System jednomandatowy – prawda i mity


Niewiele osób wie, że w 1989 roku komunistów udało odsunąć się od władzy m.in. dzięki jednomandatowym okręgom wyborczym, które istniały w ramach wolnej puli 35 proc. wolnych miejsc w Sejmie, pochodzących z demokratycznego wyboru. Gdyby wówczas funkcjonował typowy system proporcjonalny, zdobycze „Solidarności” okazałyby się dużo mniejsze.

Roman Mańka: Jestem pewien, że jeżeli dziś zastosowanoby system jednomandatowy w wyborach do Sejmu, PiS poniósłby klęskę w starciu z opozycją, Co najmniej z dwóch powodów: zjednoczenia opozycji (bo system jednomandatowy sprzyja tworzeniu bloków wyborczych); a takżę dużo lepszej jakości kandydatów, którymi dysponuje opozycja; po przesunięciu wyborów na bardziej lokalny poziom, zwiększy się rozpoznawalność kandydatów, co spowoduje zmniejszenie nacisku na partyjny szyld, zaś zwiększenie presji na jakość kandydata (przymioty osobiste). Potwierdzają to rezultaty
w ostatnich wyborach do Senatu (2019), w któych – nawet dość karykaturalna wersja modelu jednomandatowego – zapewniła opozycji zwycięstwo.

W polskiej debacie publicznej, wobec systemu jednomandatowego, co jakiś czas wysuwane są oskarżenia. Nie odbyła się na ten temat rzetelna debata. Narosło mnóstwo mitów, wynikających z powierzchownych obserwacji, uproszczeń, oraz skrótów myślowych. Tymczasem systemy jednomandatowe bardzo dobrze wpływają na system polityczny państwa, na mechanizmy selekcji elit, a także jakość estlabishmentu i sprawowania władzy; są stosowane w wyborach do organów reprezentacji (homologicznych do Sejmu) w największych, jajbardziej rozwiniętych politycznie i gospodarczo potęgach świata (Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, jak również Niemczech i Włoszech, gdzie istnieje system mieszany).

Jaka jest prawda o jednomandatowych systemach wyborczych? Najczęściej podnoszone zarzuty przez przeciwników JOW-ów są następujące.

System jednomandatowy petryfikuje układ polityczny, niektórzy definiują go nawet za pomocą metafory „żelazobetonu”. Ma to miejsce w wymiarze ogólnym, na zewnątrz systemu polityznego (partii/formacji politycznych). Ale czy stabilizacja polityczna jest czymś złym…?! Czy ustabilizowanie systemu sprzyja czy przeszkadza w dobrym rządzeniu. Obecny system polityczny funkcjonujący w Polsce – proporcjonalny – również petryfikuje przestrzeń polityczną: od ponad 15 lat borykamy się z układem dialektycznym PO-PiS-u.

Kiedyś, znany publicysta, Łukasz Warzech, użył terminu „zabetonowania sceny politycznej”. Jednak zabetonowanie na powierzchni systemu, na zewnątrz, w stosunku do partii politycznych, nie jest niczym złym. Dużo gorszym zjawiskiem jest petryfikacja układów wewnątrz partii politycznych. System proporcjonalny utrwala, konserwuje wewnętrzne relacje w partiach; system jednomandatowy, jeśli jest właściwie skonfigurowany, modyfikuje wewnętrzne życie partyjne. Kiedy obserwuję polskie życie polityczne, a obserwuję często i wnikliwie, zwłaszcza na poziomie lokalnym, od 30 lat, na dole Polski, to zauważam, że w okręgach wyborczych dominują ci sami ludzie, ewentualnie te same rodziny.

Zmienić to może system jednomandatowy, a nie proporcjonalny.

Kolejny zarzut: system jednomandatowy prowadzi do duopolu, do układy dwupartyjnego. Argument ten jest słuszny jedynie w wymiarze powierzchownym. To typowy brak rozróżnienia pomiędzy pozorami, a istotą rzeczy. Obecnie mamy w Polsce system proporcjonalny i co? Od 15 lat dominuje duopol – PO-PiS – z małą domieszką pozostałych partii. Prawda na temat systemów jednomandatowych jest zupełnie inna. Rzeczywistość wygląda inaczej: odwrotnie. Systemy jednomandatowe porządkują scenę polityczną, ale sprzyjają pluralizmowi, tworzą bardziej heterogeniczne formacje polityczne. Imputowana dwupartyjność jest pozorna, zaś samo zdefiniowanie problemu wydaje się nieprecyzyjne. Mamy bardziej do czynienia z dwublokowością, niż z dwupartyjnością.

