Dlaczego PiS kradnie, a mu nie spada?

Znana dziennikarka „Gazety Wyborczej, Dominika Wielowieyska, postawiła ciekawe pytanie: dlaczego, mimo uwikłania w afery korupcyjne oraz liczne zjawiska nepotyzmu, rządzącej Polską formacji PiS nie spada społeczne poparcie, „Zjednoczona Prawica” wygrywa kolejne wybory, a partia Kaczyńskiego jest od wielu lat zdecydowanym liderem wszystkich sondaży.

Roman Mańka: Obecni w studiu naukowcy, prof. Magdalena Środa oraz prof. Janusz Majcherek, odpowiedzieli, odpowiednio, że przyczyną tego rodzaju sytuacji jest fakt, że „PiS dzieli się z wyborcami” i że politycy tego ugrupowania są postrzegani na zasadzi „naszych”. Obydwie odpowiedzi nie trafiają w sedno sprawy; są prawidłowe, lecz fragmentaryczne, i sprowadzają problem tylko do jednego czynnika. Tymczasem, aby wyjaśnić to zjawisko (korupcji oraz nepotyzmu rzącącego ugrupowania), które nie powoduje spadków społecznej popularności i sondażowych notowań, trzeba zastosować metodę/podejście Monteskiusza oraz Alexisa de Tocquvilla i odwołać się do wielu czynników, do tego co nazywamy wieloaspektowością problemu.

Obiecywałem dziś, że ustosunkuję się do tego zagadnienia. To właśnie czynię. Przyczyn tego rodzaju sytuacji jest kilka.

Patologia stała się normą
Po pierwsze: paradoks powszechności zjawisk korupcyjnych. Już w grudniu 2010 roku, w publikacji/analizie dla „Gazety Finansowej” postawiłem tezę, iż w Polsce korupcja wpisała się w kulturę. Chodzi o długi kulturowy proces, mający swoje źródła m.in. w czasach PRL i wcześniej, kiedy nagromadzenie zjawisk korupcyjnych spowodowało, iż korupcja zaczęła się w świadomości społecznej zamieniać z kategorii patologii w kategorię normy. Jeżeli występuje wysoka powtarzalność określonych faktów patologicznych (np. korupcji, ale równie dobrze alkoholizmu), to wówczas dochodzi do swego rodzaju kulturowej autoindoktrynacji, w ramach której dokonuje się ewolucja patologii w kierunku normy.

Korupcja wiąże się z negatywnym wymiarem kapitału społecznego (wiążącego), którego analizy prowadzi socjolog Alejandro Portes, i podobnie, jak w przypadku kapitału społeczengo występuje paradoks, polegający na tym, iż im większe jest zużycie kapitału społecznego, tym większy jego przyrost, czyli zależność wprost proporcjonalna; tak samo w przypadku korupcji: im więcej praktyk korupcyjnych, tym większa tolerancja do tego rodzaju zjawisk.

To powoduje, że w mierę jak powtarzają się sytuacje korupcyjne, społeczeństwo w coraz większym stopniu się na nie imunizuje. Maleje stopień zbulwersowania związany z faktami korupcji i w ziązku z powyższym, rośnie akceptacja dla nich. Ludzie uodparniają się na korupcję, dlatego jej obecność w życiu publicznym czy społeczno-gospodarczym, uważana jest za coś normalnego, nie powodując spadków poparcia dla ugrupowań uczestniczących we władzy.

PiS przeniósł pewne patologie, zjawiska, czy mechanizmy, takie jak instrumentalne, arbitralne stosowanie prawa, korupcja, czy nepotyzm z poziomu samorządowego na poziom centralny; z poziomu polski powiatowej na poziom Warszawy. Wszystkie te procesy są mieszkańcom polski lokalnej od wielu lat dobrze znane, dlatego nie budzą zniesmaczenia.

Poza tym, korupcja była obecna we wszystkich rządach po 1989 roku, w trakcie ostatnich ponad 30 lat transformacji, zaś jej skala była zawsze wysoka. Nie jest to więc zjawisko nowe. To co zrobił PiS, to nie istotna zmiana jej charakteru (choć zmienił się społeczny odbiór), a znaczne zwiększenie skali.

Równanie w dół
Po drugie: destrukcyjny symetryzm, czyli, inaczej mówiąc, przeświadczenie, że wszyscy kradną. Kilka razy, jako szef wojewódzkiego sztabu wyborczego, miałem okazję prowadzić kampanię wyborczą w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, uczestniczyłem również w kampaniach samorządowych, nic tak nie przeskadzało w funkcjonowaniu opisanego przez Vilfredo Pareto mechanizmu krążenia elit, kluczowego z punktu widzenia selekcji (wymiany) elit, jak symetryzm ocen wyborców, którego najlepszym przejawem są obecne w języku potocznym, w sferze obiegowej opinii publicznej, powiedzenia: „każde grabie grabią do siebie”; „wszyscy kradną”; albo: „każdy ci będzie dobrze godoł”.

W rzeczywistości są to nieuprawnione generalizacje. Nigdy, bowiem nie jest tak, że „wszyscy kradną”; i też nie wszystkie grabie „grabią dla siebie”. Zawsze jest jakiś zasięg konkretnego zjawiska, określona skala patologii; mogę się zgodzić, że w Polsce są to wielkości znaczne, duże, dość powszechne. Jednak tego rodzaju uogólnienia wytwarzają nastrój kulturowy sprzyjający zawsze aktualnie rządzącym. Dominuje tego rodzaju schemat myślowy: skoro wszyscy kradną, skoro każde grabie grabią dla siebie, to nie ma sensu zmieniać obecnej władzy. Ułatwia to sytuację rządzącym i utrudnia opozycji; co dużo gorsze, w głębszym i bardziej uniwersalnym sensie, blokuje dwa kluczowe z punktu widzenia życia demokratycznego mechanizmy: selekcji elit (krążenia elit Vilfredo Pareto) oraz poczucia wpływu. Zrównując wszystkie elity, jak również mając niskie poczucie wpływu na bieg wydarzeń politycznych, obywatele/wyborcy nie widzą potrzeby większego zaangażowania politycznego, a przede wszystki dążenia do zmiany układu władzy.

Wzmacnianie inercji
Po trzecie: płacenie za bierność. PiS dobrze rozpoznał wyżej opisane przeze mnie zjawiska społeczne, o charakterze kulturowym i postanowił wzmocnić inercję. Główna funkcja wszystkich programów społecznych, takich jak: „Rodzina 500 plus” (w zamyśle miał być to program demograficzny, prokreacyjny) czy wyprawek szkolnych dla dzieci, jest polityczna czy – idąc nawet w analizie dalej – wyborcza; można nawet postawić tezę, iż jest to subtelny rodzaj korupcji wyborczej.

Pozornie te programy aktywizują bierne dotychczas grupy społeczne, wyposażają w poczucie obywatelskości ludzi, którzy do tej pory znajdowali się poza systemem, lub – jak to określił niegdyś prof. Andrzej Zybertowicz – funkcjonowali w szczelinach systemu. Jednak tego rodzaju argument może się wydawać przekonywający tylko powierzchownie. W rzeczywistości mamy do czynienia ze zjawiskiem zupełnie odwrotnym: petryfikacją bierności za pomocą uruchomienia programów rzekomo prokreacyjnych lub socjalnych, za którymi kryją się rzeczywiste funkcje z zakresu inżyneiri społecznej.

Wiąże się z tym głębszy proces, wyposażania najniższych klas społecznych w prestiż (redystrybucja prestiżu) ponad ich realną wartość, który miał miejsce we Francji, w roku 1720, a więc na 69 lat przed wybuchem Rewolucji Francuskiej, kiedy szkocki ekonomista John Law, w czasach regentury Filipa II Orleańskiego (późniejszy Ludwika XV), tak „zamieszał” stratyfikacją społeczno-gospodarczą, że doprowadziło to do wielkich zamieszek oraz nieporozumień społecznych: jak pisał Monteskiusz w „Listach perskich”: „lokaj ważniejszy jest od sułtana”. A wg analizy Alexisa de Tocquevilla – „Dawny ustrój a rewolucja” – była to jedna z przyczyn rewolucji z 1789 roku: zmiany w obrębie kals społecznych.

O aktywności obywatelskiej czy wyborczej, można mówić w przypadku wyskiego poziomu socjalizacji politycznej. Śmiadomość polityczna oraz edukacja jest dużo ważniajszą zmienną od samej aktywności fizycznej czy fizycznego zaangażowania. Ta ostatnia kategoria nie wystarcza, aby określić dane społeczeństwo jako aktywne, mobilne, czy obywatelskie. Kluczowym, bowiem czynnikiem jest świadomość.

W związku z powyższym, często dochodzi do tzw. paradoksu wysokiej frekwencji. Mówi się o tym już otwarcie na wydziałach socjologii czy politologii amerykańskich uniwersytetów. Może zaistnieć sytuacja – i tego rodzaju stan rzeczy miał miejsce, kiedy w Polsce w wyborach zwyciążał PiS – że mamy do czyniania z wysoką frekwencją, że frekwencja w stosunku do poprzednich wyborów tego samego rodzaju rośnie, lecz świadomość wyboru czy jakość wyboru jest niska, gdyż w procesie wyborczym zyskują przewagę najmniej świadome grupy społeczne. Frekwencja frekwencji nierówna… Niski poziom socjalizacji politycznej wyborców prowadzi do paradoksu: mimo że mamy do czynienia z większą aktywnością fizyczną (z wyższą frekwencją), to nadal jest wysoka bierność.

Celem uruchomienia przez PiS różnego rodzaju transferów socjalnych jest właśnie wzmocnienie tej bierności, wzmocnienie inercji. Do funkcjonującego w ramach potocznej opinii publicznej komunikatu: „wszyscy kradną”, PiS dodaje korzystną dla siebie modyfikację: my też kradniemy, lecz jesteśmy lepsi od tamtych, bo się dzielimy.

