Następni filozofowie, tacy jak Max Weber czy Richard Rorty, dowodzili, że z tego indywidualizmu, którego źródłem był racjonalizm, wyrósł pragmatyzm oraz utylitaryzm, które doprowadziły w końcu do wielkich nieszczęść XX wieku, a także poskutkowały zepsuciem procesów demokratycznych. Założenie, że prawdą jest to co ma wartość praktyczną albo użytkową, na gruncie etyki czy polityki, a więc dziedzin aktywności człowieka, przyniosło dramatyczne konsekwencje.

Racjonalizm kartezjański zakładał, że w sferze sensorycznej, w układzie zmysłów znajduje się prawda, jednak do jej potwierdzenia potrzebował Boga, który gwarantował prawdziwość zewnętrznych postrzeżeń. Bóg chce dla człowieka dobrze, a zatem go nie oszukuje.

U Kanta, na płaszczyźnie nauki, Bóg jest niepotrzebny. Kant przenosi go w inne miejsce: na obszar rozumu praktycznego, czyli moralności i religii. W poznaniu zaś rozum radzi sobie sam, w oparciu o zmysły.

Filozofia Kanta, to nie kompromis, lecz synteza (to jest dużo lepsze słowo) działania zmysłów i rozumu. Ten ostatni wytwarza pojęcia, które są stosowane do przedstawień zmysłowych. Jak pisze sam Kant: „zmysły bez pojęć byłyby puste, natomiast pojęcia bez zmysłów – ślepe”. Potrzebna jest więc współpraca obydwu władz: zmysłów i rozumu. Dlatego rozum dokonuje obróbki, uporządkowania materiału empirycznego dostarczanego przez zmysły. Kategoryzuje treść zmysłową. Odbywa się to poprzez zastosowanie pojęć aposteriorycznych i apriorycznych (czyli kategorii) zmysłów i intelektu, jak również schematów oraz zasad wytworzonych przez wyobraźnię. Cały proces zachodzi symultanicznie (jednocześnie), a wyobraźnia stanowi czynnik mediacji zmysłów z rozumem.

W ten sposób zachodzi proces poznania: zmysły i rozum pozostają w komplementarnym stosunku współpracy. Rzeczywistość jest chaosem, posiada skłonność do przyjmowania figur anarchistycznych. I gdyby nie rozum, przekazywane przez zmysły treści, miałyby również nieuporządkowany charakter.

A tak, rozum je porządkuje. Lecz to jednocześnie oznacza, że rozum nas oszukuje.

Porządek fenomenalny i noumenalny
W celu nadaniu przez człowieka jedności oraz porządku poznania, musi istnieć aperepcja transcendentalna lub inaczej: ja transcendentalne, które towarzyszy ja empirycznemu. Wszystkie nasze przedstawienia (tak zewnętrzne, jak i zewnętrzne), doświadczenia, wszystko to co rejestrujemy na poziomie sensorycznym poprzez zmysły, składa się właśnie na ja empiryczne, któremu ja transcendentalne towarzyszy i nadaje jedność.

Ja transcendentalne wykracza poza ja empiryczne, a ujmując problem precyzyjniej, znajduje się poza nim (stąd nazwa). Ja transcendentalne jest noumenem, nie znajduje się wewnątrz ja empirycznego, a jakby obok, stanowiąc coś w rodzaju podmiotu, a traktując ja empiryczne jako przedmiot.

Ja transcendentalne jest z boku, towarzyszy ja empirycznemu i obserwuje cały proces poznawczy. To świadomość, że postrzegamy, że doświadczamy, że myślimy. Doświadczamy sami siebie z zewnątrz.

Wspominając o ja transcendentalnym dotknęliśmy arcyważnego w filozofii Kanta zagadnienia noumenów. Kant rozróżnia porządek fenomenalny (fenomenów) oraz noumenalny. To rozróżnienie jest ważne ze względu na jeszcze inny podział: nauka – metafizyka. Pierwsza zajmuje się fenomenami; druga – noumenami, czyli rzeczywistością niepoznawalną.

Fenomeny to przedmioty naszego poznania, rzeczy tak jak się jawią, które poznajemy, są w zakresie naszego poznania, dostępne naszym władzom i procedurom poznawczym. Noumeny, to przedmioty same w sobie, znajdujące się poza granicami naszego poznania. Fenomeny mają swoje źródło w noumenach, są obecne w naszym doświadczeniu, w naszym procesie poznawczym; noumeny są poza nim: są poza czasem i przestrzenią, czyli poza formami estetyki transcendentalnej, wytworzonymi przez nasze zmysły (struktury zmysłów).