Ważne jest porządkowanie sceny politycznej. Lecz wcale nie tworzą się dwie partie, a dwie formacje – pluralistyczne oraz heterogeniczne, budowane w sposób sieciowy bloki polityczne. Amerykańskie partie polityczne nie stanowią substancji w polskim rozumieniu.

Z tym wiąże się jeszcze inna pozytywna cecha jednomandatowych systemów wyborczych. Koalicje wyborcze zawierane są przed wyborami, a nie po wyborach i zazwyczaj mają perspektywę daleko wykraczającą poza jedne wybory.

W wyborach proporcjonalnych, proporcjonalność traktowana jest jako alibi w celu niezrealizowania programu. Dzieje się tak, bo systemy proporcjonalne dają zazwyczaj bardziej rozwarstwione wyniki i do rządzenia potrzebny jest koalicjant. Wówczas koalicjant traktowany jast jako alibi. Właśnie na niego można zrzucić odpowiedzialność za nierealizowanie programu. W systemie proporcjonalnym po wyborach otrzymuje się wymówkę dla wyborców.

Tymczasem nie ma nic gorszego niż osiągnięcie większości bezwzględnej przez jedną partię w ramach systemu proporjonalnego. Wówczas niska przejrzystość powoduje, iż oprócz wypełniania przedwyborczych obietnic implementuje się wiele niedobrych rozwiązań, jak również kreuje patologiczne sytuacje. Niska rozpoznawalność, towarzysząca systemom proporcjonalnym, to zdecydowanie ułatwia.

Największym walorem systemu jednomandatowego jest przejrzystość, efekt tego rodzaju zachodzi, gdy opiera się na relatywnie małych okręgach wyborczych. W systemie proporcjonalnym rzeczywistość przejrzysta jest jedynie dla rządzących i – ujmując problem w szerszym sensie – elit politycznych. Rządzący (politycy) widzą wyborców (za pomocą np. różnego rodzaju badań demoskopijnych. W systemach jednomandatowych wyborcy mogą również obserwować swoich reprezentantów.

Złagodzeniu ulega więc zjawisko, na które zwrócił uwagę Michel Foucault, w „Nadzorować i karać. Historia więzienia”, czyli asymetrii widzenia w relacji rządzących ze społeczeństwem.

Z przejrzystością wiąże się sześć innych ważnych atutów: lojalność, odpowiedzialność, możliwość rozliczania, realna decentralizacja, mobilność wyborców i wzrost socjalizacji (świadomości) politycznej.

Na czym polega lojalność? Systemy proporcjonalne sprzyjają tworzeniu stosunków klientelistycznych, ocierających się o serwilizm wobec centralnego partyjnego lidera (przywódcę), tudzież centralną administrację partyjną (dwór). To właśnie obecny model systemu proporcjonalnego ukształtował w Polsce partie charyzmatyczne (osobiście używam takiego terminu). W relacjach wewnątrzpartyjnych dominuje oportunizm, konformizm i klientelizm. Posłowie lub działacze partyjni chcą sobie za wszelką cenę i wszelkimi możliwymi sposobami zapewnić miejsca na partyjnych listach. Tak więc lojalność jest zorientowana na centralnych partyjnych liderów, ewentualnie na centralną partyjną biurokrację (dwór).

Systemy jednomandatowe zasadniczo zmeniają kierunek lojalności. Upodmiotawiają wyborców. Wyborcy stają się ważni. Zyskują status. Zwiększa się poczucie sprawczości obywateli, jeden z podstawowych i kluczowych parametrów demokracji; w Polsce znajdujący się na wciąż niskim poziomie, w całym okresie transformcji.

Wzrost poczucia sprawczości w społeczeństwie wpływa na podwyższenie frekwencji. Mogę zaryzykować hipotezę, że gdyby w Polsce wprowadzono jednomandatowy system wyborczy, frekwencja wyborcza w wyborach do Sejmu, wzrosłaby od 10 do 15 proc.

Przejrzystość przyczynia się do zwiększenia frekwencji wyborczej (mobilności). W wymiarze empirycznym pośrednio potwierdza to zjawisko polaryzacji. Kolej rzeczy jest taka, że polaryzacja podnosi przejrzystość, zaś wysoka przejrzystość determinuje frekwencję.