Osłabienie kontroli społecznej
Po czwarte: podział kulturowy (polityczny). Tolerancja dla zjawisk korupcji, złodziejstwa, czy nepotyzmu jest jednym z kluczowych następstw wysokiego stopnia polaryzacji politycznej. W rzeczywistości polaryzacja tego rodzaju sytuacje usprawiedliwia czy racjonalizuje. Intensywność podziału powoduje, iż stosunek do rządzących czy określonych graczy politycznych na scenie politycznej, przenosi się z pól oceny racjonalnej na obszary reakcji emocjonalnych. Tworzy to stan rzeczy, w ramach którego można sprawować władzę niezależnie od jakości rządzenia; inaczej mówiąc, można rządzić źle, bez wyraźnych efektów, łamać prawo, uwikłać się w afery korupcyjne czy skandale obyczajowe, a i tak będzie się utrzymywało wysoką popularność społeczną, bądź dominować w sondażach, gdyż istnieje druga – demonizowana – strona, deprecjonowany kontekst większego zła.

Wynika to wprost z teorii konfliktu (Lewis A. Coser i Ralf Dahrendorf): konflikt w pewnych sytuacjach może być konstruktywny (dla skonfliktowanych, antagonistycznych grup), gdyż zwiększa solidarność wewnątrzgrupową, centralizuje układ władzy i procedury rządzenia, wzmacnia poczucie posłuszeństwa, a także zmniejsza tolerancję dla zachowań dewiacyjnych, wprowadza większą tolerancję wobec odstępstw od określonych norm, a nawet ustanawia swego rodzaju bezkarność.

Wiąże się z tym asymetryczność, nieadekwatność, czy wybiórczość, arbitralność kontroli społecznej: razi złodziejstwo, korupcja, czy nepotyzm w zwaśnionej grupie, lecz nie przeszkadza w tożsamym środowisku.

Intensywny konflikt czy podział (kulturowy, polityczny) znacznie osłabia kontrolę społeczną oraz funkcję krytyki, za to wzmacnia oportunizm – lecz jest to specyficzny oportunizm, występujący pod przykrywką ostrej krytyki drugiej – zantagonizowanej – strony oraz patologicznego bezkrytycyzmu i idealizowania swoich.

Brak obiektywnych, bezstronnych ocen. Nieumiejętność odróżnienia dobra od zła. Jednowymiarowość, o której swego czasu pisał Herbert Marcuse w „Człowieku jednowymiarowym”.

Słaba edukacja
Po piąte: niski poziom moralny społeczeństwa, związany z niskim (realnym) wykształceniem. Polskie społeczeństwo jest – wbrew temu co się mówi w obiegu oficjalnym oraz wbrew statystykom – na bardzo niskiem poziomie etycznym. Bierze się to bezpośrednio z innych parametrów, związanych z edukacją. Świadomość obywatelska jest niewielka, zaś stan socjalizacji politycznej niewysoki. Społeczeństwo polskie przeżywa kryzys moralny i intelektualny.

Jedną z głównych przyczyn, jest dojmujący proces makdonaldyzacji szkolnictwa wyższego (fenomen opisany w latach 60. XX wieku przez George Ritzera, w ramach szerszego procesu makdonaldyzacji na przykładzie Stanów Zjednoczonych) oraz powszechna, masowa edukacja na poziomie wyższym, która powinna mieć charakter elitarny. Rozszeżenie i ułatwienie dostępu do studiów wyższych (w wielu przypadkach złej jakości), spowodowało drastyczne obniżenie poziomiu kształcenia wyższego, co niesie również negatywne konsekwencje dla diagnostyki oraz rynku pracy. Masa ciąży w dół… Wg moich szacunków, 75-80 proc. absolwentów wyższych uczelni, nie reprezentuje wyższego poziomu wiedzy; przeciwnie: daleko od niego odbiega. Na studia idzie się obecnie nie po wiedzę, a po dyplom, tymczasem powinno być odwrotnie.

W konsekwencji poziom intelektualny oraz śwaidomość moralna czy obywatelska polskiego społeczeństwa, kształtują się na niskim poziomie; przekłada się to niestety na moralną ocenę różnego rodzaju patologicznych zjawisk i ich tolerancję oraz negatywną selekcję elit.

Demokracja ma sens tylko wówcza, jak twierdził m.in. John Stuart Mill, gdy towarzyszy jej wysoki poziom edukacji; w tym kontekście fundamentalne znaczenie uzyskuje postulat Milla: „powszechne wybory wymagają powszechnej edukacji”.

Bez edukacji i wysokiej świadomości obywatelskiej, dobrego przygotowania intelektualnego, moralnego, demokracja prędzej czy później, ale raczej prędzej niż później, przemieni się w tyranię, albo despotyzm, lub w kratokrację, czyli system, w którym elity obsługują same siebie i następuje reprodukcja tych samych elit władzy, replika rządzenia.

Potrzebna abstrakcyjność i banalność
Po szóste: umoralnienie politycznego praksis oraz banalność zdarzenia. Aby patologiczne zjawiska z udziałem rządzących elit (w tym przypadku PiS, lecz również wszystkich innych) spowodowały społeczne oburzenie i spadek popularności formacji sprawujących władzę, potrzebne są dwa przeciwstawne procesy: z jednej strony – umoralnienie politycznego praksis, proces, który opisał Jean Paul Sartre, w kontekście wydarzeń na Węgrzech w roku 1956 oraz protestów we Francji (1968); zaś z drugiej strony, banalnego wydarzenia, dzięki, któremu korupcja rządzących stanie się dla obywateli zjawiskiem mniej abstrakcyjnym, bardziej przyziemnym i bardziej zrozumiałym.

Są to dwa socjopolityczne – przeciwstawne, ale jednocześnie wzajemnie się uzupełniające – procesy, na których wyczerpujące, wszechstronne opisanie nie mam tu miejsca, ani czasu, ale mogę je tylko, pokrótce, w kilku zdanich, przybliżyć.

Umoralnienie politycznego praksis oznacza nagromadzenie patologicznych zjawisk (np. korupcyjnych) do tego stopnia, że społeczeństwo zacznie je postrzegać w kategoriach bardziej uniwersalnych, ogólnych, kategorialnych, wychodzących poza konkretne zdarzenia jednostkowe. Chodzi o to, aby w świadomości społecznej coś występowało jako proces, a nie zdarzenie; jako reguła czy zasada, a nie fakt; i aby co najważniejsze, w świadomości społecznej dominowały nie poszczególne, konkretne okoliczności, a ogólna ocena moralna.

Z drugiej jednak strony, potrzebny jest też jednostkowy, konkretny, a nawet banalny fakt, aby wyrafinowane mechanizmy korupcyjne, związane z np. lobbingiem czy optymalizacją podatkową, stały się powszechnie zrozumiałe, nawet dla prostych ludzi, aby korupcyjny proces zyskał symbol, został przełożony na memy, ikony, itd., aby jego fabuła była prosta, czytelna i zrozumiała, aby dało ją się wyrazić jednym prostym zdaniem.

Zazwyczaj podział funkcji w świadomości społecznej jest następujący: umoralnienie politycznego praksis to beczka prochu; banalne zdarzenie, to zapalnik.

W okresie rządów PO, tym banalnym zdarzeniem (zapalnikiem) były słynne ośmiorniczki; jak dotychczas szczęściem PiS jest to, iż nie miał jeszcze swoich ośmiorniczek.

W przypadku zjawisk korupcyjnych istnieje pewien paradoks. Wysoka korupcja, opiewająca na wielkie, milionowe sumy, może być dla zwykłych ludzi niezrozuiała, gdyż jej wielkość staje się abstrakcyjna, daleka od doświadczenia oraz praktyki normalnych obywateli, dlatego też potrzebne są banalne przypadki, które dużo bardziej przemawiają do wyobraźni społecznej.

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

 

I zero aut

Stworzenie polskiej marki samochodów to marzenie towarzyszące wielu Polakom od dziesięcioleci. Zaprezentowany w zeszłym roku przez spółkę ElectroMobility Poland prototyp samochodu Izera ma być pierwszym od lat seryjnie produkowanym polskim pojazdem i to w nowoczesnej e-wersji. Mrzonki? – Niekoniecznie. Twórcy projektu muszą jednak być ostrożni, bo niektóre ich założenia już teraz stają się nieaktualne.

Jerzy Mosoń: Na temat trudności, jakie napotka pierwszy polski „elektryk” powstały już opasłe tomy. Wiadomo już, że inwestycja jest nieopłacalna, bez sensu, a poza tym niepotrzebna, skoro samochód można kupić u… Niemców. W związku z tym poniższy tekst nie traktuje o wymienionych impossibiliach ani też nie podnosi zarzutu, że fabryka koło Jaworzna mająca produkować Izerę będzie w istocie jedynie montownią. Ma jednak stanowić ostrzeżenie dla osób zaangażowanych w projekt, by ten jak wiele innych nie stał się „pułkownikiem”.

Pułkownik” to zwyczajowe i dość często spotykane określenie ambitnego, polskiego projektu, którego realizacja rozpoczynała się i kończyła na bogatych planach.

Rzeczywiście niektóre argumenty krytykantów pomysłu stworzenia polskiej marki auta są sensowne – będzie drogo, nawet, jeśli częściowo polski producent uniknie kosztów związanych z własnym centrum badawczym. Wygląda jednak na to, że z większości zagrożeń zdają sobie sprawę osoby skupione wokół ElectroMobility Poland – stąd właśnie zamiast tworzyć wszystko od podstaw poszczególne elementy Izery mają być kupione od sprawdzonych dostawców, co pozwoli zaoszczędzić czas, koszty tworzenia myśli technicznej, ale podniesie wydatki na gotowe moduły. Izera nie będzie miała też typowej salonowej sprzedaży, choć nie można wykluczyć, że będzie oferowana przez graczy multibrandowych – to dobra decyzja, bo także ograniczy koszty. Gorzej z promocją, choć można założyć, że dwa, trzy showroomy, plus reklamy w mediach publicznych załatwią sprawę, przynajmniej, jeśli chodzi o rynek polski. Oby jego wielkość wystarczyła, bo pomysłu na zdobywanie świata przez Izerę jeszcze nie poznaliśmy.

Z linii włoskiej do polskiej
Na razie, mimo wszystko jest dobrze. Tym bardziej, że projekt Izery nie odstrasza, choć zawsze mogłoby być lepiej, jak w przypadku Stadionu Narodowego, zwanego przez złośliwych „koszykiem”. Wygląda na to, że Roberto Piatti, który stworzył m.in. piękną Alfę GT i charakterystyczną Pandę, a teraz wymyślił linię Izery starał się pogodzić uniwersalizm nowego auta ze swoim wyobrażeniem o polskim designie.