Zmysły ich nie widzą, nie rejestrują, a rozum również zobaczyć ich nie może. Nie ma bowiem czegoś takiego, jak bezpośrednia zmysłowość rozumu: rozum działa poprzez zmysły.

Opisując problem w pewnym uproszczeniu i naciągając analogię w celu lepszego zrozumienia teorematu: stosunek fenomenów do noumenów jest jak relacja punktów unaocznianych na ekranie radaru do rzeczywistych obiektów. Na radarze widzimy świecące na czerwono lub niebiesko punkciki; realnych obiektów/przedmiotów nie widzimy.

Noumeny są poza naszym poznaniem.

Determinizm struktury umysłu
Widzimy, jak rygorystycznie Kant dokonał rozróżnienia pomiędzy nauką a metafizyką. Zakwestionował możliwość racjonalnego i naukowego poznania rzeczy samych w sobie (czyli noumenów) oraz idei metafizycznych, takich jak nieśmiertelność duszy, kosmosu jako całości, Boga jako koniecznego, nadrzędnego, absolutnego podmiotu. Zanegował całą metafizykę. Jak sam powiedział: zniszczył idee metafizyczne postrzegane jako wiedza, żeby zrobić miejsce wierze.

To co nie mieściło się w spektrum rozumu teoretycznego, czyli empirycznego i spekulatywnego poznania, przesunął na obszar rozumu praktycznego, tam uczynił miejsce dla idei metafizycznych: nieśmiertelnej duszy oraz Boga.

Kant uważał, że dusza i Bóg są niepoznawalne, gdyż znajdują się poza doświadczeniem, a więc nie stosuje się do nich pojęcie substancji; nie można ich poznać naukowo, nie da się ich poddać weryfikacji, nie uda się wobec nich przeprowadzić procedur falsyfikacji, nie można im nawet zaprzeczyć, ale zdaniem Kanta nie da się o nich nie myśleć. Wynika to ze struktury umysłu, która determinuje idee metafizyczne. Ludzki umysł jest w ten sposób skonstruowany, że dąży do idei metafizycznych, jako absolutnych jednostek poznawczych oraz warunków bezwarunkowych, podmiotów bezwzględnych.

Bóg jest postulatem rozumu

Użycie regulatywne
Kant nie stwierdza istnienia Boga w znaczeniu konstytutywnym, nie twierdzi, że go można poznać, nie zakłada jego obecności ani nawet realnego istnienia, lecz jednocześnie przyjmuje jego występowanie w sensie regulatywnym, jako coś co reguluje poznanie, a także porządkuje to, co znajduje się w doświadczeniu, w sferze zmysłów, rozumu, poznania, i nauki.

Jest to bardzo konstruktywne, rozwojowe założenie. W ten sposób wiara toruje drogę nauce, rozwija ją. Religia, moralność, metafizyka z jednej strony, i nauka z drugiej, nie muszą pozostawać w relacji antonimicznej.

Przyjęcie idei metafizycznych, na gruncie praktycznego rozumu, w rozumieniu hipotetycznym, spełnia regulatywną funkcję poznania. Rozum dąży do coraz większego uogólnienia treści, do wyższego poziomu poznania, przechodzi od warunkowości do bezwarunkowości, i od względności do absolutu. Owa naturalna dynamika rozwoju rozumu prowadzi do tworzenia idei nieśmiertelności duszy, kosmosu jako całości, a także Boga, czyli jak stwierdza sam Kant: czegoś co jest zawsze podmiotem, ale nigdy orzecznikiem.

Kant wyróżnia trzy terminy ostateczne: 1) postrzeganie, doświadczenie potrzebuje ja transcendentalnego, towarzyszącego, stabilnego, oraz nadrzędnego w stosunku do ja empirycznego; 2) rozum postuluje ostateczne założenie, które obejmować będzie w sobie wielość łańcuchów przyczynowych rejestrowanych przez umysł; 3) [wreszcie] rozum poszukuje nadrzędnego warunku możliwości istnienia (Boga), wszystkiego co można pomyśleć.

Rozum dąży do tego czego nie można udowodnić. Wierzymy w to na co nie mamy dowodów. Jedynym wyjściem na rozwiązanie problemu idei metafizycznych jest przesunięcie ich z terenu poznania, na obszar wiary.