Przejrzystość spowodowałaby również, że wyborcy zyskaliby możliwość rozliczania swoich reprezentantów. W systemie proporcjonalnym ewentualność taka jest słaba. System proporcjonalny zamula, zaciemnia obraz rzeczywistości politycznej. Wszystko dzieje się w myśl zasady:
„w mętnej wodzie łatwiej łowić ryby”, a wówczas korzystają na tym zwłaszcza kłusownicy.

System jednomandtowy daje dużo większe szanse na identyfikowania poczynań reprezentantów przez wyborców. Zwiększa czytelność wyborczej sceny, również tej lokalnej. Działania reprezentantów stają się transparentne. Lojalność reprezentantów przesuwa się na continuum
w stronę wyborców, zyskują wyborcy kosztem centralnych partyjnych liderów oraz elit.

Możliwość rozliczania odnosi się nie tylko do zwykłego reprezentanta, lecz również w stosunku do centralnych partyjnych liderów, związanej z nimi partyjnej biurokracji oraz partyjnych grup interesów (sieć klientelistyczna) i ośrodków wpływu. W Polsce, w okresie 2006-2015, przywódca PiS, Jarosław Kaczyński, przegrał siedem kolejnych wyborów, licząc z samorządowymi, mimo to ciągle pozostawał liderem partii. W warunkach systemu jednomandatowego zostałby zdmuchnięty z powierzchni ziemi przy okazji pierwszej porażki.

Wejście centranych partyjnych liderów do Sejmu nie byłoby oczywiste, co sprzyja elastyczności oraz fluktuacjom w wewnętrznym wymiarze formacji politycznych, wymianie kadr oraz lepszej selekcji elit.

Umacnia i sprzyja przede wszystkim demokracji.

Decentralizacja. Pozornie polski system polityczny (instytucjonalny) został zdecentralizowany, istnieją samorządy, lokalne struktury partyjne, instytucje. Jest to jednak obserwacja powierzchowna. W rzeczywistości wyborczy system proporcjonalny centralizuje cały system polityczny, niezależnie od jego ogólnego, zewnętrzego kształtu. Proces selekcji elit odbywa się w ramach partii politycznych i jest mocno scentralizowany.
O miejscach na listach wyborczych decydują centralni partyjni liderzy albo partyjna biurokracja (dwór). Zakres centralizacji systemu wyborzego jest niezwykle głęboki i rzutuje na cały system polityczny, który w gruncie rzeczy został również mocno scentralizowany. W Polsce, nawet w wyborach do rad powiatów, funkcjonuje proporcjonalny system wyborczy.

Decentralizacja Polski jest mitem i pozorem.

System jednomandatowy marnuje głosy. Kolejny mit. W systemie jednomandatowym wyborcy mają wpływ na swoich reprezentantów.
W systemie proporcjonalnym tracą wpływ minutę po wyborach. Nielojalność wyborcza, turystyka parlamentarna, transfery z klubu parlamentarnego do innego klubu, zmiana barw politycznych jeszcze przed złożeniem ślubowania poselskiego w Sejmie – są w dużo większym, miażdżącym, stopniu, cechą systemów proporjonalnych niż jednomandatowych. Modele jednomandatowe mocno tego rodzaju skłonności ograniczają, właśnie dzięki wymienionym powyżej cechom: przejrzystości, lojalności, odpowiedzialności, i możliwości rozliczeń.

W tym sensie system jednomandatowy, w dużo mniejszym stopniu marnuje głosy niż systemy proporjonalne.

Poza tym, system jednomandatowy odrzuca znacznie mniejszą liczbę kondydatów, a w ślad za tym ich wyborców w stosunku do systemów proporcjonalnych.

W systemie polskiego systemu proporcjonalnego istnieją bardzo wielkie okręgi wyborcze (w najmniejszych można zdobyć po 7, 8,9 oraz 10 mandatów) oraz – idiotyczna, absurdalna – reguła podwójnej obsady mandatów. Na marginesie: te dwa czynniki w stopniu radykalnym obniżają rozpoznawalność wyborczą i przejrzystość.

W okręgu liczącym 10 mandatów, każda partia może wystawić po 20 kandydatów. Gdy do wyborów zgłosi się 5 ugrupowań politycznych, razem w grze wyborczej bierze udział 100 kandydatów. Wyborcy nie są w stanie zlustrować tak dużej liczby kandydatów, ich decyzje wyborcze są więc nieświadome. Wyborcy ulegają totalnej dezorientacji.