Bez wątpienia Włosi znają się na projektowaniu, jak mało który naród. Mogliby z nimi konkurować chyba tylko…Polacy. No właśnie, bo jeśli Izera miała być w zamyśle możliwie najbardziej polska z polskich to można było w przypadku designerów podjąć nieco inną decyzję, wszak jeśli chodzi o Polaków projektujących w świecie auta nie mamy się czego ani kogo wstydzić: Kamil Łabanowicz to stylista Audi, a Tadeusz Jelec Jaguara, z kolei Marek Reichman zasłynął jako szef designerów Aston Martina – to zaprojektowanym przez niego autem jeździł agent James Bond. Jeśli dodamy do tego jeszcze paru innych projektantów, na czele ze stylistą BMW Tomaszem Sychą, który błysnął modelem Z4 Coupe możemy zacząć wątpić w słuszność włoskiego kierunku wybranego przez ElectroMobility Poland. Tego jednak już nie da się odkręcić. A co można?

Wyzwanie zasięgu
Po premierze Izery, mającej miejsce w lecie zeszłego roku, niestety tylko online, twórcy projektu zaczęli ujawniać co raz więcej szczegółów dotyczących dwóch pierwszych modeli tego pojazdu: hatchbacka i SUV-a. A to jedna z najciekawszych wypowiedzi:

Stosowany w samochodach elektryczny napęd pozwoli osiągnąć przyspieszenie od 0 do 100 km/h w niecałe osiem sekund. Planujemy wprowadzenie dwóch pojemności baterii. Wszystko po to, żeby najlepiej dopasować oferowany zasięg do potrzeb użytkowników. Samochodami będzie można przejechać do 400 km na jednym ładowaniu. Bez problemu naładujemy je w domowych ładowarkach typu „powerwall” i szybkich stacjach ładowania – obiecywał Łukasz Maliczenko, dyrektor ds. rozwoju technicznego produktu ElectroMobility Poland.

Z powyższej wypowiedzi wynika, że maksymalny, planowany zasięg Izery to 400 km. Czy to dużo/mało? Jednym z podstawowych powodów, dla których „elektryki” nie cieszą się popularnością, obok wysokiej ceny i braku infrastruktury do ładowania jest właśnie mały zasięg. Pierwszym samochodem oferowanym na rodzimym rynku, któremu udało się osiągnąć wynik wydawałoby się akceptowalny dla polskiego kierowcy jest koreański model samochodu elektrycznego koncernu KIA – e-Niro. Według testu przeprowadzonego w 2020 r. przez dziennikarza motoryzacyjnego Marka Wieruszewskiego, można tym autem dojechać z Warszawy do Zakopanego na jednym ładowaniu. To niezły wynik, tym bardziej, że to jeden z najtańszych „elektryków” na rynku. Ale mimo to wciąż bardziej popularna jest jego wersja hybrydowa. Czyli 400-450 km w 2020 r. to jednak za mało dla polskiego kierowcy?

Krótkodystansowiec z przeszłości
Skoro w 2020 r. 450 km zasięgu to mało to na jakiej podstawie pomysłodawcy Izery uważają, że za trzy lata, kiedy już Izera będzie, optymistycznie rzecz ujmując, powszechnie dostępna maksymalny zasięg tego auta tj. 400 km będzie wystarczający? No tak, powstaną wreszcie w Polsce szybkie ładowarki i co jakiś czas w drodze na wypoczynek będzie można zjechać z drogi by doładować auto… Tylko po co kupować Izerę z tak niedużym zasięgiem, jeśli już w 2021 r. można nabyć od naszych południowych sąsiadów Škodę Enyaq zdolną przejechać ponad 500 km? A co z wersjami Izery mającymi mniejsze baterie? Komu będą potrzebne? Do miasta – owszem. To może być hit flotowy, pod warunkiem bardzo niskiej ceny, graniczącej z opłacalnością produkcji. Warto to przemyśleć.

Technologia robi różnicę
Szcześliwie się składa, że projekt Izery mający niestety potencjał wspomnianego „pułkownika” nie ma jeszcze zakontraktowanych kooperantów. Jednym słowem nie wiadomo, jaką, od kogo i za ile Izera dostanie baterię. Być może, zatem jest jeszcze czas by rozejrzeć się na rynku za innowacyjnymi rozwiązaniami. Są już baterie z grafenem, w fazie testów, badań, ale to jest właśnie ten moment by nie przegapić szansy, tym bardziej, że całkiem niedawno to właśnie polscy naukowcy chwalili się wynalezieniem taniej metody pozyskiwania grafenu. Baterie z grafenem dadzą więcej mocy i pozwolą na szybsze ładowanie – to realna przewaga nad konkurencją. Ale za trzy lata nie będą już nowością. Może zatem paliwo wodorowe? To też nie nowość, ale Polska dość szybko może zyskać na tym polu przewagę. Po pierwsze bogate plany w obszarze zielonego wodoru ma LOTOS, a już dzisiaj największym producentem tego pierwiastka w kraju jest Grupa Azoty, która przy odpowiedniej perspektywie wzrostu zapotrzebowania na takie paliwo w kraju mogłaby bezpiecznie planować wzrost i unowocześnienie produkcji. Paliwo wodorowe pozwoliłoby odetchnąć polskim sieciom energetycznym, nie wspominając o elektrowniach, które już teraz funkcjonują na granicy black out’u, a przy konieczności ładowania aut elektrycznych tę granicę łatwo przekroczyć.

Partnerzy w zasięgu ręki
Żeby jednak Izera miała napęd wodorowy potrzeba technologii albo koncernu Toyota, Hyundaia albo Nissana. I tu znów wraca temat wyboru odpowiedniego dostawcy – partnera. Eksperyment Toyoty z paliwem wodorowym okazał się co prawda falstartem (w norweskiej miejscowości Sandavika 10 czerwca 2019 r. doszło do potężnego wybuchu zbiornika z wodorem na stacji tankowania), ale fachowcy wyciągnęli jednak wnioski i nic nie stoi na przeszkodzie by wrócić do pomysłu. Tym bardziej, że Japończycy już teraz inwestują w swe fabryki na Dolnym Śląsku miliardy złotych.

Paliwo wodorowe pozwoli przetrwać energetyce?
Wspólny projekt ElectroMobility Poland z największym koncernem motoryzacyjnym świata oznaczałby wzrost szans powodzenia projektu. A co nie mniej ważne, polska gospodarka zyskałaby nieco czasu na wybudowanie elektrowni atomowej, bez której elektromobilność oparta na dużych, energochłonnych bateriach samochodowych to pomysł samobójczy dla co raz bardziej niewydolnej, polskiej energetyki. Trzeba bowiem stale przypominać, że nawet perspektywa budowy na Bałtyku turbin offshor’owych o wysokiej sprawności nie załatwia tematu ryzyka braku prądu. Trzeba będzie i to już niebawem zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest zabezpieczenie dostaw energii na wypadek niekorzystnych warunków pogodowych. Jeśli zatem w perspektywie kilkunastu lat dojdzie w Polsce do zamknięcia elektrowni węglowych, stanowiących obecnie takie zabezpieczenie, to będą musiały je zastąpić inne, najpewniej jądrowe.

Jeśli do gry wejdzie inna branża
Żeby jednak trochę ostudzić emocje związane z perspektywą budowy Izery w wersji z ogniwami wodorowymi trzeba przypomnieć, jakie podmioty kontrolują ElectroMobility Poland. Spółka należy do czterech koncernów energetycznych: PGE, Energi, Enei oraz Taurona. Oznacza to, że właściciele mogą być bardziej zainteresowani sprzedażą kierowcom Izer swojego głównego produktu, czyli prądu, pomimo ryzyka black out’u, co oznacza perspektywę importu mniej lub bardziej nowoczesnych, sporych baterii i śmierć tematu ogniw wodorowych. No chyba, że w projekt Izery zaangażują się koncerny chemiczne i paliwowe. Wtedy będzie można liczyć na to, że przynajmniej jeden model Izery będzie wyposażony w nowoczesną instalację wodorową.

Sposób zakupu
Na końcu, choć nie jest to sprawa wcale najmniej ważna jest sposób w jaki producent Izery chce sprzedawać swój produkt. Wielokrotnie w wypowiedziach osób związanych z ElectroMobility Poland pojawiały się sugestie dotyczące wynajmu abonamentowego. Wygląda na to, że klienci generalnie nie będą kupować Izer, a jedynie wynajmować te samochody, płacąc miesięczne raty. Mają one być atrakcyjne i zawierać także koszt tankowania – zyskają dodatkowo obecni właściciele spółki, czyli koncerny energetyczne. Ma to swoje plusy i minusy. Bo choć ElectroMobility Poland zapewnia, że tradycyjny zakup również będzie możliwy, to postawienie akcentu na abonament oznacza, że gotówkowa forma pozyskania Izery będzie mniej konkurencyjna. Tymczasem warto mieć świadomość, że polski klient wciąż ceni sobie własność, a nie samą możliwość korzystania z urządzenia. Za trzy lata, przy wyborze auta elektrycznego będzie miał do wyboru nie tylko szeroki wachlarz aut zagranicznych, z różnymi formami ich pozyskania, ale też ofertę atrakcyjną cenowo. Izera, która będzie samochodem złożonym z drogich, bo zakupionych za granicą elementów, autem w którym nawet design nie jest made in Poland może okazać się wyborem zbyt kosztownym dla Kowalskiego. Czy zattem jest przyszłość przed Izerą?

*Skomplikowana sytuacja rynkowa, z jaką mamy do czynienia oznacza to, że osoby skupione wokół projektu polskiego „elektryka” muszą patrzeć na Izerę holistycznie, zwracając uwagę na szereg czynników – począwszy od nowinek technologicznych, na sytuacji energetycznej kraju kończąc. W innym wypadku zamiast seryjnej produkcji samochodu polskiej marki będziemy wspominać Izerę jako tylko pomysł… i zero aut. A jedynym polskim „elektrykiem” pozostanie ten, który po wejściu Polski do Unii Europejskiej zdobywał serca francuskich czy angielskich gospodyń domowych.