Kłopot nie polega na tym, że idee metafizyczne są błędne czy fałszywe same w sobie (jako noumeny), ale że zostały potraktowane w błędny sposób. Dokonana przez Kanta zmiana użycia konstytutywnego w użycie regulatywne rozwiązuje ten problem. Ważność konstytutywna polega na założeniu, że idea odzwierciedla czy reprezentuje przedmiot transcendentny, znajdujący się poza estetycznymi formami zmysłowości, a więc poza doświadczeniem czasowo-przestrzennym. Tymczasem uprawnione jest jedynie użycie regulatywne, które ogranicza się do wyznaczenia kierunku oraz możliwości nadrzędnej jednostki poznania, bez realnego stwierdzania niczego co by znajdowało się poza doświadczeniem.

Przy takim właśnie założeniu (regulatywnym) idee metafizyczne nie wprowadzają ludzi w iluzję, że coś istnieje poza zmysłami i doświadczeniem, lecz dużo lepiej porządkują i organizują to, co znajduje się wewnątrz doświadczenia, a przed wszystkim pozwalają na rozwój poznania i nauki.

Z tego powodu, Bóg jest przydatny oraz potrzebny. Nawet, gdy nauka dokonuje jego falsyfikacji, to się rozwija, penetrując wszechświat w poszukiwaniu Boga.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Fenomen głosowania na „jedynki”

Niedawno na antenie Radia TOK FM miała miejsce ciekawa dyskusja, w której brali udział: Karolina Lewicka, Dominika Długosz, red. Jarosław Gugała oraz prof. Radosław Markowski.

Roman Mańka – Prof. Markowski wprowadził wątek pierwszych miejsc na listach wyborczych oraz możliwość wyboru kandydatów z dalszych pozycji. – „Tłumaczę ludziom jak tylko się da, już chyba powiedziałem to z dziesięć razy, biorąc pod uwagę tylko sam Pani program, nie licząc innych, że listy są otwarte i można głosować również na kandydatów z dalszych miejsc”. Czytaj dalej Fenomen głosowania na „jedynki”

Kryzys polityki i życia społecznego

Zjawisko, które teraz pokrótce opiszę dobrze ilustruje współczesne czas, a także mechanizmy działające w dzisiejszym świecie, życia kulturowego i społeczno-politycznego. Wspomina o tym również Maria Jose Guerra Palmero.

Roman Mańka – Wg statystyk na przełomie lat 60. i 70. XX wieku 88,8 proc. Amerykanów posiadało odbiorniki telewizyjne. Był to czas wyborów prezydenckich, a w ramach politycznej rywalizacji, także pierwszej telewizyjnej debaty kandydatów, w której Richard Nixon starł się z Johnem Kennedym. Czytaj dalej Kryzys polityki i życia społecznego

Dlaczego afery nie osłabiają popularności PiS

W 2003 roku przypadkowo natrafiłem w jednych z lokali na spotkanie policjantów, członków sekcji kryminalnej z ludźmi uchodzącymi w potocznej opinii publicznej za gangsterów, parających się handlem lewym alkoholem, papierosami, itd. 

Roman Mańka – Później zacząłem opisywać w prasie powiązania zorganizowanych grup przestępczych z lokalnymi politykami, urzędnikami, prokuraturą. Zdemaskowałem wiele spraw dotyczących prostytucji, przemycania lewego alkoholu, podrabianych papierosów, narkotyków, handlu samochodami, korupcji w policyjnej drogówce, oraz mechanizmu kupowania głosów w wyborach samorządowych. Czytaj dalej Dlaczego afery nie osłabiają popularności PiS

Obywatele objawiają się w działaniu, konsumenci w reagowaniu

Co jest największą porażką Polski po 1989 roku? Którego z fundamentalnych, zasadniczych celów nie udało się osiągnąć? Jaki popełniono błąd? Odpowiedź jest dość paradoksalna: nie zdołano uzyskać czynnika, który najczęściej deklarowano, podkreślano, mówiąc o nim jako o czymś oczywistym, jako o swego rodzaju truizmie. W ferworze reformatorskiego entuzjazmu okresu transformacji wielokrotnie przywoływano ideał społeczeństwa obywatelskiego, tymczasem nad Wisłą zbudowano coś dokładnie przeciwnego: społeczeństwo konsumpcyjne.

Roman Mańka: Obywatelskość można definiować na różne sposoby. Z najczęściej stosowanych odnajdujemy takie kryteria jak: aktywność, uczestnictwo, zaangażowanie. Pojęcie to jest ściśle powiązane z demokracją: bez obywatelskości demokracja nie ma jakości, albowiem o wartości demokracji nie decydują w pierwszej kolejności jej ramy, a treść. Zetem obywatelskość to kluczowy i fundamentalny parametr systemów demokratycznych, cytując naszego rodaka, papieża Jana Pawła II, można powiedzieć: „nie ma demokracji bez partycypacji”. Czytaj dalej Obywatele objawiają się w działaniu, konsumenci w reagowaniu