Gdyby jeden taki okręg zamienić na system jednomandatowy, w rezultacie konwersji powstałoby 10 jednomandatowych okręgów. W każdym z nich pięć uczestniczących w wyborach partii mogłoby wystawić po jednym kandydacie. W każdym okręgu o mandat ubiegałoby się po 5 kandydatów
(w rzeczywistości jeszcze mniej, gdyż system jednomandatowy sprzyja konsolidacji, fuzjom). W sumie w całej przestrzeni wyborczej (okręgu, który wcześniej działał w ramach modelu proporcjonalnego) system jednomandatowy odrzuciłby łącznie 40 kandydatów; tymczasem, gdyby wybory odbywały się w ramach systemu proporcjonalnego, liczba odrzuconych kandydatów wynosiłaby 90, czyli o 50 więcej, wraz z wyborcami.

System proporcjonalny, poprzez niską przejrzystość oraz silną pozycję centralnych partyjnych liderów, a także wyrażany wobec nich oportunizm, sprzyja korupcji forsowanej za pomocą lobbingu. W Polsce od wielu lat parlament jest areną lobbingu oraz różnego rodzaju relacji i poczynań korupcyjnych.

Podległość reprezentantów i subordynacja wobec centralnych partyjnych liderów, klientelizm i serwilizm, ułatwiają rozmaitym grupom interesów oddziaływania korupcyjne. Ławiej skorumpować jest kogoś z otoczenia lidera lub osobę wchodzącą w skład kierownictwa partii, albo centralnej biurokracji partyjnej niż wielu reprezentantów wybranych w warunkach wyborów jenomandatowych.

Lojalność reprezentantów wobec centralnych partyjnych liderów sprzyja korupcji, umożliwiając oraz upraszczając oddziaływania lobbingowe.

Tu również decydującym czynnikiem jest przejrzystość. W systemie proporcjonalnym, nawet mocno kontrowersyjne głosowanie, może być dla wyborców nieczytelne, i nie musi wiązać się z eliminacją z polityki danych reprezentantów, gdyż zawsze można uzyskać elekcję z wysokiego miejsca na liście, bądź z innego okręgu wyborczego (chowanie kandydatów).
W systemie jednomandatowym jest to dużo trudniejsze.

W latach 90. XX wieku zrozumieli to włosi, którzy w rezultacie natłoku ogromnych afer korupcyjnych, związków polityków z mafią, w roku 1993, zorganizowali referendum, opowiadając się za systemem jednomandatowym. Ostatecznie powołano system mieszany. Uznano jednak, iż istniała korelacja pomiędzy zjawiskami korupcji, a proporcjonalnym systemem wyborczym.

Opinia publiczna i świadomość społeczna nie zdają sobie sprawy, jak wielka istnieje zależność między korupcją a systemami wyborczymi.

W istocie system proporcjnalny, zwłaszcza w przyjetej w 2001 roku
w Polsce, formule – dehumanizuje. W ramach niskiej przejrzystości, małej rozpoznawalności kandydatów, trudności identyfikowania ich poczynań, głosowanie ma charakter strukturalny, żeby nie powiedzieć rutynowy, czy rytualny. Wyborcy głosują nie na człowieka, lecz na strukturę, na pozycję, na miesce na liście.

Jest to system bardzo scentralizowany i arbitralny, gdyż decyduje w pierwszej kolejności nie wola wyborców, ale wola centralnego partyjnego lidera, tudzież centralnej administracji partyjnej. Wyborcy, w decyzjach wyborczych, w indywidualnym akcie głosowaia, kierują się parytetem partyjnym ustrukturalizowanym na liście. Głosowanie jest strukturalnie zdeterminowane przez parytet.

Obniża to wyborczą świadomość. Głosowanie nie jest świadomym aktem. Paradoksalnie głosy oddane na osoby z górnej części listy (tzw, jedynki) są najmniej świadome i często przypadkowe. Jeżeli ktoś poparł kandydata z niższych stref listy wyborczej, istnieje większe prawdopodobieństwo, iż go znał i głosował świadomie, bądź kierował się względami lokalnymi, środowiskowymi, lub towarzyskimi. Świadomość głosowania jest wówczas większa.