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Zamiast depopulacji

Ekolodzy od lat zabiegają o zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych, które zdaniem wielu naukowców przyczyniają się do niebezpiecznych dla Ziemi zmian klimatycznych. Jednym z głoszonych coraz śmielej postulatów w ramach walki z zanieczyszczeniem środowiska, oprócz nierealnego stworzenia gospodarki względem niego neutralnej jest ograniczenie rosnącej liczby ludności.

Jerzy Mosoń: Czy współczesna cywilizacja nie jest w stanie zaproponować lepszego pomysłu na rozwiązanie tego kryzysu? A może zwyczajnie jest już za późno, bo trwająca od roku pandemia potwierdza, że redukując liczbę populacji i styl życia większości obywateli świat na naszych oczach staje się właśnie bardziej eko?

Gospodarka nie może być neutralna
Na wstępie warto wyjaśnić, skąd wzięła się teza, że gospodarka neutralna dla środowiska, o której zupełnie na poważnie rozmawiają wielcy tego świata, jest projektem nierealnym. Otóż, nie można uprawdopodobnić stworzenia czegoś, co byłoby możliwe jedynie w sytuacji anihilacji ludzkości lub za sprawą pominięcia praw fizyki.

Istnienie gospodarki jest bowiem nierozerwalnie związane z istnieniem ludzi, a oni sami, odkąd stanęli na najwyższym stopniu drabinki łańcucha pokarmowego nigdy nie byli względem świata neutralni. Również wbrew snom niektórych wegetarian pozostaniemy tam nawet wówczas, gdy jedyne kotlety, jakie będzie można legalnie kupić będą wytwarzane z roślin. Czy naprawdę politycy, naukowcy, szefowie organizacji międzynarodowych i korporacji nie zdają sobie z tego sprawy? A może tylko chcą, abyśmy wierzyli w tę utopię?

Jest nas za dużo
I znów niczym bumerang wraca sprawa depopulacji, ponieważ prosta logika podpowiada, że rzeczywiście w osiągnięciu równowagi klimatycznej na Ziemi najbardziej przeszkadza rozwijający się człowiek. Kłopot w tym, że podobny mechanizm myślenia zaprezentowali Niemcy w latach 30. I 40. ubiegłego wieku – im w osiągnięciu wielkości mieli przeszkadzać ci „źli Żydzi”, Słowianie, Romowie, itp. No i stało się to, co się stało…

Ale jak doszliśmy do tego, że dziś coraz swobodniej można rozmawiać o depopulacji jako sposobie rozwiązania kryzysu klimatycznego, a inne pomysły okazują się zbyt drogie lub science fiction?

Gdyby do lat 90. poprzedniego stulecia ktoś opiniotwórczy odważył się choć zasugerować potrzebę zdepopulowania ludności na Ziemi to pewnie w przestrzeni publicznej zostałby potraktowany na równi z nazistami odpowiedzialnymi za holocaust Żydów. Od czasu jednak kiedy pewna prominentna działaczka Organizacji Narodów Zjednoczonych odważnie powiązała zmiany klimatyczne z rosnącą liczbą ludności coraz więcej osób waży się mówić o kontroli populacji jak o czymś normalnym, a nawet pożądanym.

Koniec tabu
Kilka lat temu, w jednym z wywiadów Kostarykanka Christiana Figueres w czasie pełnienia funkcji Sekretarz Wykonawczej Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (2010-2016 r.) zasugerowała, że trzeba dążyć do zahamowania rosnącej liczby ludzi, których jej zdaniem: już wtedy było zbyt wielu. Działaczka ONZ przyznała jednocześnie, że sama depopulacja to za mało, i ona sama nie rozwiąże problemu postępujących zmian klimatycznych. Ten wywiad, jak i inne wystąpienia kostarykańskiej dyplomatki umknęły przeważającej części opinii publicznej, ale ośmieliły tych, którzy ze zmianami klimatu walczą od dawna i proponują w tej kwestii coraz bardziej radykalne rozwiązania. Niektóre z propozycji szokują przede wszystkim podczas manifestacji radykalnych ekologów i stanowią dzwonek alarmowy przed pojawieniem się eko-terroryzmu w skali globalnej, ale inne znajdują już odzwierciedlenie w gospodarce, jak produkcja elektrycznych samochodów mających zastąpić auta spalinowe. Elektryki być może wychodzą naprzeciw idei zrównoważonego rozwoju, ale z punktu widzenia bilansu emisji bardziej trują środowisko od nowoczesnych diesli.

Według badań prof. Christopha Buchala z Uniwersytetu w Kolonii, opublikowanych przez Instytut Ifo w Monachium w kwietniu 2019 r.: „pojazdy elektryczne mają znacznie wyższą emisję CO2 niż samochody z silnikami diesla”. Ma to wynikać z dużej ilości energii wykorzystywanej do wydobywania i przetwarzania: kobaltu, litu i manganu – niezbędnych surowców potrzebnych do produkcji baterii do samochodów elektrycznych. W przyszłości problemem może okazać się także przechowywanie zużytych akumulatorów.

Zamiast jednak sprawdzać, kto w ostatnich latach inwestuje w fałszywie ekologiczne pomysły albo którzy politycy czy biznesmeni wskazują na potrzebę kontroli populacji warto przyjrzeć się zmianom w prawie i w kulturze, bo one odpowiedzą na pytanie dotyczące powszechności tych zjawisk.

Chiny dały przykład
Postulat by ograniczyć wzrost liczby ludności nie jest wcale nowy. Palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie wciąż dzierży Chińska Republika Ludowa, gdzie w 1977 r. komunistyczna partia wdrożyła „politykę planowania narodzin”. Program ten polegał na promowaniu przez państwo posiadania przez parę maksymalnie jednego dziecka. Gdyby wszyscy Chińczycy posłuchali się swoich władz to dziś kraj ten nie zbliżałby się do dwóch miliardów ludzi, ponieważ arytmetyka w tym względzie jest bezwzględna. Łatwo obliczyć, że cztery osoby potrzebne do utworzenia dwóch par oddadzą społeczeństwu tylko dwie istoty, a same będą musiały kiedyś odejść, więc społeczeństwo skurczy się. Przy jednym dziecku na parę populacja będzie maleć o połowę na pokolenie. Chińska polityka: „jedna para – jedno dziecko” zakończyła się w 2015 r., czyli mniej więcej w okresie, kiedy na Zachodzie głoszenie haseł na razie tylko łagodnie wspominających o depopulacji stało się dopuszczalne w ramach merytorycznej dyskusji.

Aborcja i eutanazja
Być może jednak ważniejsze od wpuszczenia na salony pomysłu depopulacji jest jednak to, że w ostatnich dwudziestu latach Zachód wykonał największy w historii postęp w kwestii praktycznego ograniczania liczby ludności poprzez legalizację niemal już wszędzie aborcji (tu Polska jest zieloną wyspą) oraz gdzieniegdzie eutanazji, która staje się coraz powszechniejsza w: Holandii, Belgii, Luksemburgu, Szwajcarii oraz Albanii, a poza Europą w stanach Teksas i Oregon. W gwoli ścisłości: na Dalekim Wschodzie, w Japonii hara-kiri na życzenie również jest legalne, a ze względu na bogatą tradycję w dokonywaniu seppuku można się spodziewać, że ma przy tym najciekawszą oprawę. Zatem nie tylko Zachód.

Model 2+1 zamiast programu 2+1
Warto zaznaczyć, że rezygnacja Chin z programu ograniczającego przyrost naturalny nie wynika bynajmniej ze zmiany strategii tego kraju w kwestii kontroli urodzeń, a jedynie z ustania konieczności wymuszania ograniczeń w tym obszarze. Odkąd kraj ten stał się światowym liderem w produkcji przemysłowej i jednym z wiodących państw pod względem innowacji Chińczycy z każdym rokiem stają się bowiem społeczeństwem bardziej konsumpcyjnym, gdzie model 2+1 to przejaw akceptowalnego konformizmu. Takie społeczeństwo, podobnie jak stało się na Zachodzie, z każdą dekadą będzie coraz bardziej zdolne do samoograniczania się w kwestii budowania rodzin. Może w Chinach zmiany nie nastąpią od razu, może nie w każdej prowincji, pewnie szybciej w miastach niż na wsi, ale nic nie szkodzi, bo światowa produkcja przeniesiona przez Zachód do Chin, nomen omen między innymi z pobudek ekologicznych, wciąż potrzebuje rąk do pracy. Nadal bowiem stosunkowo wąska grupa najbogatszych ludzi w świecie, pomimo świadomości ekologicznej i wbrew głoszonym przez siebie hasłom nie chce ponosić kosztów zmian, ponieważ wtedy sama musiałaby zrezygnować ze swego energochłonnego stylu życia.

Kto płaci za zmiany
Na dziś największe koszty zmniejszenia emisji ponoszą biedni i średnio zamożni ludzie – to oni nie wjadą do niektórych nowoczesnych miast swoimi dieslami. Milionerzy mają już przecież elektryczne SUV-y, a jeśli nie to takie auto można przecież wynająć, a na co dzień jeździć terenówką, która nie zaznała absurdalnego downsizingu silnika.

To europejska biedota musi męczyć się od września 2017 r. ze słabymi odkurzaczami o mocy maksimum 900 VAT, bo tylko takie wolno już sprzedawać na unijnym rynku. Właściciele rezydencji nie muszą jednak przejmować się bezużytecznymi ssawkami, bo przecież zlecają sprzątanie innym. Podobnych przykładów jest bez liku.

Z perspektywy kosztów poszczególnych państw, w najgorszej sytuacji są takie kraje jak Polska, której gospodarka przez lata oparta była na węglu ze względu na rodzaj posiadanych złóż i opóźnienia technologiczne wynikające z kolei z faktycznej 44 – letniej okupacji ze strony ZSRR. Zmiana tej struktury wymagać będzie wielu lat i miliardów euro, pieniędzy, które w tym czasie bogatsze kraje będą inwestować w służbę zdrowia czy lepszą infrastrukturę.

Downsizing a ostateczne rozwiązanie
Należy jednak przyznać, że redukcja potrzeb osób najbiedniejszych jest stosunkowo rozsądną alternatywą względem innego rozwiązania, a w zasadzie: ostatecznego rozwiązania kwestii zmian klimatycznych, czyli: depopulacji. Bo nie miejmy złudzeń ci, którzy rozważają tego typu pomysły nie myślą o sobie, jak o tych, którzy mogliby odciążyć Ziemię – oni mają prawo przemieszczać się paliwożernymi limuzynami, latać bez ograniczeń, używać. Zatem niezmiennie będą również mieć prawo do życia. Historia pokazuje, że redukcja populacji zawsze dotykała przede wszystkim najsłabszych, starych i schorowanych. I to się nie zmienia, mimo postępu cywilizacyjnego. Czy można uznać za prawdopodobny scenariusz, w którym ludność podlega celowej depopulacji? A może inaczej: czy wobec torpedujących opinię publiczną rewelacji naukowych o coraz szybszym umieraniu Planety będą brane pod uwagę inne rozwiązania?

Pandemia na smutki ekologów
Z pewnością skutki trwającej od roku pandemii mogą przekonać niektórych do tego, że redukcja ludności oraz jej potrzeb ma korzystny wpływ na środowisko naturalne. W okresie najostrzejszego lockdownu wiosną zeszłego roku, gdy ludzie tygodniami pozostawali w domach można było organoleptycznie przekonać się, że poziom smogu w powietrzu był niższy, a ci, którzy dysponują profesjonalnymi miernikami zapewne byliby w stanie potwierdzić to liczbami. Tylko czekać aż pojawią się fachowe publikacje dokumentujące mniejszą emisję dwutlenku węgla do atmosfery i innych szkodliwych substancji w całym roku 2020. Ale trwająca nawet trzy lata epidemia nie powstrzyma, a co najwyżej spowolni zmiany klimatyczne. No chyba, że zaraza wybije połowę ludzkości…

Musimy się wynieść
Gdyby jednak okazało się, że ludzkość przetrwa pandemię koronawirusa to wciąż aktualne pozostanie pytanie o sposoby rozwiązania kryzysu klimatycznego. Kłopot w tym, że świat poznał już na nie najlepszą odpowiedź, ale niewiele zrobił z tą wiedzą. A może inaczej: decydenci z jakichś powodów spowolnili realizację remedium. Od czasu rewolucji przemysłowej, która to dokonała w środowisku naturalnym największego spustoszenia było wiadomo, że prędzej czy później człowiek będzie musiał szukać nowych przestrzeni do zagospodarowania. Wraz z pierwszymi lotami kosmicznymi w II połowie XX wieku te marzenia nabrały realności. Plany podbicia Kosmosu miały być realizowane na dwa sposoby: kolonizację Układu Słonecznego oraz szukanie napędu na tyle dobrego by można było wylecieć dużo dalej w poszukiwaniu planet o podobnej atmosferze do ziemskiej.

Problemy w przestworzach
Pierwsze plany stworzenia stacji kosmicznej na orbicie okołoziemskiej datowane są na lata 80. ubiegłego wieku. Ostatecznie stała załoga pojawiła się na międzynarodowej stacji okołoziemskiej w 2000 r. Wszystko przebiegało dobrze do 2003 r. kiedy to doszło do katastrofy amerykańskiego promu Columbia. Po wypadku na dwa lata wstrzymano kursy amerykańskich statków na orbitę okołoziemską. W następstwie dyskusji na temat finansowania załogowych lotów w Kosmos oraz bezpieczeństwa astronautów, w 2011 roku władze USA zakończyły program wahadłowców, a jedynym przewoźnikiem astronautów zostały rosyjskie rakiety Sojuz. W 2020 roku dołączył do nich amerykański statek Crew Dragon prywatnej firmy SpaceX.

W czasie, gdy program podboju Kosmosu wyraźnie spowolniał doszło do historycznych odkryć. W 2014 r. badacze zaobserwowali planetę Kepler-186f określaną jako najbardziej jak dotąd podobną do Ziemi. W tamtym roku astronomowie odkryli łącznie 20 egzoplanet, na których mogłaby znajdować się woda w stanie płynnym. Nadzieja, że jest po co lecieć znacznie dalej odżyła, tym bardziej, że kolonizacja Układu Słonecznego może niewiele pomóc.

Im dalej, tym lepiej
Rzeczywiście wysłanie łącznie kilkudziesięciu tysięcy ludzi na orbitę okołoziemską, na Księżyc lub na Marsa, nie rozwiąże problemu przeludnienia na Ziemi. Więcej sensu mają misje odkrywcze trwające kilka pokoleń, z perspektywą transferu części ludzkości na odkryte w ten sposób planety. Zadziałałby podobny mechanizm do tego, jaki miał miejsce w przypadku odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba albo w następstwie trzeciego odkrycia Australii przez Jamesa Cooka, kiedy to po pierwszych dwóch negatywnych ocenach nowego lądu dopiero ten żeglarz udowodnił, że na australijskiej ziemi można się osiedlić. Wiadomo nie od dziś, że aby transferować ludzi poza Ziemię potrzeba znacznie lepszej technologii i lat by osiągnąć cel, tymczasem nasza Planeta nie chce spowolnić swego procesu starzenia. Rozwiązaniem byłoby zwiększenie środków na badania kosmiczne, ale USA nie są już tak skore do wydawania publicznych środków na podbój Kosmosu jak podczas zimnej wojny, a prywatny biznes oczekuje zwrotu z kosmicznych inwestycji w perspektywie krótko – i średnioterminowej – takie dają szansę jedynie loty okołoziemskie bądź górnictwo kosmiczne. A to oznacza robienie kroczków, podczas gdy potrzeba kroków milowych.

Ułamek prędkości światła
Astrofizycy przekonują, że aby dotrzeć na planetę ziemiopodobną w czasie jednego pokolenia potrzeba napędu pozwalającego uzyskać prędkość na poziomie mniej więcej 17 proc. prędkości światła. Wówczas podróż do jedynego naturalnego satelity Ziemi trwałaby osiem sekund, a nie jak obecnie trzy dni

Takie prędkości można uzyskać tylko za sprawą: fuzji jądrowej lub ujarzmiając antymaterię. Na stworzenie obydwu technologii potrzeba jeszcze sporo czasu. Ale przy odpowiednich inwestycjach można byłoby zbudować rakietę wyposażoną w unowocześniony silnik plazmowy Halla. Taki prom umożliwiłby pierwszą wielopokoleniową ekspedycję kosmiczną w kierunku egzoplanety, ponieważ do jej odbycia wystarczyłyby zbiorniki mogące pomieścić jedynie kilkaset kilogramów paliwa. Dotychczasowe konstrukcje takich silników były stosunkowo wolne i bazowały na drogim w pozyskaniu ksenonie. Dlatego też od lat 70. używane są przede wszystkim do przeprowadzania precyzyjnych manewrów i korekt orbit satelitów. Ale to właśnie ta technologia daje obecnie największe powody do optymizmu.

Pieniądze muszą się znaleźć
Aby jednak myśleć o podboju Kosmosu, a tym samym o ratowaniu Ziemi potrzebne są znaczne środki finansowe, którymi dysponują obecnie jedynie międzynarodowe korporacje, którym z kolei nie spieszy się do płacenia wyższych podatków, podobnie jak ich szefostwu, które niechętnie ponosi koszty transformacji energetycznej, obciążając nimi uboższą część społeczeństwa. Na koniec rysuje się zatem smutna konstatacja, że być może niebawem trzeba będzie zaakceptować depopulację jako sposób przetrwania bogatych i najbardziej wpływowych kosztem słabszych? Alternatywą dla tej postawy jest wywarcie nacisków na rządy i organizacje międzynarodowe by korporacje dorzuciły się do prawdziwie skutecznych sposobów ratowania Ziemi. Nie w formie nowych, dochodowych biznesów ubranych w modne ekohasła, a w ramach realnych działań, do których należy właśnie kolonizacja Kosmosu.

Polskie zasługi
Warto jednak zachować optymizm, bowiem wspomniany, unowocześniony silnik plazmowy, który mógłby pozwolić eksplorować świat poza Układem Słonecznym, od stycznia 2021 roku nie jest już w obszarze science-fiction. To wszystko dzięki konstrukcji Fatimy Ebrahimi z Princeton Plasma Physics Laboratory Departamentu Energii USA. Naukowiec opracowała innowacyjny typ tego napędu, który będzie w stanie osiągać nawet dziesięciokrotnie wyższe prędkości od silników używanych obecnie. Problemem nie będzie też drogi w pozyskaniu ksenon, a to dzięki Polakom. Zespół naukowców i inżynierów z Instytutu Fizyki Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy w Warszawie zbudował niedawno własny silnik typu Halla zoptymalizowany do pracy z kryptonem – ten szlachetny gaz jest nawet dziesięć razy tańszy od ksenonu. Nową, dużo bardziej wydajną konstrukcję silnika plazmowego mają już podobno Chińczycy. To dobrze, bo to zdrowy wyścig, który może okazać się ratunkiem dla nas wszystkich.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Rasizm odwrócony, czyli „biała małpa” istnieje


Analitycy niechętnie spekulują o podłożu zabójstw dokonywanych na farmerach w Republice Południowej Afryki. A winę za rosnące napięcia w imigranckich dzielnicach państw Europy Zachodniej, zrzucają najczęściej na: biedę, narkotyki i fanatyzm religijny.

Jerzy Mosoń: Nadszedł czas, by zadać pytanie: czy aby na pewno badacze wskazują wszystkie przyczyny rosnącej polaryzacji w świecie? Czy dostrzegają pewien przemilczany problem, który powoli staje się jednak codziennością coraz większej grupy osób, w każdym zakątku globu?

Biali przedstawiciele gatunku ludzkiego, bez wątpienia zasłużyli sobie na to, aby to właśnie im przypisywać powstanie i rozwój rasizmu. Towarzyszył on ludzkości od zarania dziejów, stojąc często u podstawy niewolnictwa, jak również innych form prześladowań wobec osób o ciemniejszym odcieniu skóry. To zatem zrozumiałe, że gdy pojawia się określenie „rasista”, większość ludzi wyobraża sobie białego człowieka krzywdzącego przedstawiciela czarnej lub żółtej kategorii etnicznej.