Teoretycznie, można wyobrazić sobie sytuację, że do Sejmu, w ramach systemu proporcjonalnego wejdzie kandydat fikcyjny, osoba, która fizycznie nie istnieje, jeżeli zostanie umieszczona na jednych z trzech pierwszych miejsc/pozycji dwóch najpopularniejszych partii politycznych.

Wbrew zarzutom środowisk lewicowych, systemy jednomandatowe niwelują, marginalizują znaczenie oraz siłę organizacji radykalnych, ekstremalnych, nacjonalistycznch, faszystowskich, czy komunistycznych. Najlepszym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest Francja, w której mimo wysokich notować Frontu Narodowego, liczonych w liczbach względych, przełożenie na rezultaty wyborcze oraz zdobycze mandatowe, w ramach systemu jednomandatowego, jest nieproporcjonalnie mniejsze.

Zwycięstwo w okręgach jednomandatowych nie jest osiągane jedynie dzięki poparciu ekstrem czy twardych, żelaznych elektoratów, lecz wymagają pozyskania wyborców z przestrzeni centrum. Sprzyja to promocji kandydatów obliczalnych, merytorycznych oraz umiarkowanych.

W systemach jednomandatowych człowiek ważniejszy jest od partii; preferowane są walory i przymioty personalne, intelektualne, merytoryczne, moralne. Mówi się o nich: jakość kandydata czy klasa kandydata. Rónice między kandydatami są ważniejsze od różnić między partiami.

Wbrew stereotypom, co pokazują przykłady amerykańskie oraz brytyjskie, łatwiejsza jest współpraca.

Błędem jest postrzeganie systemu jednomandatowego jako idealnego. Idealny system wyborczy nie istnieje. System jednomandtowy posiada również wady, ale jest jednym z najlepszych modli, jakie wytworzyła ludzkość; z pewnością dużo lepszym od systemów proporcjonalnych.

Osobiście polecałbym w Polsce inplementację albo systemu jednomandatowego, albo STV (tzw. pojedynczego głosu przechodniego; wiele tur liczenia głosów), który jest jednak dużo mniej przejrzysty od systemu jednomandatowego; jest zawiły, chociaż w perspektywie czasu rozwija polityczną świadomość wyborczą.

Skuteczność oraz wartość systemu jednomandatowego zależy od jego wersji, a przede wszystkim odniesienia (spójności) w stosunku do całego systemu politycznego dnego kraju.

 

Autor jest socjologiem i dziennikarzem, prowadzi własną audycję w „Halo Radio” oraz pełni funkcję redaktora naczelnego „Czasopisma Ekspertów” Fundacji FIBRE. Zajmuje się analizami z zakresu filozofii polityki i socjologii polityki, a także obserwacji uczestniczącej. Interesuje go zwłaszcza fenomenologia oraz hermeneutyka. Jest autorem sześciu książek popularno-naukowych i w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Członek zarządu Fundacji FIBRE.

Paradoks bezpośrednich wyborów

undefinedFot: pixabay.com

Dobrze postawionym wydaje się być pytanie: dlaczego władza samorządowa została w polskiej rzeczywistości „zabetonowana” i tak trudno zmieniać wójtów oraz burmistrzów, zwłaszcza w małych ośrodkach miejskich lub typowo wiejskich?

Roman Mańka – Jak w każdej sytuacji, również prawdopodobnie i w tej, przyczynami zaistniałego stanu rzeczy jest wiele złożonych czynników strukturalnych oraz kulturowych, pierwsze maja charakter zasadniczy i fundamentalny, drugie bardziej wtórny, jednak u podłoża petryfikacji układów władzy samorządowej w Polsce, w wielu rożnych jednostkach lokalnych, znajdują się dwa rudymentarne elementy. Czytaj dalej Paradoks bezpośrednich wyborów

Pułapka przejrzystości

undefinedFot: spider-web-1031615_1280/pixabay.com

Lider PiS, Jarosław Kaczyński, zapowiedział wprowadzenie kadencyjności w samorządach, jako swego rodzaju remedium na patologie oraz nadużycia występujące na poziomie lokalnym. Czy jest to dobry pomysł? Czy faktycznie doprowadzi do skruszenia istniejących w gminach oraz powiatach klientelistycznych układów i zwiększy partycypację obywateli w życiu publicznym?