Jeśli rasista to biały…
Tak, bez wątpienia utożsamianie rasisty z człowiekiem białym, to także stereotyp, a być może nawet uprzedzenie. O tyle niebezpieczne, że przy panującej wciąż „pedagogice wstydu” z powodu grzechów przodków, może utrudniać dostrzeżenie tego, co dzieje się obecnie z samym zjawiskiem rasizmu. Czy rzeczywiście rasizm zanika, a jeśli tak to gdzie, w jakich grupach społecznych? A może tylko zmienia on wektory albo wcale nie odchodzi do historii? Co ewolucja rasizmu oznacza dla kolejnych pokoleń?

Farmerzy bez ziemi
Wracając do wskazanej na początku sytuacji farmerów w RPA, warto podkreślić, że prześladowania, jakim są tam poddawani biali, niegdyś rządzący tym krajem obywatele mają charakter zarówno oddolny, jak i instytucjonalny. Ataki odbywają się przy akceptacji społeczeństwa oraz zastanawiającej ciszy ze strony światowej opinii publicznej. Co więcej, władze RPA wprowadziły prawo dotyczące konfiskaty majątków białych farmerów, pośrednio potwierdzając tym samym, że szykany względem potomków kolonizatorów mają błogosławieństwo czarnej, rządzącej większości.

To tylko rabunek
Kłopot w tym, że nie można jeszcze uznać tych prześladowań za ludobójstwo, a jednym z argumentów utrudniających taką kwalifikację jest okoliczność, że podczas ataków na białych giną też czarni, najczęściej pracownicy plantacji należących do białych farmerów. To z kolei znakomite „paliwo” dla „ekspertów” kontestujących rasistowskie pobudki agresorów. Z łatwością wskazują oni na motyw rabunkowy ataków i odsuwają tym samym uwagę opinii publicznej od faktów, które naprawdę leżą u podstaw rasizmu w Afryce. A dzieje się źle!

Wyjeżdżają ponieważ chcą czy muszą
Tylko w latach 2001-2018 doszło do 1 647 morderstw, na farmach zdominowanych przez białych mieszkańców RPA. Od kilkunastu lat zmniejsza się też populacja białej ludności tego państwa, w następstwie emigracji. Niedawno społeczność ta liczyła znacznie powyżej 4.5 mln z 52 mln mieszkańców. Obecnie, choć ogólna liczba ludności w tym kraju rośnie i zbliża się do 58 mln, w okresie tylko jednego dziesięciolecia można było doliczyć się ponad miliona białych uchodźców, którzy opuścili ten kraj..

Jest dokąd uciec?
Zachód wita obywateli RPA z otwartymi rękoma. W okresie kilku pokoleń, biali farmerzy oraz przedsiębiorcy zdołali zgromadzić, bowiem znaczne środki finansowe. Co jednak czeka ich po przyjeździe do dawnych ojczyzn? Europa Zachodnia od dawna nie jest już wolna od niepokojów. W następstwie wojny, jaką po 2001 roku, tj. ataku na World Trade Center, wydał terrorystom prezydent USA, George Bush junior, napięcia między muzułmanami a pozostałą ludnością Zachodu, utrzymują się na bardzo wysokim poziomie. Nieco bezpieczniej jest, paradoksalnie, w samych Stanach Zjednoczonych, ale wynika to zarówno z innego, dużo bardziej zdecydowanego podejścia tamtejszych służb, jak i samej struktury tego kraju, zbudowanego od podstaw na imigrantach. Warto zatem najpierw przyjrzeć się Europie.

Strefy szariatu” czy rasowe getta?
W ostatnich latach furorę robiło publicystyczne określenie dzielnic zdominowanych przez ludność napływową, mianem „stref szariatu”. Nazwa wzięła się z przeświadczenia obserwatorów o tym, że w tych dystryktach nie obowiązuje faktycznie prawo danego państwa, a zasady stanowione przez islamską część imigrantów. W takich dzielnicach niechętnie ma interweniować policja, zaś wycieczka do „stref szariatu” niemuzułmanina, oznacza spore ryzyko. Zaraz, zaraz, ale skąd „ci źli fundamentalistyczni muzułmanie” mają wiedzieć czy ktoś wierzy w Allaha czy nie? Nie każdy muzułmanin nosi przecież brodę, tak jak nie każdy brodacz wykonuje pokłony wobec Mahometa. Czynnikiem wyróżniającym jest na pewno kolor skóry, a i ten może wprowadzać w błąd, bo na przykład Persowie to biali, a mimo tego faktu, większość z nich to muzułmanie. Przeprowadzony oraz opisany poniżej eksperyment potwierdza, że kolor skóry może być jednak kluczowym czynnikiem, co oczywiście nie wyklucza dyskryminacji z innych powodów.

Idzie biały
Gdy kilkanaście lat temu postanowiłem zwiedzić imigranckie dzielnice Europy Zachodniej i opisać swe wnioski w jednym z ogólnopolskich dzienników, większość przychylnych mi osób odradzała mi ten eksperyment, twierdząc, że jestem na to… zbyt biały. Odrzuciłem te ostrzeżenia, traktując je jako niesłuszne oskarżenia wobec imigrantów, którzy przecież mogliby być co najwyżej ofiarami rasistów, a nie rasistami. Problem miał tkwić w fundamentalizmie religijnym, a to oznaczało, że jeśli nie będę głosił ewangelii Chrystusa, to pośród muzułmanów powinienem czuć się bezpieczny.

Już jednak pierwsza wycieczka na obrzeża Kopenhagi potwierdziła, jak bardzo się myliłem, bowiem z wrogością spotkałem się niedługo po przekroczeniu strefy.

Uwierzyłem wówczas, że nawet, jeśli jednym z przejawów dyskryminacji imigrantów, w odniesieniu do rdzennych mieszkańców Europy, jest religia, to zdecydowanie kolor skóry ma pierwszorzędne znaczenie, gdyż stanowi rodzaj negatywnej identyfikacji.

Małpy są różne
Co do rasistowskiego charakteru niechęci okazywanej obcym, upewniłem się jednak dopiero we własnej Ojczyźnie. Pewnego dnia robiąc zakupy warzywne na jednym ze stołecznych, już nieistniejących bazarków, mijałem azjatycki stragan z ubraniami. Sprzedawca zaczepił mnie, chcąc zachęcić do zakupu kurtki zimowej. Z grzeczności przystanąłem, obejrzałem i odmawiając – podziękowałem. W odpowiedzi usłyszałem: „Ty biała małpo!” Nie wiem czy bardziej mnie to zdziwiło czy zezłościło, ale zapewniam, że straganiarz przeżył swe zuchwalstwo, mimo, że jeszcze dwukrotnie powtórzył wyzwisko.

Wyższa cywilizacja Wschodu
Postanowiłem na spokojnie dalej drążyć temat, rozmawiając z ludźmi, którzy o Wschodzie, szczególnie tym Dalekim, wiedzą znacznie więcej ode mnie. Okazało się, że określenie białego „białą małpą”, to wypowiedź raczej typowa dla Azjatów, którzy czują się cywilizacyjnie bardziej rozwinięci od rdzennych Europejczyków. Nie ma z czym dyskutować, na naszych oczach Chiny stają się największą gospodarką świata, czołowe firmy technologiczne pochodzą z Azji, a Europa produkuje coraz mniej urządzeń innowacyjnych. Jeśli zaś chodzi o kulturę, to sztuka nowoczesna, w wydaniu białych, opiera się na skandalizowaniu, co w Azji byłoby nie do zaakceptowania, gdyż tam szacunek to jedna z podstawowych wartości, którą biali depczą w imię źle pojmowanej wolności. Zostawmy zatem tę rywalizację rasową, pomiędzy żółtymi a białymi.

A co z czarnymi?
W toku badań i rozmów ze znajomymi podróżnikami, a jednocześnie badaczami, dowiedziałem się także, że określenie „biała małpa”, stanowi sformułowanie nieobce również wielu czarnym, którzy używają je, niby to w odwecie, za obraźliwe przezywanie ich przez lata: małpami… Cóż, obecnie statut osób czarnoskórych jest wyższy niż kilka dekad temu. Dwie kadencje, ich nieformalny przedstawiciel Barack Obama, rządził w sposób najbardziej formalny, najpotężniejszym krajem świata. Ludzi o czarnej karnacji, od lat są traktowani w sposób uprzywilejowany, w show-biznesie, w sporcie i kulturze, w myśl poprawności politycznej, która każe zadośćuczynić im za winy białych przodków-rasistów i panów, którzy zrobili z nich niewolników. Jak widać, sporo tych animozji, a także rywalizacji między rasami w świecie, gdzie rasizmu miało już nie być. Ale sporo też niekonsekwencji.

 

Black/white lives matter?
Rzeczywiście każde życie powinno być ważne, dlatego ruch „Black lives matter”, trafił PR-owo w dziesiątkę, ze swym sprzeciwem wobec przemocy, jakiej bez wątpienia od czasu do czasu, dopuszczają się funkcjonariusze różnych służb, wobec czarnoskórych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Ale czy na pewno przemoc wynikająca z rasizmu, ukierunkowana jest tylko w osoby o czarnym kolorze skóry? Kłopot w tym, że nagłaśniane są przede wszystkim ataki, w których ofiarami są oni.

Postrzelenie w rewanżu za śmierć czarnoskórego nastolatka, dwóch policjantów w Ferguson i inicjatywa „Blue lives matter”, nie odbiły się już tak szerokim echem, a już na pewno nie spotkały się z podobnym zainteresowaniem mediów, jak zabicie w 2020 roku, przez policjanta, czarnoskórego przestępcy, George’a Floyda. Również próba zainicjowania ruchu „All lives matter”, nie spotkała się z pozytywnym odzewem, choć w przeciwieństwie do BLM, ruch bardziej łączył niż dzielił. Być może zabrakło liderów opinii publicznej, a może środków finansowych, jakimi dysponuje z kolei ruch „Black lives matter”, wspierany przez organizację Open Society Foundation, założoną z inicjatywy spekulanta finansowego, George’a Sorosa, jak również Ford Foundation, Borealis Philanthrop oraz wiele innych podmiotów.

Rasizm w służbie polityki
Na pewno jednak ci, którzy mówią o możliwości instrumentalnego traktowania kwestii rasizmu, np. w celach politycznych, mogą mieć trochę racji. Największe protesty zainicjowane przez „Black lives matter” w 2020 roku, tj. w roku wyborów prezydenckich w USA, przerodziły się w zamieszki, przy okazji których chuligani demolowali i okradali sklepy, pokazując, że władza niewiele może. Ostatecznie napięcia te mocno ograniczyły szanse na reelekcję prezydenta USA, Donalda Trumpa, i jako drugi czynnik po pandemii, można uznać je za przyczynę przegranej republikańskiego lidera, utożsamianego często z przedstawicielem białej części Amerykanów. Tak, prezydent-elekt, Joe Biden, zdążył już namaścić swą zastępczynię i… następczynię, czarnoskórą Kamalę Harris.

Tego nie wolno…
Jesienią 2020 roku, światowe media obiegła wieść, że czarnoskóra modelka i aktorka, Jodie Turner-Smith, zagra królową Annę Boleyn, w serialu brytyjskiego Channel 5. Zapewne w agencjach aktorskich nie brakuje pań, które samym swym wyglądem wierniej oddałyby tę postać. To mniej więcej tak, jakby królową „Marysieńkę” miała zagrać Whoopi Goldberg. Ale kto w świecie poprawności politycznej odważyłby się sprzeciwić takiemu zakłamywaniu historii i zakwestionować powierzenie czarnej aktorce roli, w której miałaby odtwarzać postać białą jak ściana? Nikt nie chce przecież być nazwany rasistą. Ale w drugą stronę – proszę bardzo.

A to już tak
W 2018 rok, Netflix wyemitował adaptację powieści Richarda K. Morgana pt. „Modyfikowany węgiel”. Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, w 2384 roku, z udziałem Azjaty Takeshiego, który ginie, a następnie ma się odrodzić w innym ciele. Kłopot w tym, że Takeshi odradza się w ciele szwedzkiego, białego aktora Joela Kinnamana, co nie spodobało się opinii publicznej. Magazyn „Time” pokusił się o komentarz: „Modyfikowany węgiel rozgrywa się w przyszłości. Ale daleko mu do orientacji na przyszłość”. Z tekstu artykułu można było się dowiedzieć, że atmosfera serialu jest „nieodwołalnie wsteczna”, a to za sprawą w jaki sposób twórcy pokazali „rasy, płci oraz klasy”. A gdyby tak Takeshi zmienił rasę w drugą stronę? Pewnie byłoby już cudnie… Podobnych przykładów jest zresztą znacznie więcej: Sierra Boggess została tak zaszczuta przez latynoską opinię publiczną, że wycofała się z roli w koncertowej wersji „West Side Story”, robiąc miejsce aktorce o bardziej portorykańskim wyglądzie.

Najciekawsze te i podobne historie zebrał Douglas Murray, który w odważnej książce: „Szaleństwo tłumów” opisuje m.in. współczesny rasizm. I jak twierdzi z przekonaniem: „(…) cechy rasowe aktora czy innego wykonawcy są najważniejszymi czynnikami przy obsadzaniu danej roli. Ważniejszymi nawet od scenicznych umiejętności.”

Prawda, że to smutne?

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Życie bez własności?


Powoli, po cichu, coraz większą rolę odgrywają narzędzia finansowo-społeczne, których skutkiem ubocznym może być kryzys o nieznanym dotąd charakterze. Niektóre z nich, to nowe, niepozorne twory, które zagrażają podstawowej wartości, jaką jest własność.

Jerzy Mosoń: Problem zaczął się od strachu wywołanym przez kredyty, szczególnie te przyznawane bezpodstawnie lub z nikczemnym zamiarem pozbawienia majątku niewypłacalnego dłużnika. Ten strach zrodził nowe formy leasingu, abonamenty i modę na posiadanie bez własności.

Dożywotnie niewolnictwo
Jeśli ktoś musi sfinansować zakup nieruchomości kredytem udzielonym na tak długi okres, że czas jego spłaty może okazać się dłuższy niż pozostałe mu życie, to znaczy, że podpisując umowę z bankiem, godzi się niejako na dożywotnie niewolnictwo. Ta dość banalna i znana konstatacja, jeszcze sprzed wielkiego kryzysu finansowego z 2008 roku, nabiera obecnie nieco innego charakteru. Od lat kredytujemy zakup coraz większej liczby rzeczy codziennego użytku. Stajemy się posiadaczami droższych, trudniejszych do spłaty przedmiotów, jednocześnie mniej trwałych niż wcześniej, jak również zdecydowanie bardziej potrzebnych, a czasem nawet niezbędnych do funkcjonowania. Tymczasem aż do przelania ostatniej raty kredytu, właścicielem przedmiotu jest bank, więc jakiekolwiek zawirowanie zawodowe może pozbawić dłużnika nadziei na to, że kiedykolwiek stanie się właścicielem wymarzonej rzeczy.

Lepiej zatem pracy nie tracić. Ale to banał.

Produkty nie posłużą dłużej
Kwestii trwałości urządzeń nie poprawią raczej nowe zasady, którymi Komisja Europejska zobowiązuje producentów, by ci od kwietnia 2021 roku naprawiali oferowane urządzenia. Nowe regulacje miały wyjść naprzeciw oczekiwaniom konsumentów, którzy narzekali na trwałość urządzeń oraz fakt, że wiele z nich było nienaprawialnych. Niestety, choć nowe przepisy wymuszają na producentach oferowanie takich produktów, które dają się naprawić, to jednocześnie konstytuują proceder tworzenia produktów z ostateczną datą użyteczności – wystarczy by konsument otrzymał w tym zakresie informację.

Odciążenie pracodawcy, obciążenie pracownika
Zamiast stabilności zatrudnienia, której jeszcze niedawno oczekiwano od pracodawców, w ostatnich latach rośnie raczej presja na pracownikach, by ci byli nieustannie gotowi do przekwalifikowania się. Dostrzegając plus takiej sytuacji, bo bez wątpienia jest nim konieczność rozwoju, nie można przejść obojętnie obok faktu, że człowiek, od którego wymaga się stałej gotowości, żyje w ciągłym strachu. A to z kolei nie sprzyja ani budowaniu relacji, ani tym bardziej tworzeniu, nawet podstawowych komórek społecznych. Czasami, zatem lepiej niż kupić coś na kredyt, licząc na to, że kiedyś stanie się to naszą własnością, wygodniej jest od razu porzucić tę nadzieję i zgodzić się jedynie na jej czasowe posiadanie. I tu w sukurs przychodzą właśnie nowe narzędzia finansowe.

Lepiej nie mieć?
Wśród nich są liczne abonamenty, jest też odświeżony leasing dedykowany już nie tylko firmom, ale też wypłacalnemu konsumentowi. Jeśli dokonamy symulacji kosztów zakupu auta wartego 125 tys. zł i pozyskania możliwości użytkowania go w ramach leasingu konsumenckiego, to wziąwszy pod uwagę wszystkie czynniki, w tym koszty ubezpieczenia oraz prognozowaną utratę wartości samochodu, gdzie już po pierwszym roku wynosi ona nawet 20 proc., okaże się wtedy, iż leasing jest nie tylko bezpieczniejszy, lecz też tańszy od zakupu gotówkowego. Przy czym, trzeba mieć na uwadze, że leasing konsumencki nie oferuje odliczeń podatkowych, które zapewnia jego tradycyjna forma: dla firm. To jak bardzo leasing, jako taki, jest atrakcyjny dla polskiego użytkownika mówią dane statystyczne. Na początku 2020 roku Związek Polskiego Leasingu poinformował, że w roku 2019 firmy leasingowe udzieliły łącznego finansowania na poziomie 77,8 mld zł. W większości były to środki wydane na inwestycje firmowe. Przedsiębiorstwa stanowią, bowiem aż 99,4 proc. wszystkich klientów polskiej branży leasingowej.

Uzmysławia to skalę problemu. Generalnie właścicielami samochodów w Polsce są firmy, co najwyżej banki, udzielające leasingu lub kredytu, z rzadka jest to tylko Kowalski. Wraz z popularyzacją stosunkowo nowego narzędzia finansowego, jakim jest leasing konsumencki, można się spodziewać dalszego spadku udziału rynkowego aut będących własnością prywatną.

Thing sharing
Leasing konsumencki nie jest jednak największym zagrożeniem dla istnienia wartości, jaką jest własność. Zwężanie ulic w miastach z pobudek ekologicznych, sprzyja powstawaniu „korków”, które z kolei zniechęcają do wyjeżdżania do centrum aglomeracji własnym autem. Jeśli ktoś „dusi się” w komunikacji zbiorowej, może skorzystać z wynajmu krótkoterminowego, ale też z car sharingu. Ten drugi trend zdaje się być obecnie dominującym w świecie motoryzacji. Zgodnie z ideą car sharingu, nie trzeba mieć samochodu na własność. Wystarczy mieć na karcie odpowiednie środki, by przejechać się samochodem. Gdy zasoby na karcie się skończą albo upłynie czas wypożyczenia, centrala mająca pełną kontrolę nad autem może wyłączyć silnik, tudzież w skrajnych przypadkach powiadomić policję.

Czym jeszcze zaczniemy się dzielić, jeśli nie będzie nas stać na posiadanie tego na własność? Czy możliwe jest tworzenie rodziny w społeczeństwie, w którym własność będzie luksusem, jak w czasach społeczeństwa feudalnego czy też okresie niewolnictwa? Być może te obawy są na wyrost. Przecież w epoce przed-komórkowej takim sharowanym urządzeniem była budka telefoniczna. Trudno jednak dziś orzec, czy tak daleko odchodząc od własności robimy krok do przodu, czy też cofamy się w rozwoju.

 

Autor jest szefem Zespołu ds. Geopolityki i Polityki Zagranicznej Fundacji FIBRE. W przeszłości pełnił funkcję redaktora naczelnego magazynu „Gentleman”, a także z-ca redaktora naczelnego czasopisma Polish Market. Kierował Działem Prawnym tygodnika „Gazeta Finansowa”. Na swoim koncie ma wiele publikacji w „Rzeczpospolitej” (w której pracował), w Kwartalniku Geopolitycznym „Ambassador”, w miesięczniku „Home&Market” oraz w czasopismach prawniczych, m.in. w prestiżowym branżowym miesięczniku „Radca prawny”.Jest także reżyserem i producentem filmów.