Roman Mańka – Przez wiele lat utrzymywano w dyskursie publicznym pogląd, jakoby samorząd był najbardziej udaną reformą transformacji oraz najlepszym produktem III Rzeczypospolitej. Jednak jak w wielu sprawach, również i w tej, diagnoza o świetnej kondycji polskich samorządów była i nadal jest oderwana od rzeczywistości. Mamy do czynienia z rozpowszechnianiem mitu, podobnego do jednostronnej historii o „zielonej wyspie”, w który mogą uwierzyć jedynie osoby afirmujące polityczną poprawność albo naiwne. Konformizm elit, syndrom grupowego myślenia, nakazują chlubić wszystkie procesy, inicjatywy, fakty, i okoliczności, które zdarzyły się w okresie ostatnich 28 lat. A samorząd jest z tej perspektywy kategorią niezwykle wygodną do apoteozy przemian społeczno-politycznych zachodzących w Polsce po 1989 roku, gdyż stanowi przestrzeń silnie zlokalizowaną, znajdującą się poza zasięgiem percepcji warszawskiego establishmentu, zatem trudno zweryfikować obiektywny stan rzeczy – lokalnych realiów nie widać spoza dźwiękoszczelnych ekranów akustycznych, którymi elity odgrodziły się od społeczeństwa. Czytaj dalej Pułapka przejrzystości

Masa ciąży w dół

undefined

fot. Ekrem gokce, Freeimages.com

Amerykański socjolog, Georg Ritzer, pod koniec lat 50. XX w. zauważył zjawisko, które nazwał makdonaldyzacją, opisując je w książce wydanej 30 lat później – pt. Makdonaldyzacja społeczeństwa. Neologizm którym posługuje się autor może być (poznawczo) mylący, gdyż w rzeczywistości chodzi o diagnozę bardzo szerokiego społecznego procesu, który ujawnił się wraz z nadejściem społeczeństwa postindustrialnego oraz globalizacji. Czytaj dalej Masa ciąży w dół

Z lotu ptaka

undefined

fot. felipeblasco/Pixabay

Często w rozważaniach publicystów bądź komentatorów politycznych, ekspertów zawodowo zajmujących się analizowaniem i ocenianiem zjawisk publicznych, pojawia się pogląd czy może nawet oczekiwanie, że określona władza zrobi to lub tamto, załatwi ten albo inny problem, tymczasem rządzenie, władza, to dzisiaj bardzo złożony fenomen.
Czym jest władza? Gdzie się znajduje? W których obszarach jej szukać? W potocznym myśleniu odpowiedź na te pytania wydaje się prosta: rządzą ci, którzy pomyślnie przeszli demokratyczną weryfikację, otrzymali mandat od społeczeństwa, zdobyli zaufanie ludzi, czyli mówiąc językiem politologii – uzyskali pozytywną legitymizację, w związku z czym mają prawo rządzić w imieniu obywateli. Czytaj dalej Z lotu ptaka

Nieprzejrzystość i niekonsekwencja

undefined

grafika: geralt/pixabay.com

Polski system polityczny szwankuje nie tylko w warunkach cohabitation, ale również w sytuacji, gdy prezydent i premier – dwa najbardziej istotne ośrodki w państwie – rekrutują się z tego samego obozu politycznego.
Za czasów prezydentury Lecha Wałęsy trwała wojna z braćmi Kaczyńskimi oraz wylansowanym przez nich premierem Olszewskim, mimo że filiacje wszystkich tych polityków czerpały źródło z postsolidarnościowego środowiska, a ich poglądy polityczne były wyraziście konserwatywno-prawicowe.
Paradoksalnie wówczas Wałęsie łatwiej było dogadać się z „lewą nogą” niż z prawym skrzydłem, co zmieniło się dopiero kiedy lewica doszła do władzy w 1993 r., zaś Aleksander Kwaśniewski ujawnił prezydenckie aspiracje. Czytaj dalej Nieprzejrzystość i niekonsekwencja

System wyborczy a gospodarka

undefined

fot. freeimages.com

Od wielu lat słychać narzekania, że polska polityka jest „zabetonowana”, tymczasem pomija się głębszy wniosek tej samej diagnozy, że ona jest „zabetonowana” w dwóch wymiarach: sceny politycznej oraz życia wewnątrzpartyjnego. To co w polskiej polityce zawodzi najbardziej, to mechanizm selekcji elit. Nie ma dopływu świeżej krwi do instytucji państwa. Nie działa zdefiniowane przez Vilfredo Pareto prawo krążenia elit. Czytaj dalej System wyborczy a gospodarka