Kryzys polityki i życia społecznego

Zjawisko, które teraz pokrótce opiszę dobrze ilustruje współczesne czas, a także mechanizmy działające w dzisiejszym świecie, życia kulturowego i społeczno-politycznego. Wspomina o tym również Maria Jose Guerra Palmero.

Roman Mańka – Wg statystyk na przełomie lat 60. i 70. XX wieku 88,8 proc. Amerykanów posiadało odbiorniki telewizyjne. Był to czas wyborów prezydenckich, a w ramach politycznej rywalizacji, także pierwszej telewizyjnej debaty kandydatów, w której Richard Nixon starł się z Johnem Kennedym. Czytaj dalej Kryzys polityki i życia społecznego

Obywatele objawiają się w działaniu, konsumenci w reagowaniu

Co jest największą porażką Polski po 1989 roku? Którego z fundamentalnych, zasadniczych celów nie udało się osiągnąć? Jaki popełniono błąd? Odpowiedź jest dość paradoksalna: nie zdołano uzyskać czynnika, który najczęściej deklarowano, podkreślano, mówiąc o nim jako o czymś oczywistym, jako o swego rodzaju truizmie. W ferworze reformatorskiego entuzjazmu okresu transformacji wielokrotnie przywoływano ideał społeczeństwa obywatelskiego, tymczasem nad Wisłą zbudowano coś dokładnie przeciwnego: społeczeństwo konsumpcyjne.

Roman Mańka: Obywatelskość można definiować na różne sposoby. Z najczęściej stosowanych odnajdujemy takie kryteria jak: aktywność, uczestnictwo, zaangażowanie. Pojęcie to jest ściśle powiązane z demokracją: bez obywatelskości demokracja nie ma jakości, albowiem o wartości demokracji nie decydują w pierwszej kolejności jej ramy, a treść. Zetem obywatelskość to kluczowy i fundamentalny parametr systemów demokratycznych, cytując naszego rodaka, papieża Jana Pawła II, można powiedzieć: „nie ma demokracji bez partycypacji”. Czytaj dalej Obywatele objawiają się w działaniu, konsumenci w reagowaniu

Kraj seniorów

undefinedFot: pixabay.com

Z danymi się nie dyskutuje. Zgodnie z prognozą Głównego Urzędu Statystycznego w 2050 roku osoby w wieku 65+ będą stanowiły 31,5 procent polskiej populacji. O tym, że starzenie się społeczeństwa jest nieuchronnym procesem, z którym zmaga się każda wysoko rozwinięta gospodarka – wie prawie każdy.

Patrycja Dziadosz: Blisko 27 lat temu, tylko 14 proc. polskiego społeczeństwa stanowiły osoby w wieku powyżej 65 lat, tymczasem według szacunków Głównego Urzędu Statystycznego w 2030 roku ten odsetek będzie prawie dwa razy większy! Taka tendencja oznacza drastyczny wzrost zapotrzebowania na usługi dedykowane dla seniorów. Niestety, mimo iż z roku na rok w Polsce przybywa osób starszych, to wciąż nie możemy się pochwalić dobrze prosperującą polityką senioralną.

Z czego to wynika?
Przyczyn starzenia się społeczeństwa jest kilka, wśród nich są zarówno te pozytywne jak i negatywne. Wzrastająca tendencja starzenia się ludności jest bowiem wynikiem korzystnego zjawiska, jakim jest wydłużenie się trwania życia. Według statystyk w 2015 roku przeciętny czas trwania życia mężczyzny wynosił 73,6 lat, natomiast kobiety 81,6. Z kolei niekorzystnym czynnikiem zmian demograficznych jest niski poziom dzietności. Rządzący zapowiadają, że złotym środkiem na ten problem ma być wprowadzony pakiet: Rodzina 500 Plus oraz Mieszkanie Plus, którego dotychczasową realizację ostro skrytykował premier Jarosław Kaczyński w swoim przemówieniu na konwencji Zjednoczonej Prawicy. Czy wskutek tych programów Polska odnotuje historyczny baby boom, a struktura społeczeństwa ulegnie zmianie

Mieszkanie Plus
Jak wskazuje Jerzy Polaczek, minister transportu i budownictwa w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, jednym z głównych celów programu Mieszkanie Plus jest ponowne wprowadzenie budownictwa mieszkaniowego do społecznej wyobraźni, nie w formie tylko oferty developerskiej, której jednym z podstawowych elementów jest zaciągnięcie kilkusettysięcznego kredytu hipotecznego, ale poprzez integrację polityk władz centralnych i lokalnych w zakresie realizacji projektów rozbudowy komunalnej infrastruktury mieszkaniowej. Na kanwie gwałtownego spadku w ostatnich latach nakładów na budownictwo mieszkaniowe, m.in. poprzez faktyczną likwidację funduszu mieszkaniowego i nieobecność problematyki budownictwa mieszkaniowego w polityce państwa, mamy w chwili obecne m.in. kilkaset tysięcy rodzin z problemami finansowymi wynikającymi z zawarcia umów kredytowych we frankach szwajcarskich, co nie sprzyjało zakładaniu rodzin, nie mówiąc już o powiększaniu rodziny.
Problem budownictwa społecznego przez poprzedni rząd nie był dostrzegany. Co prawda istniał program Mieszkanie Dla Młodych, jednak ograniczał on od strony podmiotowej krąg osób, które mogłyby z niego skorzystać i w ten sposób nie odpowiadał na potrzeby społeczeństwa. Pomijając już fakt, iż był to program o nieporównywalnie mniejszym udziale państwa, niźli w przypadku Mieszkania Plus. Czytając założenia tego programu jestem przekonana, że zwiększy on stabilność życia ludzi, w szczególności młodych, i przekona ich do zakładania rodzin, przez co zwiększy się liczba urodzeń.

Polska w ogonie Europy
W rankingu Aktywnego Starzenia się (Active Ageing Index), Polska zajmuje przedostanie miejsce wśród 28 badanych państw Unii Europejskiej. Gorzej od nas wypada tylko Grecja, niestety do czołówki rankingu, w którym znajduje się Szwecja, Dania czy Holandia – jeszcze nam daleko. Wskaźnik AAI bierze pod uwagę potencjał osób starszych w zatrudnieniu, uczestnictwo w życiu społecznym, samodzielną egzystencję oraz warunki sprzyjające możliwości aktywnego starzenia się.
Z rankingu wynika, iż większość polskich seniorów po osiągnięciu wieku emerytalnego izoluje się od życia społecznego. To znak dla naszego kraju, że jak najszybciej należy zacząć aktywizować i edukować osoby starsze, bo z roku na rok będzie ich coraz więcej.

System emerytalny na wyczerpaniu
Dziś w Polsce na utrzymanie jednego emeryta pracują 3 osoby. Jako, że jesteśmy społeczeństwem starzejącym się liczba osób pracujących na jednego emeryta będzie systematycznie spadać. Zgodnie z prognozami Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w 2060 roku, ten stosunek będzie wynosił 1:1, a nie tak jak w chwili obecnej 3:1. System emerytalny już teraz nie działa tak jak powinien, a za kilkanaście lat możemy się spodziewać, że stanie się całkowicie niewydolny.

Emerytalne tsunami
Sytuacji demograficznej nie poprawia także obniżenie wieku emerytalnego. Zakład Ubezpieczeń Społecznych szacuje, że w związku z reformą do końca 2017 roku liczba osób aktywnych zawodowo może zmniejszyć się nawet o 80 tys. osób. Z punktu widzenia obywateli obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn jest jak najbardziej dobrą wiadomością, będziemy przecież krócej pracować. Tego entuzjazmu nie podzielają jednak ekonomiści, dla wielu z nich obniżenie wieku emerytalnego jest równoznaczne ze skazaniem Polaków na głodowe świadczenia. Jak na razie pewni możemy być zatem tylko tych pieniędzy, które sami zaoszczędzimy na stare lata.

Aktywizacja
Jakość życia osób starszych pozostawia wiele do życzenia. Państwo ten sektor odpuściło wiele lat temu i skutecznie do niego nie powróciło. W ten sposób seniorzy są pozbawieni sami sobie. Oczywiście każdy kolejny rząd w trakcie kampanii wyborczych zapowiada poprawę jakości życia tych osób, jednak często za tymi obietnicami nie idą żadne wymierne działania.
Przemiany ekonomiczno-społeczne oraz postęp technologiczny sprawiły, że ta grupa osób najmniej zyskała na tych przeobrażeniach, wielu seniorów musiało rezygnować z kontynuacji edukacji, przez co posiadają niezaspokojone potrzeby samokształcenia, poszerzania wiedzy oraz czują się niepełnowartościowym członkiem społeczności. Ciekawym pomysłem odpowiadającym na ich potrzeby jest Uniwersytet Trzeciego Wieku, którego początki sięgają 1972 roku. Na mapie Uniwersytetów Trzeciego Wieku znajduje się Polska, jednak – jak wskazują rozmowy z samymi zainteresowanymi – jakość oferty „uniwersyteckiej” skierowanej do seniorów pozostawia wiele do życzenia: zamiast skupiać się na zwiększeniu wiedzy potrzebnej osobom w wieku post produkcyjnym, skupiają się na zapewnieniu im atrakcji towarzyskich, co nie odpowiada ich potrzebom.
Nie ma wątpliwości, że osobom starszym należy się pomoc – nie tylko materialna. Oczywiście poprawa ich sytuacji finansowej jest ważna – i w tym kontekście pozytywnie należy ocenić główne założenia programu Leki 75+ – ale powinniśmy również stworzyć kompleksowy system ich dalszej aktywizacji. W ten sposób mamy szansę sprawić, że przestaną się czuć niepotrzebni i będą chcieli w większym stopniu angażować się w życie społeczności lokalnych. Wszyscy na tym skorzystamy.

 

Autorka jest absolwentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz dziennikarką amerykańskiej grupy Wydawniczej IDG Poland S.A. Specjalizuje się w analizach rynku medialnego, zagadnienia wpływu mediów na politykę, w swoich publikacjach porusza sprawy społeczno-polityczno-ekonomiczne.

Czytaj dalej Kraj seniorów